Archiwum | Kościół RSS feed for this section

Kaczyński, a nie Trump, upokarza Polskę

1 Wrz

Donald Trump odwołał swoją wizytę w Polsce. Oficjalną przyczyną jest huragan Dorian, który może na początku przyszłego tygodnia uderzyć we Florydę.

Amerykańscy dziennikarze zwracają jednak uwagę, że prezydent weekend spędza czas na prywatnym polu golfowym.

Biały Dom podkreśla, że prezydent w niedzielę uda się do Federalnej Agencji Zarządzania Kryzysowego. Donald Trump opuścił Biały Dom w piątek i udał się helikopterem do swojej rezydencji w Camp David w Maryland, a stamtąd helikopterm poleciał do posiadłości w Wirginii.

Prezydent umila sobie czas grając w golfa, ale są z nim eksperci, którzy śledzą trasę huraganu.

Według najnowszych prognoz „Dorian” zmierza na północ i przejdzie wzdłuż wybrzeża. Władze apelują do mieszkańców Florydy, aby nadal zachowali czujność. Ostrzegają też przed zagrożeniem inne stany.

Szanowny Panie Prezesie!

Nazwać kopniak jaki waszej władzy właśnie wymierzył Trump katastrofą, to jak nazwać posłankę Pawłowicz niezbyt życzliwą lub Marka Suskiego nieprzesadnie intelektualnym.

Już upokorzenie jakie zgotował Polsce Trump, gdy zabrakło krzesła dla Prezydenta Dudy było znakiem, że obecne władze USA uważają Pana ekipę za grono pożytecznych idiotów, którzy kupują drogi sprzęt wojskowy, ale nie mogą się postawić, gdyż sami stworzyli sobie politykę bezalternatywną.

Wybór Trumpa, który na oczach całego świata wybrał pole golfowe zamiast obiecanego świętowania z nami 80 rocznicy wybuchu wojny, pokazuje, że Polska pod Pańskimi rządami jest marginalizowana i wyszydzana.

Jutro obchodzimy rocznicę wybuchu wojny, do której przystąpiliśmy sami, gdyż sojusznicy nas zdradzili. Zdradzili dlatego, że polityka zagraniczna ministra Becka była prowadzona podobnie jak Pana bez uwzględnienia realiów międzynarodowych. Albo inaczej była bezdennie głupia. W roku 1938 wspólnie z Hitlerem rząd sanacyjny przeprowadził rozbiór Czechosłowacji, a w 1939 liczył na realizację sojuszu z Francją i Anglią przeciwko Hitlerowi.

Często się Pan odwołuje do tradycji tych rządów i w pewien sposób ma Pan rację. W pewien sposób jest Pan sukcesorem tej ówczesnej bezmyślności.

Obecnie Polska jest osamotniona tak jak w 1939, a sojusze które mamy nie są poparte realiami, gdyż z Pana winy poprzez zdradę wartości zachodnich w zakresie praworządności wykreślamy się ze świata zachodu, tak jak wykreśliliśmy się w 1938 sprzymierzając się z Hitlerem. A sojusze bez wspólnoty wartości to mit.

Jesteśmy sami, a jedynym winowajcą tej sytuacji jest Pan. Tylko korzystne otoczenie międzynarodowe powoduje, że dzisiaj nie odczuwamy jeszcze skutków tego osamotnienia. Ale taka koniunktura może nie trwać wiecznie.

Amerykanie myślą długofalowo, mają bardzo dobrych analityków i świetne dane zbierane z każdego kraju. Jest bardzo prawdopodobne, że z tych danych wynika, że PiS może przegrać wybory. Wówczas zaangażowanie prezydenta w kampanię wyborczą, bo tak jest to odbierane, mogłoby zaszkodzić kształtowanym perspektywicznie interesom gospodarczym i politycznym, także z Polską, która dla Ameryki jest ważnym partnerem – mówi Ryszard Schnepf, były ambasador RP w Stanach Zjednoczonych. – Myślę, że bardziej aktualne, bieżące kwestie zadecydowały o tym, żeby wizytę odwołać, jak huragan, ale także wycofanie w jakimś stopniu – tak to należy czytać – poparcia dla PiS w kampanii wyborczej – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Prezydent Trump w ostatniej chwili odwołał przyjazd do Polski z powodu nadciągającego nad Florydę huraganu. Warunki pogodowe są prawdziwym powodem czy za decyzją stoją jakieś powody polityczne?

RYSZARD SCHNEPF: Będziemy więc spekulować, bo przecież powody zna jedynie najbliższe otoczenie amerykańskiego przywódcy. Temat jest jednak ważny, więc dywagujmy. Byłbym bardzo powściągliwy w myśleniu, które pewnie rodzi się w głowach wielu Polaków, a mianowicie, że prezydent Trump lekceważy rocznicę wybuchu II wojny światowej. Tak z pewnością jednak nie jest. Nie lekceważyłbym też huraganu, bo w Stanach Zjednoczonych rzeczywiście anomalie pogodowe przybierają wymiar u nas niespotykany i potrafią doprowadzić do zniszczenia całego stanu Floryda, czyli obszaru równego połowie Polski. To jest istotny argument. Jednak widzę tu jeszcze jeden wątek, którego bym nie lekceważył, a mianowicie

CHŁODNĄ KALKULACJĘ POLITYCZNĄ.

Amerykanie myślą długofalowo, mają bardzo dobrych analityków i świetne dane zbierane z każdego kraju. Jest bardzo prawdopodobne, że z tych danych wynika, że PiS może przegrać wybory. Wówczas zaangażowanie prezydenta w kampanię wyborczą, bo tak jest to odbierane, mogłoby zaszkodzić kształtowanym perspektywicznie interesom gospodarczym i politycznym, także z Polską, która dla Ameryki jest ważnym partnerem.

Czy może tu chodzić o zakulisowy spór Polski ze środowiskiem żydowskim? Takie komentarze też się pojawiły.
Ten konflikt oczywiście istnieje, przede wszystkim wokół restytucji mienia, ale także w związku z uroczystościami uczczenia Brygady Świętokrzyskiej. Jednak moim zdaniem to nie są fakty determinujące, one tkwią w naszych relacjach już od dłuższego czasu. Planując tę wizytę Trump zapewne świetnie o tym wiedział i mimo to był zdecydowany tu przyjechać. Myślę, że bardziej aktualne, bieżące kwestie zadecydowały o tym, żeby wizytę odwołać, jak huragan, ale także wycofanie w jakimś stopniu – tak to należy czytać – poparcia dla PiS w kampanii wyborczej.

Do Polski przyjedzie wiceprezydent Mike Pence, polityk raczej schodzący niż jaśniejący na arenie. Jak mocno to obniża rangę wizyty?
Mike Pence jest jednak wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych, więc nie deprecjonowałbym faktu jego wizyty. To osoba, która zastępuje prezydenta w naturalny sposób, natomiast

WAGA WIZYTY, RANGA JAKICHKOLWIEK OŚWIADCZEŃ, KTÓRE PADNĄ, JEST OCZYWIŚCIE NIEWSPÓŁMIERNA.

Donald Trump, jakby go nie osądzać, jest jednak politykiem, który potrafi skupić uwagę, wywołać entuzjazm i potrafi być dobrym mówcą. Pence nie słynie z ognistych przemówień, jest człowiekiem cienia i dlatego zresztą jest wiceprezydentem. Cichym, ale lojalnym tłem przywódcy o silnej osobowości.

Czy administracja prezydenta, który jest w stanie obrazić się na Danię, bo ta nie chce sprzedać mu Grenlandii, jest do tego zdolna?
Prezydent Trump jest znany z niekonwencjonalnych wypowiedzi i pomysłów, jednak zawsze trzeba mieć nadzieje, że dla prezydenta USA, największej potęgi militarnej i ekonomicznej, demokracja jest czymś ważnym, bo to, że dla społeczeństwa amerykańskiego równouprawnienie, tolerancja i rządy prawa są ważne, to wiemy.

Czego możemy się spodziewać po wizycie?
To będzie wizyta raczej promocyjna i kurtuazyjna, więc

NIE NALEŻY SIĘ SPODZIEWAĆ ZNACZĄCYCH SŁÓW. GDYBY JEDNAK PADŁY SŁOWA, ŻE DEMOKRACJA JEST WCIĄŻ WAŻNA, BYŁBYM USATYSFAKCJONOWANY.

Obecność sekretarza stanu Mike’a Pompeo i sekretarza obrony każą też myśleć, że w tle mogą się odbywać rozmowy o dalszej współpracy między rządem USA a Polski, zwłaszcza w dziedzinie wojskowej i telefonii 5G.

Będzie mowa o zniesieniu wiz?
Zapewne pojawi się wzmianka o możliwości rychłego wprowadzenia ruchu bezwizowego i to jest rzeczywiście realne. Gdyby jednak przyjechał nawet sam Donald Trump, to pamiętajmy, że zniesienia wiz może dokonać tylko amerykański Kongres. Prawdą jest, że procent odrzuconych wniosków wizowych prawdopodobnie spadł poniżej 3 proc., co jest wymagane w prawie amerykańskim i to będzie pozwalało na sformułowanie nowej ustawy, którą zaakceptują obie Izby. Zajmie to zapewne jeszcze kilka miesięcy. Wiemy, że została podpisana umowa pomiędzy Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i odpowiednikiem po amerykańskiej stronie, czyli Department of Homeland Security, zatem jest to realna ścieżka, na którą wchodzimy. Przypomnijmy, że na początku naszych starań poziom odrzuceń był powyżej 20 proc. Przyczyna tego, że stopniowo zmniejszała się ilość odrzuconych wniosków, leży jednak po naszej stronie. Przede wszystkim

CORAZ WIĘCEJ POLAKÓW ZACZĘŁO UBIEGAĆ SIĘ O WIZĘ, ABY SPĘDZIĆ CZAS ZGODNIE Z DEKLAROWANYM ZAMIAREM, CZYLI NIE PODEJMUJĄC PRACY, NIE PRZEDŁUŻAJĄC POBYTU, NIE POPEŁNIAJĄC WYKROCZEŃ DROGOWYCH – TO SĄ PROCENTY, KTÓRE TAKŻE MAJĄ ZNACZENIE.

Przed planowaną wizytą Donalda Trumpa Konferencja Ambasadorów, do której Pan należy, wystosowała list otwarty do spodziewanego gościa. Dlaczego?
Kwestia spójności NATO, ale też wartości, była przedmiotem rozważań naszej Konferencji Ambasadorów, która jest niezależnym gremium eksperckim. W efekcie powstał list otwarty do prezydenta Trumpa. Mamy świadomość tego, że dziś polityka amerykańska jest wielowątkowa i – mówiąc dyplomatycznie – szalenie zmienna. Świat reaguje dynamicznie i administracja amerykańska poszukuje rozwiązań jednocześnie dla wielu kwestii. To sprawa Iranu, sytuacji ekonomicznej w sensie globalnym – konflikt z Chinami i niewypowiedziana wojna handlowa, która najwyraźniej nabiera prędkości, to też sprawa Korei Północnej, Bliskiego Wschodu i jakiegoś ułożenia relacji z Rosją. Niestety, czasami spójność czy to NATO, czy UE cierpi w wyniku gestów, które są wyrażane na daną chwilę, ale ich skutek jest już długotrwały. Idealnie byłoby, gdybyśmy byli krajem, który spaja te dwa organizmy. Z jednej strony być dobrym członkiem UE, tym bardziej, że im bardziej jesteśmy silni w UE, tym bardziej stanowimy wartość jako partner dla Stanów Zjednoczonych, z drugiej zaś jednoznacznym spoiwem w Sojuszu Północnoatlantyckim. Mamy takie możliwości choćby z tego względu, że jesteśmy największym krajem w rejonie Europy Środkowowschodniej i jednocześnie flanką wschodnią.

NASZA ROLA ZE WZGLĘDU NA TO MOGŁABY BYĆ JEDNOZNACZNIE POZYTYWNA, A NIESTETY TAKA NIE JEST W WYNIKU POSUNIĘĆ RZĄDU, KTÓRE KONFLIKTUJĄ NAS Z UE, ALE TEŻ REALIZUJĄ NIEKTÓRE ZADANIA, KTÓRE SPÓJNOŚCI Z NATO NIE SŁUŻĄ.

Napisali państwo w liście: „Panie Prezydencie, przybywa Pan do kraju, który nie jest praworządny. Pana mocny głos wzywający do tolerancji i wzajemnego poszanowania, a także przestrzegania postanowień konstytucji i innych praw, może mieć znaczenie historyczne”. Pod listem podpisało się ponad 20 byłych ambasadorów. Marszałek Karczewski skomentował, że sygnatariusze listu są oderwani od rzeczywistości, a sam list jest antypolski. Jak pan to skomentuje?
Marszałek Karczewski powinien swoje wypowiedzi ograniczyć do spraw, na których rzeczywiście zna się, choć osobiście nie wiem, w jakiej materii czuje się fachowcem. Posługiwanie się pojęciem „antypolski”, „zdradziecki” jest tanim chwytem i wyraża jedynie chęć przypodobania się szefowi. Tymczasem nami powodowało właśnie poczucie patriotyzmu i troski o dobro Polski. Za antypolskie można by natomiast uważać doprowadzenie pozycji i wizerunku Polski do stanu ruiny. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że list wywoła falę negatywnych komentarzy po stronie rządzących, choćby na zasadzie „czapki, która gore”.

Nasze słowa zbiegają się z obchodami rocznicy napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę w 39 roku nieprzypadkowo. Polska była wówczas osamotniona, weszła w przestrzeń niczyją, nie była ani na Zachodzie, ani na Wschodzie. Nie była podmiotem, który inni, przede wszystkim Zachód, uznawał za swój.

NASZA TROSKA WYNIKA Z TEGO, ŻE POLSKA DRYFUJE DZISIAJ W TAKI OBSZAR, DO TZW. SZAREJ STREFY. WSPOMNIENIE WRZEŚNIA 39 ROKU POWINNO BYĆ PRZESTROGĄ DLA NAS WSZYSTKICH.

Jako byli już urzędnicy, ale jednocześnie fachowcy, mamy prawo do obywatelskich zachowań, aby upomnieć się i nawiązać do tragicznych wydarzeń II wojny światowej. Prawo i obowiązek. Powinniśmy być w dobrej demokratycznie rodzinie, umownie nazywanej światem Zachodu czy rodziną transatlantycką. Trzymać się razem jak pasażerowie samolotu, który wpada w turbulencje. To jest priorytet bezpieczeństwa Polski, pomijając, że kształtuje też naszą przyszłość, chociażby w kontekście dostępu do technologii, wymiany handlowej, kulturalnej, naukowej. Marzyliśmy o tym, żeby przynależeć do tej rodziny. Dziś mają miejsce wydarzenia, które szokują. Kilka dni temu światowej sławy muzycy odmówili udziału w koncercie organizowanym przez kluby „Gazety Polskiej” w nowojorskim Carnegie Hall, jako powód podając homofobiczną akcję tego pisma. Nie chodziło tu bynajmniej o wysokość gaży, bo w propagandowych działaniach jesteśmy hojni, lecz o wartości. Takie rzeczy nigdy nie miały miejsca. Wielcy muzycy, artyści byli wręcz dumni z tego, że mogą występować pod polskim sztandarem i z naszej inicjatywy promować naszą kulturę.

POLSKA KOJARZYŁA SIĘ IM Z NAJLEPSZYM: Z “SOLIDARNOŚCIĄ”, Z LECHEM WAŁĘSĄ, Z TAKIM AUTENTYCZNYM DĄŻENIEM POLAKÓW DO ŻYCIA W DEMOKRATYCZNYM KRAJU. DZIŚ TA OPINIA JUŻ JEST ODMIENNA. I TO BOLI, BARDZO BOLI.

Mnie, jako byłego dyplomatę, boli szczególnie, bo pamiętam, jak w Waszyngtonie, w Nowym Jorku czy w Chicago, ale też wcześniej w Montevideo czy Madrycie organizowaliśmy wydarzenia, gdzie ludzie kultury czy politycy przychodzili z poczuciem satysfakcji i dumy, że mogą być w polskim domu. Pamiętam entuzjazm senatorów i kongresmenów podczas premiery filmu Andrzeja Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei” w Bibliotece Kongresu i owację na stojąco dla przywódcy „Solidarności”, gdy tylko pojawił się na widowni. Dziś niestety możemy się tylko wstydzić, że jesteśmy kojarzeni z drugą, mroczną stroną.

Co się dzieje w Wielkiej Brytanii? Pytam o Borisa Johnsona i jego inicjatywę zawieszenia parlamentu. Światowe komentarze mówią, że to „zawał kolebki demokracji parlamentarnej”.
To rzeczywiście niezwykle poważny kryzys parlamentaryzmu brytyjskiego, który przypomnijmy, był wzorem budowania demokratycznych struktur państwa na całym świecie, m.in. w Stanach Zjednoczonych. Brytyjczycy w tym sensie byli pionierami – Magna Carta, czyli wielka karta swobód i wolności pochodzi właśnie z Wysp Brytyjskich i tym bardziej to, co dziś się dzieje, jest szokujące. Myślę, że premier Johnson zapłaci polityczną cenę m.in. za to, że opinia o Zjednoczonym Królestwie jest bezprzykładnie rujnowana. Świat polityki, niemal cały, jest w szoku, bo po to, aby realizować swój plan polityczny, sięga się do środków – po raz pierwszy – które do tej pory dla Brytyjczyków były święte.

To zresztą już podzieliło społeczeństwo brytyjskie. Co minutę, jak piszą brytyjskie media, napływa 1000 podpisów pod petycją, żeby parlament pracował i miał swój głos. To jest emanacja woli ludu, a pamiętajmy, że w Wielkiej Brytanii wybory dokonują się w jednomandatowych okręgach. Jest tam zatem głębokie poczucie więzi z wyborcą.

MOŻNA POWIEDZIEĆ, ŻE NA SWÓJ SPOSÓB TO JEST TEŻ TRAGEDIA WYNIKAJĄCA Z DOMINACJI CELÓW POLITYCZNYCH NAD ZASADAMI. U NAS CIERPIMY ZRESZTĄ NA TO SAMO.

Konstytucja, zapisy prawa, zasady nie są szanowane w myśl, „nie oddam panu płaszcza i co mi pan zrobi”. To myślenie, że nie konsekwencje są ważne, tylko cel. Skutki będą z całą pewnością dramatyczne.

Starszym panom z Episkopatu marzy się chyba struktura w rodzaju kościelnego ORMO albo Strażników Rewolucji, którzy pomagają irańskim ajatollahom w terroryzowaniu tamtejszego społeczeństwa.

Uważajcie na szkoły, bo będą demoralizować wasze dzieci – ostrzegli we wtorek biskupi i wezwali katolickich szalikowców, by sformowali ruch pomagający narzucać Polsce kościelną ortodoksję. Rodzice, wchodźcie do trójek klasowych – napisali. Pewnie starszym panom z Episkopatu marzy się struktura w rodzaju kościelnego ORMO albo Strażników Rewolucji, którzy pomagają irańskim ajatollahom w terroryzowaniu tamtejszego społeczeństwa.

Wielkim zagrożeniem ma być zdaniem biskupów „permisywizm”, czyli zła tolerancja. Z tak ogólnie sformułowanym sądem można by się nawet zgodzić. Pytanie tylko, co miałby obejmować ten nikczemny „permisywizm”. Czego miałby dotyczyć. Bo zagrożeniem dla tysięcy polskich dzieci jest nie ten permisywizm, który zwalczają biskupi, lecz ten polegający na bezkrytycznym wpuszczaniu do szkół katolickich fanatyków indoktrynujących młodzież na lekcjach religii.

Dla pełnej precyzji: nie mam na myśli wszystkich katechetów, wśród nich też trafiają się osoby kulturalne, światłe i rozsądne. Jednak jakoś tak się dziwnie złożyło, że w swoim bezpośrednim otoczeniu miałem do czynienia z co najmniej dwoma przypadkami kompletnych kretynów, którzy nigdy w życiu nie powinni być wpuszczeni do żadnej szkoły.

Przypadek pierwszy to katechetka (siostra zakonna), która 6-letniej córeczce sąsiadów opowiadała brednie, że Harry Potter to „znak szatana”. Przypadek drugi dotyczył bezpośrednio mojej córki, dziś już licealistki, która parę lat temu przyszła wzburzona ze swojej podstawówki, skarżąc się, że ksiądz wywiesił na tablicy ogłoszenie, iż nie można drążyć dyń, bo Halloween to szatan, piekło i grzech. Oczywiście poleciałem do szkoły i zrobiłem awanturę dyrektorce, która spacyfikowała idiotę i kazała mu te bzdury zdjąć z tablicy.

Po tych doświadczeniach, a także po lekturze licznych artykułów informujących o podobnych sprawach, a także o dużo większych winach duchownych – z przestępstwami pedofilii włącznie – wiem jedno: permisywizm polegający na wpuszczaniu Kościoła do szkół i zgadzaniu się, by się tam panoszył bez żadnej kontroli, jest groźny dla wychowania młodzieży. A jeśli miałbym wskazać jakąś zorganizowaną siłę czy instytucję, która zagraża rozwojowi polskich dzieci i ma na nie zły wpływ wychowawczy, to bynajmniej nie jest to Kampania przeciw Homofobii, lecz Episkopat Polski.

Dziś biskupi szczują swoich wiernych fanatyków przeciw świeckim szkołom. W istocie robią to samo, co Jarosław Kaczyński, który dla zdobycia i utrzymania władzy szczuje jednych Polaków na drugich, dzieląc społeczeństwo i wykopując w nim – z cynicznym wyrachowaniem – rowy nienawiści. Biskupi myślą zapewne, że ocalą swój chylący się ku upadkowi rząd dusz, jeśli zmobilizują katolickich hunwejbinów i rzucą ich do walki z miazmatami europejskiego oświecenia. Pewnie liczą, że dzięki temu będą mogli robić dalej to samo, co do tej pory: prawem kaduka mówić Polakom, jak mają żyć, i narzucać im swoje reguły.

O święta naiwności! Najwyraźniej nie zdają sobie sprawy, że w ten sposób robią wielki krok w kierunku laicyzacji i dechrystianizacji Polski. Ja z tego powodu nie będę płakać, jednak prawdziwi polscy chrześcijanie, których garstka może jeszcze przetrwała w jakichś katakumbach, powinni być zaniepokojeni i zmartwieni.

Reklamy

Kaczyński będzie premierem, gdyby PiS miało wygrać wybory

28 Sier

120 tys. zł – tyle właśnie wynosi koszt postawienia stoiska podczas pikniku Rodziny Radia Maryja w Toruniu. Taką kwotę na trwającą kilka godzin imprezę przeznaczyło Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej – dowiedział się onet.pl.

To już jedenasta edycja pikniku Radia Maryja. Odbędzie się on 7 września pod hasłem „Dziękczynienie w Rodzinie”. I to podczas takiej właśnie imprezy resort zamierza promować… unijny program „Rybactwo i morze” na lata 2014-2020. To, że Toruń dzieli od morza 179 km też nie ma znaczenia dla resortu kierowanego przez Marka Gróbarczyka.

„Państwowe pieniądze, żeby na jakimś świętym pikniku się pokazać…”; – „Wypromować program na lata 2014-2020. Po co promować taki program? Przecież on już się kończy!”;

„Znając pisowskie „umiejętności i możliwości” mogliby przecież za 120 tysięcy naszych, czyli podatników złotych promować rybactwo i morze na lata 1947-1953”; – „A czy Ministerstwo Sprawiedliwości też będzie miało tam stoisko? Z łatwymi do złożenia nawet dla seniora zestawami „Trollownia dla każdego” – komentowali internauci.

„Mam wrażenie, że zaczynamy żyć w państwie, które jest zbudowane na potrzeby pewnej grupy. We Włoszech nazwaliby to mafią. Minister Ziobro mówi „mieliśmy rację, że to środowisko, które chcieliśmy zreformować okazało się zdemoralizowane i ci sędziowie, którzy z nami współpracowali też są zdemoralizowani”.

Jest dokładnie odwrotnie. Ci ludzie dlatego współpracują z Ziobrą, że przez środowisko sędziowskie byli eliminowani jako nieudacznicy, jako ludzie nieetyczni, jako ludzie, którzy mieli jakieś wady charakteru, które powodowały, że nie byli w stanie być dobrymi sędziami. Z tego powodu zaczęli współpracę z PiS-em, licząc na to, że uzyskają karierę i ją uzyskali” – powiedział Roman Giertych w TVN 24.

Dodał, że jeśli Ziobro nie wiedział o akcji szkalowania niektórych sędziów przez pracowników resortu sprawiedliwości, to powinien odpowiedzieć za to, że mianował niewłaściwych ludzi.

Odniósł się do apeli wielu środowisk o zdymisjonowanie Ziobry po ujawnieniu afery hejterskiej w kierowanym przez niego resorcie. – „Jarosław Kaczyński nie może odwołać pana Ziobry, dlatego, że ten układ jest pozamykany. Wyciągnięcie jednego poważnego klocka może spowodować efekt domina.  To jest klocek „Zbigniew Ziobro” i cztery lata w Ministerstwie Sprawiedliwości, wszystkie informacje ze wszystkich ważnych postępowań, które do niego trafiały. Liczą się informacje, które on posiada i możliwości, które są związane z tymi informacjami” – stwierdził Giertych.

Poruszona została też kwestia niewszczęcia przez prokuraturę postępowania w sprawie zawiadomienia Geralda Birgfellnera. Austriacki biznesmen twierdzi, że został oszukany przez prezesa PiS, bo nie otrzymał wynagrodzenia za pracę przy projekcie budowy dwóch wieżowców na działce zajmowanej przez związaną z PiS spółkę Srebrna. Od złożenia tego zawiadomienia minęło ponad pół roku. Prokuratura nie przesłuchała nikogo poza Birgfellnerem. Nie zabezpieczono też żadnych dowodów. Na pytanie: – „Kto decyduje, czy i kiedy przesłuchać Jarosława Kaczyńskiego”, Giertych odpowiedział krótko i dosadnie: – „On”.

Nie tylko taka, jakiej nie było w Polsce od kilkudziesięciu lat, ale taka, jakiej nie było również w żadnym kraju Unii. Nigdzie nie zdarzyło się, żeby szajka złożona z urzędników państwowych, celowo i systemowo nękała i niszczyła ludzi za to, że krytykują władzę.

Ale oprócz afery w Ministerstwie Sprawiedliwości jest jeszcze coś – to nękanie. To nie jest pierwsza sprawa tego typu, choć słuchając komentarzy w mediach, można by tak pomyśleć. Prawda jest taka, że atakowanie i oczernianie ludzi, łamanie karier i rujnowanie życia osobistego Prawo i Sprawiedliwość przekształciło w regularną metodę walki z krytykami i przeciwnikami politycznymi.

Ponieważ zbyt wielu dziennikarzy i polityków zdaje się mieć pamięć złotej rybki, pozwólcie, że przypomnę. Towarzystwo Dziennikarskie policzyło dziennikarzy zwolnionych z pracy, głównie, choć nie tylko z TVP, za krytykę rządu. Wiecie, że tylko w 2016 roku było ich ponad 100 – wszyscy za krytykę rządu? Na niektórych trzeba było robić zbiórki, bo stracili pracę z dnia na dzień, mając rodziny, dzieci i kredyty do spłacenia i gdyby nie pomoc kolegów, ich sytuacja byłaby bardzo ciężka.

Pamiętam rozmowy, jeszcze na antenie Superstacji, z sędzią Waldemarem Żurkiem, który opowiadał, jaką gehennę mu zgotowano, jak CBA wpadało na posiedzenia sędziów rzekomo po to, żeby poprosić sędziego o jakieś wyjaśnienia – tyle, że były to sprawy tak błahe, że można by je spokojnie wyjaśnić, wzywając go do CBA, a nie próbując zastraszyć jego samego i jego środowisko.

Pamiętam zatrzymywanie i legitymowanie ludzi, których jedyną winą było wejście na spotkanie z politykiem PiS i zadawanie niewygodnych pytań. Szarpanie ludzi podczas protestów przed Sejmem, absurdalne miesięcznice, w czasie których policja była agresywna wobec ludzi, którym się one nie podobały. Kobiety skazane za puszczanie baniek mydlanych podczas wystąpienia rasisty i nacjonalisty Międlara, którego nienawistne i antysemickie hasła policji nie przeszkadzały, choć są złamaniem prawa i są w Polsce penalizowane. Spoliczkowanie „Rudej”, po której wielu sympatyków PiS uznało, że „się jej należało”. Regularne, porównywalne z faszystowskimi gadzinówkami, uporczywe szczucie najpierw na prezydenta Pawła Adamowicza, później na Aleksandrę Dulkiewicz, teraz na Krzysztofa Brejzę. Wieszanie na szubienicy wizerunków europosłów PO, które pisowska prokuratura uznała za „wyrażanie poglądów”. Skopanie dziewczyny na marszu nacjonalistów, które także uznano za „wyrażanie poglądów”. Akty agresji na marszach równości w Płocku i Białymstoku. Nękanie Obywateli RP. Że nie wspomnę o atakowaniu i oszczerstwach w prorządowej prasie na każdego, komu nie podoba się cokolwiek, co robi PiS.

Mogłabym wymieniać jeszcze długo, ale sami Państwo znają to doskonale. Afera Ziobry jest wielka i wyjątkowa przez fakt, że zamieszani są w nią urzędnicy państwowi, wiceminister i sędziowie Sądu Najwyższego oraz pisowskiej neo-KRS, ale nie jest wyjątkowa ze względu na metodę działania. Wręcz przeciwnie, jest bardzo typowa dla tej partii.

Wielu ludzi przymykało na to oczy, bo te różne sprawy były rozproszone i nie działy się od razu, tylko w pewnych odstępach czasu, przez co nie były tak uderzające, w przeciwieństwie do szajki działającej w rządzie, niemniej są faktem. To nie jest odosobniony wypadek przy pracy, to jest celowo i świadomie stosowana metoda. I jeśli dłużej będziemy na to pozwalać, poniesiemy tego bardzo bolesne konsekwencje.

Więcej komentarzy Elizy Michalik w wersji Video na YouTube  – Eliza Michalik

– Nie ma żadnych dowodów na to, że minister Ziobro wiedział o tym procederze, wiedział o czymś takim, co się tam miało dziać – powiedział premier Mateusz Morawiecki, komentując aferę hejterską w Ministerstwie Sprawiedliwości.

– W dużej bardzo instytucji, tam gdzie są tysiące ludzi, dziesiątki tysięcy ludzi, nie zawsze jest pani w stanie jako szefowa tej instytucji (…) określić w którym miejscu się dzieje coś złego. Trzeba po prostu wyciągać konsekwencje – mówił Morawiecki w rozmowie z Anitą Werner w TVN24.

Komentując sondaże dotyczące dymisji Zbigniewa Ziobry szef rządu wykluczył w tym momencie taką możliwość. – Będzie postępowanie sprawdzające. Będą podjęte odpowiednie kroki, będę podjęte odpowiednie decyzje. Teraz na razie trzeba wyjaśnić – przekonywał. – Pan minister Ziobro powiedział, że wyłączy się z tej sprawy – zaznaczył, oceniając, że rząd zareagował we właściwy sposób.

– Z tej sprawy zostały wyciągnięte konsekwencje. Jeżeli się będą pokazywać fakty dotyczące innych osób zamieszanych w tę sprawę, w tę niedobrą, brudną sprawę, to oczywiście będą wyciągnięte również konsekwencje – zastrzegł.

Morawiecki był pytany w TVN24 także o to, kto będzie szefem rządu, jeśli Prawo i Sprawiedliwość ponownie wygrywa wybory parlamentarne. – Skupiamy się teraz na tym, żeby rzeczywiście te wybory wygrać, bo trzeba z pokorą powiedzieć, że przeciwnik jest bardzo silny i my szanujemy wszystkich naszych konkurentów politycznych – odpowiedział premier.

– A jeżeli Prawo i Sprawiedliwość wygra i będzie miało większość parlamentarną – co mam nadzieję, że nastąpi, bo pokazujemy, że można łączyć politykę społeczną z polityką rozwojową i ze zrównoważonym budżetem – to wtedy kierownictwo polityczne podejmie odpowiednie decyzje w swoim czasie – mówił szef rządu.

– Dzisiaj nie ma decyzji, co będzie po wyborach, ponieważ wtedy jeszcze werdykt swój dopiero wydadzą wyborcy i odpowiednie decyzje zapadną w kierownictwie politycznym, tak jak to się odbywa we wszystkich krajach na całym świecie, we wszystkich partiach – mówił Morawiecki. Pytany o to, czy lepszym szefem rady ministrów byłby on, czy prezes PiS Jarosław Kaczyński, Morawiecki stwierdził, że ten drugi „byłby znakomitym i najlepszym premierem”. – Pokazał zresztą to, jak był premierem (w latach 2006-2007 – red.) – ocenił. – Jestem przekonany i pewny o tym, że tutaj pan prezes byłby lepszym premierem – podsumował Mateusz Morawiecki.

Kuchciński na śmietniku, gadzinówka TVP i zakłamany Kościół kat.

5 Sier

O tym, jaka przyszłość czeka marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, który z przysługujących mu przywilejów postanowił wycisnąć najwięcej jak się tylko da, dowiemy się pewnie na początku nowego tygodnia. “Na mieście” mówi się, że najbardziej prawdopodobny scenariusz to jego rezygnacja “ze względów osobistych”, bowiem każde inne rozwiązanie byłoby dla PiS fatalne w skutkach. Odwołać go nie mogą, bo przyznaliby opozycji rację, bronić z mównicy sejmowej w najbliższy piątek, gdy odbędzie się debata nad jego odwołaniem też nie, bo jego zachowania tłumaczyć po prostu nie sposób. Wyborcy Prawa i Sprawiedliwości są jednak powoli przygotowywani na szok, jakim będzie odejście formalnie drugiej osoby w państwie i dziś w ten proces włączył się także premier Mateusz Morawiecki.

Podczas odbywającego się w Bojszowach na Śląsku pikniku PiS, szef rządu przekonywał swoich sympatyków że drobne błędy, jakie popełnia ekipa rządząca nie mogą przesłonić wielkich sukcesów, jakie odniosła.

“Chcę żeby Polska rozwijała się w najszybszym możliwym tempie, żeby polityka była dla ludzi, żeby ludzie to czuli, że jesteśmy razem z wami. Nawet, jak się potykamy, popełniamy błędy, chcemy się przyznawać do nich i żeby te drobne błędy, nie przesłaniały tych wielkich naszych osiągnięć, które się udały” – powiedział Morawiecki. Dodał przy tym, że rząd PiS chce kontynuować realizację programów socjalnych. – “500 plus, wyprawka, fundusze dróg samorządowych, emerytura plus. Chcemy te programy kontynuować, chcemy przeznaczać coraz więcej środków na te cele i w tym kierunku idziemy” – oświadczył premier.

Słowa szefa rządu wywołały gorącą reakcję internautów na Twitterze, którzy bezlitośnie wypomnieli mu, że PiS ma na sumieniu znacznie więcej, niż jedynie “drobne błędy”. Lista spraw, które obciążają rządzącą niepodzielnie partię Jarosława Kaczyńskiego jest gigantyczna i tylko dzięki temu, że Jacek Kurski i rządowa TVP dba o to, by wielu Polaków w ogóle się o nich nie dowiedziało, PiS może się wciąż cieszyć dużym społecznym poparciem.

Nieznana we współczesnej Polsce skala żerowania na publicznym majątku (gigantyczne premie dla ministrów, wiceministrów i działaczy w SSP), buta i arogancja władzy, upolitycznienie prokuratury i stworzenie w niej parasola ochronnego dla najważniejszych osób w państwie (sprawa Kaczyński kontra Birgfellner, SKOKi Biereckiego), służby antykorupcyjne ślepe na ukrywanie majątku przez polityków PiS (Morawiecki, Dworczyk) czy uwolnienie demonów nacjonalizmu i rasizmu to wszystko bezpośrednio obciąża ekipę władzy. Nie są to żadne “drobne błędy”, tylko działania które zasługują na Trybunał Stanu i rozliczenie przy urnie wyborczej. I tego będziemy się domagać od przyszłej władzy.

Znany z lat osiemdziesiątych utwór Kultu „Po co wam wolność” wybrzmiał na nowo podczas sobotniego koncertu zespołu na Pol’and’Rock Festivalu. Wszystko za sprawą obrazów, jakie pojawiły się na telebimach.

Kiedy Kazik śpiewał „Wolność. Po co wam wolność? Macie przecież telewizję”, uczestnicy koncertu zobaczyli fotomontaże przedstawiające Jacka Kurskiego, Danutę Holecką i Michała Adamczyka w mundurach.

 

Bardzo naturalnie wyglądali” – komentuje Jacek Nizinkiewicz, dziennikarz „Rzeczpospolitej”. Transmisja koncertu prowadzona była na YouTubie, a w sieci krążą z niej screeny.

Internauci bardzo żywiołowo zareagowali na przekaz. „Kult skończył z polityczną poprawnością i wprost wali w PiS-owską władzę” – można m.in. przeczytać w mediach społecznościowych.

Do ilustracji utworu odniósł się także szef Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, Jarosław Olechowski. „Kazik znów odleciał. Czego to człowiek nie zrobi dla pieniędzy…” – napisał na Twitterze

Media nie zajmują się już brudną przeszłością kleru i pewnie nie przypomną sobie o niej, dopóki trwać będzie precyzyjnie reżyserowana „walka Kościoła o przetrwanie”

W Suchym Lesie pod Poznaniem doszło do włamania i zbezczeszczenia kościoła. Krzysztof Pilas z rady ekonomicznej parafii mówi, że znana w okolicy kobieta poprzewracała wszystko na ołtarzu, zniszczyła krzyż i paschał, zerwała z ołtarza sukno. Notariusz Kurii Metropolitalnej w Poznaniu ks. Łukasz Kędzierski podkreśla próbę rozbicia tabernakulum i rozerwanie ksiąg liturgicznych. W relacjach z tego wydarzenia czytamy o bezprecedensowym akcie profanacji. A prawda jest taka, że w sztok pijana kobieta wybiła szybę i nie bardzo wiedząc gdzie weszła, wykonała małą demolkę, po czym usiadła na schodach i aż do przyjazdu policji doprawiała się alkoholem bełkocząc i wykrzykując obelgi do przechodniów. Do profanacji nie doszło, ale msza pokutna z udziałem licznych parafian wstrząśniętych dramatyczną relacją z tego wydarzenia, okazała się niezbędna…

Na warszawskiej Pradze ktoś zniszczył figurkę Matki Boskiej Pogorzelskiej. Prawicowe media i portale wszczęły larum: oto jesteśmy świadkami bezprecedensowego ataku na naszą katolicką wiarę, takie są skutki promowania lewackiej tolerancji światopoglądowej!  Policja zatrzymała sprawcę dewastacji religijnego symbolu. Jak poinformował Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych jest to narodowiec związany ze skrajną prawicą, który postanowił dokonać prowokacji sugerując, że symbole katolików atakuje się w Polsce i niszczy, a katolicy są prześladowani.  Policja nie potwierdza tej informacji, ale jej nie zaprzecza i nie oferuje żadnej konkurencyjnej, poza wiadomością, że sprawca nie przyznaje się do winy.

Diecezja Włocławska zawiadomiła, że na terenie parafii w Turku cztery osoby napadły na księdza wikariusza, który próbował wyjaśnić, że nie może przyjąć od nich aktu apostazji. Jeden z napastników „chwycił jedną ręką stojący na regale krzyż, a drugą zrzucił prezbitera z fotela na podłogę”, używając wulgarnych epitetów pod adresem kapłana i Kościoła. Diecezja podkreśliła, że był to kolejny „atak na tle religijnym”, do jakiego doszło w diecezji włocławskiej, bo niedawno sprofanowano kościół świętego Maksymiliana w Koninie i zniszczono znajdujący się obok świątyni pomnik oraz namalowano bluźnierczy napis na murze kościoła w Brzeźnie koło Konina. Publiczne i prawicowe media w te pędy nagłośniły komunikat diecezji, dokładając do niego pikantne szczegóły dowodzące rozwydrzenia i demoralizacji sprawców. Ale policja nie potwierdziła tych bulwersujących doniesień.  Okazało się, że do plebanii przyszła zwyczajna rodzina z prośbą o wykreślenie ich z ksiąg parafialnych. Wobec sprzeciwu przybysz wziął do ręki krzyż i pokazał go księdzu, co miało przypomnieć o jego misji i obowiązkach. Policję wezwano, ponieważ rodzina nie chciała opuścić plebanii bez załatwienia swojej sprawy. Ksiądz nie zgłosił jednak napaści i nie złożył żadnego doniesienia, więc policja – w odróżnieniu od setek hejterów odsądzających niewierzących od czci i godności – uznała sprawę za wyjaśnioną i zamkniętą.

Trzej pijani mężczyźni umyślili sobie okraść szczecińską Bazylikę św. Jana Chrzciciela, atakując po drodze proboszcza oraz dwie inne osoby, które uniemożliwiały realizację planu.  Wielce nagannym, ale w gruncie rzeczy dość banalnym epizodem natychmiast zajęły się „publiczne” i współpracujące z władzą media, nadając sprawie rangę wstrząsającego wydarzenia. Po wprowadzeniu do fabuły kilku poprawek ogłoszono, że oto grupa moralnych degeneratów, pozostająca pod wpływem ideologii LGBT, postanowiła ukraść szaty liturgiczne, aby odprawić diabelskie nabożeństwo. Polska Agencja Prasowa zacytowała rzekomą wypowiedź zakrystianki, że napastnicy zamierzali udzielić sobie homo-ślubu.  Prawicowe media cytowały prałata bazyliki ks. Aleksandra Ziejewski ego: „Rzucił się na mnie, zaczął mnie atakować (…) Gdyby mnie trafił, to pewnie by zabił. Oni byli w jakiejś diabelskiej furii”. W odpowiedzi przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki ogłosił list: „Moje najwyższe zaniepokojenie budzą coraz częstsze akty nienawiści wobec ludzi wierzących, ze smutkiem dostrzegam eskalację wrogich zachowań wobec ludzi wierzących, w tym stosowanie przemocy symbolicznej i fizycznej”. Głęboki smutek hierarchy nie uszedł uwadze ministra Ziobro, który ogłosił, że śledztwo w tej sprawie objęła nadzorem Prokuratura Krajowa. W ślad za swoim szefem wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik w rozmowie z Dorotą Kanią stwierdził, że w tej sprawie niesposób wykluczyć wątku ideologicznego i nie zaprzeczył tezie prowadzącej wywiad, że w „paradach równości środowisk LGBT uczestniczą dawni funkcjonariusze SB, co powoduje, że istnieje ryzyko prowokacji”.

Mimo „najlepszych chęci” przełożonych, prokurator prowadzący tę sprawę nie dopatrzył się w niej niczego poza trywialną kradzieżą rozbójniczą i naruszeniem nietykalności cielesnej, choć na wszelki wypadek ubrał te zarzuty w motywację „z powodu przynależności wyznaniowej pokrzywdzonych”.  

Ten domyślny motyw, rzucona na żer klakierom obecnej władzy, jest wątkiem wspólnym wymienionych wyżej i z braku miejsca niewymienionych incydentów, w których ludzie Kościoła czują się poszkodowani bądź kreowani są na ofiary. Kryminalne zajścia, kradzieże, włamania i napady nigdy nie omijały obiektów kultu religijnego ani księży, jednak ostatnio można odnieść wrażenie, że jest na te zdarzenia jakiś szczególny popyt.  Łączy je nie tylko szczególne zainteresowanie dyżurnej sfory pseudodziennikarzy rzucających się na każdy incydent który dałoby się nazwać atakiem na Kościół. Łączy je nie tylko charakterystyka sprawców, którzy niemal w każdym przypadku opisywani są jako aktywiści partii opozycyjnych, wyznawcy „ideologii LGBT”, a często wręcz zboczeńcy oszaleli z nienawiści do tronu i ołtarza.  Wspólnym mianownikiem jest również czas – kampania wyborcza, w której PiS walczy o ostateczne zawłaszczenie państwa i o bezkarność dla swego bezprawia.

Od dłuższego czasu widać wyraźnie, że PiS nie zamierza walczyć na programy, fakty i argumenty. Program ma niezbyt porywający, argumenty coraz bardziej niewiarygodne, a fakty głoszone przez prezesa, prezydenta, premiera i funkcjonariuszy partyjnych nie wytrzymują zderzenia z rzeczywistością. Nie bez racji Prezes RP uznał, że skuteczniejsze od bezpośredniej konfrontacji z opozycją będzie wykreowanie nowego wroga, którego da się przykleić do opozycji.  Tak urodził się kolejny „obcy”. Przez wiele tygodni PiS szczuł na ludzi odmiennej orientacji, straszył potworem Gender i groził zalewem „ideologii LGBT”.  Ale wygląda na to, że przekombinował. Coś nie zagrało. Miała być masowa akcja sprzeciwu samorządów wobec agresji wrogiej ideologii, której sprzyja PO, Nowoczesna i reszta lewactwa opozycyjnego. Okazało się jednak, że uchwały przeciw nieheteroseksualnej nawale i w obronie dzieci zagrożonych seksualizacją , nawet w rejonach zdominowanych przez PiS, podjęto tylko w niewielkiej części gmin i powiatów. Nie udało się też sprowokować do walki „zwyczajnych” obywateli. Na gejów i lesbijki oraz tych, którzy wspierają ich dążenie do równouprawnienia, rzucili się w Bydgoszczy i innych miastach tylko ci, co zawsze: wzmożeni pismacy, żule, damscy bokserzy, ukryci sadyści, bezmózgowcy na sterydach, nawiedzeni , psychicznie niepełnosprawni, niezrównoważeni i kibole – inna sprawa, ze z większą niż dotąd ochotą, bo w poczuciu bezkarności. A zdecydowana większość społeczeństwa na akty agresji zareagowała współczuciem wobec bitych, kopanych, opluwanych i dyskryminowanych.

Kaczyński nie lubi przegrywać. Szybko zrozumiał, że prześladowanym koniecznie trzeba odebrać życzliwość, a jednocześnie należy wzmocnić narrację sięgając po dodatkowe wsparcie. Jego Plan B nosi tytuł „Tylko PiS obroni Polski Kościół, atakowany przez lewaków i LGBT ze wsparciem PO”.  Projekt ten ma dodatkowy atut – obiema rękami i z większym niż dotąd zapałem będą wspierać PiS hierarchowie, którzy od czasu ujawnienia pedofilskich afer z udziałem księży i pomagających im biskupów, sami już zaczęli przebąkiwać o wojnie wypowiedzianej Kościołowi przez polskie i unijne lewactwo. Nadzieja, że w bitewnym dymie rozmyją się i unieważnią nieprawości ludzi Kościoła, spełnia się już dzisiaj. Media nie zajmują się już brudną przeszłością kleru i pewnie nie przypomną sobie o niej, dopóki trwać będzie precyzyjnie reżyserowana „walka Kościoła o przetrwanie”.

Stawiam dolary przeciw orzechom, że narracja o wrogach Kościoła, ukrywających się w szeregach LGBT, opozycji i przedstawicieli Unii, będzie narastać w miarę zbliżania się daty wyborów.  Z pewnością będziemy świadkami niejednego jeszcze incydentu. Trzymam zakład, że wykonawcami rozmaitych akcji – szturchnięcia księdza, oplucia biskupa, czy publicznego spalenia ewangelii przez całkowicie nieznanych sprawców ogłaszani będą nieheteroseksualni lewacy. Obawiam się też, że dojdzie do działań odwetowych, być może nawet do kolejnych po Białymstoku zamieszek pachnących pogromem, bo trzecie prawo Newtona dotyczy także relacji między ludźmi. Mam wrażenie, że bardzo się o to starają rządzący, a i niektórzy purpuraci jakby oczekują nienawistnych reakcji nadpobudliwych wiernych.  Bo czemu innemu służyć miało szczucie metropolity krakowskiego, który w 75. rocznicę powstania warszawskiego straszył „tęczową zarazą” LGBT, która zastąpiła „czerwoną zarazę” bolszewizmu?

Obiema rękami powstrzymuję się tu przed konstruowaniem jakiejś spiskowej teorii, ale co poradzę, kiedy w trakcie pisania kołacze mi się z tyłu głowy historia człowieka, który podczas ciszy wyborczej sparaliżował Warszawę podkładając w uczęszczanych miejscach fachowo sporządzone atrapy bomb. Nazwano go Gejbomberem, bo do kilku redakcji przyszedł mail podpisany „GayPower” oraz „SilnyPedał”. List zatytułowany: „Kaczyński = Wojna. Podłożyliśmy 15 bomb w Warszawie” zawierał protest przeciw zablokowaniu Parady Równości. Prawicowej propagandzie udało się wcześniej okrzyknąć Lecha Kaczyńskiego człowiekiem silnej ręki, szeryfem i młotem na przestępców. Bombera w 2 osobach nigdy nie złapano, ale w atmosferze niepokoju i obaw właśnie Lech Kaczyński został prezydentem RP.

Przed kolejnymi wyborami trafił się Falenta z niesympatycznymi nagraniami polityków PO, które – jak twierdzi – zlecili mu politycy PiS. Również w tej sprawie nie dowiemy się chyba jak było naprawdę, bo prokuratura uznała, że wykonawca zlecenia jest niewiarygodny. A niewiarygodnym jest, ponieważ kiedyś, gdy był na wolności i uważał, że umowa ze zleceniodawcą zapewnia mu bezkarność, nie mówił tego, co mówi teraz, gdy uważa, że zleceniodawca go oszukał i nie dotrzymał umowy. Prokuratura zignorowała poważne oraz prawdopodobne doniesienie i zarządziła badania psychiatryczne autora zarzutów.

Są na świecie kraje, gdzie przeciwników politycznych lub osobistych wrogów rządzących pakuje się do psychuszki – na lata, a czasem i do końca życia. To te same państwa, gdzie zdarzają się prowokacje polegające na tym, że władza napada na samą siebie, by uzyskać pretekst do ograniczenia praw obywateli.  Polska PiS dopiero eksperymentuje. Wynik eksperymentu zobaczymy, a być może również doświadczymy, po wyborach. Ale może nie?

Rydzyk pasie brzuch, Kaczyński chce trzymać naród za mordę. Tak wygląda Polska pisowska

4 Sier

„Ministerstwo ZDROWIA przelało fundacji o. Rydzyka prawie 1 mln zł. Tak wynika z odpowiedzi na moje zapytanie. Umowy Ministerstwa z fundacją Rydzyka dotyczyły… kampanii INFORMACYJNEJ nt. walki z nowotworami. I to w czasie, gdy brakuje pieniędzy na LECZENIE raka” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza. Tak wynika z pisma, które poseł PO otrzymał w odpowiedzi na pytania zadane ministrowi Łukaszowi Szumowskiemu.

W piśmie wyszczególniono kwoty, które zostały przekazane fundacji Rydzyka. I tak w 2016 r. przelano 182 940 zł, rok później było to 488 604,26 zł, a w 2018 r. – 202 439,02 zł. Krzysztof Brejza zapowiedział, że wystąpi w tej sprawie do prokuratury oraz Najwyższej Izby Kontroli.

„A ludzie umierają w ciszy”; – „Nie ma na leczenie, zamykane oddziały, ale wychodzi na to, że „kampania edukacyjno – informacyjna” będzie leczyć nowotwory. To się w głowie nie mieści”; – „PiS kupuje głosy, następnie spłaca dług za te glosy…wszystko z naszych kieszeni. Ludzie chorujący są dla PiS niewygodni…”; –

„Taka kampania powinna być przeprowadzana w mediach docierających do jak największej liczby odbiorców. Powinny w niej uczestniczyć „różne” media, żeby zapewnić dostęp do informacji WSZYSTKIM. To co robi Ministerstwo zdrowia to zwykłe płacenie za poparcie” – komentowali oburzeni internauci.

W czasie spotkania z prezesem Prawa i Sprawiedliwości pojawili się nie tylko zwolennicy partii rządzącej, ale także osoby popierające opozycję. Jarosław Kaczyński zwrócił uwagę, że grupka trzyma kartki z napisem „konstytucja”. – Bardzo dobrze. Przyjdzie taki dzień, że zmienimy konstytucję na potrzebną. Na taką, która będzie gwarantowała prawdziwą demokrację, prawdziwą wolność i prawdziwą równość – mówił Kaczyński. Wskazał jednocześnie, że nie jest to obietnica przedwyborcza, ale „przyjdzie czas, że to zrobimy”.

Lider partii rządzącej w swoim wystąpieniu nawiązał do sytuacji, w której znalazło się Pomorze Zachodnie w latach 90. – Bardzo wielu mieszkańców tego regionu znalazło się bez pracy, bez nadziei, bez dostępu do kultury – mówił Kaczyński, zaznaczając, że zasada solidarności była na tamtych ziemiach łamana.

„Piękna idea liberalizmu”

Zdaniem prezesa PiS prawdziwy kryzys przyszedł jednak później, gdy wiele firm zostało sprywatyzowanych. – Chciano sprzedać nawet Lotos. Przez sprzedaż zakładów farmaceutycznych pojawiły się niedawne trudności z dostępem do leków, szczęśliwie dziś opanowane. Postanowiono także likwidować posterunki policji, zostawiając Polaków samym sobie – powiedział Kaczyński, podkreślając, że poprzednie rządy uzasadniały swoje działania „piękną ideą liberalizmu”.

Nie zabrakło także pochwał dla wywodzącego się z PiS prezydenta Andrzeja Dudy. – Mamy wspaniałego prezydenta i powinien być wybrany na kolejną kadencję, najlepiej w pierwszej turze – wskazał Kaczyński. Nie wiadomo jednak, czy jest to zapowiedź, że Duda będzie kandydatem PiS w najbliższych wyborach prezydenckich.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości zapowiedział także, że rząd zamierza walczyć z wykupywaniem ziem i firm przez zagraniczny kapitał. – Sądzę, że ten dobry czas już jest, ale on powinien trwać, tak abyśmy za jakiś czas mogli powiedzieć: „nawet w tych bogatych Niemczech nie jest lepiej niż w Polsce” – przekonywał Kaczyński.

– Całe Pomorze Zachodnie to strategiczny punkt naszego kraju – mówił Jarosław Kaczyński, przypominając jednocześnie słowa swojego brata: „nie ma silnej Polski bez silnego Pomorza Zachodniego”.

Chwalenie się rodzinnymi lotami Kuchcińskiego do Rzeszowa jest nawet na rękę PiS-owi. Bo trudno nie kojarzyć „samobójczej” śmierci Kosteckiego, skazywanego za prowadzenie podkarpackich burdeli, z aferą w którą jest zamieszany Marszałek. CBA tuszowało przecież skandal – nagranie „ważnego polityka PiS-u” w agencji towarzyskiej, gdzie korzystał z usług nieletnich Ukrainek.

Kostecki powiesił się przedwczoraj pod kocem, tak, że nikt w celi nie zauważył. Majstersztyk cudu więziennego. Marszałka, też nikt nie zauważył nad Polską jak rozpylał wartości rodzinne podróżując odrzutowcem z rodziną. A że latał za często? Najwidoczniej za potrzebą. Sex (z nieletnimi ), drugs (władzy) & rock’n’roll patriarchalnej chujni. Najłatwiej go uprawiać tam gdzie Kościół i PiS rządzą niepodzielnie – na Podkarpaciu.

Być może Kuchciński gnała do Rzeszowa potrzeba chronienia dzieci przed pedofilami. Założyć małoletnim elektroniczne kajdanki na nogę. Wtedy wiadomo by było gdzie się włóczą, w jakiej odległości od kościoła. Nieletnim Ukrainkom też zakłada się kajdanki albo elektroniczną smycz, na wypadek gdyby chciały uciec z burdelu.

>>>

Pikniki rodzinne PiS przyciągają tłumy? Frekwencja sobotniej imprezy w Dygowie budzi wiele wątpliwości, gdyż na scenie pojawił się zespół przybyszów z odległych o 100 km Kaszub.

Okazało się również, że wielu uczestników dowożono spod Szczecina.

Partii rządzącej zależało na tłumach, gdyż w tym regionie PiS nie cieszy się wysokim poparciem. W wyborach europejskich obóz władzy zwyciężył jedynie w 4 z 14 powiatów leżących w granicach kaszubskich.

W zorganizowanie imprezy zaangażowali się lokalni działacze. Jak mówi wiceprzewodniczący Rady Miasta Kołobrzeg w celu podniesienia frekwencji został wynajęty autokar oraz rozwieszano plakaty by zainteresować ludzi eventem.

Faktycznie, wyglądało na to, że publika dopisała. Jednak, wśród Polaków pojawiają się poważne wątpliwości dotyczące tego, czy to spontanicznie zgromadzeni ludzie. Podejrzenia budzą między innymi stroje artystek, które wyglądają na kaszubskie.

Czarna niewdzięczność i niesprawiedliwość spotyka Marka Kuchcińskiego, który nawet żonę i dzieci nakłonił do patriotycznej służby na pokładzie Gulfstreama.

Sprawa rodzinnych lotów marszałka Kuchcińskiego jest wykorzystywana przeciw Dobrej Zmianie. A przecież nie ma tu żadnego skandalu. Marszałek jest człowiekiem rodzinnym, jego partia głosi prymat wartości rodzinnych – to i loty były rodzinne.

W Warszawie dzieci w podstawówkach (do niedawna też w gimnazjach, ale gimnazjów już nie ma) dostają kartę miejską, z którą mogą za darmo jeździć metrem, tramwajem i autobusem. Ratusz im ją funduje. To, co się dziwić, że dzieci marszałka latają Gulfstreamem? W końcu Sejm jest bogatszy od jakiegoś tam ratusza, nawet stołecznego, i stać go na to, by zapewnić dzieciom marszałka godziwe warunki rozwoju.

Pierwotnie była mowa o sześciu przypadkach, ale sam marszałek, przyciśnięty przez media i opozycję, przyznał się do 23 rodzinnych lotów. Jak pisze „Wyborcza”, Kuchciński w 2018 r. i w pierwszym kwartale 2019 r. w sumie ok. 100 razy korzystał z usług rządowego przewoźnika.

Wrogowie insynuują i pytają: a właściwie, dlaczego pan marszałek latał rządowym samolotem? No jak to dlaczego? Przecież to wszystko były niesłychanie istotne misje państwowe. Bardzo ważnymi ośrodkami, w których koncentruje się polskie życie polityczne są Rzeszów i Huwniki – i właśnie tu latał. Akurat w Huwnikach (wieś licząca ok. 700 mieszkańców) Kuchciński ma nieruchomość, ale nie ma się co dziwić. To oczywiście nie jest przypadek – po prostu pan marszałek jako doświadczony polityk kupił działkę tam, gdzie bije puls ziemi, tej ziemi.

Nic dziwnego też, że latał z reguły w weekendy i święta – przecież w tygodniu nie mógł się wybrać na Podkarpacie z ważną misją państwową, bo harował jak wół. Musiał odbierać głos warchołom z opozycji, którzy wykorzystują sejmową mównicę do sączenia trucizny w duszę ludu i rzucania Dobrej Zmianie kłód pod nogi. Musiał zarządzać skrócenie wypowiedzi w debacie do 30 sekund, musiał nakładać kary na posłów-nikczemników, musiał odbierać diety niejakiemu Nitrasowi. I dopiero po całym tygodniu takiej harówki mógł się udać w misję polityczną do Huwnik.

Jego koledzy w tym czasie byczyli się, pijąc piwo i śmiali się do rozpuku, oglądając przezabawny program „W tyle wizji”. A pan marszałek nie. On wiedział, że ojczyzna go wzywa, więc wsiadał do samolotu lub helikoptera, zapinał kurtkę, żeby go nie przewiało – i leciał. Często nawet zabierał ze sobą rodzinę, by i ona mogła mieć swój udział w służbie narodu. Żona z reguły się opierała, a dzieci protestowały: „Tato, fajny film jest dziś w telewizji, może zostaniemy w domu?”. Ale on pozostawał niewzruszony: „Bez dyskusji. Lecicie i już!”.

I teraz różni niewdzięcznicy, zamiast podziwiać pana marszałka i wyrażać uznanie dla jego ofiarności, próbują się go czepiać i odwracać kota ogonem. Wmawiają narodowi, że jego wytężona praca na ołtarzu ojczyzny to nadużywanie stanowiska i wykorzystywanie instytucji i majątku państwowego do celów prywatnych.

Oczywiście nie jest przypadkiem, że ta brudna kampania oszczerstw ma miejsce właśnie teraz, na niespełna trzy miesiące przed wyborami. To dzieło podstępnego lobby LGBT, które w ten sposób chce odwrócić uwagę od seksualizacji dzieci i obalić Dobrą Zmianę przy urnach.

Ale niedoczekanie wasze! To się wam nie uda. Ręce precz od naszych dzieci i Gulfstreamów!

>>>

Po Kuchcińskim – Pawłowicz albo Suski

3 Sier

Wieść o niedzielnym pobiciu księdza w zakrystii szczecińskiej bazyliki obiegła opinię publiczną lotem błyskawicy. Prawicowe media i TVP podniosły raban, że sprawcy chcieli wykraść szaty liturgiczne, gdyż chcieli odprawić “homoseksualny ślub”. Ksiądz miał im zagrodzić drogę, odmówić wydania szat, za co został przez chuliganów dotkliwie pobity. Obrażenia były na tyle poważne, że wymagały interwencji chirurgicznej.

Okazuje się jednak, że napadnięty ksiądz Aleksander Ziejewski stanowczo zaprzeczył wersji zdarzeń, którą usilnie próbują lansować TVP i cały szereg prawicowych portali.

Mianowicie, pobity duchowny w rozmowie z dziennikiem Fakt stwierdził, że: “Nie mogę tego potwierdzić, niczego takiego nie słyszałem”. 

Okazuje się zatem, że po raz kolejny kłamliwa narracja mediów narodowych zostaje z dziecinną łatwością obnażona, zaś wszystko wskazuje na to, że ksiądz został napadnięty przez chuliganów, którzy nie mają nic wspólnego z tak znienawidzonym przez władzę środowiskiem LGBT.

Dla przypomnienia TVP jak i prawicowe media opublikowały relację rzekomych świadków zdarzenia, z których miało wynikać, że sprawcy chcieli odprawić sobie “homoseksualny ślub“. W Wiadomościach ponadto usłyszeliśmy doniesienia, że sprawcy mieli przy sobie obrączki.

Tak szczuła z kolei TVP Info:

Sam szef portalu tvp.info Samuel Pereira w taki sposób skomentował całe wydarzenie: “Przypominam że działanie mężczyzn, którzy w Szczecinie zaatakowali księdza i kościelnego i afiszowali się jako #jestemzLGBT miało konkretne podłoże polityczne (zażądali homo ‘ślubu’)

Żadne słowo przepraszam oczywiście nie padło i zapewne nie padnie. Nie ma się niestety specjalnie czemu dziwić. Taki mamy klimat…

„Kolejny „rodzinny” lot Marszałka Kuchcińskiego z 2018 roku. Tym razem z synem i córką z Rzeszowa do Warszawy, w piątek 27 grudnia. Lot odbył się rządowym Gulfstream’em G55” – napisał na Twitterze Mariusz Gierszewski z Radia Zet.

Dziennikarz poinformował także, że Kuchciński leciał wojskową CASĄ z Rzeszowa przez Warszawę do Szczecina i z powrotem na odsłonięcie pomnika Lecha Kaczyńskiego. – „Miał oczywiście prawo, tylko jakie koszty. Jednak godzina lotu CASY to 3184 zł” – podsumował Gierszewski.

Z kolei onet.pl dysponuje dokumentami, z których wynika, że 14 września 2018 r. szefowa gabinetu Kuchcińskiego Katarzyna Mącznik złożyła tzw. zapotrzebowanie na jego przelot na trasie Warszawa-Rzeszów i z powrotem.

Jak informuje onet.pl., w tytule pisma adresowanego do dowódcy generalnego Sił Zbrojnych, napisała, że to „TRYB NAGŁY”. Wojsko przeznaczyło na ten przelot śmigłowiec Sokół. Lot miał się odbyć rano 15 września, a powrót następnego dnia. W zamówieniu widnieją nazwiska trzech osób: marszałka, funkcjonariusza Służby Ochrony Państwa oraz „Kuchciński Zbigniew Szymon”, czyli syn marszałka.

Wcześniej „Fakt”, powołując się na swych rozmówców, napisał, że 15 czerwca Kuchciński przyleciał helikopterem z córką i synem na ślub swojej chrześnicy w dworku pod Przemyślem. A marszałek od kilku dni unika mediów i nie pojawia się na państwowych uroczystościach: „Gdzie się podział marszałek Kuchciński? „Przeprowadza śledztwo, skąd Nitras dowiedział się o lotach”.

„Czas pomyśleć o następcy. Na myśl przychodzą mi tylko dwa nazwiska: Krystyna Pawłowicz lub Marek Suski. Każde z nich ma swoje zalety, a wad nie widać. Bystrość, lojalność, opanowanie, aparycja to ich wspólne atuty” – „radzi” Roman Giertych w liście do Jarosława Kaczyńskiego. Więcej miejsca poświęcił „rekomendowaniu” kandydatury obecnego szefa gabinetu politycznego premiera: – „Suskiego tak wszyscy z Carycą kojarzą, że pomogłoby to przyjaźni polsko-rosyjskiej, która przecież jest fundamentem planowanego przez pana Prezesa wyjścia z UE. Nadto Suski, który wie, że z Radomia szybciej się lata do Afryki, bo bliżej niż z Warszawy, mógłby stanowić dla naszej młodzieży przykład wiedzy geograficznej”.

„Swoją drogą to dla takich Nitrasów i Brejzów należałoby specjalne kary mutylacyjne wprowadzić, a nie tylko finansowe. Jakby im za każdy bezczelny atak obciąć kawałek palca, to by się awanturnicy uspokoili” – „proponuje” Giertych.

Cały tekst Giertycha >>>

Próbuje także „usprawiedliwiać” Kuchcińskiego: – „Jego drobne (zasłużone po tysiąckroć!) przywiązanie do luksusu jest jeszcze nieakceptowalne w naszej chromej demokracji, gdzie lud nie dojrzał do tego, że prawdziwa służba państwu wymaga, aby władza miała odrobinę radości za trudy rządzenia. I że nie wszyscy mogą latać luksusowymi samolotami, ale że lud w tych samolotach spożywa kawior i pije szampana ustami swych najlepszych przedstawicieli. Taka dojrzałość wymaga czasu i pokory, które narody uzyskują w dojrzałych strukturach pod okiem doświadczonych przywódców (Rosja, Kazachstan etc.)”.

„Niestety ciemny lud wierzy, że marszałek czym lepiej wypoczywa w trakcie podróży, tym bardziej może skupić się nad podnoszeniem jego dobrobytu przez przepychanie w Sejmie ustaw z kolejnymi plusami. Byle do wyborów, a potem może być potop”; – „Z Krystyną P. może być mały problem, a nawet dwa… musiałaby się wycofać z wycofywania, no i ten luksusowy samolot na pewno ma za małą lodówkę”; – „Ja bym raczej rekomendował Macierewicza, może latać do woli, bo to specjalista od wszelakich maszyn i wpadka mu nie grozi z lotami, bo nadal może twierdzić, że testuje smoleński wypadek!”; – „Znając wyjątkową estymę, którą prezes darzy profesorów, proponowałabym prof. Karskiego, który wsławił się odwagą przeprowadzenia prób niszczących meleksa” – komentowali internauci propozycje Giertycha.

Cechą pisowskiej Polski miała być praworządność i sprawiedliwość. No i jest, ale z uwzględnieniem tylko tej części społeczeństwa, która z uwielbieniem wpatruje się w prezesa i dokonania jego partii.

Wybory parlamentarne coraz bliżej, nikogo więc nie powinno dziwić, że i ja staram się od trzech tygodni dorzucić swoje trzy grosze i dokonać pewnych podsumowań. Podsumowań, które jednocześnie wyjaśniają, dlaczego tak źle żyje mi się w dzisiejszej, pisowskiej Polsce. Dlaczego nie wyobrażam sobie, by PiS dalej rządziło.

