Gądek, 13.11.2019

 

Co Duda i Macierewicz powiedzieli między wierszami? Jest sporo polemik, żali i pretensji [ANALIZA]

Jacek Gądek
Prezydent Andrzej Duda wygłosił orędzie, jakby chciał zdjąć z Sejmu „klątwę nienawiści”. I tak jak kilka lat temu Ewa Kopacz apelował o podanie sobie rąk. Przekazanie sobie znaku pokoju w polskiej polityce oznacza jednak rozpoznanie wroga i jeszcze więcej wojny. A o to zadbał już marszałek senior Antoni Macierewicz, który wygłosił felieton jak w mediach o. Tadeusza Rydzyka.

Co ciekawe, w obu mowach aż iskrzyło się od zaszytych polemik, wzajemnych pretensji i złośliwości.

Zacznijmy od Andrzeja Dudy. Prezydent na pierwszy rzut oka w zasadzie nie powiedział nic poza „dziękuję” dla wyborców i kazaniem dla polityków, by się nie żarli w Sejmie, bo wyborcy tego nie lubią, a podparł to jeszcze cytatami z Jana Pawła II i Tadeusza Mazowieckiego.

Duda mógłby się uczyć od Komorowskiego konkretności

Mowa Dudy była jednocześnie pusta, a zarazem finezyjna.

Dlaczego pusta? Bo prezydent nie przedstawił żadnego konkretu. Żadnego. Tu warto przypomnieć, co w 2011 r. mówił w podobnym orędziu prezydent Bronisław Komorowski. Tak wyśmiewany dziś były prezydent sypał konkretami i nawoływał do reform, bo bez nich Polska straci szanse rozwojowe. Drugi rząd Tuska dopingował, by „poprawić system sądowniczy”, mówił o „jakości kształcenia” młodych, o konieczności budowania „strategii demograficznej” i dokończeniu reformy służby zdrowia, o obronie przed kryzysem gospodarczym czy też o strefie euro. Jeśli chodzi o konkretność orędzi, to Duda mógłby się od Komorowskiego uczyć.

Komorowski w 2011 i Duda dziś wygłaszali swoje przemówi jednak w zupełnie różnych kontekstach. Komorowski dopiero co wygrał wybory i rozgaszczał się w Pałacu Prezydenckim. Duda przystępuje do walki o reelekcję. Słowem: Komorowski mógł mówić dość otwarcie, co myśli. Duda teraz z kolei myśli tylko, o wygraniu wyborów za pół roku.

„Liberalna polemika” z Kaczyńskim i umizg do skrajnej prawicy

Skupmy się na tym, co dziś Duda powiedział. A była w jego mowie i „liberalna” polemika z Jarosławem Kaczyńskim, i umizg wobec skrajnie prawicowej Konfederacji. Duda gra już na dwóch fortepianach – oczywiście z myślą o pozyskaniu wyborców w wyborach prezydenckich.

Duda podkreślał, że wszyscy zgromadzeni w ławach poselskich chcą, by „Polska była wolną, niepodległą i suwerenną po wsze czasy”. A przecież media publiczne i prywatne sprzęgnięte z obozem władzy oskarżały Konfederację, że jest ona niemal rosyjskim przyczółkiem w Polsce.

Wojna PiS-u z Konfederacją (atakowaną albo przemilczaną) była naturalna, bo obie formacje rywalizowały o podobny elektorat. To pod ich adresem prezydent mówił, że zasiadają w Sejmie z pobudek patriotycznych – nie zarzucał im, że są V kolumną. Umizg Dudy wobec Konfederacji i jej wyborców jest skalkulowany, bo w II turze wyborów Duda będzie potrzebował także głosów narodowców i antysystemowców

Duda cieszył się, że wszystkie komitety ogólnopolskie mają swoją reprezentację w Sejmie. A więc nie tylko Konfederacja, ale także PSL, z którym PiS walczy od zawsze. Duża część wyborców PSL-u popierała Dudę w wyborach prezydenckich, zatem prezydent na wojnie z PSL-em akurat nie jest.

Pompowanie frekwencji

Duda dziękował wszystkim wyborcom za to, że „dali wyraz odpowiedzialności”, bo poszli na wybory parlamentarne. Cieszył się najwyższą frekwencją po 1989 r. Co ważne: PiS upatruje mniejszej niż oczekiwano w partii wygranej w wyborach do Sejmu właśnie w braku mobilizacji własnego elektoratu. Duda więc – faworyt w wyborach – już stara się pompować frekwencję w wyborach prezydenckich.

Sam Duda miała prawo do pewnej melancholii, bo sam był przez 3 lata posłem przy Wiejskiej. Wspominał debaty w Sejmie, które miały miejsce za jego poselskiej kadencji. Akurat w minionych czterech latach w Sejmie, niepodzielnie rządzonym przez PiS, parlament stał się maszynką do głosowania, a nie miejscem dyskusji. Wezwanie Dudy, aby Sejm debatował tak jak kiedyś, to zatem przytyk pod adresem PiS.

Andrzej Duda przydługo apelował o kulturę języka i szacunek dla siebie nawzajem w Sejmie. I ma prezydent rację, że awantury w Sejmie „budzą zgorszenie” w oczach wyborców. Kłopot w tym, że to PiS jest tu pierwszym winnym. A apele Dudy do PiS, by zachować zasady debaty parlamentarnej, to jak apele do lisa, by siedząc w kurniku z szacunkiem traktował kury. To się dotychczas nie udawało – nawet jeśli PiS obiecywało wprowadzić choćby „pakiet demokratyczny”, to potem lądował on w koszu.

O ile apele prezydenta, że warto w Sejmie rozmawiać, jest oczywistością, to twierdzenie Dudy, że mimo różnic poglądów da się znaleźć porozumienie i wspólne zdanie można włożyć między bajki. To tylko granie na społecznym oczekiwaniu, by się ci politycy nie żarli aż tak bardzo. Nic ponadto. Ostry konflikt i polaryzowanie sceny politycznej są w DNA PiS-u. Pięknymi słowami prezydent nic nie zmieni.

Był i obowiązkowo cytat z Lecha Kaczyńskiego. Tym razem Duda przywoływał słowa śp. prezydenta, że podstawą patriotyzmu jest miłość – „miłość do ojczyzny, ale także do drugiego człowieka, do współobywatela”. Słowem: kochajmy się. Takie pięknoduchostwo na starcie nowej kadencji PiS może tylko rozczulać.

Cytaty na dwa fortepiany

Prezydent kroił przemówienie już z myślą o walce o reelekcję. Najdobitniej widać to w doborze cytatów. Z jednej strony zacytował papieża Jana Pawła II – bohatera zwłaszcza konserwatywnej i wierzącej części społeczeństwa. A z drugiej Tadeusza Mazowieckiego – pierwszego niekomunistycznego premiera, wywodzącego się ze środowisk katolickich, ale jednocześnie Mazowiecki jest bohaterem liberalnej opozycji.

Dużą część przemówienia Dudy zajęła polemika z poglądem wyrażonym przez Jarosława Kaczyńskiego, że na polskim gruncie poza Kościołem jest tylko nihilizm. „Wyrażonym przez”, bo prezes PiS sam w to zapewne nie wierzy, ale wygłaszanie tak ordynarnej tezy było mu potrzebne w dotarciu do konserwatywnego wyborcy.

Oczywiście Duda w tej polemice nie wymienił nazwiska prezesa. Sam Kaczyński zresztą oklaskiwał i ten fragment przemówienia Dudy.

Prezydent docenił wkład nie tylko wyznawców katolicyzmu, czy szerzej chrześcijan, ale także wyznawców innych religii: polskich Tatarów kultywujących Islam czy też wyznawców – jak mówił – odradzającej się w Polsce wiary żydowska. „Muszę przypomnieć…” – mówił Duda urządzając mini-wykład prezesowi PiS.

Przywołanie w takim kontekście Tadeusza Mazowieckiego było celne. W 1989 r. śp. premier mówił, a dziś Duda to cytował: – Nie stoimy jako naród na straconych pozycjach, jeśli zdobędziemy się na wysiłek, cierpliwość i wolę działania. Miejmy ufność w duchowe i materialne siły narodu. Wierzę, że Bóg nam dopomoże, żebyśmy uczynili wielki krok na drodze, która się przed nami otwiera.

O ile Kaczyński twierdził, że „poza Kościołem jest tylko nihilizm”, to Duda mówi coś innego: trochę więcej zaufania do ludzi, panie prezesie, także do tych, którzy katolikami nie są.

Duda uśmierza ból po słowach Kaczyńskiego

Chyba każdy, kogo zabolała chybiona teza Kaczyńskiego o nihilizmie poza Kościołem, wie że przywołany i doceniony przez Dudę Mazowiecki jest autorem preambuły do polskiej konstytucji. A mówi ona doskonale rzecz oczywistą, że tak ludzie wierzący jak i agnostycy czy ateiści nie są żadnymi nihilistami, ale też dobrymi Polakami.

Zacytujmy preambułę: „W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny, odzyskawszy w 1989 roku możliwość suwerennego i demokratycznego stanowienia o Jej losie, my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł…”.

Jeśli kogoś zabolały słowa Kaczyńskiego o nihilizmie, to słowa Dudy powołującego się na Mazowieckiego to miód na serce.

Mowa Dudy wyglądała w tym fragmencie jak reprymenda dla ucznia, którego nazwiska prezydent jednak nie wymienił. Prezydent wyjaśnił, że o szacunku do wielości religii mówi dlatego, że widzi w ostatnich latach wiele kryzysów na tym tle, które „mogą ranić”. Incydenty antychrześcijańskie, antysemickie czy antymuzułmańskie się zdarzają, ale krzywdzące hasło „poza Kościołem tylko nihilizm” do polityki na nowo wprowadził właśnie prezes PiS. W przeciwieństwie do Kaczyńskiego w słowach Dudy wybrzmiał – co jest oczywistością – szacunek m.in. dla osób niewierzących.

Znak pokoju”

Prezydent wezwał wszystkich, aby podać sobie w geście dobrej woli dłonie. Sam też ściskał ręce liderów z pierwszego rzędu. Gest można docenić, ale historia pokazuje, że takie symbole niewiele dają.

Najlepszy przykład. W 2014 r. premier Ewa Kopacz w swoim expose wezwała Jarosława Kaczyńskiego: „Panie prezesie, zdejmijmy z Polski tę klątwę nienawiści”. Jarosław Kaczyński i Donald Tusk na to wezwanie uścisnęli sobie dłonie, a potem wojna między ich obozami trwała nadal.

Duda o miłości, Macierewicz o wojnie

O ile Duda wygłosił „miłosne” orędzie, to Antoni Macierewicz jako marszałek senior mówił, że czas wznowić wojnę.

Macierewicz nie byłby sobą, gdyby nie wykorzystał doskonałej okazji do zaprezentowania swojej wizji historii. Na wstępie jednak podziękował Dudzie za „istotne przemówienie”, by potem iść pod jej prąd.

Już w pierwszych zdaniach wylał swój żal wobec prezydenta. Jak?

Macierewicz hołubił „Solidarność”, a stan wojenny uznał za hańbę i zbrodnię. W minionej kadencji jeszcze jako minister obrony narodowej przygotował ustawę degradacyjną. Umożliwiała ona degradowanie wojskowych, którzy odpowiadali za stan wojenny i tych którzy w latach 1943-90 „sprzeniewierzyli się polskiej racji stanu”. Jak ta ustawa skończyła? W koszu – zawetował ją bowiem Andrzej Duda. A była ona oczkiem w głowie Macierewicza, więc musiało zaboleć.

W mowie Macierewicz podkreślał więc, że resztówki po PRL-u maja się nieźle. – Smutne dziedzictwo wciąż nie zostało w pełni przekreślone i odrzucone. I chociaż w poprzedniej kadencji Sejmu przeprowadzono fundamentalne, niesłychanie istotne zmiany w sprawach społecznych, gospodarczych i historycznych, odpowiedzialność za ostateczne uporanie się z ciemną spuścizną komunizmu spada na nas – mówił Macierewicz. Dla niego generalskie stopnie Wojciecha Jaruzelskiego czy Czesława Kiszczaka są elementem tej spuścizny.

Smoleńsk? „Odrodzenie”

W mowie Macierewicza nie zabrakło motywu Smoleńska. Według niego rok 2010 był przełomem – momentem, od którego zaczęło się „odrodzenie narodowe”. Hamował się jednak w tym wątku i to bardzo.

Mówił o „dramacie katastrofy smoleńskiej”, choć sam twierdzi, że to eksplozje zniszczyły Tu-154M i zabiły wszystkich pasażerów. – Bez względu na opinie o przyczynach tej tragedii, uświadomiła ona nam wszystkim, jak kruche były dotychczasowe przemiany, jak ważne jest silne państwo polskie i bezpieczeństwo militarne. A przede wszystkim, jak wielkie jest stale ciążące nad nami zagrożenie zewnętrzne – podkreślał. O Rosji nie wspomniał, o „naprowadzaniu na śmierć” czy wybuchach – też nie. To duże samoograniczenie z jego strony.

Stałymi elementami wystąpień Macierewicza jest walka z postkomunizmem, ideologią gender i skutki Okrągłego Stół. Tak było i tym razem – tu nic nie dziwi.

Macierewicz bije w UE

Za to uderzenie w Unię Europejską było już szkodliwe w obozu PiS. Znając jego poetykę, to właśnie o tę instytucję mu chodziło, gdy mówił: – Wiemy też, jakie są zagrożenia geopolityczne wynikające z utopijnej próby budowania neosocjalistycznego imperium i kto jest naszym rzeczywistym sojusznikiem strategicznym.

Dla Macierewicza utopią jest UE, a sojusznikiem USA. Po co to mówi? Bo akurat jego elektorat jest eurosceptyczny. Do jego wyznawców antyunijny przekaz dotrze, a „letnich” w ogóle nie obejdzie, bo jest tak zawoalowany.

Głośna pretensja do Julii Przyłębskiej

Były szef MON mówił, że musimy zbudować państwo odróżniające „cywilizację życia” od „cywilizacji śmierci”. To przytyk do bezczynności PiS i personalnie do prezesa J. Kaczyńskiego ws. zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Bo szef PiS przez ostatnie cztery lata robił dużo, żeby nic się tutaj nie zmieniło. W praktyce chodzi o zakaz aborcji ze względu na duże prawdopodobieństwo ciężkiego uszkodzenia płodu. Macierewicz jako zaufany człowiek o. Tadeusza Rydzyka jest w swoich publicznych wypowiedziach gorącym zwolennikiem takiego zakazu.

Największą pretensję Macierewicz wyraził w tym punkcie wobec prezes Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej. Cytując konstytucję, a ta zakłada ochronę prawną życia każdego człowieka, stwierdził, że „w sposób oczywisty oznacza to ochronę życia od poczęcia do naturalnej śmierci”.

A przypomnijmy: już dawno posłowie PiS wysłali wniosek do Trybunału o stwierdzenie, że aborcja ze względu na wady płodu (politycy PiS określają ją „aborcją eugeniczną”) jest sprzeczna z konstytucją. Jednak Przyłębska wrzuciła ten wniosek do zamrażarki – formalnie wciąż czekał na rozpatrzenie. Z kolei PiS tak zmieniło prawo, że wnioski poselskie do TK wraz z końcem kadencji trafiały do kosza. Było to działanie przemyślane, obliczone właśnie na zgaszenie kwestii zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej.

Co więc między wierszami mówi Macierewicz? Że Przyłębska pozwalana na łamanie konstytucji i jest posłuszna prezesowi PiS.

***

Można się zżymać na konfrontacyjną mowę byłego szefa MON, ale było to zapewne ostatnie politycznie znaczące przemówienie Antoniego Macierewicza. Wykorzystał okazję, by wyłożyć swoje wizje, pretensje i wylać żale. Macierewicz stracił wpływy i nie może już liczyć na realną władzę, a jedynie na splendory. Zostały mu słowa, więc nimi szermuje.

Andrzejowi Dudzie zależy z kolei na utrzymaniu władzy, więc waży każde słowo. Wiele z nich jest jednak pustych.

 

gazeta.pl

%d blogerów lubi to: