Archiwum | Kościół RSS feed for this section

Dziurka Rydzyka, galopujący sukces Szydło. Z życia pasqud 15

10 Lip

Wirtualna Polska napisała o najnowszym apelu T. Rydzyka, w którym redemptorysta domaga się od wiernych kasy na zakup nowego wozu transmisyjnego dla toruńskiej rozgłośni. Okazją do zbiórki na ten cel będzie zapowiedziana na najbliższy weekend 28. pielgrzymka „Rodziny Radia Maryja” do Częstochowy.

„Zapraszamy wszystkich – przybywajcie osobiście, w grupach zorganizowanych i indywidualnie, różnymi środkami lokomocji. W domach niech zostaną tylko chorzy” – napisał duchowny

Apel nie pozostał bez zgryźliwych komentarzy, bo choć Rydzyk skarży się, iż dotychczasowy sprzęt, jakim dysponuje radio liczy sobie już 16 lat, jest zdezelowany i bez 5 mln zł nie uda się go zastąpić nowym lepszym, to nie wszystkim ta nienowa inicjatywa redemptorysty przypadła do gustu.

Pikanterii dodaje jej precyzyjny instruktarz: „…prosimy o pomoc, o symboliczną ‘Różę’ dla Matki Najświętszej – dla Jej radia, bo to jest Jej radio. Te ofiary składamy w małych namiotach pomiędzy namiotami Fundacji ‘Nasza Przyszłość’, w małych kopertach, podpisanych imieniem, nazwiskiem i adresem dla podziękowania – równocześnie zaznaczenia, że ofiara doszła. Wkładamy je do skarbon dostosowanych do małych, a nie wielkich kopert. Nie wielkie koperty. Tej wielkiej koperty nie da rady włożyć do takiej skarbony, a nie chcielibyśmy, aby to było gdzieś z boku. Niech się to nigdzie nie zapląta. Niech dotrze pod właściwy adres” – apeluje Rydzyk do fanów swojej rozgłośni.

Grupa internautów zareagowała nie przebierając w słowach: „że też tego ciula jeszcze nikt nie odstrzelił…”, „powiesić w końcu tego lumpa”, „TY ŻEBRAKU PASKUDNY TY LEPIEJ ZBIERAJ DLA SIEBIE NA SZNUREK”, „Tylko batem po grzbiecie tego naciągacza…” – cytuje komentarze przewodniczący Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami i Przemocą Ryszard Nowak, grożąc portalowi i autorom wpisów konsekwencjami prawnymi. Sugeruje, że wiele z nich nawołuje do zabójstwa duchownego. O możliwości popełnienie przestępstwa napisał do prokuratora generalnego, twierdząc że stoi za tym jakaś opłacana grupa.

„Standardowa ochrona SOP przysługiwała mi do 4 lipca. Została przedłużona gdyż otrzymywałam groźby karalne (powiadomiłam o tym organa ścigania). Ponieważ sprawa ochrony jest wykorzystywana do politycznych ataków opozycji, dlatego dziś z niej zrezygnowałam” – poinformowała na Twitterze Beata Szydło. O objęciu jej tą ochroną: „Czy pani nie wstyd, pani Szydło, wyciągać kasę z naszych kieszeni? „Dobro narodowe” chronione za 2 tys. dziennie”.

Można snuć przypuszczenia, że gdyby nie ujawniono tego faktu, Szydło dalej objęta byłaby ochroną SOP, a twierdzenie, że opozycja ją z tego powodu atakuje brzmi mało wiarygodnie. Przypomina się sytuacja z wysokimi premiami pieniężnymi, które ówczesna premier Szydło przyznała sobie i członkom swojego rządu. Gdyby nie ujawnienie tego przez posła PO Krzysztofa Brejzę, pewnie byłyby one dalej przyznawane, bo przecież „te nagrody im się należały”.

„Serio? Nagle przestało pani zagrażać niebezpieczeństwo, bo sprawa wożenia się rządową limuzyną wyszła na jaw i stała się głośna? Nie widzi pani tego obciachu i ściemy?”; – „Uroki kampanii – w niej decyzje o rezygnacji z przywilejów posłom PiS przychodzą tak jakoś łatwiej…”; – „Zrezygnowała, bo sprawa się „rypła”. Tyle w temacie”;

„Ponieważ sprawa ochrony jest wykorzystywana do politycznych ataków opozycji”? Gdyby pani nie wykorzystywała uprawnień, które pani nie przysługują, pewnie opozycja nie miałaby się do czego przyczepić, a swoją drogą to trzeba mieć tupet, żeby swoimi grzeszkami obarczać innych”; – „I teraz będą ci paskudni, zwykli ludzie podchodzić i zadawać trudne pytania. Jacyś niepełnosprawni, rodzice dzieci z podwójnego rocznika, chorzy bez dostępu do lekarza, niepełnosprawni… Jak żyć….” – komentowali wpis Szydło internauci.

Polacy to bez wątpienia wielki, wspaniały naród i pod wieloma względami całkiem fajne społeczeństwo. Jednak gdybym mogła coś w nas zmienić, sprawiłabym, żebyśmy byli wszyscy aż i tylko – dużo bardziej życzliwi.

Istnieją wielkie cnoty, zawsze i wszędzie gloryfikowane, jak mądrość, nieprzeciętna inteligencja, ba! – nawet marny spryt życiowego cwaniaczka, elokwencja i oczytanie, erudycja i dobre wychowanie, o kreatywności, polocie, niepoślednich talentach, poczuciu humoru i bystrości umysłu nie wspominając. Wszystko to są cechy wielkie i chwalebne, niestety, zauważcie, jak rzadko zdarza nam się dorzucać do tej listy zwykłą, prostą życzliwość.

Jest to o tyle paradoksalne, że ta właśnie cecha, jak żadna inna decyduje o tym, czy nasze życie, tak prywatne, jak i społeczne, a nawet państwowe jest szczęśliwe, satysfakcjonujące i udane, czy przeciwnie, szare, pełne konfliktów i wiecznego wkurzenia. Możesz być mądry, wyszczekany, dobry, a nawet najlepszy w jakiejś dziedzinie, wrażliwy lub bezwzględny, możesz być małomówny lub być wielką gadułą – i wszystko to nie ma znaczenia, bo o jakości twojego życia decyduje to, czy inni są na co dzień dla ciebie życzliwi, czy miło i dobrze cię traktują i czy ty robisz to samo dla nich.

Większość naszych polskich bolączek bierze się z nieżyczliwości. Krzyczymy i warczymy na siebie w sklepach, urzędach, na ulicy, u cioci na imieninach, w domach i w pracy. Denerwujemy się tam, gdzie denerwować się wcale nie trzeba, wiecznie spieszymy, myślimy tylko o sobie.

Uważam, że zazwyczaj wszelkie zło idzie z góry, dlatego jestem skłonna odpowiedzialność za ten stan rzeczy przypisywać politykom, bardziej niż innym grupom społecznym. Codzienny pokaz chamstwa, prostactwa, szczerej i bezinteresownej złośliwości, małostkowości serwowany nam w telewizjach od paru lat zrobi swoje. Poza tym – jeśli politycy i ich poplecznicy zachowują się w ten sposób i nieźle na tym wychodzą – ludzie widzą przecież, jak można się obłowić i jakie zająć stanowiska, byle tylko mieć znajomka w PiS – to tłum zaczyna sądzić, że to jedyny sposób, żeby coś „osiągnąć” i z ochotą zaczyna naśladować.

Ponieważ jednak znają mnie Państwo już trochę i wiedzą, że wszystkie rewolucje skłonna jestem raczej zaczynać od siebie, powiem i tym razem: trzeba zacząć od siebie. Częściej się uśmiechać, spokojniej mówić, nie krzyczeć, tylko przekonywać, tłumaczyć, demaskować fałsz spokojnie i bez nerwów, polubić choć trochę ludzi, przepuścić kogoś czasem w drzwiach, czy jako kierowca nie wymuszać pierwszeństwa. Brak życzliwości to nasza społeczna cecha, która często rzuca mi się w oczy. Nie dotyczy rzecz jasna wszystkich, nie chcę uogólniać, ale jednak stanowi problem na tyle duży, że warto go odnotować.

Nie dajmy się zwariować i zamienić bezwzględnym politykom w stado warczących na siebie, obnażających kły wilków, bo różnorodność jest inspirująca, nie obciążająca, a umiejętność spojrzenia na sprawy z innego punktu widzenia, podobnie jak prosta życzliwość i dobroć, to jedne z najwspanialszych ludzkich cech. A potrzebujemy ich przecież dziś bardziej niż kiedykolwiek.

Reklamy

Mateusz Morawiecki, recydywista kłamstwa. Z życia pasqud 13

8 Lip

Morawiecki minął się z prawdą przy okazji ogłoszenia planu walki z zanieczyszczeniem powietrza. Polityk w trakcie konwencji PiS w Katowicach zapowiedział, że jeszcze w bieżącym roku posadzone zostanie pół miliarda drzew.

Wykonanie tego planu jest po prostu niemożliwe. Leśnicy, zakładając, że akcja zakończona ma zostać w Sylwestra, musieliby sadzić aż 33 drzewa na sekundę…

Prawo i Sprawiedliwość jest formacją antyekologiczną. PiS-owcy jak dotychczas wycięli tysiące drzew i pozbyli się elektrowni wiatrowych. Rządzący nie ustają przy tym w promocji energetyki węglowej, choć problem zanieczyszczenia środowiska jest w Polsce coraz bardziej widoczny.

Zdaniem wielu polityków partii rządzącej, problemy związane ze zmianami klimatycznymi stanowią wymysł „lewackich” mediów.

Najczarniejszy sen Jarosława Kaczyńskiego może stać się koszmarem na jawie. Jak poinformował na Facebooku Roman Giertych, pełnomocnik Geralda Birgfellnera, właśnie otwiera się nowy rozdział sprawy oszustwa na wielką skalę (chodzi o kwotę ponad 40 mln złotych), jakiej dopuścić miał się prezes Prawa i Sprawiedliwości na rzecz austriackiego biznesmena. Sprawa dotyczy rozbudowy finansowego zaplecza środowiska, skupionego wokół lidera Zjednoczonej Prawicy i budowy na działce przy ul. Srebrnej dwóch wieżowców K-Towers, które na wiele dekad zapewniłyby olbrzymie finansowanie temu stronnictwu.

Chodzi mianowicie o decyzję austriackiej prokuratury, która zdaniem Giertycha została wręcz dodatkowo zmotywowana do działania wnioskami, które skierowała do niej polska prokuratura. Popularny mecenas jest nawet zdania, że to nie jest przypadek i tak naprawdę na taki efekt liczyli prokurator Śpiewak i prokurator Krajowy Bogdan Święczkowski, którzy rozumieją, że w polskich warunkach do wszczęcia takiego śledztwa nie ma prawa dojść.

“Otrzymaliśmy informację od austriackiej prokuratury, że wpłynął do nich wniosek o przesłuchanie Geralda Birgfellnera skierowany przez prokuratorów Renatę Śpiewak i Bogdana Święczkowskiego. Przesłuchanie w rozmowie z prokuratorem austriackim ustaliliśmy na dzień 12 sierpnia br. w Wiedniu. Wraz z przesłuchaniem złożymy wniosek o wszczęcie postępowanie karnego w Austrii. Prokurator po zrealizowaniu wniosku polskiej prokuratury będzie mógł wyłączyć sprawę naszego zawiadomienia do odrębnego postępowania i przeprowadzić normalne, gruntowne śledztwo” – czytamy na Facebooku Giertycha.

Więcej >>>

eśli sprawa zostanie formalnie podjęta, należy spodziewać się rychłego wezwania na świadka zarówno Jarosława Kaczyńskiego, jak i ks. Rafała Sawicza i zapewne wielu innych prominentnych działaczy środowiska skupionego wokół spółki Srebrna, w tym małżeństwo Kujdów, słynną panią Basię, czy Michała Krupińskiego, szefa państwowego banku, który miał w niejasnych okolicznościach gwarantować sfinansowanie inwestycji.

W zbudowanym przez większość sejmową układzie państwowym, w którym prokuratura jest ściśle podległa politykowi zależnemu od lidera PiS, niemożliwie jest nawet wszczęcie śledztwa w sprawie jego dotyczącej (to, co dzieje się wokół postępowania sprawdzającego z zawiadomienia Birgfellnera jest najlepszym przykładem tej głębokiej patologii). Jeśli jednak sprawa trafi pod jurysdykcję państwa ze sprawnie działającą prokuraturą, nieskażoną politycznymi powiązaniami, to sprawa może przybrać bardzo nieciekawy obrót dla “krystalicznego” lidera partii rządzącej. Jeszcze przed wyborami może dojść nie tylko do wszczęcia śledztwa w tej sprawie, ale i do postawienia mu poważnych zarzutów oszustwa czy nawet wystawienia Europejskiego Nakazu Aresztowania, jeśli przed stawiennictwem przed organami ścigania będzie się uchylał. Dłużej tej sprawy bagatelizować się nie da. Pozostaje pytanie, jakiej pomocy zdecyduje się udzielić prezesowi PiS Zbigniew Ziobro i czego zażąda w zamian. Jedno jest pewne – sprawa z pewnością powróci i to ze zdwojoną siłą.

Wyobraźmy sobie świat bez religii, o którym śpiewał John Lennon w piosence “Imagine”: nie ma już coniedzielnej Mszy, kościoły najpierw zamknięto, a potem przerobiwszy na sale koncertowe – zburzono. To samo zrobiono z meczetami i synagogami, cerkwiami i zborami.

Co by się stało, gdybyś pewnego dnia dowiedział się, że papież ogłosił koniec chrześcijaństwa w jego dawnej i obecnej postaci? Czy świat bez religii był niegdyś? Czy kiedyś będzie? Czy Jezus się nie mylił, pytając retorycznie, czy “znajdzie wiarę na Ziemi, gdy przyjdzie?” Czy ludzie Kościoła i innych religii zostaną ukarani za to, co robili przez tyle wieków z niewykształconymi ludźmi?

Wiedza daje potęgę, także tę materialną: to wiemy wszyscy. Kto jednak korzysta z wiedzy, aby zdobyć władzę i pieniądze, ten niegodny jest nieba. Powinien zostać na ziemi, którą spali słońce.

Dlaczego istnieją religie? Kto wpadł na pomysł, aby zbudować pierwsze świątynie na bliskim wschodzie i dlaczego do dziś się je stawia? Co kieruje ludźmi, aby automatycznie, jak manekiny wstać rankiem w niedzielę i “pójść do kościoła”?

Zauważ, że “chodzi się do kościoła”, a nie “chodzi się, aby spotkać Boga”. Pomylili się nasi pradziadowie, gdy ustanawiali nowoczesne reguły separacji prywatnych przekonań od naukowych dociekań w okresie pozytywizmu. Sądzili, że “religia to opium dla ludu” i że “Bóg zmarł”, ale nie przypuszczali, że nadejdą takie czasy, jak dziś, kiedy na lekcjach katecheci stawiają uczniom pytanie o to, czy “homoseksualista może być zbawiony?”. Skandal polega tu już na samym postawieniu tego pytania, które jest w domyśle rzecz jasna retoryczne: nie, nie może być zbawiony, bo ja – katecheta – tak chcę i koniec. Jest to perfidne wykorzystywanie zabobonnych lęków, przesądów i uprzedzeń, uprzednio wdrukowanych w dzieciństwie, do forsowania nowych pułapek myślowych.

Ktoś powiedział, że “wiek 21 będzie religijny, bądź nie będzie go wcale”. I miał na myśli mistykę oraz rozwój duchowy, które rzadko idą w parze z oficjalnymi dogmatami jakiejś wiary czy tradycji religijnej. Niestety, mistyka jeżeli jest, to tylko w szpitalach dla nerwowo chorych, a w przestrzeniach publicznych mamy karykaturę, parodię wiary, jej jakieś legalistyczne i formalne szczątki. Po prawdziwej wierze nie ma śladu, stąd wchodzi w nas wiara fałszywa, niemająca nic wspólnego nie tylko z Biblią, ale nawet z tym, czego uczy w oficjalnych encyklikach papież.

Kiedy opublikowano “Amoris leatitia”, podniosło się larum i “wierni Tradycji”, czyli mówiąc krótko tradycji kastracyjnej oburzyli się, że papież – zresztą wzorem Benedykta XVI – mówi coś o “erosie” i “amorze”. Dziadek bredzi! – twierdzili prawowierni, bardziej boscy niż sam Bóg katolicy polscy.

Mam znajomego księdza Polaka, który jest kapelanem w szpitalu w Wiedniu. Kiedy czatujemy o religii, przekazuje mi wstrząsający – ale jakże pozytywnie! – obraz wiary w Zachodniej Europie. Tam nikt ci nie zabroni kupna w aptece gumki albo środka antykoncepcyjnego; nikt ci nie wejdzie do łóżka i nie zbada, w jakiej pozycji to robisz i ile masz z tego rozkoszy; tam nikt ci nie zabroni uczyć się teorii ewolucji; nikt nie zmusi Twoich dzieci do udziału w jakichś chorych uroczystościach i nie będzie prześladował, jeśli ich nie poślesz na religię, która właściwie jest tam etyką oraz religioznawstwem porównawczym: dzieci uczą się, że są różne tradycje i panuje tu wielka różnorodność, tak jak w świecie biologicznym i że masz wolny wybór, możesz nie tylko je obiektywnie poznawać, ale i podróżować bez obaw do miejsc innych wiar, odwiedzać meczet, synagogę, cerkiew czy zbory i nie mieć z tego powodu problemów.

Tam nikt nie rzuca anatem, klątw i przekleństw; tam nikt nie sądzi po pozorach, a jeśli się zdarzają nieporozumienia, to szybko zostają wyjaśnione. Każdy szanuje siebie, swoją wiarę lub niewiarę, szanuje innych i inne wiary oraz niewiary. Tam religia nie opanowała uniwersytetów, akademii, szkół średnich oraz powszechnych; religia zna i zachowuje swoje granice, wie, gdzie jej miejsce, że najlepiej jej w “ewangelicznej izdebce”, gdzie każdy może robić, co chce. I jeszcze nie najmniej ważne: spowiedź jest całkowicie na wymarciu, a jeśli ktoś chce porozmawiać z księdzem, musi się umówić, bo księża nie siedzą ostentacyjnie w konfesjonałach i nie jadą na wzbudzaniu poczucia winy; znasz to uczucie, kiedy wchodzisz do kościoła, widzisz sznureczek ludzi i nagle wahasz się, czy też nie pójść do spowiedzi; tak działa właśnie presja grupy.

Tam, żeby w ogóle się móc wyspowiadać, co zresztą odbywa się w całkiem różnej formule, należy znaleźć kapłana i najpierw odbyć zwyczajną rozmowę. Podczas tej rozmowy kapłan może nawet stwierdzić, że spowiedź rozumiana u nas jako sakrament, co działa na podświadomość wiernych, nie jest w tym przypadku konieczna. Rozmowa z księdzem staje się bardzo popularnym zamiennikiem spowiedzi i nie należy z tego powodu rzucać anatem na chrześcijaństwo zachodnie. Oskarżane o niewiarę, okazuje się ostatnią przestrzenią wolności, której nie zna ani polski katolicyzm, ani powracający korporacyjny model państwa świeckiego, pełnego monitoringu i obiektywów kamer.

Religia jest, staje się na naszych oczach i będzie głównym kłopotem tego stulecia, a jeśli nic nie zrobimy, to i następnego, które teraz wydaje się nam odległe, a nadejdzie niespodziewanie prędko. Religia to źródło zabobonów i bredni, podpartych tak zwaną tradycją, czyli przesądami analfabetów średniowiecznych oraz uświęcone Biblią, której i tak żaden katolik nie czyta, bo gdyby przeczytał w księdze kapłańskiej, że Bóg każe zabijać gejów, to straciłby wiarę.

Dobrze wiedzieli cenzorzy potrydenccy, kiedy zakazali prywatnej lektury pisma świętego, bo jeśli przeczytasz raz te brednie, to na zawsze porzucisz wygodną tradycję, ustalone myślenie i wyruszysz we własną podróż duchową, która da ci więcej niż “codzienny różaniec, Eucharystia, lektura pisma świętego i pokuta” – to jednym tchem wymawiane zalecenia dla polskich katolików.

Jakie to proste! Pójdę na Mszę, wyspowiadam się co miesiąc, albo co tydzień, najlepiej codziennie, przystąpię do Komunii, potem jeszcze dziesiątka różańca i jakiś dobry uczynek (umyję mamusi naczynia) i załatwione!

Jaki ten rozwój duchowy prosty! Po co mi czytanie mądrych książek, skoro nie są natchnione, no bo jedynie Biblia jest natchniona! Po co mi powieści
Dostojewskiego, Manna, Bułhakowa, te straszne, bezbożne lektury, po co mi
muzyka Bacha, jak mogę pójść sobie na charyzmatyczne spotkanko i przy wtórze gitar wyśpiewać Panu chwałę! Gitary podkręcą nastrój w grupie i może jakieś cuda się zdarzą przy okazji? Anioł ukaże się z mieczem i pójdzie karać moje bezbożne miasto, a my tu bezpieczni, schowani przed złym światem i wybrani oczywiście spośród milionów.

Oczywiście, jest jeszcze gorzej: jedną naszą stroną, tą racjonalną krytykujemy religię i Kościół, ale gdy widzimy tyle nieszczęść, aż prosi się, żeby nieco stonować, spojrzeć na religie bardziej pozytywnie jako na źródło pociechy dla tysięcy chorych, niepełnosprawnych i nieszczęśliwych.

Uwaga! To właśnie jest ów podstępny mechanizm: “no tak, ja nie potrzebuję Boga ani religii, ale nie będę z nimi walczył, skoro są ludzie, którym jest ona potrzebna”. Błąd! Ludzie, którzy naprawdę wierzą w coś, w jakiś sens zwykle nie potrzebują do tego żadnych kościelnych pośredników. Mają wiarę Pascalowską, religię serca, ową “religię naturalną”, pozbawioną dogmatów, sztywnych tradycji i rytów, owo poczucie “nieba gwiaździstego” i muzyki sfer, które skutecznie odczyniają złe uroki kościelnej niewoli, dyscypliny sakramentów i bredni, wpajanych wiernym od dekad.

Oczywiście, brednie obecne są uwspółcześnione, żaden katolik nie uwierzy już w “staruszka z brodą” i tak dalej, ale to kolejna pułapka: spór rozgrywa się na płaszczyźnie etycznej oraz światopoglądowej. Katolik serio tedy wierzy, że istniał raj z wężem i jabłuszkiem, że Jezus chodził po wodzie, że woda zmieniła się w wino i że manna sypała się z nieba, a wzburzone wody Morza Czerwonego nagle się rozstąpiły, pozwalając ujść z głową Żydom, ściganym przed Egipcjan. I na tym buduje swoją etykę, w której nadmiernie uszczegóławia Dekalog, fiksując się prawie zawsze na nieszczęsnym “szóstym i dziewiątym”, jakby nie było pozostałych osiem, równie ważnych, albo ważniejszych.

Jeśli wspólnie nie zastanowimy się tutaj, na tym forum, co dalej począć z wyskokami Kościoła i zbiorowymi zaburzeniami nerwowymi, nazywanymi roboczo “religią”, to nikt za nas tego nie zrobi i będziemy winni duchowej apokalipsy, jaką zgotują nam religie jeszcze w tej połowie obecnego stulecia.

Panie Jarosławie Kaczyński,

z niepokojem przyjąłem ponownie wiadomość o Pańskiej odizolowanej „wyspie wolności” i ogólnego szczęścia. Proszę, aby Pan tego mi oszczędził i nie zabierał mnie ze sobą, bo będzie miał Pan tam ze mną same kłopoty.

Pochodzę ze zwykłej polskiej rodziny, z ojca AK-owca i mamy robotnicy. Nie było w domu kokosów. Skromne wojskowe mieszkanko i czterech braci, wychowywanych na patriotycznych wzorcach AK.

Nie to, co Pan – arystokrata żoliborski.

Mógł się Pan cieszyć kontaktami z niezwykle wpływowymi ludźmi dyktatury proletariatu, którzy podpisywali wyroki na polskich bohaterów. Przy tak mocnych osobach z pewnością opływał Pan ptasim mleczkiem. Mieszkał Pan w wygodnej willi, odebranej rodzinie polskiego oficera i bohatera wojny z bolszewikami. Jak to fajnie móc korzystać z luksusów, chociaż męczy mnie to, że stworzonych dla ludzi, będących na usługach tamtej władzy.

Nawet, gdy zdarzyło się zaniedbać naukę, sam kurator oświaty najwyższej władzy PZPR pomógł; wprawdzie trzeba było szkołę zmienić, ale promocję do klasy maturalnej Pan otrzymał.

Potem „chłopaki szły” do wojska. U mnie było łatwo, ciągle w mundurze harcerskim, do szkoły oficerskiej poszedłem jakby z marszu, naturalnie.

Przepraszam, ale nie słyszałem, gdzie Pan służył, prawdopodobnie prasa tego nie zauważyła, ale powszechny obowiązek obrony ojczyzny zapewne był Panu nieobcy i odsłużył Pan te dwa obowiązkowe lata dla ojczyzny, żeby, jak wtedy mawiano, stać się mężczyzną. Pewnie podziela Pan mój pogląd, że trudno było się od wojska wymigać, chyba że ktoś ręki lub nogi nie miał albo na tzw. żółte papiery, bo wariatom wtedy broni nie dawali, prawda?!

To kiedy stał się Pan mężczyzną?

Ludzie mówią, ale nie wierzę, że nadal trudno Panu zrobić cokolwiek samemu.

Z pisaniem pracy inżynierskiej czy magisterskiej też nie miałem problemów. Pamiętam jednak to stukanie jednym palcem na maszynie, bo maszynistka była zbyt droga.

Przepraszam, ale nie doczytałem, czy pisał Pan jakąś pracę magisterską? Niektórzy mówią, że wtedy można się było od razu doktoryzować, szczególnie gdy pisało się o umacnianiu władzy i samorządów w socjalistycznym państwie. Mówią też, że szczególnie trudno było, gdy się miało wymagających promotorów, rodem z kraju ojczyzny socjalistycznych przemian. Oni to się znali na rzeczy.

Kiedy zostałem oficerem, szkoliłem wojsko od rana do późnej nocy, od pobudki do capstrzyku w jednostce. Wolnych sobót nie było, a służby w niedziele dla młodych oficerów były jakby przypisane. Ale było świetnie, można się było wylegiwać w drodze na poligon w bydlęcym wagonie eszelonu nawet przez całą dobę. Ale, co tam, wiele wspomnień zostało…

Słyszałem, że Pan wtedy też służył, jako TW Balbina… Ciekaw jestem, czy ma Pan z tego czasu jakieś fajne wspomnienia. Wiem, że jest Pan ode mnie dużo starszy, ale zapytam: czy nadal Pan służy?

Słyszałem, że chciał Pan do Solidarności, ale się Pan nie zapisał. Szkoda, bo teraz mówią, że był Pan tam przywódcą i tylko przez nieuwagę nie internowano Pana w stanie wojennym. A to ci dopiero nieodpowiedzialni partacze.

W stanie wojennym zajmowałem się zwykłym zabezpieczaniem Sztabu 2 Dywizji i nawet na żaden patrol mnie nie wysłano. Moi koledzy wspominali, że ludzie przynosili im gorące napoje w siarczysty mróz. Wszyscy mówili, że to nie ich wojna.

Panie Kaczyński, a Pana internowali albo bili?

W. Frasyniuk opowiadał, że ci, z którymi Pan współpracował, podobno robili ścieżki zdrowia. Niech Pan przyzna, naprawdę spał Pan do 12.00 i zawiódł Pan zarówno jednych, jak i drugich? Nie wierzę!

Jednak biorąc powyższe pod uwagę rozumiem Pańską tęsknotę za językiem wojny. Ogłosił Pan podobno walkę z ofensywą zła. To brzmi groźnie, bo trudno zatrzymać ofensywę, gdy nie ma kontrofensywy, a walka może tylko symbolicznie zadowolić propagandowych ekstremistów, nie przynosząc zwykle zwycięstwa, a tylko propagandę.

Jednak zło trzeba zwalczać. Szczególnie takie, które niszczy życie nas wszystkich. Szczególnie polecam Panu walkę z niszczycielami naszej demokratycznej konstytucji i systemu prawnego, bo to tworzy anarchię i prowadzi do dyktatury partii rządzącej. Polecam Pańskiej uwadze tworzenie się zależności pomiędzy politykami, biskupami i przedsiębiorcami, bo wtedy tworzą się mafie i tylko patrzeć jak zachęcani bezkarnością, nawykowo łamiąc prawo, staną się nie tylko bezczelnie bogaci, ale znajdą media, które wytłumaczą elektoratowi, że „im się to, po prostu należy”. Najbardziej boję się, że tacy ludzie przekupią wyborców ich własnymi pieniędzmi zebranymi poprzez ciągle wprowadzane nowych podatków i drożyznę. Wtedy będą rządzić przez lata, dopóki bogactwo ich nie zdemoralizuje absolutnie.

Powiem Panu, że to nie jest dobre dla ludzi, bo w takiej sytuacji rządzący dają trochę kasy przed wyborami i więcej nie dbają o ludzi. To niebezpieczne, bo najczęściej wtedy upada system edukacji, bo po co uczyć niewolników, a niepotrzebni chorzy i starsi bez wsparcia medycznego umierają bez godności. Są niepotrzebni władzy.

Wiem, że ma Pan kotka. Tacy ludzie mają wrażliwość na krzywdę we krwi. Tu też się trochę różnimy, bo po moim podwórku biega duży pies i 4 koty. Chociaż żyją w zgodzie, to widziałem jak „rasa panów”, a właściwie rasa dominująca, potrafi zaszczuwać innych, korzystających ze wspólnego podwórka. Szczególnie upodobały sobie starsze wysłużone zwierzęta. Kiedyś słyszałem jak szczekają, że to one zbudowały sobie wszystkie budy i kojce, chociaż dopiero te futrzaki kupiłem.

Muszę się przyznać, że nie chodzę do kościoła, ale ktoś nade mną czuwa. Może dlatego, że staram się żyć w zgodzie z ludźmi i przyrodą. To miłość do świata daje mi siłę i jest moją świętością. A jak jest u Pana? Słyszałem, że modli się Pan na ogrodzonych ulicach i w towarzystwie tysięcy policjantów? Ludzie mówią, że rozdaje Pan biskupom wszystko, co sobie tylko zapragną, i nawet prawo ich nie obowiązuje. Pewnie modlą się za Pana z wdzięczności za dary i pewnie chwalą, szczególnie przed wyborami. Jak potrafią być wdzięczni, to bym w kościele rozpoczynał wszystkie ważne czynności i święta państwowe, nawet zamknąłbym wszystkie sklepy w niedzielę, niech chwalą publicznie przy pełniej frekwencji i na kolanach, a co?

Panie Jarosławie Kaczyński,

Chciałby Panu opowiedzieć o moim zaangażowaniu w zwalczanie zatrutego powietrza, oraz przyczynach śmierci ok.40 tys. ludzi rocznie i o tym, że ludzie mimo 500+ więcej umierają, nią się rodzą. Ale Pan nie ma dzieci i jest niemłody. Pewnie dlatego, partia, której Pan prezesuje pozwala na sprowadzanie odpadów z całej Europy i spalanie rosyjskiego węgla w rekordowych ilościach. To straszne!

Zauważył Pan, że znowu się różnimy?

Nie będę się dużej rozpisywał, bo wiem, że nie ma Pan czasu, ale sam Pan widzi – nie pasujemy do siebie, więc niech Pan nie zabiera mnie na tę swoją wyspę.

Chcę budować nasz świat wspólnych wartości z tą niegłosującą na Pańską partię częścią Polaków. Świat wspólnych wartości, którego, jak obserwuję, Pan nie rozumie.

Jestem spokojnym obywatelem kochającym moją ojczyznę, która żyje w zgodzie z innymi narodami. Szanuję prawo i ludzi, wymagam, żeby inni szanowali i moje prawa oraz wolności. Jako żołnierz przysięgałem narodowi polskiemu, że będę bronił ojczyzny bez warunków wstępnych, stał na straży konstytucji i strzegł honoru żołnierza. Z tego właśnie powodu nie jest mi z Panem po drodze i na tej osamotnionej „wyspie wolności”, na której walczy się z ofensywą szczęśliwości, nazywaną przez Pana „zło”, nie będzie ze mnie pożytku.

A tak w ogóle, to nie mógłby Pan z tym swoim elektoratem wyborców, zamiast walczyć, tak gremialnie, na tę wyspę, ale bez nas? Ja chcę żyć na kontynencie europejskim, niech mnie Pan nie uszczęśliwia swoją propagandą sukcesu.

Idź Pan na tę wyspę i daj nam żyć normalnie!

Kościół kat. i Kaczyński gwałcą, będą zabijać. Z życia pasqud 11

6 Lip

Premiera kolejnej części dokumentu o księżach pedofilach w polskim Kościele zaplanowana jest na październik tego roku. – „Poszukamy odpowiedzi na pytanie, dlaczego duchowni byli traktowani ulgowo przez prawo. Wiemy już, że na śledczych wywierano naciski, bo „księdzu biskupowi na tym zależy…” i tak dalej” – mówił Sekielski.

Pierwsza część „Tylko nie mów nikomu” miała ponad 22 mln widzów w internecie. Według Sekielskiego, teraz powinna zostać powołana komisja śledcza w sprawie pedofilii w polskim Kościele. Dziennikarz uważa, że niezbędne są także bardziej zdecydowane działania rządzących. – „Nie mówię o wyprowadzaniu biskupów w kajdankach i przy blasku fleszy, ale hierarchowie są obecnie traktowani ulgowo. Przecież kuria to nie teren eksterytorialny. Wymiar sprawiedliwości działa bez zarzutu w pojedynczych przypadkach, ale nie sięga wyżej. Nie są sprawdzane wątki przenoszenia księży między parafiami i diecezjami” – zauważył Sekielski.

Dziennikarz równolegle zajmuje się pracą nad innym dokumentem, Sekielski rozpoczyna prace nad filmem o SKOK-ach, których twórcą jest senator PiS Bierecki”. Premiera – w marcu przyszłego roku.

„Przed nami nowe cele i Prezes mierzy do nich z karabinu? Bardzo oryginalna reklama dzisiejszej konwencji PiS w Katowicach” – skomentował na Twitterze Marcin Zasada z „Dziennika Zachodniego”. A chodzi o zadziwiające zaproszenie na konwencję tej partii.

Na Twitterze PiS Małopolskie pojawiło się zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego, który dzierżąc karabin spogląda w celownik. Otaczają go rozradowani działacze, a nad zdjęciem umieszczono rzeczone zaproszenie oraz hasło: „PRZED NAMI NOWE CELE!!!”.

„Królowie politycznego marketinga”; – „Żałość. Kiedy będzie ujeżdżał lwa?”;

 „Lubi rodeo, pewnie chciał być kowbojem… i ten tłumek lizusów uchachanych…zacne…” – komentowali internauci.

 „Właśnie kupiłem bilet na prom. 26 lipca nad ranem opuszczę UK. Mam nadzieję, że na zawsze. Kierunek Polska” – tweet tej treści pojawił się na wielu kontach. Pod jednym z nich wpis zamieścił Mateusz Morawiecki: – „Czekamy! Zapraszamy! I z całego serca życzę spełnienia marzeń w Ojczyźnie!”.

„Jak tam, kupiliście już bilet na prom, podobno 26 lipca wszyscy opuszczają UK… Nie szkodzi, że nie opuszczacie UK, nie ma Was w UK, macie uwierzyć, że wszyscy Polacy wracają z UK do Polski… Wszystkie… Boty…” – napisał internauta SpecGhost. Dołączył wykaz kilkunastu wpisów tej samej treści. O podobnych działaniach w artykule „Prawicowe „kuzynki” w akcji: torcik daim z herbatką w IKEI poważnie zagrożone”.

Internauci nie dali się nabrać. – „Nie wierzę w aż taki zbieg przypadków: najpierw facet rezygnuje z dobrobytu, kosztem życia w skompromitowanym pislandzie i obwieszcza to w necie, a następnie, niby przypadkiem, na jego wpis wpada matołuszek i wita go z otwartymi ramiona”;

„Kolejna szopka Morawieckiego dla ciemnego ludu”; – „Muszą jakoś przykrywać niewygodne fakty, bo jak na razie więcej Polaków za rządów PiS wyjechało z kraju: 2 mln 540 tys. mieszkańców Polski przebywało czasowo poza granicami kraju na koniec 2017, czyli o 25 tys. więcej niż w 2016 i 143 tys. więcej niż w 2015 r.” – napisała Alicja Defratyka, ciekaweliczby.pl.

Prawo i Sprawiedliwość zniszczyło cały dorobek wielu lat, który pozwolił być nam znaczącym głosem w Europie.

Przez minione 4 lata rządów PiS wmawiano nam ze wszystkich stron, że cud się wreszcie stał i Polska wstała z kolan. Wreszcie do Europy dotarło, z kim ma do czynienia, że nie z nami takie różne numery i jej psim obowiązkiem jest uznać polską rację stanu za dominującą, za prawą i sprawiedliwą na miarę wszechczasów. Niesamowite, bo i większość Polaków uwierzyła, że Europa powinna brać z nas przykład, uczyć się od nas i w ogóle dziękować Bogu, że jesteśmy i chcemy nadal w tej wspólnocie europejskiej tkwić. No cóż, naiwnych nie sieją, sami się rodzą, a ci nie chcą lub może nie potrafią dostrzec, że z pozycji klęcznej przeszliśmy na tzw. leżenie plackiem. Jeśli to właśnie jest miarą naszego znaczenia w Europie, to rzeczywiście jest czego pogratulować partii rządzącej.

Deklaracje i wiara w rosnące znaczenie Polski na arenie europejskiej to jedno, ale życie pokazało dobitnie, jak to faktycznie wygląda: ostra reakcja UE na przeprowadzone zmiany w sądownictwie, wszczęcie w styczniu 2016 r. przez Komisję Europejską mechanizmu obrony praworządności w Polsce, w grudniu 2017 r. uruchomienie procedury na podstawie art. 7 Traktatu UE, w marcu 2018 zaskarżenie do TSUE ustaw o sądach powszechnych i SN wprowadzonych przez PiS, w październiku 2018 r. skarga do Trybunału unijnego na  naruszenie zasady niezawisłości sędziów. PiS postawione pod ścianą aż dziewięciokrotnie nowelizowało zmienione przez siebie ustawy i zapewne to jeszcze nie koniec poprawek. A to nie wszystko. Nie zapominajmy o unijnym nakazie zatrzymania wycinki Puszczy Białowieskiej, za którą tak ochoczo wziął się były już minister Szyszko czy news ostatnich dni, czyli wstrzymanie dotacji na program „Czyste powietrze”, bo jego realizacja przez polskie władze woła o pomstę do nieba.

W minionych 4 latach aktywność polskiej dyplomacji na forum europejskim była bliska zeru. Ciężko polskie władze zapracowały sobie na to, by nikt nie wziął pod uwagę głosu Polski, gdy nowelizowano w niekorzystny dla nas sposób dyrektywę o pracownikach delegowanych. Nasi dyplomaci mówili pewnie zbyt cicho lub na tyle bez sensu i merytorycznych argumentów, że nie warto było nawet ich posłuchać. Nie zaproszono Polski do udziału dyskusji nad nowym projektem  militarnym, w którym biorą udział Francja, Niemcy i osiem innych państw. Mimo ostrego sprzeciwu Beaty Szydło, Donald Tusk został ponownie wybrany przewodniczącym Rady Europejskiej, co i tak nie przeszkodziło PiS-owi okrzyknąć sukces, a byłą już panią premier zasypać kwiatami.

Nieźle też w czasie samowładztwa PiS skonfliktowała się Polska z naszymi partnerami w Europie. Z Niemcami o nieszczęsny gazociąg Nord Stream II i odszkodowania, których nagle nam się zachciało. Z Francją przez Caracale, z Ukrainą przez interpretacje historyczne i paszporty okazjonalne, z Litwą również o paszporty, z Czechami, bo wolą integrację z Europą zamiast tylko z nami, Słowacją, która dogadała się z Brukselą w sprawie przyjęcia uchodźców. Włosi mają nam za złe, że odmówiliśmy przyjęcia uchodźców zgodnie z unijnym rozdzielnikiem, a Norwegia zarzuca rządowi polskiemu chęć przejęcia pieniędzy z tzw. funduszy norweskich, co jest całkowicie bezprawne.

Ktoś mi powie, że manipuluję faktami, bo na przykład świetnie sobie radzimy w Grupie Wyszehradzkiej. Tralala… opowieści o dominującej roli Polski można włożyć między bajki. Fakt, ostatnio wspólnie państwa członkowskie grupy opowiedziały się przeciwko kandydaturze Timmermansa na szefa KE, ale jeśli przyjrzymy się bliżej, to w wielu kwestiach, chociażby dotyczących energetyki, praworządności czy stosunku do Rosji, mówią one różnym głosem. Jest jeszcze Trójmorze, ale jakoś nie widzę konkretnych efektów jego działalności, poza tym, że to takie państwo w państwie, rodzaj przeciwwagi dla UE, z wiodącą oczywiście, rolą Polski.

Przyglądając się więc europejskiej polityce PiS, warto zadać sobie pytanie, dokąd ta partia Polskę prowadzi? Co Polsce daje łamanie zasad UE, kłótnie z kim się tylko da, bycie ciągle na wielkie NIE, przeciwstawianie się decyzjom KE, negowanie wyroków TSUE, ukrywanie flagi unijnej, krytykowanie i agresywne podejście?

PiS zniszczyło cały dorobek wielu lat, który pozwolił być nam znaczącym głosem w Europie. Niewielu liczy się obecnie z Polską, naszą partią rządzącą i jej politykami, co widać szczególnie teraz w nowym Europarlamencie. „Świetnie przygotowana” ekipa prezesa Kaczyńskiego nie załapała się na żadne ważne stanowisko w strukturach unijnych. Dlaczego? Ano nikt nie chce marnować czasu, nie chce współpracować z europejskimi malkontentami, którzy poza wybujałym ego, niczego więcej do UE nie wnoszą. Czyż można upaść niżej?

Z życia pasqud (4): Klęski PiS nie mogą być klęskami Polski. Trzeba cofnąć degradację kraju

29 Czer

Jednym z największych wyzwań XXI wieku przed którymi stoi Polska jest transformacja energetyczna. Odejście od węgla i włączenie się w walkę z globalnym ociepleniem jest obowiązkiem stojącym przed całym obecnym pokoleniem. Jest to także duża bitwa gospodarcza, ponieważ tania i dostępna energia stanowi atut w rywalizacji z innymi graczami światowej gospodarki. Nie bez znaczenia jest także cena energii dla samych konsumentów, co szczególnie pokazało desperackie dążenie rządu do refundacji podwyżek cen prądu. Do realizacji wszystkich powyższych celów potrzeba zatem wydajnego źródła energii. Tymczasem strategia rządu staje się na tle świata coraz bardziej zacofana. Głównym problemem polskich władz jest bowiem opóźnienie w czasie odchodzenia od węgla w celu zadowolenia licznego grona wyborców lobby węglowego, oraz zwalczanie z przyczyn ideologicznych energetyki wiatrowej na lądzie. Absurd obu założeń widać  szczególnie mocno na tle raportu Międzynarodowej Agencji Odnawialnych Źródeł Energii (IRENA) o kosztach produkcji odnawialnych źródeł energii.

Okazuje się bowiem, że te dynamicznie maleją. Tylko w zeszłym roku o aż 13 proc. w przypadku fotowoltaiki (PV) oraz elektrowni wiatrowych na lądzie (onshore). W efekcie OZE stały się najtańszym źródłem energii w wielu miejscach świata. Autorzy doszli przy tym do wniosku, że ponad trzy czwarte lądowych wiatraków i cztery piąte elektrowni słonecznych, które zostaną oddane do użytku w tym roku będą produkować taniej niż nawet najtańsze technologie oparte o węgiel czy gaz.

W 2020 roku koszt produkcji kWh w przypadku elektrowni wiatrowych ma spaść do 4,5 centa za kWh, a w przypadku fotowoltaiki do 4,8 centa. Eksperci szacują, że powyższe mogą docelowo spaść nawet do 3-4 centa za kWh. Wszytko dzięki dynamicznemu rozwojowi nowych technologii.

Innymi słowy energia ze źródeł odnawialnych staje się tańsza od węglowej. W przypadku Polski zaś jest to szczególnie aktualne w stosunku do wiatraków, ponieważ elektrownie słoneczne przy naszych warunkach nasłonecznienia nie osiągają optymalnej wydajności. Tymczasem zgodnie z przegłosowaną na początku rządów PiS ustawą w praktyce uniemożliwiono budowę nowych farm wiatrowych, a istniejące skazano na rozbiórkę. Był to cios w najdynamiczniej rozwijający się sektor OZE w Polsce. Rząd wprawdzie deklaruje swoje poparcie dla energetyki odnawialnej, ale jak wynika z przekazów medialnych widzi przyszłość w budowie wiatraków na morzu (offshore), które jednak generują znacznie droższy prąd niż ich odpowiedniki na lądzie. Równocześnie kiedy technologie lądowe tanieją, to koszt wspomnianych farm morskich spadł w badanym okresie zaledwie o 1%.

Do omawianego dochodzi w Polsce również problem budowy nowych bloków węglowych w Ostrołęce, które zdaniem ekspertów nie są opłacalne ekonomicznie, jednak inwestycja idzie do przodu dzięki poparciu polityków.

Widać zatem wyraźnie, że Polska może przegapić swoją szansę w trwającej na świecie transformacji energetycznej. Cenę za to zapłacą zaś konsumenci i przedsiębiorcy. W energetyce potrzeba zatem więcej zdrowego rozsądku niż polityki.

Pomimo wzrostu płac, rośnie też w Polsce ubóstwo. Według GUS, ponad 5 proc. Polaków żyło w ubiegłym roku w skrajnym ubóstwie, czyli poniżej minimum egzystencji. To o ponad 1 pkt. proc. – czyli jedną czwartą – więcej niż rok wcześniej. Przybyło też osób żyjących w ubóstwie relatywnym, których nie stać nawet na połowę przeciętnych wydatków gospodarstw domowych.

Osoby słabo wykształcone, które mieszkają na wsi utrzymując się głównie z rent i emerytur, a także rodziny wielodzietne – to oni stanowią większość Polaków żyjących w skrajnym ubóstwie mierzonym poziomem wydatków gospodarstw domowych. W zeszłym roku ta grupa zwiększyła się do 5,4 proc. z 4,3 proc. w 2017 r. Co więcej miniony rok przełamał widoczny od 2015 r. spadkowy trend zasięgu ubóstwa ekonomicznego.

Ile dziś warte jest 500+? Inflacja zjadła jego sporą część 

W 2018 r. wzrósł zarówno odsetek osób żyjących na poziomie minimum egzystencji, jak też tych uprawnionych do pomocy społecznej, a także osób relatywnie ubogich, których miesięczny budżet nie sięgał 50 proc. przeciętnych wydatków gospodarstw domowych (co wynika także z wzrostu tych wydatków i ogólnej poprawy sytuacji dochodowej Polaków).

W praktyce oznaczało to, że relatywnie ubodzy samotnie gospodarując mieli pod koniec zeszłego roku do wydania co najwyżej 810 zł, zaś czteroosobowa rodzina (z dwójką dzieci do 14 lat) mogła wydać 2187 zł, czyli niespełna 547 zł na osobę. Ci skrajnie ubodzy żyjąc samotnie mieli do wydania odpowiednio 595 zł, a w rodzinie 1,6 tys. zł. Najwięcej z nich mieszkało na wsi, gdzie zasięg skrajnego ubóstwa wzrósł w zeszłym roku do 9,4 proc. (o ponad 2 pkt proc.).

W podobnym tempie rosło też skrajne ubóstwo rodzin wielodzietnych (z co najmniej trójką dzieci do 17 lat) – prawie co dziesiąta z nich żyła na poziomie minimum egzystencji (albo poniżej). Pomimo programu 500+ odsetek dzieci do 17 roku życia powiększył się w zeszłym roku do 6 proc. (z 4,7 proc. rok wcześniej).

Nie od dziś wiadomo, że Prawo i Sprawiedliwość jest jedną z najpotężniejszych partii na polskiej scenie politycznej od 1989 roku. Tajemnicą poliszynela jest jednak fakt, że wokół gromadzonego przez otoczenie Kaczyńskiego majątku narosło wiele kontrowersji.

Obecnie, gdy PiS od prawie 4 lat sprawuje niczym nieskrępowaną władzę, potencjał finansowy partii rośnie jeszcze bardziej, a to za sprawą bezprecedensowego skoku na spółki Skarbu Państwa, szerzącego się kolesiostwa i nepotyzmu. Prawo i Sprawiedliwość otrzymuje również co roku gigantyczną subwencję, w samym 2017 roku wyniosła ona 18,5 miliona złotych.

Jeszcze więcej pytań i kontrowersji narosło wokół sposobu, w jaki Kaczyński i spółka zgromadzili tak ogromny majątek w latach 90. Te środki stały się w ocenie wielu komentatorów podwaliną pod budowę obecnej potęgi PiS.

W tej kwestii niewygodne pytania oraz mocną tezę stawia Piotr Kupś, bloger, publicysta i twórca fan page “Ruch Wkurwionych” na portalu Facebook. Zdaniem Kupsia partia Kaczyńskiego jak nikt inny uwłaszczyła się na majątku upadłej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. 

Według poniższej teorii, paradoks całej sytuacji miał polegać na tym, że podczas gdy Kaczyński spał do 12 w dniu wybuchu stanu wojennego, inni ludzie bili się o wolność, zaś to prezes PiS i jego otoczenie ostatecznie najbardziej skorzystali na upadku tak znienawidzonej przez nich komuny. 

O ile powyższa hipoteza nie została nigdy potwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu, czy ostatecznie udowodniona, to wiele wskazuje na to, że nie ma dymu bez ognia. Wielu polityków i dziennikarzy węszyło swego czasu wokół afery FOZZ, a także spółki Srebrna oraz nieruchomości, jakie zgromadziło otoczenie Kaczyńskiego w Warszawie. Wszystkie te sprawy mocno śmierdzą…

Jednocześnie, trudno nie uznać całej ekipy dobrej zmiany za największych hipokrytów polskiej polityki. Bo jak inaczej nazwać całą tę sytuację?

Minister Michał Dworczyk tłumaczy, że zapomniał ujawnić udziałów w nieruchomości przez „szereg dokonywanych czynności prawnych”

😂

. Oodpowiedź na oświadczenie szefa @PremierRP

To zdecydowanie nie jest dobry tydzień dla obozu władzy, na którą właśnie spadły bolesne konsekwencje przeprowadzonego wbrew Konstytucji i naczelnym zasadom Unii Europejskiej skoku na władzę sądowniczą. Nie tylko zanosi się na spektakularną porażkę Krajowej Rady Sądownictwa przed Trybunałem Sprawiedliwości UE w kontekście utraty ich niezależności od władzy wykonawczej, co przecież wywraca całą tę pseudoreformę do góry nogami, ale na dodatek dziś marszałek Sejmu Marek Kuchciński prawomocnie przegrał przed Naczelnym Sądem Administracyjnym sprawę zatajenia przed opinią publiczną list poparcia dla kandydatów do nowej upolitycznionej KRS.

Jak donosi portal RMF FM, Kancelaria Sejmu niezwłocznie musi opublikować imiona i nazwiska tych, którzy zdecydowali się wesprzeć kandydatów do KRS w myśl nowych przepisów ustawy uchwalonej przez Prawo i Sprawiedliwość.

Pozostaje w mocy ocena, że informacja zawarta w załącznikach obejmujących wykazy sędziów popierających kandydatury członków do KRS jest informacją publiczną. Jak powiedział sąd pierwszej instancji, nie ma tu zastosowania wyłączenie, zatem informacja ta podlega udostępnieniu– powiedział w uzasadnieniu piątkowego orzeczenia sędzia Wojciech Jakimowicz. Sąd podkreślił, że te okoliczności muszą być brane pod uwagę przy rozpatrywaniu spawy przez szefa Kancelarii Sejmu.

Jeśli rządzący zastosują się do decyzji NSA, lada moment może się okazać, że wybrani do KRS sędziowie w jeszcze mniejszym stopniu są reprezentantami swojego środowiska, niż starają się regularnie przekonywać. To także kolejna szpilka w Prawo i Sprawiedliwość i deklaracje tej partii o dążeniu do transparentności życia publicznego.

Decyzja sądu w pełni wynagrodziła trud, jaki Patryk Wachowiec, analityk z Forum Obywatelskiego Rozwoju włożył w wydobycie od urzędników Marka Kuchcińskiego tak skrzętnie ukrywanych nazwisk. Zaraz po jej ogłoszeniu wezwał polityka PiS do upublicznienia przedmiotowych list.

Wtórowali mu politycy opozycji, dla których wyrok NSA jest potwierdzeniem słuszności opinii rzecznika TSUE.

Jeśli okaże się, że podpisy poparcia pod kandydaturami należą albo do podwładnych Zbigniewa Ziobry, albo do podwładnych kandydatów to byłaby kolejna kompromitacja tej całej procedury i obecnej KRS. Jednocześnie chyba nikt nie ma wątpliwości, że takie skrupulatne ukrywanie przez polityków PiS od wielu miesięcy list poparcia oznacza, że albo członkowie KRS wstydzą się kto ich poparł, albo ci którzy podpisali listy wstydzą się kogo poparli – napisała na Twitterze posłanka klubu PO-KO Kamila Gasiuk-Pihowicz.

PiS ma zatem nie lada zagwozdkę, bowiem cała misternie tworzona reforma wymiaru sprawiedliwości może obrócić się w gruz. A stąd już tylko krok do utraty wiarygodności i wrażenia bycia nie do pokonania, a to na kilka miesięcy przed wyborami może być na wagę złota.

Andrzej Duda skierował do Trybunału Konstytucyjnego Kodeks karny, przygotowany przez Zbigniewa Ziobrę. – „Tryb postępowania z przedmiotową ustawą wzbudza poważne zastrzeżenia, co do dochowania konstytucyjnych standardów procesu legislacyjnego” – napisano w komunikacie Kancelarii Prezydenta. Jednak tylko to budzi zastrzeżenia Dudy. – „Ustawa stanowi obszerną nowelizację wprowadzającą istotne zmiany w zakresie polityki karnej. W tym zakresie ustawa nie budzi wątpliwości Prezydenta RP, ponieważ zrozumiałe jest dążenie ustawodawcy do stanowienia prawa karnego odpowiadającego wymogom sprawiedliwości” – podkreślono w komunikacie KPRP.

„Jestem rozczarowany decyzją prezydenta Andrzeja Dudy. Po raz kolejny pokazał, iż samodzielność nie jest jego mocną cechą. To żaden heroizm, bo ten Trybunał Konstytucyjny nie spełnia żadnych europejskich standardów kontroli konstytucyjnej. Wyrok zostanie napisany na Nowogrodzkiej” – skomentował były minister sprawiedliwości poseł Borys Budka z PO. – „Gdyby prezydent RP rzeczywiście dbał o przestrzeganie Konstytucji to – jako były poseł – na pierwszy rzut oka widziałby, że regulamin Sejmu i Senatu został w sposób rażąco naruszony i w związku z tym cała nowelizacja nadaje się do kosza” – dodał.

Zdaniem Budki, jedynym wyjściem „było zawetowanie noweli”. – „Nie wchodząc nawet w meritum. Regulamin Sejmu i Senatu został tak naruszony, że jedynym wyjściem dla strażnika Konstytucji było zawetowanie tej ustawy. Tu nie trzeba doktoratu z prawa, który ma pan prezydent. Tu student prawa, po prześledzeniu ścieżki legislacyjnej wie, że ta ustawa jest niezgodna z Konstytucją. Od prezydenta oczekiwałbym jasnej decyzji, a nie oddania ustawy pod osąd pani Julii Przyłębskiej i jej kolegów” – powiedział Budka.

Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. Rozmawiamy o strategii rządu na wyboru i sojuszu tronu z Kościołem. Pytamy też o konsekwencje wyroków TSUE. – Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na Trybunał Konstytucyjny jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać – mówi nasz rozmówca. – Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Negatywne orzeczenie TSUE może zaszkodzić rządom PiS?

JACEK KUCHARCZYK: Dotychczasowe badania pokazujące, jak Polacy do tej pory reagowali na spór polskiego rządu z Unią w kwestii rządów prawa, dowodziły, że oceny były silnie skorelowane z preferencjami wyborczymi i politycznymi. Wyborcy PiS-u kupowali narrację tej partii, że Unia wtrąca się w nasze wewnętrzne sprawy i narusza naszą suwerenność, jest podżegana przez opozycję, lewaków i środowiska LGBT. Co do wyborców opozycji, to wyraźnie wybrzmiało uznanie, że Unia nie tylko ma prawo reagować w kwestii naruszeń zasady rządów prawa, czyli wartości traktatowych, ale też, że racja jest po stronie Unii. Nadal będziemy mieć do czynienia z tym podziałem społeczeństwa, chociaż trzeba powiedzieć, że PiS-owi udawało się dotąd rozbroić narrację opozycji, choć to trudne i niewygodne dla PiS-u.

Badania wyraźnie pokazują, że także wśród wyborców PiS-u jest duże poparcie dla członkostwa w UE, dlatego ta partia nie może pozwolić sobie na otwarty spór z Brukselą.

Stąd ta próba przerzucenia odpowiedzialności na opozycję, że to wszystko wina jej „donosów do Brukseli na Polskę”. Widzieliśmy to dokładnie podczas kampanii do PE, gdzie PiS rozbroił tę bombę, pozycjonując się jako partia proeuropejska, ale jednocześnie bardzo mocno widać było, że PiS się boi UE. Wiedzą, że to dla nich problem, bo art. 7 to wciąż tykająca bomba, podobnie postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. To ważna informacja dla opozycji, która musi konsekwentnie się trzymać tej linii, że PiS łamie wartości europejskie i że krytyka zmian w wymiarze sprawiedliwości to nie tylko głos opozycji i Komisji Europejskiej, ale też niezależnego Trybunału unijnego.

Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na TK jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać.

Jak to wpłynie na niezdecydowanych? Wiemy, że frekwencja w wyborach europejskich i samorządowych była wyższa, niż zazwyczaj, ale wciąż jest kilkadziesiąt procent wyborców niezagospodarowanych. Czy to może podziałać na nich?
To zależy, jak będzie działać opozycja. Wiadomo, że wszystkich się nie zmobilizuje, na cuda nie ma co liczyć. Chociaż oczywiście

gdy porównamy wybory europejskie sprzed 5 lat i te ostatnie, to widać wyraźnie, że jednak w pewnych warunkach można zmobilizować wyborców.

Z tych samych wyborów do PE wynika też, że ważne jest, kogo zmobilizujemy i gdzie. W wyborach europejskich skuteczniejsza okazała się partia rządząca. Oczywiście miała ku temu mocniejsze instrumenty,  dziś widzimy, że największy przyrost był wśród emerytów, zatem można doszukiwać się przyczyny w wypłaceniu trzynastej emerytury. Pewnie też dodatkowo zostali zmobilizowani przez księży proboszczów, którzy przekonywali, że opozycja z gejami chce zniszczyć polską rodzinę. To zmobilizowało nie tylko emerytów, ale i mieszkańców wsi, którzy wcześniej specjalnie nie chodzili na wybory europejskie.

Dlatego też trzeba mieć dokładny plan, kogo się chce zmobilizować. Opozycja musi umieć przełożyć to, co wynika z orzeczeń TSUE, na język zrozumiały dla swoich obecnych i potencjalnych sympatyków. Opozycja musi wykorzystać tę szansę.

Słyszałam opinię, że mamy w Polsce trzecią siłę, „partię proboszczów”, czyli dużą grupę wyborców, która głosuje nie na PiS czy KO, tylko tak jak powie proboszcz. Prawdą jest, że od zawsze w Polsce mówi się, że nie można wygrać wyborów w jawnym sporze z Kościołem. Ten sojusz ołtarza z tronem jest kluczowy?
Można powiedzieć nawet mocniej, że

to Kościół wygrał ostatnie wybory dla PiS-u.

Natomiast nie tu jest pies pogrzebany, że opozycja wojuje z PiS-em, bo gdybym miał sobie pozwolić na śmiałą metaforę, to raczej Kościół wypowiedział wojnę nie tyle opozycji, co tej części społeczeństwa, która bardzo szybko i systematycznie osłabia swoją więź z Kościołem. To, co wydarzyło się z Kościołem w ciągu ostatniej dekady, to moim zdaniem taka próba kontrreformacji, to reakcja Kościoła na zmianę społeczeństwa w kierunku społeczeństw zachodnich. Mimo że statystyczny procent katolików w Polsce się nie zmienia, to wyraźnie widać, że mamy inne obyczaje; coraz mniej ślubów kościelnych, chrztów, rodzice wypisują dzieci z lekcji religii. Myślę, że możemy mówić wręcz o rewolucji w tym kontekście, która dokonała się w ciągu dwóch dekad. Do tego dochodzi sprawa tuszowania licznych przypadków pedofilii, która jest długofalowym zagrożeniem dla pozycji Kościoła. Dlatego

polscy biskupi nie chcieli czekać, aż spełni się scenariusz irlandzki, tylko przeszli do ofensywy.

Zatem to nie opozycja wywołała wojnę z Kościołem, a wręcz chodziła na paluszkach wokół biskupów i proboszczów. To Kościół postanowił urządzić w Polsce krucjatę i znalazł sobie sojusznika w PiS-ie. To nie zaczęło się w 2015 roku, tylko w 2010, gdy po raz pierwszy Kaczyński walczył z Komorowskim o prezydenturę. To wtedy Kościół tak wyraźnie opowiedział się politycznie, a Palikot powiedział słynne słowa, że Polska to „republika proboszczów”. To Kościół wymyślił wojnę z „ideologią gender”, którą sprzedał prawicy.

Faktycznie Kościół stał się uczestnikiem debaty politycznej i wyraźnie zawarł sojusz z PiS-em. Nie sadzę, że to, co mówią teraz politycy PSL, że nie można wojować z Kościołem, to dobra diagnoza sytuacji.

Popierając PiS, Kościół jest de facto stroną politycznego sporu.

Co zatem powinna robić opozycja?
Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki. To będzie tylko uwiarygodnianie dyskursu PiS-u.

Powinna niczym prezydent Trzaskowski w Warszawie znaleźć w sobie odwagę, aby stanąć po ich stronie?
Myślę, że to, co zrobił Trzaskowski, jest najlepszą metodą. Proszę zobaczyć, że w warszawskiej Paradzie Równości wziął udział nie tylko Trzaskowski, ale też ambasady naszych sojuszników, np. Wielkiej Brytanii. Ostatnio ambasada USA wywiesiła tęczowe flagi. Różne wielkie firmy szły w paradzie. Sam widziałem ekipę JP Morgan z tęczowymi balonami, a przecież to firma, której ściągnięciem do Polski chwalił się Mateusz Morawiecki.

Zatem

jedyny sposób to ucieczka do przodu.

Ten temat jest dla niektórych wyborców toksyczny i trzeba znaleźć sposób, aby przestał takim być, stał się czymś normalnym. To zadanie nie tylko dla polityków, ale też działaczy organizacji społecznych, którzy może powinni więcej energii poświęcać na zmianę postaw społecznych, niż walenie w polityków opozycji za to, że nie do końca popierają wszystkie ich postulaty. Wszyscy tu mają ważną rolę do odegrania. Na pewno

nie warto konkurować z PiS-em na homofobię, bo tej konkurencji się nie wygra, podobnie jak konkurencji na gorliwość wiary.

Media, Kościół, pieniądze z budżetu – wszystko po stronie PiS-u. Opozycja jest na przegranej pozycji?
Absolutnie nie. Zresztą biskupi zaczną się zastanawiać nad tym sojuszem, gdy stanie im przed oczami możliwa przegrana PiS-u. Wtedy ta miłość do Kaczyńskiego zacznie spadać, ale dopóki wydaje się pewnym zwycięzcą, opozycja nie ma tu szans, aby przyciągnąć biskupów na swoją stronę. Może natomiast minimalizować wpływ proboszczów na wyborców.

W Turcji Istambuł został odbity przez opozycyjnego burmistrza, a Pradze 250 tys. protestuje przeciwko rządom Andreja Babisza, w USA Donald Trump zapowiada ubieganie się o reelekcję, ale na razie przegrywa z demokratami, na Słowacji prezydentem zostaje liberałka Zuzana Čaputová. Czy czas populistów się kończy?
Te skuteczne przykłady oporu przeciwko autorytarnym populistom pokazują, że

populiści nie muszą wygrywać cały czas, ale nie cieszyłbym się przedwcześnie.

Na Słowacji poprzednie wybory prezydenckie też wygrał liberał, może nie tak spektakularny, ale jednak prezydent Kiska był mainstreamowym, staroświeckim politykiem w stylu naszej Unii Wolności i starał się tamować populistyczne zapędy rządu.

Moim zdaniem te przykłady pokazują, że gdy opozycja dobrze się zmobilizuje, to potrafi osiągać zwycięstwa. Na razie jednak nie widać spektakularnych zwycięstw. Babisz dalej jest premierem, a w Turcji rządzi prezydent Erdogan, Trump jest prezydentem i zobaczymy, jak skończy się jego wyścig o reelekcję. W Stanach Zjednoczonych Demokraci są bardzo podzieleni i mam wrażenie, że dla części demokratów, która sama siebie określa mianem socjalistów, większym wrogiem są liberałowie w Partii Demokratycznej niż Trump. Nie dzielmy zatem skóry na niedźwiedziu.

Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów.

Widzimy to w USA czy w Wielkiej Brytanii, gdzie większość społeczeństwa ma dość brexitu, a główna siła opozycyjna, czyli Partia Pracy, która mogłaby zakończyć brexit, gdyby chciała, jest podzielona w tej kwestii. Dzięki temu wybory europejskie  wygrywa totalnie oszołomska partia Brexit i to wszystko dzieje się w kolebce demokracji, jaką jest Wielka Brytania.

To, o czym pani mówi, to oczywiście bardzo optymistyczne wydarzenia. Ta mobilizacja w Czechach jest fantastyczna, zresztą wielu Czechów mówi wprost, że nie chce, żeby Czechy poszły tą samą drogą, co Polska. Babisz jest jednak aksamitnym populistą w porównaniu do Kaczyńskiego czy Orbána.

Najważniejszy wniosek moim zdaniem jest taki, że społeczeństwa potrafią się zmobilizować przeciwko populistom, więc ta walka nie jest z góry przegrana, nawet gdy populiści mają wszelkie instrumenty władzy do swojej dyspozycji. Jednak też nie przesadzajmy z optymizmem, po prostu opozycja musi brać się do roboty.

Nie pamiętam takiej władzy, która po 1989 roku musiała tak często poprawiać własne buble jak właśnie PiS.

Już tylko trzy miesiące i znowu staniemy przed wyborem, komu oddać władzę nad nami i Polską. PiS jest pewne wygranej i jedyne, co mu spędza sen z oczu to obawy, czy uda się zdobyć większość w parlamencie i móc wreszcie ostro zaszaleć ze zmianą Konstytucji.

Trzeba przyznać, że mamy teraz „powtórkę z rozrywki”. Partia rządząca znowu usiłuje nas przekonać, podobnie jak 4 lata temu, że ma świetnie opracowane lekarstwo na wszystkie bolączki Rzeczpospolitej, chwali się sukcesami i kusi obywateli niezła kasą za nic. Eksperci już w akcji, w pięknej teczce leżą gotowe projekty „dobrych zmian” i gdy tylko znowu prezes Kaczyński i reszta opanują korytko, to natychmiast zaczną działać, realizować genialne pomysły, a wszystko to ku ogólnej chwale i szczęśliwości wszelakiej.

No to popatrzmy może, jak wyglądało to „świetne przygotowanie” PiS-u, jak te perfekcyjnie opracowane projekty z poprzedniej kampanii zostały zrealizowane. Czy przyniosły ze sobą ład i porządek, czy też niezły chaos…

Zacznijmy od Sądu Najwyższego. Ustawa o SN została uchwalona przez Sejm 8 grudnia 2017 roku. Ponoć była dopracowana w każdym szczególe i całkowicie zgodna z zasadami demokracji. Ponoć miała wreszcie rozwiązać problem z tymi sędziami, co to są złodziejami i komuchami. Miała przywrócić „wiarę w sprawiedliwość, wiarę w polskie sądy, wiarę w wymiar sprawiedliwości”. Tyle prawd głoszonych przez pisowskich ekspertów, a jak to wypadło w rzeczywistości? Minęły niecałe dwa lata i ustawa ta musiała być już dziewięciokrotnie nowelizowana. Dziewięciokrotnie!!! Dlaczego? Okazało się, że w wielu swoich zapisach jest ona niekonstytucyjna, niezgodna z prawem unijnym, naruszająca zasadę trójpodziału władzy. „Pieszczoszek” ministra Ziobry okazał się totalnym niewypałem. Podobnie ze zmianami w KRS czy zasadami pracy sądów powszechnych. PiS musiało z podkulonym ogonkiem dokonać pewnych poprawek, a to jeszcze nie koniec, bo wciąż toczy się sprawa polskiego sądownictwa przed TSUE i spokojnie możemy oczekiwać kolejnych poprawek.

Słynna już ustawa o IPN, wprowadzająca kary grzywny lub 3 lata więzienia za przypisywanie polskiemu narodowi lub państwu odpowiedzialności m.in. za zbrodnie III Rzeszy Niemieckiej oraz zapisy o zbrodniach ukraińskich nacjonalistów. Mija kilka miesięcy i… już 17 lipca 2018 r. weszła w życie nowelizacja wcześniej znowelizowanej ustawy, w której odchodzi się od wymierzania kar. Skąd ta zmiana? Pojawił się zarzut, że to ograniczenie wolności debat i dyskusji historycznych, co wywołało wielki protest m. in. Izraela i USA. Pod naciskiem światowej opinii publicznej i polityków, PiS musiało zmienić zdanie.

Ustawa dezubekizacyjna, uchwalona w grudniu 2016 roku, miała być pięknym przykładem sprawiedliwości społecznej, karzącym tych wstrętnych panów w mundurach i panie, zatrudnionych w instytucjach „hańby” nawet, gdy przepracowali tam tylko jeden dzień. Po niecałych dwóch latach okazało się, że artykuł obniżający emeryturę lub rentę za pracę w policji po roku 1990 nie jest zgodny z konstytucyjną zasadą równości obywateli wobec prawa (art. 32 ust. 1 Konstytucji RP) i politycy PiS zmuszeni byli wycofać się z tego zapisu. Warto przypomnieć, że po wejściu tej ustawy w życie zmarło 37 osób objętych nowymi przepisami (część popełniła samobójstwo, część zmarła bezpośrednio po otrzymaniu decyzji o obcięciu dochodów).

Do wyborów 2015 roku PiS szło ze wspaniałym pakietem zmian dla rolników. Najbardziej skuszono mieszkańców wsi obietnicą ochrony ich ziemi przed obcokrajowcami. Ależ super, rolnicy ucieszyli się niebywale, a tu dostali obuchem w głowę, bo pojawiła się w kwietniu 2016 roku ustawa, która całkowicie zlikwidowała swobodny obrót ziemią rolną. Teraz w roku wyborczym 2019, gdy toczy się walka o stołki w parlamencie, ustawę tę znowelizowano, ułatwiając obrót ziemią. Ma być łatwiej, milej i przyjemniej. Zmieniono nieco restrykcyjne zasady dziedziczenia ziemi, ułatwiono postępowanie egzekucyjne i upadłościowe oraz wprowadzono pewne ułatwienia w sprzedaży gruntów. Aż trzech lat pisowski rząd potrzebował, by zrozumieć, że zaproponowane wcześniej  zmiany, są niewiele warte.

W ubiegłym roku PiS wziął się też za nauczycieli. Wydłużył im ścieżkę awansu zawodowego z 10 do 15 lat, dzięki czemu w 2019 roku oszczędności MEN miały wynieść 23 mln zł, w 2020 – 69 mln, a w 2024 już ponad miliard zł. Niestety, niedoceniający wspaniałej pracy pani minister, nauczyciele zastrajkowali i w tej sytuacji nastąpił powrót do poprzedniej procedury. Oczywiście, partia rządząca nazwała to swoim wielkim sukcesem, udała, że to nie oni przedłużyli ścieżkę awansu, licząc, że nikt już nie pamięta, jak chciała załatwić pedagogów.

Wciąż mam przed oczami Beatę Szydło, która w poprzedniej kampanii parlamentarnej, pokazywała nam tajemniczą teczkę, wypchaną gotowym pakietem ustaw. Obiecywała, że po zdobyciu władzy biegusiem wprowadzi je w życie i będzie super. Gwarantowała ich najwyższą  jakość, pełen profesjonalizm i oparcie się na wybitnych ekspertach. Miały być fantastyczne zmiany wszędzie, gdzie się da. Tymczasem popatrzmy, podałam raptem kilka  przykładów na to, jak PiS zmagało się z własnymi ustawami, przepychanymi w tempie błyskawicznym i często pod osłoną nocy. W praktyce okazały się one nieprzemyślane, niedopracowane, pełne błędów. Trudno więc dzisiaj uwierzyć, że ktokolwiek w tej partii jest rzeczywiście na tyle kompetentny, znający się na rzeczy, by warto było zainwestować swój szacunek i zaufanie właśnie w tę formację polityczną. Pamiętajmy o tym, gdy jesienią będziemy wrzucać swój głos do urn wyborczych.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Z życia pasqud (3): Patologiczne PiS i patologie Kościoła kat.

28 Czer

„Powinien powstrzymać swój antysądowy temperament, bo to może odwrócić się przeciwko niemu. Od polityka wymagamy wyważenia, a jak on już nie ma co do powiedzenia na temat łamania Konstytucji przez ustawy przez niego firmowane, to nie może stale mówić o tym, że to są zbrodnie komunistyczne i to jest powód tej zmiany. To nie godzi się politykowi” – skomentowała wypowiedź Zbigniewa Ziobry Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf w RMF FM. Minister sprawiedliwości stwierdził bowiem, że dzisiejsza opinia rzecznika generalnego TSUE jest „obroną patologii w polskim sądownictwie”.

Przypomnijmy – rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w swojej opinii uznał, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego – nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej. Poza tym według rzecznika TSUE „sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych”. Wyrok unijnego Trybunału spodziewany jest jesienią – najczęściej opinia wydana przez rzecznika jest zbieżna z werdyktem TSUE.

Prof. Gersdorf stwierdziła, że gdyby Trybunał uznał, że obecna KRS została nieprawidłowo powołana, może czekać nas gigantyczny chaos. – Wybór członków Rady przez polityków to grzech pierworodny, który wpływa na wymiar sprawiedliwości. Wszystkie decyzje wydane przez Radę mogłyby być kwestionowane – w tym opinie dotyczące awansów sędziowskich czy członków Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego – powiedziała I Prezes SN w RMF FM. Prof. Małgorzata Gersdorf dodała, że jeżeli wyrok TSUE będzie podobny do opinii rzecznika Trybunału, to zmiany w prawie wydają się nieuniknione.

Prokuratura Okręgowa w Gdańsku nie przeprowadzi śledztwa w sprawie tuszowania pedofilii księży przez hierarchów Archidiecezji Gdańskiej. Po emisji filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” zbadania sprawy w zawiadomieniu do prokuratury domagała się Anna Górska z partii Razem.

W dokumencie „Tylko nie mów nikomu” jest mowa m.in. o wykorzystywaniu seksualnym dziecka przez ks. Franciszka Cybulę, spowiednika Lecha Wałęsy. Cybula przed kamerą przyznał się do molestowania chłopca, wkrótce potem zmarł. O wykorzystaniu przez ks. Andrzeja Srebrzyńskiego z Kartuz opowiadał w filmie Marek Mielewczyk, który jako dziecko był przez niego gwałcony.

„Należy domniemać, że urzędnicy, funkcjonariusze i hierarchowie Archidiecezji Gdańskiej i Kurii Metropolitalnej w Gdańsku nie informowali stosownych organów ścigania o przestępstwach pedofilskich. Dodatkowo, w świetle informacji zawartych w filmie pt. „Tylko nie mów nikomu”, w Archidiecezji Gdańskiej i Kurii Metropolitalnej w Gdańsku miał miejsce proceder tuszowania wykorzystywania seksualnego małoletnich przez księży, poprzez przenoszenie ich między parafiami lub skłaniania ofiar do milczenia” – napisała w swoim zawiadomieniu Górska. W przesłanej do niej odpowiedzi prokuratura poinformowała w jednym zdaniu, że „odmówiono wszczęcia śledztwa w sprawie podejrzenia popełnienia przestępstw przez urzędników, funkcjonariuszy i hierarchów Archidiecezji Gdańskiej i Kurii Metropolitalnej w Gdańsku”.

„Bardzo dziękuję za wszystkie wyrazy wsparcia i modlitwy!!! Jestem pewny, że udowodnię swoją niewinność przed Sądem. Tymczasem… carpe diem! 🙂 Ps. Nazywam się Misiewicz, Bartłomiej Misiewicz. A nie Bartłomiej M… ;)” – tak brzmi jego pierwszy wpis po wczorajszym wyjściu z aresztu. – „Sugeruje pan, że Polska rządzona przez PiS jest państwem bezprawia, w którym niewinni siedzą pół roku w areszcie?” – kąśliwie zapytał jeden z internautów.

Pod wpisem Misiewicza pojawiło się mnóstwo komentarzy: – „Ale jak to. Kaucja była w złotówkach czy modlitwach?”; – „A ja jestem pewny, że nie udowodnisz… Carpe diem Bartłomieju, carpe póki czas”;

„Wierzymy tobie jak Macierewiczowi mówiącemu o zamachu w Smoleńsku”; – „A trzeba było iść do normalnej szkoły… i nie kozaczyć: „Czołem panie ministrze”; – „M. pozwala na zapomnienie, że ktoś taki w ogóle istniał. Apteka chyba nadal czeka na powrót ;-)”; – „Pisałeś już do Andrzeja o ułaskawienie?”.

„Ten Trybunał Konstytucyjny przestał posługiwać się prawem, tylko uprawia politykę. 8 lat byłem I Prezesem Sądu Najwyższego. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać z ministrem sprawiedliwości, premierem, jakimś innym przedstawicielem organów władzy poza sytuacjami oficjalnymi” – tak prof. Adam Strzembosz w TVN24 skomentował bliskie kontakty niektórych obecnych sędziów TK z politykami PiS. A o zażyłości z Julią Przyłębską mówił przecież prezes tej partii Jarosław Kaczyński. – „Kiedy byłem przewodniczącym KRS i jeden z moich zastępców zaczął się bardzo przyjaźnić z politykami, postawiłem sprawę ostro. Albo złożę rezygnację z przewodnictwa, albo on odejdzie ze stanowiska mojego zastępcy. Jego KRS zwolniła” – dodał prof. Strzembosz.

Były I Prezes Sądu Najwyższego skomentował opinię wydaną przez rzecznika generalnego Trybunału Sprawiedliwości UE, który uznał, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej, a sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych. – „Wszystkie ostrzeżenia, jakie były kierowane do ministra sprawiedliwości, rządu, prezydenta były puszczane obok uszu, bo uważano, że to jest taka sprawa, którą we własnym zakresie się załatwi. Nie chcę myśleć, co się stanie, jeśli TSUE podzieli stanowisko rzecznika, a to wydaje mi się w wysokim stopniu prawdopodobne. Dla mnie Izba Dyscyplinarna nie jest częścią SN – jest sądem specjalnym, zakazanym w naszej Konstytucji poza sytuacją wojenną. Jeżeli będzie ostateczne orzeczenie TSUE, należałoby natychmiast znowelizować ustawę o KRS – wybrać do niej sędziów w sposób dotychczas nie tylko praktykowany, ale wynikający wprost z Konstytucji” – powiedział prof. Strzembosz.

Prof. Strzembosz odniósł się również do słów Zbigniewa Ziobry, który skrytykował opinię rzecznika TSUE, twierdząc, że jest ona „wewnętrznie niespójna i niekonsekwentna; sprowadza się do obrony patologii w polskim sądownictwie”. – „To niech on to wykaże. Od ministra sprawiedliwości można oczekiwać, że będzie się posługiwał metodami, instrumentami, których używa prawnik, a nie historyk czy geograf. To są takie opowiadania, za którymi nie stoi żadna analiza prawnicza. Opowiadania w Polsce i poza Polską, nie tylko przez ministra sprawiedliwości, że się próbuje naprawić wymiar sprawiedliwości. On nie jest naprawiany, on jest psuty” – uważa prof. Adam Strzembosz.

Obawiam się, że będzie tu głęboka przepychanka. I rząd będzie robił wszystko, żeby nie wykonać tych orzeczeń. I musimy mieć świadomość, że będzie w tym przypadku tak jak w sprawie wycinki Puszczy – albo wykonujecie postanowienia TSUE, albo płacicie ogromne kary i wtedy politycy pójdą po rozum do głowy – mówi sędzia Waldemar Żurek, były rzecznik i członek Krajowej Rady Sadownictwa, której kadencja została zakończona ze złamaniem konstytucji. Rozmawiamy nie tylko o opinii rzecznika TSUE, ale też o poziomie praworządności w Polsce. Pytamy też, czy opinię przyjął z satysfakcją. – Przyznam, że tak, bo to znaczy, że miałem rację i walczę w słusznej sprawie i te wszystkie koszty, które ponoszę, zwłaszcza te, które ponosi moja rodzina, nie idą na marne. Moja żona, dzieci, moi dziś starzy i schorowani rodzice bardzo martwią się tym, co oglądają. Moja rodzina, gdy słucha tych orzeczeń TSUE, też wie, że miałem rację, i dla mnie to bardzo ważne – mówi

JUSTYNA KOĆ: „Sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych” – stwierdził w opinii rzecznik TSUE. Spodziewał się pan takiego orzeczenia?

SĘDZIA WALDEMAR ŻUREK: Przewidywaliśmy, że takie będzie stanowisko rzecznika. Mamy zresztą ostatnio ciąg zdarzeń, które dotyczą polskiego wymiaru sprawiedliwości w TSUE. Ostatnio o sędziach SN, które poprzedziły działania przedstawicieli rządu i które dodatkowo skompromitowały nasz kraj. Te wypowiedzi mające wyłączyć przewodniczącego Trybunału, które miały miejsce, nie mieszczą się w ramach kultury prawnej UE. To wszystko plasuje nas na mapie Europy jako kraj nieprzewidywalny. To wyjątkowo przykre dla mnie, bo przez wiele lat mieliśmy dobrą opinię, na równi ze starymi państwami Unii. Mimo tych kuriozalnych zachowań przedstawicieli polskiego rządu okazało się, że

TSUE nie dał się ograć i kolejne nowelizacje ustawy o SN nie zamydliły oczu sędziom w Trybunale.

Dla mnie to było oczywiste, że każde państwo może regulować wewnętrzne prawo, o ile nie wkracza w zagadnienia niezawisłości sędziowskiej, bo sędzia polski jest sędzią europejskim. Trybunał wyraźnie to powiedział i podkreślił, jak ważna jest gwarancja  niezawisłości sędziego. Sędzia w Polsce jest także sędzią unijnym, zatem nie sądzi tylko Polaków, ale i każdego obywatela UE, który się przemieszcza, ma swobodę zamieszkania, podejmowania pracy na terenie całej Unii.

Podobną opinię rzecznik TSUE wydał odnośnie do Izby Dyscyplinarnej, która jego zdaniem nie spełnia wymogów sądu.
Tu także nie ma żadnego zdziwienia co do tego opinii rzecznika generalnego. Ewidentnie Izba Dyscyplinarna jest powołana przez jedną opcję polityczną. To organ dramatycznie upolityczniony. Nie ma tu mowy nie tylko o równowadze władz konstytucyjnych, ale także władzy sądowniczej, bo przecież Izba Dyscyplinarna została wyłączona spod normalnej administracyjnej władzy I Prezesa SN. Mamy nadzwyczajną Izbę z politycznymi nominatami jednej partii, która ma na celu szykanowanie sędziów broniących niezawisłości. Co prawda ten pomysł poparł też Kukiz ’15; pamiętam wypowiedź posłanki Ścigaj z tej partii, która tłumaczyła, że ich kandydaci do KRS „to są ci, którzy będą realizować program Kukiz ’15”, co oznacza całkowite niezrozumienie tego, o co chodzi w sądownictwie. Środowiska prawnicze łapały się za głowę, jak to słyszały.

W KRS muszą być niezależni sędziowie, którzy będą umieli i mogli postawić tamę upolitycznianiu sądownictwa i będą dokonywać merytorycznych wyborów najlepszych kandydatów na sędziów. Inaczej wchodzimy w model państw autorytarnych. Przecież w państwach autorytarnych też jest sądownictwo, ale całkowicie podporządkowanie jednowładzy.

Wprowadzone u nas zmiany szły w tym kierunku i trzeba się tylko cieszyć, że jesteśmy członkiem UE, która te zakusy blokuje.

Rząd podporządkuje się wyrokowi TSUE, jeśli będzie zgodny z opinią rzecznika?
Na razie słyszałem pana Piotrowicza, byłego prokuratora stanu wojennego, który pokrzykiwał, że będą bronić neo-KRS i nie będą respektować orzeczenia. Takie sugestie to całkowite niezrozumienie sytuacji. Albo jesteśmy członkiem Unii, albo nie. Tu nie ma półśrodków. UE na pewno nie pozwoli, żeby w środku wspólnoty jakieś państwo miało upolitycznione sądownictwo. Nie może być tak, że jeden z krajów bierze tylko pieniądze unijne, ale nie respektuje wartości UE i zapisów traktatowych.

Zatem trzeba będzie zmienić zasady powoływania członków do KRS i wymienić obecny skład, a może najprostszym sposobem będzie przywrócenie starej KRS?
Ja napisałem kiedyś taki artykuł „Nie dzielmy skóry na niedźwiedziu”, więc odsyłam po szczegóły do niego. Są różne scenariusze naprawy. Jest np. projekt społeczny sędziów z Iustitii, który mówi o tym, jak można zgodnie z konstytucją zreformować KRS. Jest tam mowa m.in. o parytecie liczby sędziów sądów rejonowych i to jest moim zdaniem jedyny temat do dyskusji.

Według mnie warto przywrócić starych członków KRS, zwłaszcza że większość członków KRS, w którym ja zasiadałem, kończyło kadencję. Mnie skrócono jedynie o kilkanaście dni i nie byłem tu jedyny. Tu chodzi o zasady przywracania ładu konstytucyjnego.

Należy przywrócić starą KRS, aby zadość stała się prawu, i przygotowywać zmiany w zgodzie z konstytucją.

Gdy naturalnie zwolnią się miejsca w KRS w ciągu 1-2 miesięcy, można je będzie obsadzić według nowego prawa.

Projekt Iustitii zakłada też wprowadzenie tzw. Rady Społecznej, czyli grupy obywateli, która będzie mogła zasiadać przy Radzie z głosem doradczym. Dzięki temu byłaby też większa dostępność społeczeństwa do wiedzy, do tego, co robi KRS, dlaczego i według jakich przepisów i zasad. Jestem za pełną otwartością. Jedyny przepis, który udał się ministrowi Ziobrze, to transmisje obrad w sieci. Niestety, neo-KRS utajnia wybrane przez siebie kandydatury. Czyżby ukrywano nepotyzm? Jasne, że w kwestii stanu zdrowia czy dóbr osobistych tę jawność można wyłączyć, ale nie przy procedurze wyboru. Wprowadziłbym także jawność z przesłuchań kandydatów, bo to pokazuje poziom tych osób, dlaczego wybieramy Kowalskiego, a nie Nowaka.

Ten neo-KRS w mojej ocenie jest nie do uratowania i zreformowania. Ponadto osoby, które brały czynny udział w łamaniu konstytucji, nie mają moralnego prawa do piastowania takich funkcji w demokratycznym państwie prawa.

Gdyby dostał pan propozycję dokończenia kadencji i powrotu do KRS, to by się pan zgodził?
Ten okres w KRS to czas bardzo ciężkiej i stresującej pracy. Ja nie tęsknię za funkcjami, natomiast uważam, że jeżeli stanie się to koniecznością, to jestem gotowy, mimo że mam różne plany zawodowe i prywatne.

Należy wrócić do tego punktu wyjścia po to, aby pokazać, że przywracamy stan praworządności. To się da zrobić zwykłą ustawą.

Wystarczy wrócić na przerwane kadencje członków Rady, w moim przypadku to 12 dni. Potem w zgodzie z konstytucją powołać nowych członków na zasadach nowej ustawy, ale to musi odbyć się według zasad państwa prawa. Procedowanie musi być normalne, a nie jakiś niby projekt pseudoposelski, choć wiadomo, że napisany został w ministerstwie, tylko dlatego, żeby przepchnąć go bez konsultacji społecznych.

Niestety, obawiam się, że będzie tu głęboka przepychanka. I rząd będzie robił wszystko, żeby nie wykonać tych orzeczeń. I musimy mieć świadomość, że będzie w tym przypadku tak jak w sprawie wycinki Puszczy – albo wykonujecie postanowienia TSUE, albo płacicie ogromne kary i wtedy politycy pójdą po rozum do głowy.

Długo był pan na pierwszej linii frontu walki o niezależne sądy. Spotkał się pan z ogromną falą hejtu i pomówień. Czy w tym zakresie będzie się pan domagał sprawiedliwości?
Prowadzę kilka spraw, które są sprawami o zasady i dotyczą nie tylko mnie, ale szeregu sędziów. To m.in. sprawa o mobbing i bezprawne odwoływanie z pomięciem różnych opinii niezbędnych organów sądów i przerzucenie mnie do innego wydziału. Takich przypadków jest wiele i z mojej strony nie będzie ustępstwa, bo prawo nie może ustępować bezprawiu. Pozostałe to sprawy w Sądzie Najwyższym, m.in. sprawa odwołania do neo-KRS z tytułu przeniesienia, i wreszcie sprawy dyscyplinarne, których mam dwie.

Nie odpuszczę, chociaż mam świadomość, że żyjemy obecnie w kraju, w którym prawo nie jest respektowane.

Podjąłem też sprawę w kwestii ukrócenia najbardziej hejtujących, kłamliwych tekstów na portalach społecznościowych.

Jest też wypowiedź pani prof. Pawłowicz przy okazji problemów z kołem jednego z członków neo-KRS. Pani Pawłowicz skomentowała, że dokonano zamachu na sędziego i że ja jestem odpowiedzialny za ten „zamach” i mam „krew na rękach”. To skandaliczna wypowiedź naruszająca w sposób ewidentny moje dobra osobiste. Minister Jaki nawiązał też w jednym z  wywiadów do moich spraw osobistych w sposób kłamliwy. Poszło wezwanie do przeproszenia i zobaczymy, jak ta sprawa się rozwinie, ale szczerze powiem pani, że gdybym reagował na wszystkie tego typu hejterskie i kłamliwe zachowania, to nie miałbym czasu na nic innego.

Czuje pan satysfakcję po opinii rzecznika TSUE?
Przyznam, że tak, bo to znaczy, że miałem rację i walczę w słusznej sprawie i te wszystkie koszty, które ponoszę, zwłaszcza te, które ponosi moja rodzina, nie idą na marne. Moja żona, dzieci, moi dziś starzy i schorowani rodzice bardzo martwią się tym, co oglądają. Moja rodzina, gdy słucha tych orzeczeń TSUE, też wie, że miałem rację, i dla mnie to bardzo ważne.

Czy „lepszy sort” zdaje sobie sprawę, że po orzeczeniu TK w niektórych sklepach, instytucjach i urzędach także i on może się spotkać z odmową obsługi?

Dopiero co pan prezydent na wizycie „czwartej kategorii” w USA promował tam Polskę jako światowego lidera wolności. Nieco na wyrost, ale w sumie cóż znaczą te niespełna dwa tygodnie różnicy. Bo nareszcie „mamy to”! Mamy orzeczenie tak zwanego Trybunału Konstytucyjnego w sprawie wolności dla każdego Kowalskiego. Wolności sumienia, mianowicie.

Do tej pory taka wolność była tylko dla elit, a konkretnie to wyłącznie dla lekarzy ginekologów. Ale teraz to już każdy może poczuć się wolny we własnym kraju.

Prosta magister, a przecież tak zwana prezes tak zwanego TK dała radę naprawić błędy wszystkich poprzednich składów sędziowskich i uwolniła od kary pewnego drukarza, któremu sumienie nie pozwoliło obsłużyć klienta ze względu na treść jego zamówienia. Fakt, że prawo było dotąd dla takich Kowalskich po prostu nieludzkie, nakładając na usługodawców, pracodawców i w ogóle na wszystkich, w tym drukarzy, obowiązek równego traktowania klientów, petentów, pacjentów i w jakiej tam jeszcze roli nie występujemy w urzędach, sklepach czy instytucjach publicznych.

No, a przecież do sklepu mógł wejść taki – z przeproszeniem – muzułmanin i zakupić fajerwerki, płacąc petrodolarami. Skromna panienka, co wyskoczyła z Mordoru na szybki Seks na Plaży. Jakiś lewak po „Newsweek” albo liberał po „Politykę”. Ewentualnie – po ocet i zapałki – Nowak „gorszego sortu”. I co wtedy? Zbyć albo nie zbyć, oto jest pytanie! Teraz dzięki pani tak zwanej prezes nareszcie nastały czasy prawdziwej wolności. Więc wolno już (chyba?), jak w Ameryce, wywiesić na drzwiach tabliczkę: „Psom i Irlandczykom wstęp wzbroniony!”?

Fakt, że za oceanem takie tabliczki wieszano przed stuleciem, więc każdy może sobie łatwo policzyć, ile to konkretnie lat jesteśmy – względem wolności – „za Murzynami”, ale lepiej późno, niż wcale. Poza tym Amerykę nie tylko dogoniliśmy, ale i prześcignęliśmy, bo u nich za taką tabliczkę można teraz trafić do paki. Więc to tu, nad Wisłą, bije teraz prawdziwe źródło wolności! A przy tym nasze tabliczki są znacznie bogatsze w treści. Miejsce „psów i Irlandczyków” może bowiem na nich zająć dobrych kilka kategorii osób nieobsługiwalnych, od LBGT po Żydów, ateistów, przyjaciół Sorosa, właścicieli mediów polskojęzycznych i wyznawców Latającego Potwora Spaghetti.

Niestety, istnieje niebezpieczeństwo, że w niektórych sklepach, instytucjach i urzędach z odmową obsługi może się również spotkać „lepszy sort”. Bo ta wolność – cóż poradzić – dla wszystkich. No ale z drugiej strony dotyczy ona – jak wskazuje nazwa – sumienia, tymczasem liberałowie, lewacy i gorszosortowcy sumienia nie posiadają z definicji. Podobnie jak prawdziwej wiary, a przecież prawo do „klauzuli” ma – w założeniu – chronić wyłącznie sumienia ludzi wierzących. Tak to – przynajmniej – wyjaśnił przedstawiciel Ministerstwa Sprawiedliwości w programie Moniki Olejnik.

Drukarz – jego zdaniem – miał prawo odmówić wykonania zlecenia, jest bowiem żarliwym katolikiem, a według KK – LGBT to grzech. No, a zmuszać człowieka do grzechu, to trzeba nie mieć sumienia… Jak rozumiemy, podstawą do bezkarnego korzystania z prawa do wolności jest tu kategoria grzechu właśnie. Znaczy – mamy prawo powiedzieć nasze stanowcze „nie”, ale wyłącznie grzesznikom.

Problem, co z wierzącymi z obozu „anty-PiS”, a są i tacy. Bo weźmy – na przykład – „mówienie fałszywego świadectwa”. Kłamstwa wprost zakazuje ósme przykazanie. Kłamca to grzesznik, niemiły sumieniu prawdziwego chrześcijanina. Jako takiemu, w myśl wykładni tak zwanego TK, wolno mu – chyba – odmówić obsługi? Bo wszak każdy kłamca to – według Pisma – uczeń największego z nich – Szatana.

Tylko więc patrzeć, jak na kancelariach, gabinetach, muzeach i kawiarniach na Krakowskim Przedmieściu pojawią się tabliczki – polityków partii rządzącej nie obsługujemy (podstawa prawna: orzeczenie tzw. TK).

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Furia Krystyny Pawłowicz i inne pisizmy

20 Czer

Gdy myślisz, że w kontekście posłanki Pawłowicz nic cię już nie zaskoczy, kontrowersyjna fighterka PiS powraca w wielkim stylu. W tle zamach wrogów Polski na Bogu ducha winne dziecko jednego z sędziów.

Scenariusz na nowy film Vegi

Patryk Vega ma już gotowy scenariusz na film o polskich politykach. Szkoda! Dlaczego? Bowiem Pawłowicz mogłaby być jego muzą. Jej nowy tweet jest popisem… no właśnie, piszący te słowa nawet nie wie, do końca czego:

Z „podanego dalej” przez posłankę tweeta dowiadujemy się, że ktoś odkręcił ponoć koło w samochodzie sędziego Dariusza Drajewicza. Samochodem transportowane było dziecko prawnika, więc w świecie Pawłowicz był to zamach właśnie na nie. Co więcej, Krystyna Pawłowicz, niczym genialny detektyw, błyskawicznie znalazła winnych całej sytuacji. Nie jest nowością, że odpowiedzialnością za całe zło tego świata posłanka obarcza opozycję i wolne media. Tak też było tym razem.

Nieodkryta artystka

Czasami zastanawiam się jednak, czy pani poseł przypadkiem wszystkich nas nie nabiera. Analizując bowiem jej wpisy w mediach społecznościowych, można pokusić się nawet o wyodrębnienie charakterystycznych cech „twórczości” ulubienicy Jarosława Kaczyńskiego.

Tak, tak, z tą „twórczością” to nie żart! Tweety Pawłowicz można bowiem zakwalifikować do liryki. Ze swoim awangardowym podejściem do interpunkcji (stawianie np. przecinku po kropce) posłanka mogłaby uchodzić za jednego z najbardziej odważnych twórców gatunku. Czy to inspiracja, a wręcz pociągniecie dalej stylu Józefa Czechowicza, twórcy nostalgicznego i katastroficznego?

Uwagę zwraca podejście do wielkości liter. Tu zapewne nasza domniemana poetka daje upust swoim emocjom, ale może także podkreśla znaczenie szczególnie bliskich jej wyrazów („SZCZUCIA”, „,MACIE KREW”). Niekiedy wielkość liter pokazuje samo znaczenie wyrazu (przymiotnik „maleńkie”). Czasami mamy zaś do czynienia z innowacyjnymi skrótami dot. np. nazw znienawidzonych mediów („gazWyb”).

Niekiedy owe cechy charakterystyczne są ze sobą zestawiane („RĘKACH,ZDRAJCY. ,”). Najprawdopodobniej nie przypadkowo ma to miejsce na samym końcu utworu. Tu bowiem następuje punkt kulminacyjny, swoiste katharsis, co podbija tylko zapewne celowe odrzucenie norm języka polskiego. Majstersztyk!

Pani Krystyno, już czekamy na kontynuację!

„W przypadku zwycięstwa Zjednoczonej Prawicy w jesiennych wyborach parlamentarnych jednym z zadań rządu w kolejnej kadencji będzie repolonizacja mediów” – zapowiedział wicepremier Jarosław Gowin na spotkaniu w Kartuzach. Przekonywał, że rząd PiS wcale a wcale „nie ma obsesji wobec kapitału zagranicznego w mediach”. – „Super! Będzie nareszcie jak za PRL! Już nikt nie zarzuci PiS, że jesteście tylko namiastką dawnych, dobrych czasów. Mam nadzieje, że bracia Karnowscy zaczną wydawać moją ukochaną Trybunę Ludu, która będzie rzetelnie informować suwerena o sukcesach Partii. Tak trzymać!” – gorzko skomentował jeden z internautów.

„No to już wiadomo, co zrobią po wygranych wyborach… Wszystkie media mają klaskać i chwalić PiS… Wzorce ze wschodu zaczerpnięte…”; – „Repolonizacja dla nich znaczy PISonizacja, media à la TVP i Telewizja Republika Bananowa”; – „Wszędzie będzie pracować Holecka i będzie podobny obiektywizm jak w Wiadomościach TVP…”; – „Ależ nazywajmy to po imieniu – chodzi o zamach na wolność mediów. Media mają być zależne, co zagwarantuje tej władzy trwanie” – komentowali inni internauci.

Swoje komentarze na Twitterze umieścili także dziennikarze. – „Repolonizacja mediów to jedno z przyszłych zadań rządu. Ale jestem pewien, że jako wolnościowiec pan premier poprze polonizację mediów, czyli podporządkowanie ich władzy, bez radości” – napisał  Bartosz Węglarczyk z onet.pl.

„Kilkanaście dni temu napisałem do nowego Press, że jeśli PiS wygra kolejne wybory, to media patrzące władzy na ręce skończą jak te na Węgrzech. I m. in. pod płaszczykiem repolonizacji tak właśnie może się stać” – to wpis Jacka Nizinkiewicza z „Rzeczpospolitej”.

Androny ancymonków

Politycy wypowiedzieli się nt. biznesu Tadeusz Rydzyka w Toruniu.

Nie talent, nie szerokie horyzonty, mądrość, uczciwość, pracowitość czy wartości decydują dziś o odniesieniu sukcesu w polityce, tylko umiejętność knucia.

Intrygowanie jest dziś cechą, która najbardziej popłaca i zamienia się w złoto.
Dlatego dziwią mnie te wszystkie pytania, zadawane coraz bardziej płaczliwym tonem: co z tą polityką? I politykami? Czemu tacy pazerni, bufonowaci, skupieni na sobie i niewidzący dalej niż czubek własnego nosa?

Dlaczego polska polityka jest w takiej złej formie? Dlaczego brakuje liderów, ludzi utalentowanych, z widoczną pasją i charyzmą, pracowitych i skutecznych? Bo ci, którym o coś chodzi, którzy ciężko pracują, są zajęci w terenie i nie mają czasu siedzieć w partyjnych biurach i intrygować. Za to ci, którzy na rzecz wyborców nie pracują wcale albo bardzo mało, za to skutecznie intrygują, wygrywają i biorą wszystko. Najbardziej biorące miejsca na listach, partyjne stanowiska i eksponowane miejsca, władzę i prestiż. No i jak niby potem mają wyglądać rządy tych zwycięzców? Najbieglejszych z biegłych w knuciu?

Ano właśnie tak: moralność i wartości tylko na pokaz. Wyborcy traktowani jako nieistotny element układanki i maszynki do głosowania, a po wyborach traktowani jak zera. Polityka jako zasłona dymna do zdobywania pieniędzy i władzy, która – oprócz bogacenia się – umożliwia też znęcanie się nad ludźmi i ich kontrolowanie. Malutkie, maciupeńkie ega w natarciu, zajęte nieustannym udowadnianiem całemu światu, że są coś warte, właśnie dlatego, że nic warte nie są.

Znam historię posła, dziś podziwianego przez całą liberalną Polskę, skutecznego i pracowitego, który przez lata miał problem z przebiciem się w swojej własnej partii. Dlaczego? Ano dlatego, że liderów jego partii bardziej niż to, że poseł robi kawał dobrej roboty interesowało to, że zyskuje coraz większą popularność i może zagrozić ich pozycji. Posła na wszelkie sposoby usiłowano więc „spacyfikować” – a to nie zapraszając go do zarządu partii, a to ograniczając jego obecność w mediach, a to rzucając mu dziesiątki małych, ale dolegliwych kłód pod nogi.

„Nikt cię tak nie zniszczy jak koledzy z własnej partii” – to credo wszystkich polityków, ze wszystkich opcji, złota uniwersalna zasada, której teoretyczną skuteczność z wypiekami na twarzy ogląda się w serialach typu „Gra o tron” czy „House of cards”, ale której działanie praktyczne jeży włos na głowie na naszym własnym podwórku i w odniesieniu do nas samych.

Odróżnianie ziarna od plew zawsze było jedną z najważniejszych ludzkich umiejętności, w zasadzie decydującą o jakości życia – tak prywatnego, jak publicznego. Społeczeństwo, które nabiera się na pozory, nie wnikając w istotę sprawy, rzeczywiste kompetencje i działania swoich przedstawicieli, ich intencje, jest skazane na porażkę i rządy chciwych, podłych głupców. Dlatego zanim kolejny raz zaczniemy narzekać na chciwych, głupich, płytkich polityków, zastanówmy się, kto na nich oddał głos.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

 

Kościół i PiS w służbie miękkiej cenzury. Powrót do Ciemnogrodu

9 Czer

Na jednym z najlepszych uniwersytetów polskich w dużym ośrodku wielkomiejskim na kierunku biologia w ogóle studenci nie uczą się jednej z najważniejszych teorii, jakie powstały w historii nauki. Bo teoria ewolucji – próbują się bronić jej adwersarze – już dawno przestała być hipotezą roboczą, a nawet teorią i jak żadna inna idea nie zdobyła tylu poważnych argumentów i dowodów paleontologicznych.

Problem w tym, że dyskutujący z Kościołem nie znają się ani na biologii, ani filozofii, a tym bardziej – psychologii religii czy teologii, choćby własnego wyznania. Problem w tym, że spada poziom nauki i edukacji – w szkole nie usłyszysz o najnowszych ustaleniach neuroteologii, “hełmie Boga”, poważnych pracach z kosmologii, które nie tylko wykluczają “stwórcę”, czyniąc go zbędną hipotezą, ale wręcz logicznie argumentują, że kosmos stworzony nie byłby taki, jak jest i jaki poznajemy dzięki nauce, a nie dzięki religii.

Nie przeczę, że ważne są “społeczne” i socjalno-bytowe kwestie kościelne, krytyka zachować tych, którzy ośmielają się nazywać siebie “uczniami Jezusa”, zupełnie nie rozumiejąc nauk moralnych Chrystusa. Istotne są, a obecnie najbardziej palące problemy z pedofilią w Kościele i jego instytucjach, niemniej namawiam gorąco, aby rozpocząć z Kościołem dyskusję podobną do tych, jakie rozgrzewały pierwszych chrześcijan, dyskusje w “oświeconym wieku” dwieście lat temu, debaty w pozytywizmie, potem w kręgach szkoły lwowsko-warszawskiej. Oczywiście, bez wiedzy żadna rozsądna dyskusja nie może mieć miejsca. W 2006 roku ukazała się kolejna książka znanego adwersarza wszelkich religii, Dawkinsa, ale oprócz debaty kilku profesorów, nie zdołała wywołać szerszego społecznego odzewu. Pisał ten autor o “urojonym bogu”, ponieważ jego zdaniem, każda religia błędnie ukazuje pochodzenie kosmosu i człowieka, a nauka coraz bliższa jest prawdy.

Nie jest możliwe jednoczesne wierzenie, że “Bóg stworzył kosmos” i wyznawanie teorii ewolucji, nie można jednocześnie wierzyć w samoistną ewolucję kosmosu i w stworzenie człowieka od razu w dorosłej postaci. Nie jest też prawdą, że większość uczonych to ludzie “głęboko wierzący”.

Znany kosmolog Hawking, zmagając się ze straszną niepełnosprawnością, do końca bronił poglądu, że wszystko, co zdarzyło się w kosmosie, w naszej galaktyce oraz na Ziemi, można po pewnym czasie wyjaśnić naturalnie, w obrębie tego kosmosu, nie wykraczając poza niego na drodze analizy myślowej. Ale ludzie, których ateizm polega tylko na ostentacyjnym “niechodzeniu do kościoła” nie mają żadnej wiedzy merytorycznej, aby obalić dogmaty katolickie, których nie jest zbyt wiele. Kościół po prostu twierdzi, że gdzieś poza ludzkim horyzontem istnieje w jakimś sobie właściwym statusie ontologicznym inny, w domyśle – lepszy świat, a w nim Bóg (w trzech osobach), aniołowie oraz ludzie zbawieni. Innymi słowy każda religia sprowadza się do twierdzącej odpowiedzi na główne pytanie, jakie zadano kiedykolwiek – “co się ze świadomością ludzką dzieje po śmierci?”. I właściwie na tak zadane pytanie od razu daje gotowe, automatyczne odpowiedzi, powtarzane od stuleci w kółko. Tymczasem nie da się z pozycji ontologicznych, jakie obecnie zajmujemy natychmiast w jednym zdaniu odpowiedzieć na to pytanie, bo na tym polega problem “kota Schrodingera” – dopóki żyjemy tu, kot jest i żywy i martwy jednocześnie, dopiero gdy znajdziemy się tam, kot będzie żywy albo martwy.

Mechanika kwantowa wszelkie pytania egzystencjalne sprowadza do kwantów, porcji materii i energii oraz materialnej podstawy ludzkiej świadomości. Bo o świadomość ludzką od wieków toczy się batalia.

Inaczej jeszcze podchodząc do zagadnienia, należy konsekwentnie odmówić teologii prawa do nazywania się nauką w sensie twardym, a poznaniu religijnemu wyjątkowego statusu epistemologicznego. Dlatego drodzy Czytelnicy, zróbmy tak, jak zrobili świadkowie Jehowy: wykuli pismo święte na pamięć i na każde pytanie katolików mają gotową odpowiedź, wywodzącą się ze specyficznego i dosłownego stylu czytania Biblii. Aby pozycję Kościoła hierarchicznego w Polsce osłabić – co paradoksalnie przyniosłoby pożyteczne skutki w różnych sferach życia – należy wykuć teologię, oczytać się w historii, psychologii religii, religioznawstwie, socjologii i psychiatrii, poczytać jakieś kompendia popularyzujące teorię ewolucji, znać największe odkrycia i wynalazki naukowe.

Argumentacja “nie wierzę, bo nie chcę” jest bardzo prymitywnym postawieniem sprawy, choć podkreśla wolną wolę człowieka, lecz to nie wystarczy. Należy wszystkim chrześcijanom, zwłaszcza fundamentalistycznym odłamom post-protestanckim oraz rzymsko – katolickim wykazać, że to, co podają kościoły wiernym do wierzenia ma się tak do rzeczywistości, jak pięść do nosa. Inaczej nie rozbijemy urojonych struktur kościelnych, które mnożą się w tempie zastraszającym, osiągając wymiary pandemiczne.

Memetyka tłumaczy życie i rozprzestrzenianie się idei religijnych na wzór genów w populacji, a także na wzór przenoszenia się wirusów, w tym przypadku – umysłowych.

Coraz więcej ludzi zostaje ukąszonych przez żądło religijne. Należy wytłumaczyć, że nawet jeśli istnieje jakaś nieznana nam jeszcze forma transcendencji, to nie ma nic wspólnego z naszym światem, a póki żyjemy naszym obowiązkiem jest zachować, poprawić i przekazać ten świat – a nie “tamten” – następnym pokoleniom. Toczy się bój o nasze sumienia, wolność i dusze.

Nie dajmy się zarazić fałszywymi memami światopoglądowymi. Pod żadnym pozorem, choćby nie wiem, jaką cenę przyszłoby za to zapłacić. Wolność ludzka nie ma bowiem ceny.

Parada Równości w Warszawie – marsz nawołujący do tolerancji i szacunku dla wszystkich obywateli – nie podoba się Kai Godek. Działaczka pro-life postanowiła swoimi teoriami na temat środowisk LGBT podzielić się na Twitterze.

– „Z okazji Parady Równości kilka oczywistości, żebyśmy nie dali się zwariować: 
– homo to zboczenie
– homo to wstęp do pedofilii
– płcie są dwie: żeńska i męska , są to cechy biologiczne wrodzone i niezmienne
– w PL każdy może wziąć ślub z kimś płci przeciwnej – mamy równość” – można przeczytać we wpisie Godek.

Na szczęście internauci bardzo szybko zareagowali na homofobiczny wpis, krytykując działaczkę. – „Ma pani dowody na to, że homoseksualizm to wstęp do pedofilii?”; „Zboczeniem ze ścieżki rozumu są Pani teorie”, To przykre, że ktoś taki chciał iść do PE” – pisali internauci.

Rozmowa Danuty Holeckiej z Katarzyną Lubnauer (Nowoczesna.) w TVPiS zamieniła się w pokaz arogancji i tendencyjności ze strony prowadzącej.

Rozmowa w dużej mierze dotyczyła utworzenia przez PO i Nowoczesną. wspólnego klubu poselskiego. Holecka zarzuciła Lubnauer, że jej partia zostanie niedługo „wchłonięta” przez ugrupowanie Grzegorza Schetyny.

Lubnauer odpowiedziała, że N. jest w dobrej formie i przypomniała prowadzącej, że w jednym z ostatnich badań sondażowych miała ponad 4% poparcia. Chwilę później Lubnauer po raz pierwszy ostrzej zareagowała na zaczepki prowadzącej. Polityczka zaliczyła dziennikarkę do PiS i przyznała, że „jak widzę »Wiadomości« to nie mam żadnych wątpliwości, że to jest jedna grupa”.

W dalszej części rozmowy Lubnauer nabrała odwagi. „Zauważyłam, że u was mamy do czynienia z manipulacją w stylu Urbana i Goebbelsa” – wygarnęła TVP polityczka Nowoczesnej. Liderka liberałów przyznała również, że oglądając TVP, ma wrażenie, że żyje w „paranoi”.

Po kolejnych oskarżeniach wobec PO i Nowoczesnej.  sytuacja jeszcze bardziej się zaostrzyła. „Jesteśmy w Telewizji Publicznej, finansowanej z podatków oraz abonamentu. W związku z tym powinniście być obiektywni. (…) Nie jest pani wstyd, że pani kłamie?” – bez ogródek wypaliła Lubnauer. Holecka po tej wypowiedzi opanowała swoją tendencyjność i wycofała się z ostrych ataków na opozycję. „Już się boję, bo zaraz będzie, że kłamię, manipuluję i jestem Urbanem” – zażartowała pisowska „dziennikarka”.

Pomysły wyjścia z Koalicji Europejskiej i utworzenia oddzielnych bloków lewicy czy prawicy to recepta na triumf PiS-u.

Zdumiewające wystąpienia wielu liderów opozycji po wyborach europejskich wskazują, że z polską klasą polityczną naprawdę coś jest nie tak. Zachowuje się często w sposób skrajnie nieracjonalny, nie umie odczytać prawdziwego znaczenia faktów i wyciąga z nich niewłaściwe wnioski. Co bowiem mówi nam rezultat eurowyborów?

Koalicja zdała egzamin

Po pierwsze to, że partie opozycyjne, które zawiązały koalicję, dobrze na tym wyszły. Łączny wynik uzyskany przez alians był większy niż suma wyników cząstkowych ujawniana w sondażach. Po drugie, partie mniejsze – SLD, PSL – zostały dobrze potraktowane przez najsilniejszą w bloku Platformę Obywatelską, która dała im dobre miejsca na listach, dzięki czemu zdobyły więcej niż godziwą liczbę mandatów. SLD wręcz się obłowił, a PSL, które samodzielnie było bez szans, zachowało stan posiadania z poprzednich wyborów.

Jaki z tego wniosek powinien wyciągnąć racjonalnie rozumujący lider partyjny? Taki, że na koalicję należy chuchać i dmuchać. A jeśli jego partia do koalicji tej nie należy, to powinien dołożyć wszelkich starań, by do niej dołączyć.

Zwłaszcza, że z powodu ordynacji wyborczej jesienne wybory będą trudniejsze. Mandaty będą dzielone nie w skali kraju, lecz w małych okręgach wg ordynacji D’Hondta, premiującej najsilniejszych, co sprawia, że praktyczny próg pozwalający na wejście do Sejmu będzie tu wynosić nie 5 proc., jak teoretycznie zapisano w prawie, lecz jak szacują fachowcy – ok. 10 proc. Która z partii opozycyjnych może na tyle liczyć?

Jedyną szansą dla maluchów na dostanie się do Sejmu, a dla Polski na odsunięcie pisowskiej dyktatury jest stworzenie wielkiego bloku partii opozycyjnych.

Lewica i ludowcy zlepiają okruszki

Tymczasem komentatorzy oraz liderzy w rodzaju Adriana Zandberga snują wizje jakichś szczątkowych koalicji pozlepianych z okruchów – Partii Razem, Wiosny i SLD. Wprawdzie SLD zachowuje się racjonalnie i nie ma najmniejszego zamiaru popełnić politycznego seppuku, ale na chwilę załóżmy teoretycznie, że partia ta dałaby się nakłonić Zandbergowi do takiego nierozważnego kroku.

Ile głosów razem zdobyłaby taka lewicowa „potęga”? Najprawdopodobniej nie wystarczyłoby tego do zdobycia mandatu poza Warszawą i może jeszcze dwoma czy trzema metropoliami. Zwycięski PiS natomiast pożywiłby się zmarnowanymi głosami oddanymi na taką lewicę.

Równie absurdalnie zachowuje się PSL, gdzie podnoszą się głosy, by wyjść z koalicji. Tu sytuacja jest klarowniejsza, bo zwolennicy wyjścia wprawdzie mówią o samodzielnym starcie, ale w gruncie rzeczy chcą sojuszu z PiS-em. Marek Sawicki już odsłonił karty i w publicznym wywiadzie otwartym tekstem dopuścił alians z partią Kaczyńskiego.

Jednak większość ludowców nie ma chyba zamiaru wystąpić w roli przystawki „dobrej zmiany”. W takim wypadku powinni kurczowo się trzymać koalicji opozycyjnej, która jest dla nich jedyną szansą utrzymania się na powierzchni. Bez tego zatoną. Tymczasem co robią? Snują jakieś księżycowe wizje bloku konserwatywno-ludowego.

Ludowców najwyraźniej zmylił wynik, który ich kandydaci uzyskali w wyborach europejskich w ośrodkach miejskich. Ta tradycyjnie wiejska partia umocniła się w wielu miastach, nawet w największych. W Warszawie jej kandydat Władysław Bartoszewski dostał 35 tys. głosów i wyprzedził Michała Boniego z PO (26 tys.). Tyle tylko, że ten wynik ludowcy mogli uzyskać właśnie dlatego, że byli w Koalicji Europejskiej. Wielu wyborców głosowało na kandydatów PSL, wiedząc, że w ten sposób popierają blok zjednoczonej opozycji. Gdyby ludowcy startowali oddzielnie, dostaliby figę z makiem, a nie te głosy.

Koalicja nie szkodzi małym, lecz im pomaga

Liczni komentatorzy (zwłaszcza popierający młodą lewicę) opowiadają androny, jakoby wejście w sojusz partii o różnych profilach ideowych szkodziło tym ugrupowaniom. W myśl tych teorii prawicowy wyborca miałby nie głosować na koalicję, w której jest Zandberg, a lewicowy wyborca miałby się ze wstrętem odwrócić od bloku, w którym jest Kazimierz Ujazdowski.

I wyniki wyborów europejskich, i zdrowy rozsądek podpowiadają, że jest dokładnie odwrotnie: kandydaci mniejszych czy wręcz niszowych partii mogą liczyć na głosy wyborców tylko wówczas, gdy ich ugrupowania wystąpią w ramach większego bloku opozycyjnego. Dokładnie tak, jak miało to miejsce w przypadku kandydatów PSL w eurowyborach.

Wyborca o sympatiach lewicowych i antypisowskich, podchodząc do urny, będzie ważyć, co dla niego ważniejsze i pierwszoplanowe: ideowa lewicowość czy chęć praktycznego odsunięcia dyktatury PiS. W większości wypadków uzna, że to drugie i nie zagłosuje na Zandberga. Jeśli jednak Zandberg będzie kandydatem koalicji antypisowskiej – wówczas nie będzie mieć tego dylematu i bez wahań odda na niego głos.

Wielu liderów lewicy i ludowców zachowuje się tak, jakby nie rozumiało tej banalnej prawdy. Ciśnie się na usta cytat z Józefa Piłsudskiego: „Wam kury szczać prowadzić, a nie politykę robić”.

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Kto dokonał rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego? Wszak autorstwa nie może sobie przypisać obecny premier. Pytanie należy do retorycznych, bo wiadomo wszem i wobec kto. Pytanie właściwe byłoby: po co zrekonstruowano ciało administracyjne, któremu premieruje Morawiecki?

To, że niektórzy ministrowie dostali się do Europarlamentu nie jest powodem do nazywania rekonstrukcją rządu, lecz wypełnieniem braków, plombą np. po Beacie Szydło, która jedzie po sukces 27:1. Mowa jest nawet o posadzie szefowej Parlamentu Europejskiego, bo i z takim pomysłem wyskoczył jakiś akolita geniusza z Żoliborza. Nie podejrzewam, aby w Brukseli Szydło, Joachim Brudziński bądź inna/inny zagrozili europejskim kabaretom. To w Polsce kabarety nie nadążają za awangardą pisowskiego surrealizmu.

Wesoło nam nie będzie, gdy nieznająca języka angielskiego Szydło i takiż poliglota Brudziński wyskoczą z jakimś wspólnym pomysłem politycznym z Marine…

View original post 1 323 słowa więcej