Hołownia, 13.11.2019

Niezależny „katolewak” na prezydenta? Analizujemy szanse Szymona Hołowni

Jeśli Szymon Hołownia rzeczywiście wystartuje na prezydenta RP, będzie miał dobrze zorganizowane zaplecze, pieniądze na kampanię, poparcie pozapartyjnych autorytetów, w walce o prezydenturę może okazać się graczem, którego nie należy lekceważyć. Choć w pierwszych komentarzach polityków i publicystów bagatelizowano start Hołowni, warto przyjrzeć mu się bliżej

Może się okazać, że to właśnie niezależny politycznie, za to rozpoznawalny i wyrazisty dziennikarz bardziej odpowiada aktualnym oczekiwaniom wyborców demokratycznych niż partyjni kandydaci. Oczywiście, o ile zdoła przekonać Polaków do swojej wizji relacji Kościół – państwo. Akurat w przypadku Hołowni będzie to kluczowy temat. Jego stosunek do Kościoła jest dziś wyborczo zarówno zaletą, jak i wadą.

Przykłady z innych państw pokazują, że wyborcy ostatnio nie boją się wybierać kandydatów spoza głównych partii – zwłaszcza w sytuacji, gdy reprezentujący partie politycy nie budzą entuzjazmu. Emmanuel Macron we Francji wystartował jako kandydat niezależny – i wygrał.

Na Litwie prezydentem został  Gitanas Nauseda, bankowiec, także startujący jako kandydat niezależny. Ukraińcy wybrali natomiast aktora Wołodymyra Zełenskiego. Czy w Polsce to w ogóle możliwe?

W piątek 8 listopada Polityka Insight poinformowała, że Szymon Hołownia zamierza wystartować na prezydenta. Ten dziennikarz, pisarz, kojarzony z publikacjami na temat religii katolickiej oraz z bardzo popularnym programem rozrywkowym „Mam Talent!” TVN (jest w nim już 12 lat), do tej pory funkcjonował poza polityką.

Jego nazwisko rozpatrywane w perspektywie wyborczej na pierwszy rzut oka wydaje się szalonym pomysłem. Może chwytem marketingowym? Promocją nowej książki? Z artykułu Polityki Insight wynika jednak, że inicjatywa jest poważna, nad kampanią kandydata pracują już dwa sztaby, a oficjalne decyzje mają zostać ogłoszone za 2-3 tygodnie. Sam dziennikarz na razie milczy.

Czy Hołownia w zestawieniu z kandydatami największych ugrupowań politycznych ma jakiekolwiek szanse na wysoki wynik?

Słabość opozycji i brak zaufania do polityków

Zdiagnozujmy sytuację w Polsce. Z jednej strony mamy twardy elektorat PiS, który będzie głosował na Andrzeja Dudę (oraz skrajną prawicę, która w pierwszej turze poprze swojego kandydata). Z drugiej: elektorat opozycji, który czeka na kandydata na prezydenta – i jeszcze poczeka.

Największa partia opozycyjna Platforma Obywatelska zapowiedziała właśnie, że swoją decyzję o  kandydacie ogłosi dopiero 14 grudnia, a wcześniej odbędą się partyjne prawybory. Wśród jej kandydatów na kandydata nie ma wyraźnego lidera, który przyciągałby szeroki elektorat. Po rezygnacji Donalda Tuska została dziura, wielu popierających PO jest zniechęconych sytuacją. Lewica także nie wie jeszcze, kogo wystawi, w zasadzie wiadomo tylko, że lider PSL-u Władysław Kosiniak-Kamysz  jest gotowy do startu – ale jego osoba wydaje się zbyt konserwatywna dla większości wyborców opozycji. Mamy też jeszcze wyborców niezdecydowanych, którzy chcieliby zagłosować, ale nie wiedzą, czy znajdą jakiegoś kandydata dla siebie.

To personalia. Teraz spójrzmy na oczekiwania i nastawienie ludzi.

Po pierwsze – Polacy od lat generalnie nie ufają politykom. W badaniach jakościowych przeprowadzonych latem 2019 roku przez Przemysława Sadurę i Sławomira Sierakowskiego wynika, że wśród wyborców rozkwita polityczny cynizm, który w uproszczeniu można by opisać tak: wszyscy politycy kłamią i kradną, dlatego wybrać trzeba tych, którzy choć kradną, to czasem jednak się dzielą. Nie ma więc tu zaufania, a jedynie określenie własnego interesu. Co nie znaczy, że wyborcy ten układ lubią i nie chcieliby zagłosować na kogoś, komu ufają.

Po drugie – od dłuższego czasu po stronie opozycyjnej mamy do czynienia z pewnego rodzaju abdykacją polityków, jeśli chodzi o inicjowanie i inspirowanie działań obywatelskich. Kiedy przyjrzymy się najważniejszym wydarzeniom ostatnich trzech lat po stronie opozycji demokratycznej, okaże się, że z reguły miały one związek ze śledztwami dziennikarskimi albo z aktywnością liderów obywatelskich.

Politycy najczęściej pojawiali się w polu widzenia dopiero w reakcji na to, co już się wydarzyło. To nie partyjni działacze od 3 lat aktywizowali Polaków, lecz obywatelscy influencerzy (czyli osoby wpływowe w sieci).

Po trzecie –  na co dzień większości Polaków polityka nie interesuje. Owszem, w wyborach prezydenckich możemy spodziewać się wysokiej frekwencji. To wybory personalne, zawsze wzbudzają zainteresowanie, a ostatnie głosowania pokazują, że frekwencja wyborcza rośnie, zapewne więc do urn wiosną pójdzie naprawdę duża liczba Polaków. Co nie znaczy, że wszyscy mają wielkie rozeznanie polityczne, czytają programy kandydatów i racjonalnie podchodzą do głosowania. Wielokrotnie zbadano, że na decyzje wyborcze największy wpływ mają emocje: chętniej głosujemy na tych, których znamy albo z którymi się identyfikujemy, którzy budzą naszą sympatię i podobają się nam z wyglądu.

Czy to musi być poważny polityk? Nie musi.

Przystojny, budzący sympatię i łatwo nawiązujący kontakt z ludźmi dziennikarz-celebryta (i oczywiście także dziennikarka-celebrytka) z poczuciem humoru, znany z telewizji, może znacznie lepiej spełniać te oczekiwania niż najbardziej merytoryczny poseł.

„Niech opustoszeją kościoły, w których Jezus jest członkiem PiS”

Z tej perspektywy przyjrzyjmy się Szymonowi Hołowni.

Ma 43 lata. Pochodzi z Polski Wschodniej, z Białegostoku. Niemal jak Patryk Jaki, eksponujący akurat ten aspekt swojego dzieciństwa w kampanii na prezydenta Warszawy, młodość spędzał w bloku. Z rodzicami i młodszym bratem mieszkał w niewielkim mieszkaniu, uczył się w państwowej podstawówce, choć w liceum – już społecznym.

Jednak karierę zrobił w Warszawie: najpierw dziennikarską, potem jako prezenter i (coraz bardziej) celebryta TVN, także jako autor 20 książek, związanych z religią katolicką i Kościołem. To książki pisane prostym językiem, popularne, nie naukowe – sprzedały się w prawie milionie egzemplarzy.

Hołownia jako młody człowiek dwukrotnie był w nowicjacie w zakonie dominikanów i dwukrotnie z niego zrezygnował. Dziś jeśli jest związany z Kościołem katolickim, to z tym franciszkańskim, czemu wielokrotnie dawał wyraz. We wrześniu apelował w „Tygodniku Powszechnym”: „Niech opustoszeją kościoły, w których Jezus jest członkiem PiS”. W felietonie odniósł się wówczas do wypowiedzi abp Jędraszewskiego dotyczących osób LGBT oraz do oświadczenia Rady Biskupów Diecezjalnych, którzy wsparli arcybiskupa. Hołownia napisał: „Jeśli komuś wydawało się, że byliśmy już na dnie niemądrych wypowiedzi polskich biskupów – parę dni temu mógł usłyszeć pukanie do spodu w to dno. (…)

Niech jak najszybciej opustoszeją te kościoły, w których Pan Jezus jest członkiem PiS-u, w których szczuje się heteroseksualistów na gejów. Niech jednak frekwencyjnego i finansowego wiatru w żagle dostaną te wspólnoty, w których głosi się nadzieję, nie strach, nie butę, nie jakieś wizje świata wzięte prosto z Marsa”.

