Archiwum | Literatura RSS feed for this section

Rydzyk, akuszer nienawiści

27 Mar

W sobotę na scenie Teatru Horzycy w Toruniu, odbędzie się premiera spektaklu „Wróg się rodzi”, który – jak mówią jego twórcy – zajmie się fenomenem społecznym jakim stało się Radio Maryja.

Marcin Kącki, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, autor scenariusza oraz reżyserka Aneta Groszyńska pytają w nim o jego skutki.  „Zadajemy sobie pytanie, jak to się stało. Na ile jesteśmy winni temu, że przeoczyliśmy moment, w którym oddaliśmy naszych bliskich na pastwę słów, które są pozorną miłością, pozorną ewangelią” – mówi Kącki.

„Szukamy korzeni naszego strachu, a one są tuż obok, w Toruniu” – stwierdza Aneta Groszyńska.

„Wróg się rodzi” to rzecz o mechanizmach językowych i społecznych związanych z mediami oraz brutalizacji języka debaty publicznej. W sztuce pojawia się więc obok stacji Radio Maryja, również Radio RTLM, które w 1994 roku wprost namawiało do mordów. Obok T. Rydzyka przewiną się przez scenę inne postaci historyczne, m.in. żydowska poetka Zuzanna Ginczanka, badaczka korzeni totalitaryzmu Hannah Arendt i Adolfa Hitlera.

Całość prowadzi do wniosku, że „każde społeczne wzburzenie, które jest tragiczne w skutkach, każda historia z podziałem społecznym zaczyna się od słów”.

„Tak się zaczęło w Rwandzie, w Jugosławii, na Bliskim Wschodzie, tak się dzisiaj zaczyna w Europie, w Stanach Zjednoczonych. Zaczyna się od strasznych słów.” – mówią twórcy spektaklu.

„Chcemy, by widzowie wyszli ze spektaklu, zwłaszcza po ostatniej scenie, i pomyśleli sobie: może ja też mam coś do zrobienia, może chociaż zadzwonię do moich bliskich, by powiedzieć, że ich kocham, by choć w ten sposób zadbać o społeczne więzi” – wyznaje Groszyńska.

Reklamy

Lech i Jarosław Kaczyńscy – sfałszowane życiorysy w Encyklopedii Solidarności

2 Sty

Ze zdumieniem przeczytałem życiorysy Lecha i Jarosława Kaczyńskich zamieszczone w Encyklopedii Solidarności, publikacji powstałej, jak twierdzi wydawca, we współpracy z IPN. Życiorysy te nie tylko tworzone są „metodą Adama Słodowego – czyli coś z niczego”, ale i zawierają informacje ewidentnie nieprawdziwe.

Zacznijmy od wspomnianej metody. Polega ona na tym, by nieliczne fakty z mizernej w rzeczywistości działalności obu braci w opozycji w PRL, przedstawiać tak, aby stworzyć wrażenie bohaterów pierwszej wagi. Część pierwsza tej metody polega na pracowitym wyliczeniu mało istotnych faktów, tak aby wytworzyć ich mnogość. I tak na przykład: Lech Kaczyński to „W 1976 zbierał pieniądze dla represjonowanych po wydarzeniach Czerwca robotników Ursusa i Radomia. Od 1977 współpracownik Biura Interwencyjnego KOR, nast. KSS KOR”. Czytelnik nie znający dobrze tych spraw ma wrażenie, że miały miejsce 3 fakty, podczas, gdy mowa cały czas o jednym i tym samym (współpracą z KOR). Następnie: „autor w niezależnym piśmie ‘Robotnik Wybrzeża´, […] działacz WZZ Wybrzeża, prowadził szkolenia i wykłady dla robotników z prawa pracy i historii.” I znowu jedno i to samo wymienione kilka razy innymi słowami.

Przedruk ze Studia Opinii.

Podobnie z opisem działań Jarosława Kaczyńskiego: „Od 1976 współpracownik KOR, nast. KSS KOR, w 1976 zbierał informacje o represjach wobec uczestników wydarzeń Czerwca, uczestnik akcji pomocy, w czasie wyjazdu do Płocka zatrzymany. Od 1977 współpracownik Biura Interwencyjnego KOR, nast. KSS KOR, badał m.in. przypadki morderstw popełnionych przez funkcjonariuszy MO i SB. Uczestnik akcji ulotkowych w 1978 w związku z procesem Kazimierza Świtonia, nast. w 1980 w obronie Edmunda Zadrożyńskiego. W 1978 przez kilka miesięcy p.o. kierownik Biura Interwencyjnego w zastępstwie Zofii Romaszewskiej.” I znów jedno i to samo rozbudowane do granic wytrzymałości papieru, a znaczy tylko: „współpracownik Biura Interwencyjnego KOR”, reszta się w tym zawiera. W przypadku obu panów niby wszystkie te informacje są prawdziwe, ale pisane jest metodą pracowitego wyliczania wszystkiego co robili, nawet gdy jest to naciągane za uszy, jak owo zastępowanie Zofii Romaszewskiej (w konspiracji raz po raz ktoś kogoś zastępował, ale mało kto pisze to w życiorysie). Ale zostawmy ten wątek, bo to w zasadzie się zgadza, tylko jest sztucznie rozdęte by robić wrażenie czegoś znacznie większego, niż w rzeczywistości było.

Gorzej, że pojawiają się informacje ewidentnie nieprawdziwe. I tak na przykład Lech Kaczyński: „W VIII 1980 uczestnik strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, doradca MKS, współautor tekstu Porozumienia Gdańskiego”. W rzeczywistości Lech Kaczyński WCALE nie uczestniczył w strajku sierpnia 1980 roku w Stoczni Gdańskiej. Nie był ani doradcą MKS, ani współautorem tekstu porozumienia. Był w stoczni jeden raz, pod sam koniec strajku przez około godzinę. Poza krotką rozmową z Bogdanem Borusewiczem (z której nic nie wynikało), nic więcej tam nie robił. Co ciekawe, Lech Kaczyński nigdy publicznie nie twierdził, że brał udział w tym strajku. Takie bajki rozpowszechniał natomiast jego brat.

Albo: (Lech Kaczyński) „od I 1986 członek TKK „S”. 1987-1989 w składzie sekretariatu KKW”. Według biuletynu IPN, Lech Kaczyński został dokooptowany do KKW 29 kwietnia 1989 (3 tygodnie po porozumieniach Okrągłego Stołu), członkiem TKK zaś nie był wcale, zresztą ciała o nazwie TKK nie było, było TKW (Tymczasowa Komisja Wykonawcza w składzie: Bujak, Frasyniuk, Lis i Hardek, nikt więcej). Manipulacja polega na przemilczeniu, że grupa zwana „sekretariatem KKW” nie była częścią KKW, tylko czymś w rodzaju biura zaplecza, jedną z wielu grup wspierających podziemne kierownictwo Solidarności. To takie samo naciągniecie faktów, jakby sekretarkę premiera nazwać członkiem Rady Ministrów.

Podobny passus znajdujemy w życiorysie Jarosława Kaczyńskiego: „od 1983 współpracownik TKK ‘S´, m.in. od 1986 kierownik biura społeczno-politycznego TKK, od jesieni 1987 sekretarz KKW ‘S´.” Jarosław Kaczyński w sposób oczywisty nie był „sekretarzem KKW”, tylko był jedną z osób w tym „sekretariacie”, który w skład KKW nie wchodził. Przy okazji dowiadujemy się o istnieniu jakiegoś „biura społeczno-politycznego TKK”, o którym, będąc bardzo blisko podziemnych władz „S” w tamtym czasie, dziwnym trafem nie słyszałem. Przypomnę przy tym, że, jak już pisałem, istniała Tymczasowa Komisja Wykonawcza, a żadnego TKK nie było, jego „biura społeczno-politycznego” tym bardziej.

W życiorysie Jarosława Kaczyńskiego czytamy też:

„W VIII 1980 przyjechał do Wrocławia i spotkał się z przedstawicielami MKS; nast. aresztowany, zwolniony 1 IX na mocy Porozumień Sierpniowych; od IX w „S”, kierownik sekcji prawnej Ośrodka Badań Społecznych przy MKZ, nast. Regionie Mazowsze.” Nie wiem po co Jarosław Kaczyński pojechał do Wrocławia i w czyim imieniu. Nie został tam „aresztowany”, tylko zatrzymany na 48 godzin z nieznanego powodu. Dość istotna różnica, bo zatrzymywać milicja mogła bez powodu. Na liście osób, których zwolnienia domagali się strajkujący, go nie ma, więc prawdopodobnie został zwolniony zwyczajnie, bo minęło 48 godzin. Co do Ośrodka Badań Społecznych, to działał on przy Zarządzie Regionu Mazowsze jako ciało doradcze, i według dokumentów Regionu, nie było w nim żadnych formalnych „sekcji”, ani ich „kierowników”. Być może jacyś ludzie siedzący w jednym pokoju nieformalnie nazywali się sekcją. Z tego co pamiętam, to Jarosław Kaczyński był po prostu pracownikiem biurowym OBS, nawet nie Biura Regionu, tylko jednego z ciał doradczych. Po co to pisać w życiorysie?

Ale najciekawsze jest na koniec: (Jarosław Kaczyński) „14 II – 10 IX 1979 rozpracowywany przez Wydz. III KW MO w Płocku w ramach SOR [SOS] krypt. Pomoc; 18 II 1980 – 24 IX 1982 przez Wydz. III KW MO w Białymstoku w ramach SOS krypt. Prawnik; 20 I – 9 VIII 1982 przez Wydz. IX Dep. III MSW w ramach KE krypt. Jar; 1981-1984 przez Wydz. III-2 SUSW w ramach SO krypt. Klub.” No patrzcie państwo, bóg wojny, całe SB nad nim pracowało. Naprawdę większość akt pod tymi sygnaturami to akta „rozpracowania obiektowego”, czyli rozpracowania całych grup ludzi, czy środowisk. Nazwisko Jarosława Kaczyńskiego pojawia się w nich okazjonalnie, jako jednej z osób, która gdzieś była i to wszystko. Jedyną teczkę, Kwestionariusz Ewidencyjny, założono mu w 1982 roku z powodu podpisania deklaracji Klubów Służbie Niepodległości, kanapowej partyjki bez większego znaczenia. W tej teczce prawie nic nie ma, więc SB, tak naprawdę mało się Jarosławem Kaczyńskim zajmowała i to w dodatku bardzo krótko, od 20 stycznia do 9 sierpnia 1982 roku, zaledwie pół roku. Jak na „członka władz krajowych podziemnej Solidarności (cytat ze strony PiS)” to bardzo mało.

No, ale skoro to Lech Kaczyński, a nie Lech Wałęsa, negocjował Porozumienia Gdańskie 1980 roku, to cała reszta nie ma znaczenia.

Fragment wywiadu Szczepana Twardocha z najnowszego „Newsweeka”.

Kult Kaczyńskich trzyma się coraz mocniej

2 Sty

Chwal się sam, bo nikt tego nie zrobi lepiej od ciebie; my możemy dodać jeszcze: sam i to najlepiej za życia… Buduj sobie i najbliższym pomniki, zapisuj swe imię w najbardziej prestiżowych miejscach… Tę mało odkrywczą maksymę realizuje bez skrupułów  Jarosław Kaczyński i jego świta. Po cichu lecz konsekwentnie…

Ostatnio tuż po wernisażu wystawy zorganizowanej z okazji 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości w Zamku Królewskim w Warszawie, w eksponowanym miejscu pojawiło się nowe zdjęcie. To fotografia… braci Kaczyńskich.

„Jestem pewien, że zostało dodane już po wernisażu” – ocenia informator „Gazety Wyborczej”, która o tym napisała. Zwiedził on bowiem ekspozycję jeszcze raz.

Fotografia Lecha i Jarosława Kaczyńskich trafiła do jednej z ostatnich sal wystawy, którą poświęcono działalności „Solidarności” w latach 1980-1981. Wisi obok fotografii: Anny Walentynowicz szykującej posiłek dla protestujących stoczniowców w 1980 r. oraz zdjęcia strajkujących rolników w Rzeszowie w 1981 r.

Jak zauważa „Gazeta Wyborcza”, zdjęcie Kaczyńskich, w przeciwieństwie do tych dwóch, nie jest opatrzone żadnych opisem. Na dodatek pochodzi  ze znacznie późniejszego okresu niż lata 1980-1981.

„Nie udało nam się znaleźć zdjęcia obu braci z przełomu lat 70. i 80. Daliśmy więc późniejsze, z przełomu lat 80. i 90. Natrafiliśmy na nie w książce „Czas na zmiany. Rozmowa z Jarosławem Kaczyńskim” – tłumaczy nieścisłość w rozmowie z „Wyborczą” wicedyrektor Zamku Królewskiego Ziemowit Koźmiński.

Jak do tego doszło? Kto o tym zadecydował? Podobno, pracownicy Zamku Królewskiego twierdzą, że takie polecenie otrzymali od dyrektora, prof. Wojciecha Fałkowskiego, który w listopadzie 2017 r. został powołany na to stanowisko bez konkursu przez ministra kultury Piotra Glińskiego. Za kadencji Antoniego Macierewicza był on wiceszefem MON.

Wicedyrektor Koźmiński z kolei przekonuje, że wystawa po prostu ewoluowała i zdjęcie Kaczyńskich dodano wraz z innymi zdjęciami: Ignacego Daszyńskiego czy generała Józefa Hellera. Zaznaczył, że ponadto o zdjęcie Lecha i Kaczyńskiego upominali się  zwiedzający. „Po trzech-czterech dniach funkcjonowania ekspozycji zaczęły do nas napływać głosy, że takiego zdjęcia brakuje. Nie pochodziły z Kancelarii Prezydenta ani ministerstw czy urzędów. To były prywatne uwagi”– zapewnia wicedyrektor Zamku Królewskiego.

Przeczą temu słowa doktora Łukasza Kossowskiego z Muzeum Literatury, który wraz z żoną, prof. Ireną Kossowską, był jednym z kuratorów wystawy i autorów jej scenariusza: „Zdjęcie braci Kaczyńskich to inna kwestia. Dyspozycję jego powieszenia wydał dyrektor Zamku. Jako komisarze nic nie wiemy na ten temat. Nikt z nami nie konsultował tego kroku” – oświadcza „Wyborczej”.

Wystawę „Znaki wolności. O trwaniu polskiej tożsamości”, otwarto 9 listopada. Można ją zwiedzać  do 31 marca.

Wojciech Młynarski: Liczę na cud

Duda na podzespołach kościelno-kaczych

5 Gru

Więcej >>>

Od 30 lat żaden rząd nie powiedział „Jaka ma być Polska” tylko czyja. Kościoła, prawicy, pesudolewicy.

Dlatego wdychamy własne odchody węglowe, zwane przez Dudę gwarancją niepodległości. Zagazowujemy się patriotyzmem i jego wydzielinami błogosławieni przez najmocniejszą u nas siłę polityczną – Kościół.

Powinniśmy więc zmienić flagę z biało-czerwonej na czarno-czarną , kościelno-węglową. Żałobę po rozumie.

Nie mamy klasy średniej mogącej wpłynąć na cokolwiek. Mamy Tuska, kiwającego w polityce jak najlepszy zawodnik. Może nie Ronaldo czy Messie ale Franciszek Józef, bo przetrwa epokę, ale jej nie zmieni. Biedroń, nadzieja postępowców wyląduje w Brukseli. Zostaniemy bez wizji, zresztą w smogu mało co widać.

Pisowcy nie mają żadnego programu oczyszczenia powietrza, bo prezes czyści tylko kuwetę.

Zaraz Duda spotka się ze Schwarzeneggerem, Duduś na podzespołach kościelno kaczych z Terminatorem.

Lepiej prezydentowi pasowałby by Chuck Norris. Razem wygłosiliby orędzie jak oczyścić polski syf i metan podpalając je zapałką.

Z naszymi elektrowniami starymi i tymi właśnie budowanymi na nowe tysiąclecie będziemy smrodem Europy. Żeby odizolować nasze zaczadzone łby i węglowe wyziewy Unia zbuduje klosz. Szklaną kopułę na której natychmiast postawimy krzyż. Albo kolejny pomnik czy świętą figurę. I to będzie ślad po nas w świecie, po kraju gdzie w komorze gazowej patriotyzmu nikt nie przeżyje.

>>>

Adam Glapiński, prezes NBP, domaga się wycofania siedmiu publikacji z „Gazety Wyborczej”. Jak to zrobić?
Próbowałem wyobrazić sobie proces palenia gazet. Zastanawiałem się, gdzie powinien się odbyć i uznałem, że najlepszym miejscem będzie Plac Piłsudskiego, obok pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej. A tak na poważnie myślę, że Adam Glapiński się po prostu boi, bo jest najbardziej zagrożony. Aresztowany były szef KNF Marek Chrzanowski był jego człowiekiem, wizyta w jego gabinecie po nagranej i opublikowanej rozmowie z biznesmenem wyglądała jak przyklepanie dealu u Ojca Chrzestnego.

Jestem przekonany, że ujawniony został tylko wierzchołek góry lodowej i jest bardzo prawdopodobne, że PiS uzyskiwał pieniądze w podobny sposób w różnych miejscach. Przecież 40 mln zł łapówki nie mogło być przeznaczone tylko dla jednego człowieka.

„Tak nie działa państwo demokratyczne, tak działa państwo mafijne” – za takie stwierdzenie „Gazeta Wyborcza” musi przeprosić. Tak zdecydował sąd. Przeprosi?
Będziemy się oczywiście odwoływać, to jest rażące naruszenie prawa do krytyki prasowej. W ogóle dzieją się rzeczy niezwykłe. Do Towarzystwa Dziennikarskiego dotarła sprawa dziennikarki, która w audycji na żywo „wpuściła” słuchacza na żywo, który powiedział, że nie mamy w Polsce prezydenta, tylko figuranta. Dostała za to naganę, zakaz prowadzenia audycji, a dodatkowo szef Radia Rzeszów skierował także doniesienie o możliwości popełnienia przestępstwa do prokuratury. To jest coś niebywałego!

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich atakuje wszystkich innych dziennikarzy. Czasami trudno w to uwierzyć. I wszystko jest możliwe. Uważam, że zabraknie nam wyobraźni na to, co władza jeszcze może zrobić.

PiS zdecyduje się na „przepchnięcie” tzw. ustawy dekoncentracyjnej? Czy skupi się na „innych” działaniach?
Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Dekoncentracja jest chyba w jakimś stopniu możliwa, ale nie będzie dotyczyła TVN-u, a ich najbardziej boli właśnie ta stacja. Myślę, że na razie będą skupiali się na uderzaniu w inny sposób.

>>>

PiS otwiera kurki z gnojem. Kazimierz Kutz ohydnie potraktowany przez pisowca Pietrasza

2 Gru

„Szanowni Państwo, kochani Artyści. Kazimierz Kutz – wielki polski reżyser, przyjaciel wielu z nas – jest ciężko chory. Potrzebuje naszej pomocy. Po rozmowach z kolegami i rodziną, udostępniłam w mojej fundacji »Mimo Wszystko« specjalne subkonto o numerze 65 1090 1665 0000 0001 0373 7343. Można na nie wpłacać pieniądze, dopisując hasło »Kazimierz Kutz«. Każda wpłata to konkretna pomoc. Bądźmy razem z Kaziem w tych trudnych chwilach” – napisała aktorka Anna Dymna na Facebooku. Apel nie w każdym przypadku padł na właściwy grunt.

Znanego reżysera 89-letniego Kazimierza Kutza, byłego posła i senatora, przebywającego obecnie w stanie ciężkim w szpitalu, zaatakował katowicki radny i szef lokalnych struktur – PiS Piotr Pietrasz, który na swoim profilu na Facebooku opublikował oświadczenie majątkowe Kutza sprzed trzech lat.

Policzył, że roczny dochód Kutza wynosi – jego zdaniem – 212 171, 94 zł (dwieście dwanaście tysięcy zł). Obliczył, że „z tytułu emerytury 38 132,35 zł (trzydzieści osiem tysięcy) i praw autorskich 57 481,93 zł (pięćdziesiąt siedem tysięcy). Te dwa źródła dochodu zapewne ma do dzisiaj. Rocznie 95 614,28 zł (prawie sto tysięcy). Miesięcznie Kazimierz Kutz otrzymał w 2015 r. z tych dwóch tytułów 7 967,86 zł (prawie osiem tysięcy)” – oznajmił Pietrasz na Facebooku.

Kim trzeba być, by w takim momencie „uderzać” w bezbronnego?

Internauci nazwali ten wpis „Himalajami żenady”. „Rozumiem, że teraz czuje się pan spełnionym człowiekiem. Gratuluję zatem przeciętnych celów w życiu… Jakże małym i słabym trzeba być, żeby coś takiego w takim momencie publikować. A może pochwali się pan swoimi osiągnięciami?” – napisała jedna z internautek.

Kolejny użytkownik sieci przypomniał Pietraszowi, że „zazdrość to jeden z grzechów głównych”. Inny dodał: „Wstyd Panie Radny. Proszę jak najszybciej skasować ten haniebny post i przeprosić”.Nieugięty PiS – owiec nie skomentował tych wpisów i nie przeprosił za nie.

PiS zamiast Fort Trump otrzymał od Amerykanów Fort TVN

29 List

Prawica dostała szału: ambasador Mosbacher broni TVN! A przecież to stacja „antypolska” i „antydemokratyczna”, jak przypomniała Amerykance poseł Krystyna Pawłowicz. W rzeczywistości antypolskie i antydemokratyczne jest rozpętywanie przez prawicę kampanii nienawiści przeciwko pani Mosbacher. Akurat w tej sprawie to ona reprezentuje prawo i sprawiedliwość. Prawica to wie, więc tym bardziej hejtuje. Co tam wieczna przyjaźń z Jankesami! Ważniejsze to zniszczyć wolne media w Polsce.

To postawa antypolska, bo w naszym interesie leżą dobre stosunki z USA, nawet w chaotycznej epoce Trumpa, i pozytywny wizerunek naszego państwa w świecie. I antydemokratyczna, bo TVN jest stacją legalną, przestrzegającą prawa, płacącą w Polsce podatki, niezależną od rządzących polityków. Ma konstytucyjne prawo do wolności słowa, ani większe, ani mniejsze niż np. kontrolowane politycznie przez obecną władzę media publiczne.

Pisowskie pogróżki i pomruki nienawiści pod adresem TVN i innych niezależnych od posła Kaczyńskiego mediów słychać od dawna. Prawda kłuje władzę w oczy, więc próbuje tym mediom rzucać kłody pod nogi na wszelkie sposoby. Teraz pod pretekstem rzekomej ustawki w reportażu o polskich neonazistach świętujących urodziny Hitlera.

Pani Mosbacher, pisząc do premiera Morawieckiego list w obronie TVN, broni zarazem generalnie wolności słowa w Polsce, co zasługuje na pochwałę. Zarazem broni firmy z kapitałem amerykańskim, działającej w Polsce. To jeszcze nie jest w Polsce przestępstwo, tylko skutek międzynarodowego systemu rynkowego, do którego Polska jeszcze należy i z czego czerpie korzyści. Jednocześnie od początku Mosbacher nie kryła, że będzie u nas ambasadorem amerykańskiego biznesu. Jej list do Morawieckiego nie powinien więc prawicy oburzać. Pasuje do biznesowego pojmowania polityki przez Trumpa.

Oczywiście, że u siebie Trump atakuje krytyczne wobec niego media i to w stylu żenującym, dla taniego poklasku swych fanów. W negatywnej roli, w jakiej polska prawica obsadza TVN, Trump obsadza CNN. Ostatnio spróbował nawet jednego z reporterów politycznych CNN wykluczyć z korpusu korespondentów przy Białym Domu. Bezskutecznie, bo murem za dziennikarzem stanęły w imię wolności słowa i prawa obywateli do informacji zarówno media krytykujące, jak i popierające prezydenta. Korespondent może robić swoje, a CNN dalej zarabia miliony na reklamach. Wolność słowa i biznesu trzyma się w Stanach mocno, w Polsce Kaczyńskiego trzeba o nią walczyć. I na swój sposób, a ku przestrodze dla obecnej władzy amerykańska ambasador się do niej włączyła.

Jest niezależna od kaprysów Kaczyńskiego, to Kaczyński musi się liczyć z kaprysami Trumpa. Bojkotowanie jej przez pisowskich notabli spływa po niej jak woda po kaczce, podobnie jak grymasy prawicy pod jej adresem, kiedy fetowała Lecha Wałęsę, który nadal pozostaje dla wielu Amerykanów jednym z bohaterów walki z komunizmem.

W tym sensie pani ambasador miała moralne prawo do wystąpienia w sprawie TVN. Przecież PiS lubi przedstawiać Polskę pod swymi rządami jako „fort Trump”. I siebie jako najwierniejszego sojusznika USA w Europie. Niech się więc nie oburza, że dostał od Mosbacher nauczkę na temat systemu demokracji w Ameryce, którego filarami są niezależność mediów i wolność słowa.

Przed kilkoma dniami Robert Biedroń wprawił w zdumienie wyborców lewicy, prezentując w roli swej prawej ręki do tworzenia regionalnych struktur swojej nowej partii Krzysztofa Gawkowskiego, „wyrwanego” z SLD. Wygląda to tak, jakby chciał się zbudować na rozbijaniu lewicy i namawianiu działaczy SLD do zdrady. Brzydko.

Biedroń nie chce mandatu radnego w Słupsku

Dziś Biedroń szokuje jeszcze bardziej. Oto po niecałym tygodniu od złożenia ślubowania zrzekł się mandatu radnego w Słupsku. Wygląda na to, że złamał śluby lub – co gorsza – ślubował w złej wierze. Jakże bowiem pogodzić służbę miastu ze wzgardzeniem mandatem otrzymanym z woli 2781 wyborców?

Błękitne oceany Roberta Biedronia

Nie znamy powodów dezercji Roberta Biedronia, bo nie raczył ich wyjaśnić ani w oficjalnym piśmie, ani w mediach. Skoro zapewniał, że tworzenie nowej organizacji politycznej nie koliduje z pracą w radzie miasta, to powód musi być inny. Ale jaki? I dlaczego polityk go nie ujawnia?

Porzuca i obraża wyborców

Wiarygodność Biedronia leci na łeb na szyję. Porzucenie wyborców oraz stworzonego własnym wysiłkiem i autorytetem klubu radnych (Łączy nas Słupsk – z ośmioma radnymi) to zdrada. Cóż, że może nadal kontrolować miasto, skoro wzgardził mandatem? Obraził wyborców i przyjął wygodną pozycję szarej eminencji. Tak nie postępuje demokrata i człowiek honoru.

Obawiam się, że Biedroniowi woda sodowa uderzyła do głowy. Jeździ po kraju, wpadając w ramiona swych licznych wielbicieli, i zaczęło mu się wydawać, że świat należy do niego i wszystko będzie mu wybaczone. Już wita się z gąską u drzwi Parlamentu Europejskiego, już rozsiada się w sejmowym gabinecie Palikota…

Plan Roberta Biedronia

Nie tak szybko – wyborcy weryfikują swoje początkowe zachwyty, gdy przekonają się, że „słodziak” to w gruncie rzeczy samolub i narcyz.

Biedroń strzelił sobie dwa samobóje, jeden po drugim. Czekamy na trzeci?

Szefowa koduj24.pl Magda Jethon rozmawia z pisarką Krystyną Koftą.

Nikt się jeszcze nie odwinął tak jak powinien, żeby zabolało – mówi Krystyna Kofta w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Czy politycy PiS przychodzą do kawiarni „Czytelnika”? Trzeba dodać, że jest bardzo blisko Sejmu.
Krystyna Kofta: Dziś już nie, ale swego czasu przychodzili. Jednak, gdy wpadł kiedyś Ziobro, nie wytrzymaliśmy i zaczęliśmy trochę buczeć. To było jeszcze, gdy żył Janusz Głowacki i on powiedział: – Przestańcie, my nie buczymy. A ja na to: – Oni buczą na cmentarzu, a to jest nasze miejsce

Niespecjalnie miło został powitany…
Trudno się dziwić, akurat do „Czytelnika” przychodzą ludzie, którzy rozumieją dewastację, jaką przyniosła „dobra zmiana”.

Od lat „zarządza” Pani stolikiem w tej kawiarni. W kawiarni, do której kiedyś przychodził Tadeusz Konwicki, Gustaw Holoubek czy Janusz Głowacki. Dziś nadal przychodzi tu elita –  elita, której nie znosi PiS. Jesteście na nich źli, myślicie o nich z pogardą?
O nikim nie myślę z pogardą. Jeśli chodzi o kawiarnię i stolik, przyszłam tu ze swoim debiutem „Wizjerem” dokładnie 40 lat temu. I tak już zostałam. A stolik rozwijał się przez pączkowanie. W chwilach wzmożenia politycznego ludzie potrzebują bliskości, wspólnoty, którą PiS stara się zabrać. „Stary” stolik funkcjonował tu od wieków. Obok Konwickiego, Holoubka i Głowackiego siedzieli tu Michał Komar, Andrzej Łapicki, nawet czasem Jan Pietrzak. Zwykle była Irena Szymańska, szara eminencja literatury polskiej. Dziś w każdy wtorek przychodzą do naszego stolika ludzie wolnych zawodów, redaktorzy, pisarze, aktorzy, artyści. Są wśród nich znani rysownicy jak Henryk Sawka czy Tomek Wawer. Tomek od dwóch lat prowadzi kronikę stolika. Rysują w niej obaj. Przychodzą pisarki, poeci i poetki, dziennikarze, redaktorzy, prawnicy i prawniczki, profesorowie fizyki, matematyki, informatyk, historyk, ludzie zajmujący się promowaniem kultury, nawet dwie bizneswoman. Stałych „stolikowców” jest około 40. Często wpada znany i świetny pisarz Józef Hen, kilka dni temu obchodziliśmy jego 95 urodziny. Gdy opowiada, wspomina, rozgadany zwykle stolik milknie i słucha. Nie lubimy tych, którzy nas obrażają, ale o nikim nie myślimy z pogardą.

Ale obecna władza z pogardą myśli o was…
Pogarda to jest problem PiS, a nie nasz. Kiedy przychodziliśmy tu za czasów Platformy czy SLD, a nawet podczas pierwszych rządów PiS, to nie było tak, że człowiek rano się budził z trwogą: co też wymyślą nowego, co zniszczą. My w „Czytelniku” o tym rozmawiamy. I czasami się śmiejemy, ale często to jest śmiech przez łzy, bo nie wiadomo, co robić. To, co oni wygadują i sposób, w jaki traktują elity, jest trudny do zrozumienia. Ktoś ostatnio zapytał mnie o autorytety, sugerując, że ich nie ma, bo PiS je zniszczył. Odparłam, że PiS nie zniszczył naszych autorytetów. Oni chcieliby wejść w miejsce tych autorytetów, bo myślą trochę jak bolszewicy, żeby obalić władzę i zająć jej miejsce, zarżnąć króla, żeby zostać królem, wejść do jego pałacu. Są jak Ubu król. Każdego, kto nie jest po ich stronie, próbują zniszczyć. Ktokolwiek im podpadnie, to, nawet jeśli jest kryształem, to i tak go będą starali się opluć i rozdeptać, ale z kryształem to nie takie proste, bo kryształ jest twardy. Dlatego nasze autorytety ciągle są i będą naszymi autorytetami. Jestem pewna, że niebawem swoje pomniki będą mieli i Mazowiecki, i Bartoszewski, i Kuroń…

Może elity nie są władzy do niczego potrzebne?
Tej władzy tak się wydawało, może najpierw myśleli, że wszyscy dadzą się kupić? Przejdą na ich stronę za kasę czy miejsce w spółce skarbu państwa. Nie udało im się zwabić nikogo ważnego w kulturze. A potem doszli do wniosku, że elity są im niepotrzebne. Na takim myśleniu, moim zdaniem, się przejechali. Twarzą ich prawniczej elity jest posłanka Pawłowicz ksywa profesor, prokurator stanu wojennego Piotrowicz oraz Ziobro, mszczący się na sędziach za swoje przegrane procesy. Pamiętam, kiedy rządził SLD, a prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, to co roku urządzał spotkania z ludźmi kultury. Kiedy pierwszy raz dostałam zaproszenie, wahałam się czy pójść, bo byłam z zupełnie innej strony. Jednak poszłam, bo pomyślałam sobie państwowotwórczo: jak mnie zaprasza prezydent, to idę. Dziś gdyby mnie zaprosił Duda, to bym nie poszła. Te rozważania są zresztą bezprzedmiotowe, bo prezydent Duda takich spotkań dla wszystkich opcji nie urządzi. To człowiek innego formatu. Dobrze pamiętam to pierwsze zaproszenie Kwaśniewskiego, nasze umiarkowane do niego zaufanie i rozmowy tu w „Czytelniku”, kiedy to Holoubek i Łapicki mówili, że ich noga w Pałacu Prezydenckim nie postanie. Ale po dwóch latach sytuacja się zmieniła. Elity przekonały się, że prezydent ich szanuje. Szybko zorientowaliśmy się, że Kwaśniewski potrafi z elitami rozmawiać, bo jest oczytanym inteligentem. Również jego żona, jako pierwsza dama, była aktywna i robiła wartościowe rzeczy.

Ukazała się właśnie Pani książka „W szczelinach czasu. Intymnie o PRL”. W tamtych czasach o inteligentach władza mówiła „obcy klasowo”.
Tak, ja byłam obca klasowo już od dziecka, bo mój ojciec był do tego tzw. prywatną inicjatywą, więc byłam podwójnie obciążona.

Dziś też czuje się Pani obca klasowo?
Myślę, że tak, każdy, kto ma jakąkolwiek klasę jest obcy klasowo. Obcy ich klasie. W ich klasie obok autora „mord zdradzieckich” są takie osoby, jak Dominik Tarczyński czy pani Pawłowicz, która mówi o fladze europejskiej szmata, a o kobietach, które wychodzą walczyć o swoje prawa na ulice, też mówi, że są szmatami. Na dodatek sama chce, żeby o niej mówić per poseł, nie posłanka – wygląda to na jakiś problem z kobiecością? Kompleksy?

Ma też problem z językiem polskim, mówi „wziąść”, bo „wziąć” jest dla niej formą lewacką.
Tak, oni wszyscy tak mówią. Ale my tu w „Czytelniku” nimi nie gardzimy. Czasami się śmiejemy, łapię się na tym, że mówimy i myślimy o nich: „oni”. W PRL-u też byli ONI. I MY.

Czy pamięta Pani jakąkolwiek władzę, która nienawidziła elit?
Nie. Nawet w PRL-u władza starała się obłaskawiać elity. Pamiętam, że sekretarze partii chodzili do teatru, przychodzili „Pod Egidę”, gdzie ich na scenie wyśmiewano…

Dzisiaj magister Ziobro poniewiera profesorami…
Pamięta Pani komisję i określenie Leszka Millera? – „Pan jest zerem panie Ziobro” –  powiedział proroczo. I to Zero rządzi państwem? Ziobro myślał, że tych profesorów ogra, ale się nie udało. Aktualnie jest silny, bo jest „namaszczony” przez prezesa, ale jaką ma faktyczną siłę mogliśmy zobaczyć parę lat temu, kiedy trzęsącym ze strachu, słabiutkim, piskliwym głosikiem błagał Kaczyńskiego, żeby mu wybaczył. To jest człowiek, który jest w stanie zrobić wszystko. Na razie za nic nie odpowiedział, ale na pewno kiedyś odpowie. Gdziekolwiek jestem zapraszana do mediów i rozmowa dotyczy tematów politycznych, mówię o sprawie Blidy. Sprawie, która jest niezałatwiona, w której zacierano  ślady, np. wyczyszczono z odcisków rewolwer itd. A ten człowiek, który odpowiada teraz za cały nasz system prawny, próbuje wykończyć prawników, bo czuje, że jest winien. Także tego, co się stało z Blidą. Ma mnóstwo rzeczy na sumieniu, ale ma też i haki. W ogóle uważam, że system pisowski opiera się na hakerstwie.

???
Hakeria to sposób rządzenia. Każdy ma haka na każdego i są w klinczu. Nawet prezes Kaczyński nie może wyrzucić tego czy owego, bo obawia się hakowania. Głównie chodzi o zbieranie i wykorzystywane haków w polityce. Mam także na myśli polityczne hakerstwo w internecie – wiadomo, że są wynajęci ludzie, którzy za parę groszy piszą ohydne rzeczy w sieci. Tu przed „Czytelnikiem” stoją wynajęci faceci z nienawistnymi transparentami. Kiedyś przepędziłam ich grubym słowem. Przyjechała ekipa z TVN i robili ze mną wywiad na temat profilaktyki raka piersi. Mówiłam, że należy się badać. Oni zaczęli wrzeszczeć myśląc, że jestem z Platformy. Wściekłam się i w obcesowy sposób kazałam im się wynosić. No i odeszli.

Czy wszyscy staliśmy się bardziej chamscy? Kiedyś pewnych rzeczy nie wypadało wypowiedzieć – dziś się wali prosto z mostu.
Język się zmienił, przy stoliku też przeklinamy. Głowacki od zawsze używał „słów”. Jednak są tacy, którzy wciąż operują eleganckim językiem. Wydaje się, że teraz po kompromitujących, pełnych wulgaryzmów taśmach polityków, wszyscy poczuliśmy się zażenowani. Mam nadzieję, że nasz język powoli zacznie się zmieniać, wracać do formy. A czy naród się zmienia? Ludzie starają się utrzymać na powierzchni. Wszyscy, także elektorat PiS…

…który ciągle nie topnieje…
Nie wiemy tego dokładnie, sondaże nie są wiarygodne, głównie dlatego, że ludzie nie mówią prawdy. Proszę sobie wyobrazić, że przychodzi ankieter do domu obywatela, daje mu ankietę i każe ją wypełniać. Tam jest pytanie, czy będziesz głosować na PiS. I taki człowiek myśli sobie tak: On zna mój adres, moje nazwisko i imię, wie, kim jestem, więc na wszelki wypadek napiszę, że będę głosować na PiS. Oni się na tym właśnie przejechali. Prezes Kaczyński mówił, że sondaże ich uśpiły, i stracili Warszawę i duże miasta. Prawdopodobne, że w wyborach parlamentarnych taka mobilizacja, jaka była teraz w dużych miastach, będzie i w mniejszych, a nawet na wsi. Bo to nie jest tak, że elektorat jest taki głupi, że można mu wszystko wmówić. Nie. Można dać 500+, wyprawkę 300, ale pieniądze się skończą. Do tego jest oczywiste, że kiedy 500+ z moich podatków dostają biedne rodziny, jestem zadowolona, ale jeśli dostaje je ktoś, kto ma 20 tys. zł miesięcznie, to się na to nie zgadzam. Trzeba liczyć się z tym, że jak przyjdzie następna ekipa, to nie zabierze wszystkim, tego nie wolno zrobić, natomiast musi zabrać bogatym. Uważam, że PiS krzywdzi samotne matki, które np. o kilka złotych przekraczają próg i nie dostają ani grosza. Moim zdaniem, polityka PiS  doprowadziła do tego, że jest mniej małżeństw i będzie jeszcze mniej dzieci.

Pani dzisiejsze felietony polityczne są ostre i bardzo krytyczne, a przecież nie wszystko jest czarno-białe?
Tak, jestem ostrzejsza, ale wszystko wokół „się wyostrzyło”. Trzeba bronić własnych poglądów na rzeczywistość. Nie może być przyzwolenia na zło. Wkurzające jest to, że oni nas obrażają, wdeptują w glebę, a my staramy się być kulturalni. Ciągle słyszę po naszej stronie: my tak nie robimy, nie zniżymy się do ich poziomu. Nikt się jeszcze nie odwinął tak jak powinien, żeby zabolało. Grzeczność nie prowadzi do niczego dobrego. Musimy walczyć, ale bez nienawiści. Podobało mi się to, co na początku chciała robić .Nowoczesna, wszystko monitorować i zapisywać. Sama od 1966 r. prowadzę dzienniki. Gdybym nie miała tych dzienników, nie mogłabym napisać „Szczelin czasu”. Dzienniki pokazują prawdę. Nawet jeśli coś po latach okaże się nieprawdą, to taka była kiedyś prawda czasu. Dlatego często mówię o Blidzie, bo męczą mnie te niezałatwione sprawy. Potworna niesprawiedliwość, która spotkała rodzinę. Znałam Barbarę Blidę, nie była to słaba kobieta. Nie wszyscy wiedzą, że  wcześniej była ofiarą napadu, ukradli jej rozmaite rzeczy, ktoś ją w głowę uderzył i właśnie po tym incydencie dostała pozwolenie na broń. Kiedy o 6.00 rano zobaczyła ludzi w cywilu, którym otworzyła drzwi, miała prawo się przestraszyć i dlatego miała w ręce rewolwer.  Dlatego trzeba o tym pamiętać, a w przyszłości ich rozliczyć. Po śmierci Barbary Blidy Beata Kempa powiedziała, że nikt niewinny się nie zabija! I dostała potem wysokie stanowisko. Grasuje w polityce do tej pory.

Wracając do książki, pisze Pani o PRL bez złych emocji. Jak pisałaby Pani o dzisiejszych czasach?
Nie mogłabym jeszcze o tym pisać, jest za wcześnie i za bardzo mnie to porusza. Kiedy pisałam o PRL-u, to moje emocje w dzienniku są inne niż te po latach w książce. Np. oceniając stan wojenny i Jaruzelskiego, w dzienniku piszę, że on gdyby miał odrobinę honoru,  powinien sobie strzelić w łeb. Po latach zaczęłam się zastanawiać, co by było, gdyby Jaruzelski był tak krwiożerczy jak część partii i wezwał radziecką pomoc? Wielu ludzi uważa, że to nie było możliwe. A pamiętam, jak mi ktoś przywiózł z zagranicy „Newsweeka”, a w nim były zdjęcia okrętów radzieckich, które czekały, żeby nas „uratować”. Nigdy nie należałam do żadnej partii, mój mąż też, ale pamiętam, że w stanie wojennym wielu partyjnych zaczęło przechylać się na naszą stronę. Zaczynam dostrzegać pewne analogie między tamtymi a obecnymi czasami. Jestem przekonana, że jeszcze parę pisowskich afer i kompromitacji, a utworzy się wielka grupa, która nie będzie już ich chciała, tak jak my wtedy nie chcieliśmy komuny. W książce piszę o moim ojcu, którego podczas wojny prześladowano za to, że nie chciał zostać reichsdeutschem. W PRL był gnębiony jako przedwojenny burżuj, choć stracił wszystko. Często powtarzał, że wszystkie reżimy gnębią tych samych ludzi. To samo mówił Klemens Szaniawski. I coś w tym jest. Przecież Michnik, Frasyniuk byli więzieni w PRL-u. Dziś Frasyniukowi grożą trzy lata, bo podobno kopnął policjanta. Inni opozycjoniści również są poniewierani. Może to kompleks PiS, że to nie oni walczyli i nie oni byli więzieni? Jak Wałęsa, Kuroń, Michnik, Frasyniuk i cała opozycja. Lech Kaczyński był wprawdzie w stoczni, ale pan Jarek już nie. Ostatnio procesując się z Wałęsą, miał pretensje przed salą sądową, że ktoś odezwał się do niego per „panie Jarku”, dziwił się, że policja na to nie reaguje!

Powiedziała Pani, że ludzie nie chcieli komuny i tak samo niebawem nie będą chcieli PiS.
Moim zdaniem, PiS znalazł się na równi pochyłej. Platformiane ośmiorniczki (porcja kosztuje – jak sprawdziłam – ok. 30 złotych) przy aferach PiS mogą się schować. Oni zamiast ośmiorniczek zrobili olbrzymią ośmiornicę, która oplata nas ze wszystkich stron. Wydaje im się, że jak zacisną te macki, to nikt nie piśnie. Myślą, że skoro Orbanowi się udało wziąć Węgrów za twarz, to im się też uda. A Polska to jest zupełnie inny kraj i inni ludzie. Pomijając fakt, że poza wszystkim Orban jest szefem, nie chowa się tchórzliwie za węgłem, bez odpowiedzialności, no i ma konstytucyjną większość. Trzeba pamiętać, że Węgrzy w czasie wojny byli po stronie niemieckiej, a my nie. Myślę, że w Polakach jest wielka siła i tradycja w stawianiu oporu przeciwko odbieraniu wolności. Musi się tylko trochę suweren przebudzić,  niekoniecznie cały lud, nie wszyscy walczyli w powstaniach. Reszta, jak zwykle, dołączy do zwycięzców. Poza tym, w PiS-ie trzeszczy, wiadomo, że są dwie frakcje Morawieckiego i Ziobry, które się zwalczają i mają na siebie liczne haki. Niewykluczone więc, że sami się wykończą.

Na to bym nie liczyła, więc kiedy może dojść do przebudzenia?
Kiedy władza przekracza pewien próg, to ludzie się jednoczą i następuje przebudzenie. Oni już przekroczyli ten próg, ale nie wszyscy jeszcze to widzą. Zawsze najpierw budzą się elity. Na początku „dobrej zmiany” ludzie wielu rzeczy nie rozumieli. Dwa lata temu mało kto wiedział, co to jest Trybunał Konstytucyjny, jak wygląda SN, jaka jest różnica między Trybunałem a SN, co jest zapisane w Konstytucji. I nagle nastąpiło pierwsze przebudzenie. To było przebudzenie elit, tak jak w czasach „Solidarności” – najpierw przebudziły się elity, a potem zwykli ludzie. Teraz będzie tak samo, elity obudzone są od dwóch lat. Reszta też się już przeciąga, budzi powoli, za chwilę ten krąg się poszerzy ockną się wszyscy, którym zależy na tym, by pozostać w Europie. A jest nas 80%! To my wszyscy tworzymy Społeczeństwo Obywatelskie, są w nim także wyborcy PiS-u i wszyscy obrażani, kanalie, zdradzieckie mordy, komuniści i złodzieje. Prezes Kaczyński już nie może uważać, że nikt ich nie przekona, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Oni to wiedzą. To oczywista oczywistość.

Waldemar Mystkowski pisze o porażkach PiS.

To nie ambasador USA Georgette Mosbacher upokorzyła PiS, to partia Jarosława Kaczyńskiego padła przed nią na twarz. Ale jak ktoś nie zna najważniejszej poprawki do amerykańskiej konstytucji, która ma obszerną literaturę przedmiotu i niejedno hasło w Wikipedii jako „1. poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych”, to musi tak dołować ze swoją facjatą.

Ambasador Mosbacher sprowadziła PiS do właściwej tej partii pozycji – bicia przed nią czołem. Rzecznik Joanna Kopcińska opublikowała w imieniu rządu Mateusza Morawieckiego oświadczenie, które jest mentalnym dla tej formacji świadectwem upadku, bo nie dość, że zaznali upokorzenia, to znowu pojawiła się mantra nieodpowiedzialności: „nasi poprzednicy”.

Otóż „wasi poprzednicy”, czyli koalicja PO-PSL i wcześniej, nie mieli żadnych zatargów z sojusznikiem zza Oceanu, a nawet służyli przykładem jako kraj wolności, aspiracji, jako prymus demokracji, któremu się udało. A jednak przyszedł PiS do władzy i diabli wzięli wcześniejsze osiągnięcia.

Mosbacher po upokorzeniu PiS znowu się odezwała i docisnęła jednym tweetem po polsku: – „Relacje PL-USA są bardzo dobre, a moim priorytetem jest pogłębianie tej przyjaźni. Wśród podstawowych wartości niesamowicie ważnych dla USA i dla mnie jest wolność słowa, wolność mediów i wolność intelektualnego dyskursu”. W języku dyplomacji to użycie buta w stosunku do sojusznika, któremu obce są „wolność słowa, wolność mediów i wolność intelektualnego dyskursu”.

Wolne media w Polsce dostały wsparcie od USA. Tego Jankesom nie zapomnimy. Jeszcze większe wsparcie dostajemy od Unii Europejskiej, a konkretnie od Komisji Europejskiej. Śmiem twierdzić, iż gdybyśmy nie należeli do Unii, dzisiaj Kaczyński byłby wszechwładnym autokratą, znajdowalibyśmy się „w powtórce z rozrywki” z lat 1937-39, z możliwością zaznania wojny hybrydowej z Rosją.

Na szczęście, przyjaciele z Brukseli nie nabierają się na pisowskie wycofywanie się z demolki niezależności sądów. Markowana ustawa o Sądzie Najwyższym została uznana jako „krok w dobrą stronę”. Ale tylko krok, po którym powinno dojść do następnych – ma to być odwrót z ustaw sądowniczych. Wiemy, że PiS jednak z dążenia do autokracji nie ustąpi, bo nie po to demolował trzecią władzę.

Komisja Europejska nie wycofuje pozwu do Trybunału Sprawiedliwości UE, z artykułu 7 Traktatu Unii Europejskiej, czyli z procedowania ochrony reguł praworządności, które zostały złamane przez PiS.

PiS znalazło się więc w imadle dwóch potęg, z prawej strony dociskają USA, z lewej Bruksela, a w kraju ciągle na agendzie jest afera Komisji Nadzoru Finansowego, choć jej były prezes zmienił się w Marka Ch. Użyto cepa wspomnianej retorycznej mantry, mianowicie PiS składa wniosek do prokuratury i skarży ustawę dotyczącą VAT z roku 2008. Absurd – by nie powiedzieć paranoja – polega na tym, że została ona przegłosowana z rozwiązaniami, o które sam PiS wnioskował.

PiS potyka się więc o własne sznurowadła, ale to może dlatego, że Kaczyński „dąży do prawdy” w obstawie ochroniarzy, policjantów, odizolowany barierkami. Każdy by się w tej sytuacji przewrócił, zarówno przed ambasador USA, jak i przed Komisją Europejską oraz wykopyrtnął o supeł VAT, który sam zawiązał.

A więc stało się! Nie do końca oficjalnie, lecz prawie na pewno w ostatnich dniach przyszło na świat pierwsze genetycznie zmodyfikowane dziecko! Zespół pod kierunkiem dr. He Jiankui z Południowego Uniwersytetu Nauki i Technologii w Szenzen dokonał za pomocą metody edytowania genów CRISPR modyfikacji ludzkich zarodków, polegającej na wyłączeniu genu CCR5 odpowiedzialnego za podatność na wirusy HIV, ospy i cholery. Zarodki zostały wszczepione do macicy kobiety i rozwinęły się z nich prawidłowe płody. Wedle wiarygodnych doniesień właśnie urodziły się dwie dziewczynki odporne na HIV, co oznacza, że eksperyment He Jiankui się powiódł.

Jak twierdzi sam autor eksperymentu – i trudno się z nim nie zgodzić – jest to przełom jeszcze większy niż wynalazek zapłodnienia in vitro. Powiem więcej – jest to początek nowej ery, ery transhumanizmu. Od dawna już przewidywano, że metody inżynierii genetycznej prędzej czy później zostaną zastosowane do człowieka i że stanie się to najprawdopodobniej w Chinach, gdzie opory natury moralnej są w tym obszarze znacznie słabsze niż na Zachodzie, natomiast pragnienie sukcesu i technologicznego przywództwa – przemożne.

I stało się – jesteśmy w nowej epoce. Przez jakiś czas naukowcy będą modyfikować ludzki genom wyłącznie w celach zdrowotnych, by potem zabrać się do wszczepiania zarodkom (ludzkich) genów warunkujących szczególnie korzystne cechy, niemające ściśle zdrowotnej natury. Dobra pamięć, inteligencja, empatia… I w ogóle wszystko, co może być warunkowane przez jeden bądź kilka genów. Za kilkadziesiąt lat pojawią się superludzie, o których rozprawiamy w bioetyce od wielu lat. To się dzieje na naszych oczach, tak samo jak globalne ocieplenie, sprowadzające na nas nieuchronną katastrofę.

I co możemy z tym zrobić? Mamy nie jeść śniadania albo nie iść do pracy, bo właśnie rozpoczęła się nowa epoka w dziejach ludzkości – być może ostatnia epoka? Skala ludzkiego żywota jest zbyt mała, by można było naprawdę doświadczyć epokowej zmiany, rozciągającej się wszak przynajmniej na stulecie. Wszyscy, którzy z racji wieku powinni poczuwać się do odpowiedzialności i głęboko przeżyć to, co się wydarza, są jednocześnie na tyle starzy, by móc się pocieszyć, że w ostatecznym rozrachunku to wszystko już ich nie dotyczy. Świat nigdy nie poddawał się naszej kontroli i nie poddaje się jej również dzisiaj, chociaż tak bardzo na to liczyliśmy.

Nie powinniśmy jednak patrzeć na inżynierię genetyczną człowieka wyłącznie jak na zagrożenie. To jest przede wszystkim zmiana. Zmiana wielka, która w perspektywie stu czy dwustu lat całkowicie przeobrazi prokreację, czyniąc z niej proces kontrolowany, tak jak przed tysiącami lat ludzkość objęła kontrolą przemieszczanie się oraz wytwarzanie żywności. Być może nasi potomkowie uznają, że nie dało się inaczej. Być może będą żałować, że nie mogą już mieć dzieci „tak o”. Albo jedno i drugie. Tak czy inaczej czeka nas wiele awantur i dramatów związanych z eksperymentowaniem na ludzkim genomie. Tym bardziej że nie wszystkie eksperymenty mogą zakończyć się happy endem. Oby urodzone właśnie dziewczynki rozwijały się zdrowo i wyrosły na szczęśliwe osoby. Choć ich życie nie będzie przecież zwyczajne.

Wisława Szymborska o głupieniu i mądrzeniu

22 List

Ktoś powiedział, że ludzie głupieją hurtowo i mądrzeją detalicznie. Dlatego kochamy i popieramy przypadki detaliczne.

Wisława Szymborska

„Dłoń”

Dwadzieścia siedem kości,

trzydzieści pięć mięśni,

około dwóch tysięcy komórek nerwowych

w każdej opuszce naszych pięciu palców.

To zupełnie wystarczy,

żeby napisać „Mein Kampf”

albo „Chatkę Puchatka”.

(Wystarczy, 2011)