Gdybym miała jednym zdaniem określić minione już prawie 4 lata władzy prezesa i jego ludzi, to powiedziałabym krótko – pisowska Polska stoi na antywartościach. Wszystkie zasady etyczne, moralne, prawne, społeczne, które leżą u podstaw bezpiecznego, dobrze funkcjonującego, rozwijającego się państwa, mającego swoje solidne miejsce w gronie układów i sojuszy, zostały zastąpione przez ich przeciwieństwa, które tylko niszczą.

Spójrzmy jak przenicowano słowa „Bóg Honor Ojczyzna”. Jeszcze nie tak dawno, dewiza ta oddawała to, co dla każdego Polaka najwartościowsze, umiłowane, dla czego warto było żyć i umierać. Była wartością nadrzędną, a czym jest dzisiaj? Wyświechtanym banałem na sztandarach ludzi, którzy niosą ją w oparach nienawiści do każdego, kto inaczej wygląda, inaczej wierzy, inaczej kocha, inaczej myśli. „Bóg Honor Ojczyzna” są dzisiaj tam, gdzie kopie się uczestnika Marszu Równości. Bije po głowie starszego kodera, protestującego przeciwko niszczeniu demokracji. Obrzuca się kamieniami opozycjonistów, wrzeszczy o Polsce tylko dla białych, atakuje cudzoziemców, grozi każdemu, kto polskość postrzega inaczej. Co to za Bóg? Co to za Honor? Jaka to Ojczyzna?

Polskim patriotą nie jest dzisiaj ten Polak, który sumiennie pracuje, płaci podatki, działa na rzecz rozwoju kraju. To premier Morawiecki, który od poczęcia już walczył o taką Polskę, jaką nam teraz PiS funduje. To Antoni Macierewicz, węszący jakieś spiski i zamachy. Prezes, który przespał stan wojenny i w latach PRL niczym specjalnym się nie odznaczył. To osiłek z symbolem Polski Walczącej na przepoconej koszulce i z butelką piwa w ręce.

Prawdę zastąpiono kłamstwem. Premier, który przegrał już w sądzie sprawy o mówienie nieprawdy, prezes PiS, opowiadający bajki, media reżimowe, budujące swoje wizje w oparciu o przeinaczanie faktów, ukrywanie tych niewygodnych i wciskanie ciemnoty. Ta „antyprawda” aż kłuje w oczy, zamienia rzeczywistość w koszmarny obraz z krzywego zwierciadła, stała się symbolem Polski Jarosława Kaczyńskiego.

Transparentność to już tylko wspomnienie, z którą zawsze w Polsce był jakiś problem, ale nigdy w takim stopniu jak teraz. Ukrywa się przed społeczeństwem autorów podstawy programowej, jaka obowiązuje od momentu deformy edukacji. Nie ma szans poznać, kto podpisał listy poparcia dla pisowskich sędziów w KRS. Tajemnicą owiani są ludzie i instytucje, z którymi obecny rząd konsultował niby te ustawy, którymi rozwala polską demokrację. Wciąż tylko słyszę o szerokim poparciu społecznym dla pomysłów PiS, ale nie mam szans dowiedzieć się, kto i co właściwie popiera. Czyżby takich list, takich konsultacji, po prostu nie było? Może podpisujący wstydzą się swego podpisu, a może to jest tylko jakiś wielki szwindel, bo wsparli się ci, co kandydują, ci, którzy tylko firmują sobą idiotyzmy nazwane reformą, czy może są to tylko zwykli figuranci, którzy za odpowiednią kasę podpisaliby nawet pakt z diabłem?

Pisowska uczciwość też woła o pomstę do nieba. Uczciwy Kuchciński lata sobie z rodzinką samolotem rządowym za frajer. Uczciwy prezes milczy w sprawie wież, Srebrnej i łapówki w kopercie. Uczciwa Kempa dostaje 300 euro dziennie na hotel w Brukseli, ale korzysta z takiego, gdzie płaci tylko 100 euro za dobę, a reszta do kieszonki (to przez 5 lat daje kwotę ponad 100 tys. euro oszczędności), uczciwi politycy dostają grube tysiące za paliwo w samochodach, z których nie korzystają, Szydło rozdaje nasze pieniądze na nagrody, na które jej ludzie sobie uczciwie zapracowali, ludzie PiS pracują na eksponowanych stanowiskach za tak uczciwą kasę, że mózg staje z wrażenia. Uczciwie chowa się pod dywan wszystkie afery i aferki, wierząc tak bardzo w swoją uczciwość, która przyniesie tylko sukces.

Również rzetelność została dzisiaj zastąpiona niekompetencją i prowizorką. Ustawy, które PiS wprowadza w życie, są pisane na kolanie przez ludzi, którzy mają niewielkie pojęcie o tym, co zmieniają i jak. Co rusz dokonywane są więc jakieś zmiany, poprawki, modyfikacje, człowiek już się gubi w tym gąszczu ustawowych potworków, niedopracowanych, pozostających w niezgodzie z obowiązującym systemem prawnym, coraz bardziej mętnych i oderwanych od realiów.

Cechą pisowskiej Polski miała być praworządność i sprawiedliwość. No i jest, ale z uwzględnieniem tylko tej części społeczeństwa, która z uwielbieniem wpatruje się w prezesa i dokonania jego partii. Prawo chroni propisowskich bandytów, narodowców o ostrym zabarwieniu neofaszystowskim i tzw. „swoich”. Ci oporni mają sprawy sądowe, dostają mandaty za koszulki z napisem „Konstytucja”. Ot, zamiast praworządności i sprawiedliwości, taka „sztuka dla sztuki” i nic więcej.

Prawda historyczna została zastąpiona fałszem na wielką skalę. Prezes ze swoimi ludźmi wyrywa kartę po kartce z polskiej historii, pozostawiając tylko to, co może być najlepszym narzędziem do utrzymania władzy. Jedynymi bohaterami są żołnierze wyklęci. Pozostali to zdrajcy albo niewarci nadmiernej uwagi. Jedynymi walczącymi z koszmarem PRL to wielcy bracia Kaczyńscy i ludzie z ich kręgu, a pozostali to tylko Żydzi, współpracownicy SB, tacy zbyt „maluczcy”, by ich w ogóle wspominać.

Taka właśnie jest dzisiejsza Polska. Prawdziwa demokracja została zastąpiona dyktaturą jednej partii. Państwo świeckie jest coraz bardziej wyznaniowe. Trójpodział władzy, dla „dobra” Polaków, wymieniono na ten jedynie słuszny, czyli pisowski. Prawa obywatelskie obowiązują, ale tylko w odniesieniu do wiernego elektoratu PiS i jego sojuszników. Wolność słowa kończy się mandatem lub sprawą w sądzie. Każda wtopa nazywana jest sukcesem. Matactwo prawdą. To jest właśnie Polska. Polska zbudowana na antywartościach.

Sakiewicz, Ziobro, Gosiewska. Zło dopadło Polskę

2 Sier

Prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski „powinien stanąć przed sądem”- powiedział w rozmowie z „Dziennikiem Gazety Prawnej” prawicowy dziennikarz, szef Gazety Polskiej Tomasz Sakiewicz – komentując zamieszki towarzyszące Marszowi Równości w Białymstoku. Dodał, że samorządowiec sam „stworzył powszechne zagrożenie” i „sprowadził agresorów do Białegostoku”.

Prezydent miasta zapowiedział, że z publicystą spotkają się w sądzie. „Generalnie same kłamstwa i pomówienia, spotkamy się z Tomaszem Sakiewiczem w sądzie” – napisał na Twitterze.

„Dowiedziałem się o tym, że jest przygotowywana jatka co najmniej za wiedzą prezydenta Białegostoku. Niestety za późno. Choć policja i tak zrobiła wszystko, aby przy tym bezrozumnym człowieku, albo niestety rozumnym, specjalnie chcącym wywołać awanturę, ochronić marsz LGBT” – mówił Sakiewicz w rozmowie z Magdaleną Rigamonti.

Podkreślając, że zezwolenie na marsz kibiców wydał prezydent Truskolaski zapytał, jak można było do tego samego miejsca, w którym po dwóch godzinach ma przejść marsz LGBT, sprowadzić kilka tysięcy kibiców?

Dodał, że jego zdaniem podobne „marsze nie powinny się w ogóle odbywać. Trzeba było wziąć na siebie ciężar zakazania marszów i nie doprowadzić do bijatyki” – doradzał prezydentowi Sakiewicz.

Już nie sąd, a prokuratura zdecyduje, czy podejrzany po wpłaceniu kaucji będzie mógł wyjść z aresztu – taką zmianę w kodeksie karnym uchwalił Sejm, zajmuje się nią Senat. A przy okazji prawdopodobnie przywróci poprawkę, że prokurator będzie mógł doprowadzić do zmiany sądu zajmującego się sprawą, jeśli uzna, że jest stronniczy.

To w praktyce daje prokuraturze możliwość wyboru sądu. I blokowania wyjścia na wolność osoby, która zapłaci kaucję. Prokuratura zyskuje coraz więcej władzy nad sądami, bo z nimi władza PiS sobie od dawna nie radzi. Prokuratura zaś zależy całkowicie od rządu.

Przepis dotyczący zamiany aresztu na kaucję do tej pory działał tak, że gdy sąd zgodził się na zamianę, podejrzany mógł wyjść na wolność zaraz po wpłaceniu pieniędzy. Gdy prokurator się sprzeciwiał – od sądu zależało, czy podejrzany wyjdzie od razu, czy będzie czekał do rozpatrzenia odwołania prokuratora. Teraz, jeśli Senat przyjmie (co jest raczej formalnością) rządową zmianę, podejrzany wyjdzie na wolność dopiero po rozpatrzeniu odwołania. Może to trwać kilka tygodni. W ten sposób prokuratura nie tylko dostaje władzę, którą do tej pory miał sąd, ale też dodatkowy instrument nacisku na podejrzanego. W czwartek posłowie PiS nie zgodzili się na wykreślenie tego pomysłu z projektu nowego kodeksu postępowania karnego.

Prokuratura nie zajmie się listami Falenty. Działa tak, jak zarządzi władza

Kolejna groźna poprawka PiS może wrócić

Druga zmiana jest znacznie bardziej drastyczna, ponieważ bezpośrednio godzi w konstytucyjne prawo do sądu. Właściwość sądu określa ustawa – to zabezpieczenie dla każdego z nas, że sprawa będzie rozpatrzona przez bezstronny sąd. O zmianie właściwości sądu, ze względu na ważny interes wymiaru sprawiedliwości, może zdecydować tylko Sąd Najwyższy (w sprawach karnych – Izba Karna) na wniosek właściwego sądu.

Tymczasem do rządowej ustawy PiS wniósł w Sejmie poprawkę (nowy art. 37a), która daje prokuraturze na etapie śledztwa możliwość wnioskowania o zmianę sądu, jeśli „z uwagi na przedmiot postępowania lub osoby nim objęte zachodzi obawa, że zachowanie obiektywizmu przez sąd może być zagrożone”. Takie stwierdzenie daje prokuraturze niemal wolną rękę we wnioskowaniu o zmianę sądu. A decydować ma o tym nie Izba Karna SN, ale Izba Dyscyplinarna, w całości złożona z neo-sędziów wybranych przez neo-KRS. A więc wszystko zostanie w rodzinie.

Sejm nie wykonuje wyroku. Listy poparcia do KRS wciąż tajne

PiS przejmuje sądy „metodą salami”

Możliwość zmiany sądu przyda się prokuraturze np. przy przedłużaniu aresztu tymczasowego, jeśli prokurator podejrzewa, że dotychczasowy sąd go nie przedłuży. Albo np. jeśli aresztant wnioskuje o zamianę aresztu na grzywnę. Prokurator będzie też mógł wybrać przychylniejszy sobie sąd, który oceni jego decyzje – np. o odmowie wszczęcia śledztwa lub postanowieniu o jego umorzeniu.

Ta poprawka po ostrej krytyce zniknęła z projektu na etapie obrad w Sejmie. Ale teraz ustawa jest w Senacie i chodzą słuchy, że zostanie przywrócona. Wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł nie potwierdza i nie zaprzecza. Tak – powoli, metodą „krojenia salami” – władza sądu przejmowana jest przez prokuraturę.

Posłanka PiS Małgorzata Gosiewska, od niedawna wicemarszałek Sejmu, „miała objawienie” – za burdy podczas białostockiego Marszu Równości winę ponosi… Rosja.

Czego by nie myśleć o „wydarzeniach” w Białymstoku, już widać, że dały one do myślenia przynajmniej niektórym politykom. I to – o dziwo – także tym ze „strefy wolnej od LGBT”. Mało tego. Odnotowano nawet jeden potwierdzony oficjalnie przypadek objawienia, które zdarzyło się takiemu politykowi w konsekwencji ulicznej bijatyki w stolicy Podlasia. A raczej polityczce, bo to kobieta była, posłanka Gosiewska Małgorzata.

Akt ów został potwierdzony publicznie przez samą zainteresowaną w trakcie rozmowy w Polskim Radiu, gdzie pani posłanka wyznała rodakom, że w dymach rac, wśród ogłuszających, transowych okrzyków „Bóg. Honor. Ojczyzna. Wy……ać”, objawił się jej… cień Putina. I wtedy zrozumiała wszystko. „Białystok” to nie była wina Tuska! Ani też – wyjątkowo – Sorosa, światowego żydostwa, liberalno-lewackich zachodnich elit i ekoterrorystów. O dziwo, zdaniem posłanki nie stało za tym nawet światowe homolobby.

Rządzący też nie, ale to chyba oczywista oczywistość. Bo przecież powszechnie wiadomo, że formacja władzy nie ma żadnego interesu w tym, by Polska była przedstawiana w opinii publicznej państw zachodnich jako „kraj zacofany, nacjonalistyczny i brutalny w stosunku do niektórych środowisk”. No skądże…

Przeciwnie. „Nowogrodzkiej” zależy, żeby opinia publiczna tychże państw miała o Polsce jak najlepszą opinię. A tu tymczasem w Białymstoku przeszedł Marsz Równości i cóż – wyszło, jak wyszło. Było Marszu zakazać, jak sugerował minister Piontkowski, i kompromitujące zdjęcia z polskich ulic nigdy nie trafiłyby na czołówki zachodnich dzienników. Ale to się nie mogło udać, bo „wydarzenia białostockie” to była prowokacja, za którą – zdaniem pani posłanki z PiS – stanęły interesy nie Brukseli, ale… Moskwy. Bo to przecież absolutnie niemożliwe, żeby agresję tłumu wobec środowiska LGBT sprowokowali politycy formacji władzy, a zwłaszcza osobiście jej prezes, znany pogromca „zboczeńców” i obrońca „naszych dzieci” przed ich „seksualizacją”.

Tym bardziej nie mają z tym nic do czynienia hierarchowie Kościoła katolickiego, zwłaszcza ci, którzy tak serdecznie dziękowali po fakcie patriotycznej młodzieży, dzielnie walczącej na ulicach Białegostoku w obronie „chrześcijańskich wartości”.

Całkiem bez winy są też publicyści z kręgów zbliżonych do władzy, którzy nazywają „zboczeńców” zboczeńcami w imię misji publicznej, wolności słowa oraz sprzeciwu wobec lewacko-masońskiej idei politycznej poprawności. A już zupełnie bez żadnego związku z białostockim „incydentem” pozostaje kolportowana przez organ prasowy partii władzy (jako znaczącego udziałowca) naklejka: „Sfera wolna od LGBT”.

No, ale ktoś przecież musi być winny temu, że Polską wstrząsa „konflikt światopoglądowy i moralny”. Ten sam „ktoś” celowo prowokuje też rodaków do „konfrontacji, destabilizacji i chaosu”. Po co? Otóż zdaniem pani posłanki – „w celu oczernienia ugrupowania rządzącego”, czyli że jakieś tajemne siły skonfliktowały Polaków ideologicznie, a teraz zarządzają społeczną agresją, by skompromitować formację prezesa!

Ba, ale jakie to siły i jaki w tym mają interes? No, jak to jakie? To Rosja, oczywiście. To wysłannicy Putina rozpętali nad Wisłą kampanię nienawiści przeciw (w kolejności niealfabetycznej): sędziom, Puszczy Białowieskiej, nauczycielom, wiatrakom, niepełnosprawnym, posłowi Nitrasowi, elitom, kardiologom, polskojęzycznym mediom, redaktorowi Piątkowi, wegetarianom, TVN24, dzikom, redaktorowi Sekielskiemu, genderowi i – oczywiście – środowiskom LGBT. I to oni wymyśli „gorszy sort”, co zresztą oczywiste, bo słowo „sort” to wszak rusycyzm.

A chodzi im o to, żeby zdestabilizować Polskę i nie tylko Polskę, bo resztę świata też. Ponieważ z takim podzielonym, wstrząsanym konfliktami, skłóconym przeciwnikiem łatwiej konkurować. Weźmy Donalda Trumpa. Sam się o przyjaźń naprasza i nawet chce Putinowi z wdzięczności za pomoc w wyborach postawić Platynowy Trump Tower na Placu Czerwonym. Choć po prawdzie, to kierownik Kremla wolałby chyba jakiś Putin Village w East Village…

Wracając zaś do wątku moskiewskiego, to niby żadna w tym rewelacja. Od początku rządów PiS, a nawet wcześniej, bo od „Sowy i Przyjaciół”, a w zasadzie to już od pierwszych rządów partii pana prezesa, piszą o tym i mówią i zachodni, i polscy dziennikarze, komentatorzy, publicyści oraz – osobiście – redaktor Piątek. Ale do tej pory obóz władzy jakoś dziwnie milczał w kwestii „rosyjskich tropów” w polskiej polityce. Aż tu nagle „wydarzył się Białystok” i posłanka Gosiewska doznała olśnienia. Późno trochę. Ale lepiej późno, niż wcale. Ciekawe tylko, jak zareaguje na te rewelacje Antoni Macierewicz…

Ksiądz pedofil, Kuchciński, bezprawie PiS

30 Lip

Katarzyna założyła profil na Facebooku i opisuje jak krzywdził ją Roman B. Do niedawna był jeszcze księdzem. Wystąpił ze stanu kapłańskiego po tym jak sprawa została nagłośniona przez media. Jako pierwsza historię ujawniła Justyna Kopińska w Dużym Formacie.

„Jest tu sama prawda, nawet jeśli przytłaczająca i męcząca, ale tak wygląda ta prawda. Tak wygląda moje życie. Przykro mi” – pisze Katarzyna. W kolejnych postach opowiada o tym jak przez dwa lata była więziona przez księdza Romana B.

Był bardzo agresywny. Ciagle zły. Nie podobało mu się wszystko, to jak siedzę, stoję, gdzie patrze. Wiecznie uważał, że go nie słucham. Kiedy przebywał w mieszkaniu ze mną na Rugiańskiej, nie wiedziałam, jak mam siedzieć, gdzie mam siedzieć, co mam ze sobą robić, żeby tylko nie był zły. Denerwowałam go sobą. Potrafił siedzieć na fotelu i czytać jakiś modlitewnik, po czym nagle potrafił podnieść głowę do góry i zaczynał na mnie krzyczeć, że mam się wynosić i to już, do drugiego pokoju, że mam zejść mu z oczu. Wstawałam i szłam bez słowa.

W tym mieszkaniu były dwa pokoje. Większy i mały, w którym on mieszkał jak był dzieckiem. Jego mama mieszkała w tym większym w którym ja przebywałam. W dużym pokoju było łóżko, szklany stół, fotel i meblościanka. Ogromnie długie, grube zasłony. Kazał mi je w większości mieć zasłonięte. 
Mała łazienka z wanną. Nienawidziłam się w niej kąpać zwłaszcza, kiedy był w tym mieszkaniu, bo zawsze siadał w łazience obok wanny i patrzył, jak się kąpie, czasami kazał mi powtarzać jedną czynność wiele razy i mówił mi, ile mogę nalać wody, z reguły mogłam tylko po kostki, żeby nie było dużych rachunków. Szybko robiło mi się zimno. Siedząc tak gadał różne głupoty. Któregoś razu dał mi maszynkę do golenia i powiedział, że mam go ogolić, tylko tak, żeby go nigdzie nie skaleczyć, pamiętam, że nie chciałam i tak się bałam, że ręce trzęsły mi się tak, że nie mogłam tej maszynki utrzymać. Nie potrafiłam zrobić tego tak, ja chciał ale też go nie skaleczyłam, na moje szczęście, bo zapewne bym dostała lanie.

Po takiej kąpieli mnie wycierał ręcznikiem i zaprowadzał do pokoju. Jeśli nie kąpał się tego dnia ze mną to szedł po mnie się kąpać i tak też było tego dnia. Podał leki i kazał się położyć do łóżka. Oprócz sutanny miał tylko kilka rzeczy. Bardzo mało. Praktycznie zawsze chodził w tym samym. Nigdy nie zapomnę niebieskiego polara. Miał go na sobie nawet w trakcie procesu Sądowego karnego, kiedy go przywozili z więzienia. Był obleśny. ohydny. Miał ohydny zapach potu. Nigdy też nie zapomnę jego ohydnych krótkich włosów i skóry, która mu się zawsze na tej głowie łuszczyła i używał do mycia głowy szamponu dla dzieci. Kiedy wrócił tego wieczoru z łazienki powiedział że chce mnie nasmarować całą oliwką i też to zrobił, robił to bardzo często. Tak samo często gwałcił mnie różnymi przedmiotami.

Noc była koszmarna ale nie chcę opisywać szczegółów, są zbyt drastyczne. Następnego dnia jak zwykle pojechał do Stargardu na msze a miał przynajmniej jedną dziennie do odprawienia albo w zależności od dnia miał zajęcia w szkole, w której uczył. W Katolickim Liceum . Ja idąc do łazienki zobaczyłam u siebie ja zwykle jakiegoś siniaka czy zadrapanie. Najbardziej nienawidziłam tych na twarzy. Kiedy zauważyłam, że takie mam to z reguły przez kilka dni nie spoglądałam w lusterko. Bałam się tego widoku. Kiedy mówiłam mu, że mam siniaka albo że coś mnie boli to mówił, że mogłam się nie bronić, tylko one pojawiały się również wtedy, kiedy się nie broniłam.

Pamiętam, jak złamał mi rękę i wróciliśmy do domu. Miałam wtedy założony gips, ta ręka tak potwornie bolała więc płakałam z bólu a on mówił, że mam nie przesadzać, że szybko się zagoi. Tak naprawdę on się cieszył, bo wiedział, że będę od niego zależna. Że ciężko będzie mi w pierwszych dniach cokolwiek samej zrobić, że będę musiała go o coś prosić a on to lubił, kiedy go prosiłam, i miał rację, nawet ubrać było mi się cieżko, więc prosiłam go o pomoc. Na tym gipsie napisał mi napis Markerem „ Bóg jest dobry”. Chce mi się rzygać jak sobie o tym przypomnę. I wiecznie włączał piosenkę -„ Mateo- przyjaciela mam”. Aż się teraz popłakałam jak sobie przypomniałam, ile razy kazał mi słuchać tej piosenki i jak często wtedy myślałam sobie, że nienawidzę Pana Boga za to co mi robi jego wysłannik, że ten cały jego Bóg nie istnieje, bo gdyby był to by mi się coś takiego nie stało. Jak było mi wtedy źle. To potwornie boli kiedy wracam myślami do tamtego czasu, kiedy leżałam na tym łóżku całe dnie z tym gipsem. Byłam taka mała, chuda, wystraszona, obolała, sama. Każda godzina trwała tam wieczność.

Często sobie zadaje pytanie, jak ja to wszystko przeżyłam?

Jest 23.00, słyszę jak idzie po klatce i przekręca się klucz w drzwiach. Kładzie na przedpokoju sutannę, ściąga koloratkę, przychodzi do pokoju i pyta: śpisz? (…) Przyszedł, położył się obok i gwałcił mnie kilka godzin z przerwami… Nie byłam w stanie się bronić, moje szarpanie, kopanie nic nie dawało a jedynie się wściekał i był jeszcze brutalniejszy. Ważyłam ok. 40 kg, a on ważył ponad 100 kg, miał 196 cm wzrostu, ja byłam małą dziewczynką. Rano wstał, ubrał się i pojechał na mszę którą miał na 6.00, zamknął drzwi…” – opowiada Katarzyna i dodaje: „Piszę o tym pierwszy raz w życiu publicznie i jest to dla mnie bardzo trudne”.

Kobieta pisze, że takich dni i nocy było wiele. Ksiądz gwałcił ją wielokrotnie, także różnymi przedmiotami. Zdarzało się, że ją głodził przez kilka dni nie przywożąc jedzenia. Powykręcał klamki z okien, by nie mogła wezwać pomocy.

Zmusił do aborcji

„Kiedy usiadłam, zaczął mnie wszędzie dotykać i powiedział: ‚Mała, przytyłaś ostatnio i wymiotujesz. Tylko nie mów, że jesteś w ciąży? Jeśli jesteś to albo usuniesz albo cię wywiozę za granicę’. (…) Potem zabrał do znajomej ginekolog. Weszliśmy do gabinetu, pani doktor kazała mi usiąść na fotelu, on stał obok. Podała mi jakiś lek i pamiętam dopiero moment jak obudziłam się na plebanii w Stargardzie, on siedział wtedy przy komputerze i coś pisał, a mnie tak bardzo bolało całe podbrzusze, miałam spodnie brudne od krwi. Zaczęłam płakać i mówiłam mu, że bardzo boli, że nie mogę wstać. Powiedział, że dostałam leki przeciwbólowe i ból minie. Długo później krwawiłam. Następnego dnia po aborcji dalej mnie gwałcił” – pisze Katarzyna.

I dodaje: „Nie pozwolił mi nawet odpocząć, nie pozwolił, żeby rany się zagoiły. To był taki ból, że myślałam, że umieram i chyba nawet chciałam umrzeć. To był moment w którym marzyłam, żeby mnie zamordował. Żebym nie musiała już cierpieć”.

Trauma na zawsze

Od tamtych dramatycznych wydarzeń minęło kilka lat. Katarzyna jest już dorosłą osobą, ale do tej pory walczy z traumą. Pomaga jej blog, którego niedawno zaczęła pisać: „Zabił mnie za życia, a dostał tak niski wyrok. Ktoś za wyłudzenie od kogoś pieniędzy albo kradzież czy cokolwiek innego dostaje więcej lat więzienia” .

„Nienawidzę siebie i swojego ciała. Nie mogę na siebie patrzeć. Jestem nikim. Czuję się nikim. Zabił we mnie wszystko: dzieciństwo, pasje, marzenia, uśmiech, duszę, sens życia, życie. Zabił mnie za życia. Ja nie żyję. Ja wegetuję. Cierpię” – dzieli się swoimi emocjami kobieta. Przyznaje, że blog pokazał jej, iż nie jestem sama i otrzymuje dużo wsparcia od czytelników. Nadal ma jednak momenty załamania: „Staliście się dla mnie bardzo ważni i to dzięki temu blogowi i wam miałam motywację, żeby w ogóle wstać z łóżka. A spędziłam w nim większość życia. Pojawiło się jakiś sens, jakieś światło… Jednak nie dałam sobie rady. Przepraszam”.

Milion za krzywdy

17 września Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy wyrok niższej instancji, zgodnie z którym Towarzystwo Chrystusowe, do którego należał były już ksiądz Roman B., ma zapłacić milion złotych odszkodowania. Sąd przyznał także Katarzynie, która była gwałcona przez duchownego, dożywotnią rentę.

W 2008 r. ksiądz Roman B. wykorzystał trudną sytuację rodzinną pokrzywdzonej i namówił ją do opuszczenia rodzinnego domu. 13-letnia wówczas Katarzyna zamieszkała w internacie w innym mieście. Wtedy rozpoczął się jej dramat.

– To nie była szkoła z internatem, tylko puste mieszkanie jego matki – opowiadała dziewczyna. – (…) Był silny, ważył sto kilogramów. Krzyczałam, błagałam, by przestał. (…) Zaczął zmuszać mnie do brania leków. (…) Byłam otępiała, senna. (…) W kolejnych dniach zaczął mnie bić, poniżać, groził, że mnie zabije. (…) Często zabierał mnie na plebanię w Stargardzie. Jedliśmy obiad z księżmi, a potem brał mnie do swojego pokoju. (…) Księża się nie dziwili, że śpię u niego – mówiła podczas procesu.

Duchowny został prawomocnie skazany na cztery lata więzienia i otrzymał czteroletni zakaz wykonywania zawodów związanych z nauczaniem dzieci. Po wyjściu z więzienia ksiądz Roman trafił do domu księży emerytów prowadzonego przez Towarzystwo Chrystusowe w Puszczykowie. Od niedawna nie jest księdzem.

Jeśli prawdą są informacje, że z rządowych przelotów przysługujących wyłącznie czterem najważniejszym osobom w państwie korzystały same dzieci marszałka, sprawę powinny badać nie media, ale prokuratura.

Status lotów HEAD nadaje się lotom z prezydentem RP, marszałkiem Sejmu, marszałkiem Senatu i premierem. Nie mogą być to członkowie rodzin najważniejszych osób w państwie, chyba że towarzyszą VIP-owi w oficjalnej delegacji w której zaproszona jest np. małżonka marszałka czy premiera. 23 loty od stycznia do czerwca tego roku na linii Rzeszów-Warszawa oczywiście takimi delegacjami nie są, choć Kancelaria Sejmu usilnie stara się do tego nas przekonać.

Sprawa jest znacznie poważniejsza i nie dotyczy tylko ordynarnego nadużywania władzy przez marszałka, ale szeregu osób, które naginały prawo by spełnić jego życzenie lub rozkaz. Głowa samego marszałka, o której tak dużo mówi opozycja, nie wystarczy.

O tym że z wojskowego Gulfstreama G550 na lotnisku w rzeszowskiej Jesionce wysiadały czasem same dzieci marszałka mówią dziennikarzom oburzeni pracownicy, którzy obsługiwali te loty. Jeśli to prawda nie mówimy już o aferze wizerunkowej, ale o przestępstwie, za które grozi nawet osiem lat więzienia. Rodzinne loty o statusie lotów specjalnych nie mieszczą się w żadnych kanonach, a kwestia wysokich kosztów są najmniejszym z problemów.

Prokuratura powinna zbadać kto komu wydawał takie polecenia i czy fałszowano dokumenty wpisując lot HEAD marszałka Sejmu, z którego korzystała wyłącznie córka, 19-letni synowie czy żona? Dlaczego realizowano taki lot, łamiąc prawo i procedury? 15 tys. zł za 23 loty na linii Rzeszów-Warszawa według stawek PLL LOT mogą nie wystarczyć. 

Prokuratura powinna wezwać na świadków pracowników lotnisk, ochronę SOP, szefa tej formacji, dyrektora lotów wojskowych przy MON i zapytać jak zlecano taki lot, kto o tym decydował i kto był na pokładzie. Ważne byśmy się także dowiedzieli od kiedy rodzina Kuchcińskiego korzysta z takich przywilejów i czy 23 loty na tej linii nie były elementem większej całości.

Kiedy Bogdan Klich, minister obrony rządu PO-PSL latał wojskową CASĄ, choć mógł, do domu w Krakowie omal nie stracił stanowiska. Opozycja (PiS) chciała ukrzyżować premiera Donalda Tuska, że rządowym embrarerem podróżował (sam) do rodzinnego Gdańska na weekendy generując ogromne koszty. Tusk przesiadł się więc do rejsowych samolotów.

Jak widać rząd Prawa i Sprawiedliwości nie wyniósł z tego żadnego morału dla siebie. Premier Beata Szydło do krakowskich Balic (najbliższe lotnisko do jej rodzinnych Brzeszcz) przylatywała wojskową CASĄ, będącą na wyposażeniu Sił Zbrojnych RP, gdzie czekała na nią kolumna rządowego BOR z limuzynami. Dwa dni przed przylotem Szydło CASA przylatywała z pilotem i BOR w ramach tzw. oblotu komisyjnego, a więc sprawdzała warunki.

Sprawa wyszła na jaw po wypadku w Oświęcimiu, kiedy okazało się, że kierowca audi z Szydło na pokładzie, który uderzył w skręcające seicento ma przekroczony czas pracy. Z Warszawy funkcjonariusze BOR wyjechali już bowiem o 7 rano by czekać na premier Szydło w Balicach. Jak tłumaczyło nam wtedy Centrum Informacyjne Rządu samolot C-295, którym premier Szydło latała „jest wykorzystywany do przewozu VIP na podstawie przydzielonego limitu nalotu dyspozycyjnego ministra MON.

Przyciśnięta do muru KPRM podała, że w ciągu dwóch lat sprawowania urzędu Szydło skorzystała z CAS-y na loty do domu aż 77 razy. Godzina lotu CASĄ kosztuje 5,7 tys. złotych (dane za 2010 r.).

Kilka miesięcy później rząd PiS za pół miliarda złotych kupił dwa Gulfstreamy G550, którymi tak ochoczo lata dziś marszałek Sejmu z rodziną.

Po informacjach Radia ZET o tym, że marszałek Sejmu Marek Kuchciński latał rządowymi samolotami wraz z rodziną, Jarosław Kaczyński prawdopodobnie zamierza skończyć z takimi incydentami raz na zawsze. W jaki sposób? – Uważamy, że trzeba się liczyć z oczekiwaniami społecznymi i w związku z tym zwróciłem się do ministra obrony i szefa Kancelarii Premiera, bo tutaj mogę działać tylko jako szef partii, ale poproszę o to także prezydenta, żeby zwrócił się do szefa swojej kancelarii, aby odpowiednie przepisy regulujące te sprawy zostały stworzone – wyjaśniał w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej, w typowym dla siebie języku Kaczyński.

– Czyli żeby poza lotami służbowymi, jak w przypadku, gdy prezydent leci z pierwszą damą, w tych innych, nieformalnych okolicznościach, kiedy to rodzina korzysta z przelotu, żeby odpowiednia kwota o wartości ceny biletów rejsowych była płacona – dodał szef PiS.

Jarosław Kaczyński nie byłby jednak sobą, gdyby ze sprawy nie próbował zrobić oręża przeciw opozycji. – Podkreślam, że marszałek nie uczynił niczego, co byłoby sprzeczne z prawem albo z praktykami, które miały miejsce poprzednio – powiedział. Dodał, że poprzednie ekipy rządzące korzystały z lotów na pozór służbowych, „a w praktyce były to loty turystyczne”. Także wicepremier Jacek Sasin w rozmowie z Polsat News w poniedziałek zwrócił uwagę, że nie ma żadnych regulacji, które mówiłyby, kto i na jakich zasadach może latać z VIP-ami.

Tymczasem skarcony Kuchciński – zamiast podać się do dymisji – „w zamian” za 23 „rodzinne” loty wpłacił pieniądze na cele charytatywne: 5 tys. zł na Klinikę Budzik działającą przy Centrum Zdrowia Dziecka oraz 10 tys. zł na Caritas Polska.

Raczej trudno doszukać się w tym hojnym geście dobrowolności. Po prostu Kaczyński osobiście zdecydował, że marszałek Sejmu ma pokryć koszty przelotów swojej rodziny rządową maszyną.

Po raz kolejny „lekarstwem na kłopoty”, związane z nadużyciem stanowiska (słynne „nam się to po prostu należy”) staje się akcja charytatywna. Szlaki przetarł poprzedni skład rządu PiS, pod batutą Beaty Szydło. Takie pomysły sprawiają, że sfera życia publicznego w Polsce coraz bardziej osuwa się w rejony religijno-metafizyczne, które z nowoczesnym funkcjonowaniem państwa mają raczej mało wspólnego.

Sąd nakazał ujawnienie list poparcia kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa. Decyzji sprzeciwił się PiSowski przewodniczący Urzędu Ochrony Danych Osobowych – Jan Nowak.

UODO – przed udostępnieniem nazwisk kandydatów – chce sprawdzić, czy upublicznienie danych sędziów jest zgodne z obowiązującą ustawą o ochronie danych osobowych i ustawodawstwem Unii Europejskiej. Kancelaria Sejmu do czasu zbadania sprawy przez UODO, nie może upublicznić list.

Pismo UODO wpłynęło do Kancelarii Sejmu w dniu 29 maja br. „Postanowienie Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych zostało wydane w związku z postępowaniem wszczętym przez Prezesa z urzędu na podstawie nowej ustawy o ochronie danych osobowych, która weszła w życie 25 maja 2018 r. Tego samego dnia zaczęło też obowiązywać unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO)” – czytamy w piśmie opublikowanym na stronie Centrum Informacyjnego Sejmu.

Postanowienie UODO ma charakter tymczasowy i obowiązuje jedynie do czasu wydania decyzji kończącej w tej sprawie. „Kancelaria Sejmu będzie oczekiwać na wydanie przez Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych ostatecznej decyzji o dopuszczalności ujawnienia danych osobowych sędziów” – dowiadujemy się z oficjalnej strony Sejmu RP.

Jeszcze wczoraj, dyrektor CIS Andrzej Grzegrzółka deklarował, że nazwiska kandydatów do KRS ogłoszone zostaną 30 lipca. Jak widać, przyjdzie nam jeszcze na to poczekać.

Kancelaria Sejmu nie ujawni list poparcia dla kandydatów do neo-KRS mimo wyroku NSA sprzed dwóch tygodni. Z kłopotu wybawił ją Jan Nowak, wieloletni polityk i radny PiS, od kwietnia prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

To kolejna odsłona bitwy o ujawnienie list poparcia, które muszą być mocno kompromitujące, skoro PiS broni ich jak niepodległości. Tym bardziej że wybory za pasem.

Strasburg zajmie się sędziami usuniętymi z KRS

Polityk PiS chce być supersądem

Gry polityczne, żeby nie wiem jak żenujące, to nic szczególnego. W tej sprawie mamy jednak rzecz wyjątkową: oto organ państwa uznaje się za uprawniony do zbadania legalności prawomocnego wyroku sądu. Wbrew konstytucji i wszelkim międzynarodowym standardom.

„29 lipca 2019 r. do Kancelarii Sejmu wpłynęło postanowienie Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych zobowiązujące Kancelarię Sejmu do powstrzymania się od upublicznienia lub udostępnienia w jakiejkolwiek formie danych osobowych sędziów, zawartych w wykazach osób popierających zgłoszenia kandydatów do KRS” – poinformowało Centrum Informacyjne Sejmu.

Prezes Nowak nie powołuje się na żaden przepis pozwalający UODO badać legalność sądowych wyroków. Swoje kompetencje wywodzi z tego, że zajmuje się ochroną danych i wykonaniem unijnego rozporządzenia RODO. Tyle że zgodność ujawnienia list z tym prawem badały już i wojewódzki, i Naczelny Sąd Administracyjny. UODO nie jest żadnym supersądem czy kolejną instancją w tej sprawie. Podlega wyrokom sądów jak każdy organ i każdy obywatel. Jeśli chciał wyrazić przed sądami swoje zdanie w tej sprawie – wystarczyło zgłosić opinię przyjaciela sądu. Ale sąd tą opinią nie byłby związany, bo prawo mówi, że sąd jest „najwyższym biegłym”.

Prezydent Duda: Sądy mają robić, „co ludzie chcą”

Szydło, Duda i Nowak

UODO jest już trzecim w czteroletnich rządach PiS organem, który uznaje się za uprawniony do badania ostatecznych orzeczeń sądów. Pierwsza była premier Beata Szydło, która uznała kilkanaście wyroków Trybunału Konstytucyjnego za niewiążące „opinie wydane przy kawie i ciasteczkach” i odmówiła ich publikacji. Potem prezydent Andrzej Duda zignorował prawomocne postanowienia NSA wstrzymujące nominacje sędziów do Sądu Najwyższego. Teraz Jan Nowak odpowiada na oczekiwanie swojej partii i będzie badał wyrok NSA. Prawdopodobnie przynajmniej do wyborów.

Można, oczywiście, złożyć doniesienie do prokuratury o przekroczeniu uprawnień przez UODO i niedopełnieniu obowiązków przez marszałka Sejmu, ale prokuratura zrobi z tym to, co każe partia rządząca, czego nie raz już dała dowody. Odtworzyliśmy PRL, z fasadowością jego instytucji kontrolnych i partyjną nomenklaturą posadowioną na strategicznych lub/i intratnych stanowiskach.

Jest jeszcze możliwość zaskarżenia przepisu ustawy o dostępie do informacji publicznej, na którym oparł się NSA, do Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej. Tam zaś też się zejdzie. Wreszcie TK uchyli przepis, jak było z przepisem kodeksu wykroczeń, na podstawie którego łódzkiego drukarza uznano winnym bezzasadnej odmowy usługi. Albo go odpowiednio zinterpretuje. A wtedy Kancelaria Sejmu wniesie do sądu sprawę list na nowo, wskazując, że znikła podstawa prawna wyroku.

Trybunał Sprawiedliwości: Polskie przepisy sprzeczne z prawem Unii

Nadzieja w sygnalistach

Listy poznamy, jeśli znajdzie się jakiś sygnalista, który je ujawni. I narazi się na odpowiedzialność karną, bo w Polsce prawo nie chroni sygnalistów.

Zasada: „nie mam pańskiego płaszcza i co mi pan zrobi”, po raz kolejny się sprawdza. Prawo pięści przed prawem stanowionym. Bezprawie ubrane w kostium prawa.