Wyrazisty światopoglądowo, mówi wprost, nie chowa się za komunałami. Wspiera osoby LGBT i uchodźców, propaguje wegetarianizm. Po lipcowym Marszu Równości w Białymstoku w poście na FB bardzo krytycznie odniósł się do listu duszpasterskiego, wydanego przez metropolitę białostockiego abp. Tadeusza Wojdę: „Metropolita Wojda wysyła zaś nas na kolejną polsko-polską wojnę. Jako białostocczanin z pochodzenia i katolik z przekonania i praktyki – na pewno z nim na nią nie ruszę. Bo Jezus, o ile dobrze pamiętam, wzywał nas byśmy SIEBIE rozliczali z grzechów, a grzesznikom najpierw – jak On – dawali NADZIEJĘ. Jaką NADZIEJĘ zaniósł uczestnikom marszu arcybiskup Wojda?  A do wszystkich polskich biskupów, wielu z nich to moi znajomi, po raz dwudziesty siódmy apeluję:

jeśli chcecie odzyskać moralne prawo do protestów przeciw deprawacji dorosłych i seksualizacji dzieci, rozprawcie się najpierw do spodu i do bólu z deprawacją i seksualizacją, którą prowadzili wasi obecni lub byli podwładni”.

Rozpoznawalny

Na Facebooku ma ponad 200 tys. fanów, na Instagramie – 70 tys. Jego facebookowe posty zdobywają kilka-kilkanaście tysięcy reakcji i udostępnień, czego mógłby mu pozazdrościć niejeden polityk. Post odnoszący się do abp. Wojdy zdobył 18 tys. reakcji i został udostępniony prawie 6 tys. razy.

Ma żonę, która jest pilotem myśliwca, oficerem Sił Powietrznych RP. I malutką córeczkę. Ludzie mu ufają – we wrześniu zorganizował na Facebooku zbiórkę charytatywną, aby mimo negatywnej decyzji rządu znalazły się pieniądze na telefon zaufania dla dzieci i młodzieży, prowadzony przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę. W ciągu dwóch dni zebrał wtedy ponad 2 mln zł (gros pieniędzy wpłaciła Dominika Kulczyk).

Wspiera dzieci w Zambii – w 2013 roku założył Fundację Kasisi, która pomaga tam najbardziej potrzebującym. Tak pisze o tym na stronie organizacji:

„Od kilku lat »moim« miejscem jest Dom Dziecka Kasisi prowadzony w Zambii przez Siostry Służebniczki Maryi Panny Niepokalanie Poczętej z polskiej Starej Wsi. Sierociniec działa wyłącznie dzięki ofiarności ludzi dobrej woli i nie ma żadnego wsparcia ze strony państwa zambijskiego. Jego potrzeby są natomiast ogromne: wszystkim dzieciom trzeba zapewnić jedzenie, leki, ubranie i możliwość nauki. Byłem w Kasisi już wielokrotnie i, patrząc na heroizm, z jakim siostry codziennie zabiegają o to, aby dzieciaki miały nie tylko bezpieczny dach nad głową, ale i jedzenie, pomoc medyczną, edukację, a gdy dorosną – wsparcie w znalezieniu pracy, mogę powiedzieć, że w Kasisi oddycha się wiarą przez skórę. To chrześcijaństwo w czystej postaci! (…)

Obecnie w Kasisi jest około 250 dzieciaków, część z nich ma HIV, część ma już AIDS, a także gruźlicę, anemię, grzybicę etc. Na szczęście niektóre są całkiem zdrowe i potrzebują jedynie miłości i wsparcia”.

„Katolewak”:  jeździ po Polsce i chwali wegetarianizm

Jeździ po całej Polsce, przede wszystkim na spotkania autorskie. W październiku odwiedził: Wadowice, Białystok, Zegrze, Nadarzyn, Czeremchę, Zamość, Poznań, Jaszkowo, Chojnice, Gdańsk, Elbląg, Wieliczkę, Nową Sól, Opole, Karczew, Wrocław i Małą Wieś. W listopadzie ma zaplanowane: Gniezno, Radom, Szemud, Kalwarię Zebrzydowską, Niepołomice, Kraków, Nową Hutę, Bydgoszcz, Chojnice, Sieradz, Stęszew, Sanok. Po drodze oczywiście kilka razy także Warszawa. Od sali parafialnej po kongresy. Od gminnej biblioteki po wystąpienie na Gali Srebrnego Drzewka Polskiej Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku. Na zdjęciach widać wypełnione sale i Hołownię, czasem w sportowej marynarce, czasem po prostu w bluzie, wyluzowanego i rozgadanego.

Ostatnio promował swoją książkę „Boskie zwierzęta”. To wyrażony w duchu katolickim szacunek wobec zwierząt, uznanie ich uczuć i wartości życia, oczywiście także – pochwała wegetarianizmu. Książka okazała się kontrowersyjna: portal pch24.pl, związany ze Stowarzyszeniem Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi, właśnie realizuje film „Mięsożerca”, w którym (jak wynika z zapowiedzi) Hołownia będzie bohaterem negatywnym z powodu promowania „antychrześcijańskiej i antyludzkiej ideologii wegetarianizmu”.

Teraz dziennikarz na spotkaniach autorskich pewnie będzie opowiadał o dwóch najnowszych publikacjach, które właśnie się pojawiły. Jedna to wspomnieniowo-biograficzne rozmowy z jego telewizyjnym partnerem Marcinem Prokopem „Pół na pół”. Trochę prywatności, trochę anegdot.

Druga to coś z zupełnie innej półki: „Maryja. Matka rodziny katolickiej”. Jak pisze sam autor, to książka o Jasnej Górze i jasnogórskiej ikonie Maryi. „Mam nadzieję, że Jasna Góra, która łączyła nas przez tyle lat, znów połączy nas ponad podziałami” – napisał Hołownia w poście zapowiadającym książkę. To nawiązanie do tego, iż książkę wydało jasnogórskie wydawnictwo, mimo że, jak zaznacza Hołownia, jest uważany za „katolewaka”.

Dotychczas trzymał się raczej z dala polityki, choć ciągle blisko spraw społecznych, przede wszystkim jako dziennikarz i felietonista: „Gazety Wyborczej”, „Newsweeka”, „Ozonu”, „Rzeczpospolitej”, „Wprost”, „Tygodnika Powszechnego”.

W ostatnich latach, im bardziej religia zbliżała się do polityki, tym bardziej i on się zbliżał, coraz częściej zabierając głos właśnie w sprawach politycznych. W aktywności publicznej ma też pewną tradycję rodzinną – jego ojciec, Wojciech Hołownia, był w latach 80. działaczem „Solidarności” w Białymstoku.

W pierwszych wolnych wyborach samorządowych w 1990 roku został radnym miejskim (był nim przez sześć lat), a potem – wiceprezydentem Białegostoku.

Twitter lekceważąco

Obserwowałam reakcje w sieci na pierwszą informację o kandydowaniu Szymona Hołowni na prezydenta. Widać było przede wszystkim różnice między użytkownikami Twittera (gdzie Hołownia jest nieaktywny) a Facebooka. Na Twitterze potraktowano go raczej jako pewną osobliwość, ciekawostkę może, ale na pewno nie jak poważnego kandydata. W sondzie z pytaniem o ocenę tej kandydatury, opublikowanej przez Marcina Dumę, prezesa IBRiS-u, dominowały odpowiedzi, iż Hołownia skończy jak Paweł Tanajno – niszowy kandydat z wyborów prezydenckich w 2015 roku.

Natomiast na Facebooku wiele komentarzy było entuzjastycznych. Pod postami mediów, które opublikowały informacje o możliwym starcie, część użytkowników od razu zadeklarowała, że zagłosuje na Hołownię. Tomasz: „Super, jest wyważony, tolerancyjny, niespaczony i wreszcie z naszego pokolenia”. Michał: „Ta kandydatura może zaskoczyć. Ma szansę trafić zarówno do elektoratu wielkomiejskiego, TVN-owego, jak i do wiejskiego, katolickiego”. Ci, którym Hołownia nie odpowiada, najczęściej zarzucali mu zbytnią bliskość z Kościołem. Ale i na to odpowiadali komentatorzy. Janina: „Szymon Hołownia nie jest „kościółkowy”, jak piszą niektórzy. Jest katolikiem. Mądrym, uczciwym, odważnym w głoszeniu swoich osądów.

Gdyby większość katolików taka była, mielibyśmy zupełnie inne państwo”. Edyta: „Ja zagłosuję! Lubi księży! Ale też ma dystans do wszystkiego! Potrafi powiedzieć głośno to, co myśli! Wolę Szymona niż Adriana”.

Stosunek do Kościoła katolickiego byłby dla Hołowni jednym z najpoważniejszych i najtrudniejszych tematów kampanijnych. Z jednej strony bliskość z Kościołem to jego wielka zaleta, bo daje realną szansę na przyciągnięcie tego elektoratu, który identyfikuje się z Kościołem, a przynajmniej nie chce go atakować, ale też czuje się zniesmaczony zachowaniami wielu polskich hierarchów, dotyczącymi choćby osób LGBT czy pedofilii.

Hołownia może być tu przykładem „nowoczesnego katolika”, bliskiego papieżowi Franciszkowi, a nie polskim biskupom. Z drugiej strony – problematyczne będzie przekonanie elektoratu lewicowego do takiej kościelnej identyfikacji.

Partyjni wyjadacze kontra buty Sterczewskiego

Hołownia w ogóle jest raczej kandydatem dla elektoratu „miękkiego” – wahającego się, popierającego różne ugrupowania w różnych wyborach, nieprzywiązanego do jednej partii. W obecnej sytuacji może się jednak okazać, że takich wyborców jest wielu – opozycja bowiem nie jest dziś w stanie wygenerować wyrazistego lidera. Jej słabość daje kandydatom takim jak Hołownia pewną szansę – a on świadomie w swoich komentarzach politycznych na Facebooku pokazuje, że ceni ruchy obywatelskie, stawia na ludzi aktywnych, a nie na „starych partyjnych wyjadaczy”, w opozycji do np. PO oczywiście. Widać to choćby w komentarzu na temat słynnych butów nowego posła Franka Sterczewskiego (odebrał on nominację poselską w butach sportowych):

„Te buty to buty symboliczne, bo on w nich właśnie przeszedł cały swój okręg wyborczy, dzięki czemu startując z ostatniego miejsca jako polityczny debiutant zrobił wspaniały wynik. Podobnie jak słynna już młoda kongresmenka z Nowego Jorku Alexandria Ocasio-Cortez, której znoszone w kampanii buty stały się symbolem polityki wracającej z partyjnych, totalnie odrealnionych baniek tam, gdzie jej miejsce, do ludzi.

Mamy z Frankiem różne zdania w paru istotnych światopoglądowych kwestiach, w znacznie większej liczbie tych społecznych – myślimy bardzo podobnie lub tak samo. A jedno wiem na pewno: starzy partyjni wyjadacze w eleganckich półbutach, przekonani że tylko oni wiedzą jak się robi Polskę, bo ją nam robią od lat 90., a wszystkie te obywatelskie kandydatury i ruchy to amatorszczyzna, i „zostawcie to fachowcom”, jednak nie wiedzą, jak się dziś powinno ową Polskę robić. Bo to Franek to wie. I jest tylko kwestią czasu – miesięcy i lat, na pewno nie dekad – gdy dołączą do niego liczni inni”.

Czarny koń czy Paweł Tanajno?

Dla zbudowania poparcia przez Hołownię istotna będzie także odpowiedź na pytanie, kto go popiera i kto tworzy jego zaplecze. Jeśli już na starcie poprą go cieszący się autorytetem liderzy opinii publicznej, jego pozycja wzrośnie. Jeśli natomiast okaże się, że jest sam – rzeczywiście skończy wyścig jak Paweł Tanajno.

Trudno dziś oceniać, jakie realne szanse miałby Hołownia w wyścigu do prezydentury. Nawet klasyczne sondaże, zrobione dziś, nie oddadzą jego rzeczywistych szans – akurat w jego przypadku kampania może dużo zmienić. Pierwszym prawdziwym testem będzie zbiórka 100 tysięcy podpisów, niezbędnych do zarejestrowania kandydatury.

Czy Szymon Hołownia ma szansę stać się czarnym koniem wyborów? Sądząc po opiniach twitterowiczów – nie. Ale… kto rok temu wierzył, że prezydentem Ukrainy zostanie Wołodymyr Zełenski?

 

OKO.press

%d blogerów lubi to: