Michalski, 21.11.2018

 

Jak załatwia się pracę dzieciom polityków PiS

Kacper Jakub Kamiński jest kolejnym dzieckiem ważnego polityka „dobrej zmiany”, który w młodym wieku otrzymał intratną pracę w sektorze publicznym. Prezes NBP wysłał syna koordynatora służb specjalnych do waszyngtońskiej centrali Banku Światowego w roli doradcy. Młody Kamiński zarabia rocznie około pół miliona złotych. Jego ojciec twierdzi jednak, że nie pomógł synowi w karierze. 

„Resortowe dzieci” – tak przez lata związani z PiS dziennikarze i politycy określali dzieci ważnych polityków PRL i III RP, które zrobiły karierę. Działacze i zwolennicy PiS twierdzili, że gdyby nie poparcie rodziców, dzieci nigdy nie miałyby szans na tak intratne stanowiska i zarobki.

PiS twierdził przy tym, że „resortowe dzieci” z „układu” odebrały szansę na karierę wielu utalentowanym Polkom i Polakom, którzy nie urodzili się w tak prominentnych domach.

Teraz, po trzech latach rządów „dobrej zmiany” na światło dziennie wychodzą informacje o karierach dzieci nowej elity, które bez większego doświadczenia zajmują ważne stanowiska i zarabiają krocie. Tym, co ich łączy, jest deklaracja, że wszystko osiągnęli sami i bez pomocy rodziców.

Najnowszym przykładem jest 29-letni Kacper Jakub Kamiński, który po sześciu i pół latach zawodowego doświadczenia został nominowany przez prezesa Narodowego Banku Polskiego na doradcę w Banku Światowym. Historię jego zawrotnej kariery opisały „Gazeta Wyborcza ” i TVN24.

29-letni doradca za pół miliona złotych

Minister Mariusz Kamiński, koordynator służb specjalnych, w przesłanym mediom oświadczeniu zapewnia, że nie zabiegał o posadę dla syna. Co więcej – podkreśla ojciec – Kacper Kamiński posiada odpowiednie wykształcenie – studia prawnicze ze specjalizacją prawo gospodarcze. „Z nikim nie prowadziłem również na ten temat żadnych rozmów”, wyjaśnia Kamiński.

O wysłaniu do Waszyngtonu młodego Kamińskiego zdecydował Adam Glapiński, prezes NBP. U którego – jak informuje „Gazeta Wyborcza” – na dyrektorskim stanowisku pracuje była żona Kamińskiego, Anna Kasprzyszak, matka Kacpra Kamińskiego.

Glapiński zdecydował, że od lipca 2018 roku wicedyrektorem wykonawczym w Banku Światowym z polskiej strony jest Katarzyna Zajdel-Kurowska, specjalistka od finansów z długoletnim stażem w ważnych instytucjach w Polsce i za granicą, do czerwca wiceprezeska NBP. To właśnie jej doradcą jest Kacper Jakub Kamiński.

„Posiadam wszelkie kompetencje i doświadczenie zawodowe potrzebne do zatrudnienia w Banku Światowym. Ukończyłem studia prawnicze, ze specjalizacją prawa gospodarczego. Przez okres 3 lat zdobywałem doświadczenie zawodowe na rynku prywatnym, następnie przez ponad 3,5 roku pracowałem w Parlamencie Europejskim na stanowisku doradcy w Komisji Budżetowej Parlamentu” – napisał Kamiński junior w oświadczeniu dla tvn24.pl.

Doświadczenie na rynku prywatnym to – jak pisze portal – praca dla powiązanej z PiS spółki „Srebrna”, a w europarlamencie dla frakcji, do której należy Prawo i Sprawiedliwość. „Gazeta Wyborcza” przypomina natomiast, że opinia publiczna po raz pierwszy usłyszała o Kacprze Kamińskim w 2011 roku, kiedy został radnym w podwarszawskim Otwocku. Rekomendował go PiS, a jego ojciec – szef mazowieckich struktur partii – promował go na plakatach wyborczych.

Informator „Wyborczej”, jeden z byłych przedstawicieli Polski w Banku Światowym, szacuje, że Kacper Kamiński zarabia około 120-150 tys. dolarów rocznie. Oznacza to, że syn koordynatora służb specjalnych zarabia ok. 500-600 tys. zł na rok. Kontrakty są dwuletnie. Po ich zakończeniu można liczyć na przedłużenie lub znaleźć pracę w strukturach Banku Światowego.

Kacper Kamiński to jednak nie jedyna historia tak oszałamiającej kariery krewnych polityków PiS.

Synowie Czarneckiego

Europoseł PiS Ryszard Czarnecki ma trzech synów. Dwóch, z pierwszego małżeństwa, jest już dorosłych i usłyszała o nich cała Polska.

35-letni Przemysław jest posłem PiS od 2014 roku. Mandat otrzymał, kiedy Dawid Jackiewicz z sukcesem kandydował do Parlamentu Europejskiego i zwolnił miejsce w Sejmie. Junior kandydował do Sejmu w 2011 roku, a w kampanii silnie wspierał go ojciec. „Czarnecki kandyduje do Sejmu. Jednak tym razem nie będzie to Ryszard, ale Przemysław. Zbieżność nazwisk jest kompletnie nieprzypadkowa. To mój najstarszy syn” – napisał wtedy na swoim blogu senior.

Jednak Ryszard Czarnecki już wcześniej wspierał syna, o czym dowiedzieliśmy się z tzw. taśm Morawieckiego. „No, cześć. Słuchaj, ciąg dalszy tej sprawy, o której ostatnio rozmawialiśmy. Twój Przemek nie chciał tam dalej pracować. Taki sygnał, taką relację, którą dostałem, że jednak został rzucony, został na taką dość mocną wodę, że pisał umowy. W końcu powiedział, że to jest troszeczkę dla niego za duże przeciążenie, i że on nie chce dłużej pracować” – powiedział nagrany ówczesny prezes BZ WBK, Mateusz Morawiecki w telefonicznej rozmowie z europosłem.

Czarnecki odparł na to, że jego syn „bardzo chciał, bardzo się zapalił” i „oczywiście, że chciałby więcej zarabiać”. Morawicki zwrócił mu uwagę, że jeśli jego syn mówi, że coś innego chciałby robić, to jest to dla pracodawców jasny sygnał, że chce zająć się czymś innym. Morawiecki radził europosłowi, aby pogadał z synem „tak po piwku, bo coś mi tutaj zgrzytnęło”.

O Bartoszu Czarneckim, drugim synu europosła, Polska usłyszała, kiedy wyszło na jaw, że pracuje jako doradca w Polskiej Grupie Zbrojeniowej. Ojciec zarzekał się jednak, że nie pomagał załatwić pracy synowi, a ten trafił do PGZ za własne zasługi. – Jest patriotą i chce pracować w polskiej firmie – mówił Ryszard Czarnecki.

Syn Przyłębskich

W czerwcu tego roku „Newsweek” ujawnił, że syn Julii Przyłębskiej, przewodniczącej Trybunału Konstytucyjnego i Andrzeja Przyłębskiego, ambasadora RP w Berlinie, trafił na etat do państwowego Banku Pekao. Marcin Przyłębski, który wcześniej pracował w poznańskim ratuszu, trafił w listopadzie 2017 roku na stanowisko dyrektora ds. współpracy z instytucjami jednego z największych polskich banków, którego prezesem jest Michał Krupiński. W zarządzie banku zasiadają ludzie związani z PiS-em oraz bliscy znajomi partyjnych notabli.

W jaki sposób młody Przyłębski trafił do państwowego Pekao? Czy wygrał konkurs? Biuro prasowe banku, odpisując na pytania „Newsweeka”, skoncentrowało się na wychwalaniu sukcesów zawodowych młodego Przyłębskiego: „Marcin Przyłębski posiada wszelkie kwalifikacje i doświadczenie do pełnienia funkcji dyrektora ds. współpracy z instytucjami jednej z największych instytucji finansowych Banku Pekao. (…) Od wielu lat komentuje sprawy gospodarcze w mediach lokalnych i ogólnopolskich”.

Ani przewodnicząca TK, ani ambasador Polski w Berlinie nie skomentowali sprawy zatrudnienia swojego syna.

newsweek.pl

 

Afera KNF po tygodniu, czyli stado słoni w składzie porcelany

Dariusz Ćwiklak

DARIUSZ ĆWIKLAK

Z wiarygodnością w świecie finansów jest jak w przyjaźni: utracone zaufanie trudno odbudować. Czy PiS będzie w stanie uwiarygodnić nadzór finansowy po wypłynięciu nagrań dokumentujących aferę korupcyjną na samym jego szczycie?

Nagranie, jakiego Leszek Czarnecki dokonał w gabinecie byłego już przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego Marka Chrzanowskiego wstrząsnęło polską polityką i rynkiem finansowym. Niedwuznaczna propozycja zatrudnienia w banku Czarneckiego prawnika polecanego przez szefa KNF była nie do obrony, dlatego Chrzanowski złożył dymisję w tempie iście ekspresowym, jeszcze tego samego dnia, w którym „Gazeta Wyborcza” opublikowała tę informację. Błyskawiczne odejście skompromitowanego szefa nadzoru miało uciąć sprawę. PiS-owski „przekaz dnia” brzmiał tak: premier Morawiecki zareagował błyskawicznie, państwo działa i nie jest z dykty, jak kiedyś. Tyle że to bajki, które można emitować o 19.30 w TVP1, a i to bez przekonania, że ktoś w nie uwierzy.

Uczeń czarnoksiężnika

Najważniejsze pytanie, które zadawałem już tydzień temu, brzmi: czy Chrzanowski to samotny harcownik, czy emisariusz jakiejś grupy? Im dalej w las, tym wyraźniej widać, że 37-letni szef KNF nie jest jakimś talentem-samorodkiem, lecz protegowanym prezesa NBP Adama Glapińskiego, byłego wiceprzewodniczącego Porozumienia Centrum, czyli partii-matki PiS. To Glapińskiemu Chrzanowski zawdzięcza zarówno błyskawiczną karierę urzędniczą, jak i awans naukowy. Poniedziałkowa „Rzeczpospolita” donosi, że mimo poważnych wątpliwości co do dysertacji Chrzanowskiego, Glapiński pomógł mu uzyskać habilitację. I to także prezes NBP miał wciągnąć Chrzanowskiego najpierw do Rady Polityki Pieniężnej (z puli senackiej, z poparciem m.in. senatora Grzegorza Biereckiego, twórcy SKOK-ów), a potem do KNF (dzięki podpisowi ówczesnej premier Beaty Szydło). Już ten przeskok do nadzoru finansowego – zaledwie po półroczu kadencji w RPP – musiał dziwić, zwłaszcza że Chrzanowski zrobił to z gracją słonia w składzie porcelany: w ciągu miesiąca dwa razy składał dymisję („z powodów osobistych”) i raz ją wycofał. Czy ten 37-latek wyciągnięty z uczelni był w stanie samodzielnie knuć polityczne intrygi, o jakich opowiada Leszkowi Czarneckiemu na nagraniu? Czy byłby w stanie choćby przekonać prezydenta Dudę, by ten wycofał z KNF swojego nominata Zdzisława Sokala, który „bruździł” miliarderowi z Wrocławia? Wolne żarty. Aby tego dokonać, musiał mieć wysoko postawionego politycznego patrona. Zwłaszcza, że na nagraniu w tym wątku Chrzanowski konsekwentnie używa liczby mnogiej.

Jeszcze ciekawsze jest to, że Glapiński ani myśli odcinać się od swego protegowanego. Już po dymisji Chrzanowskiego podkreślał, min. na Kongresie 590 w podrzeszowskiej Jasionce i w studio TVP, że były szef KNF kierował nadzorem bardzo dobrze i że jest patriotą. A winne rozpętania afery są oczywiście media.

Czy Zdzisław miał plan?

Głównym punktem nagrania z gabinetu szefa KNF jest „plan Zdzisława”, czyli pomysł przymusowego wywłaszczenia Czarneckiego z Getin Banku, jaki Chrzanowski przypisuje Zdzisławowi Sokalowi. Ten szef Bankowego Funduszu Gwarancyjnego i prezydencki nominat do KNF miał rzekomo dążyć do tego, by banki Czarneckiego (Getin i Idea) wpadły w tak duże kłopoty finansowe, że nie byłoby innego ratunku niż przejęcie ich za grosze przez inny, silniejszy podmiot.

Jak wpędzić bank w kłopoty? Windując mu wskaźniki kapitałowe tak mocno, że właściciel będzie musiał dosypać mu górę pieniędzy albo rzuci ręcznik na ring. Getin Czarneckiego zbiera dziś owoce nadmiernie agresywnego podbijania rynku w poprzednich latach. Niespłacane pożyczki i duży odsetek kredytów frankowych same w sobie są dużym obciążeniem. Na dodatek PiS wprowadził podatek bankowy i podwyższył wskaźniki kapitałowe tak, że Czarnecki nie miał wyjścia: musiał dokapitalizować swój bank blisko miliardem złotych i przygotować plan restrukturyzacji. A taki plan musi zatwierdzić KNF.

Jeśli wierzyć opowieści Chrzanowskiego z nagrania, w KNF ścierały się dwie koncepcje, choć obie nieprzyzwoite. „Plan Zdzisława”, jeśli istniał, miał doprowadzić do wywłaszczenia Czarneckiego i przejęcia jego banku przez inny bank: może przez któryś ze zrepolonizowanych państwowych kolosów, a może przez niewielki Plus Bank Zygmunta Solorza, właściciela Polsatu (taka przynajmniej koncepcja krążyła w zeszłym tygodniu w kuluarach Kongresu 590).

Na ujawnionych w poniedziałek przez „Dziennik Gazetę Prawną” dodatkowych fragmentach marcowego nagrania z gabinetu szefa KNF słychać jak Czarnecki skarży się na Sokala, który na jednym z posiedzeń KNF ni mniej ni więcej tylko próbuje zastraszyć audytora mającego ocenić stan finansów Getin Banku. Czarnecki obawia się o bezstronność audytora poddawanego takiej presji.

„Plan Zdzisława” chciała rzekomo storpedować grupa skupiona wokół Chrzanowskiego, ale przecież nie za darmo: stąd prośba szefa KNF o spotkanie w cztery oczy (wyłącznie w towarzystwie „szumideł”) i próby wciśnięcia swojego prawnika do banku Czarneckiego.

Chrzanowski odmalowuje Sokala jako czarny charakter, który nie do końca wiadomo skąd się wziął i co potrafi. Tyle że to tylko bajer na użytek Czarneckiego.

Było ich trzech

Po pierwsze, akurat brak doświadczenia w pracy w instytucjach finansowych trudno Sokalowi zarzucić. W latach 2006–07 był w PKO BP (jako wiceprezes zarządu), a przez kolejne sześć lat pracował jako członek zarządu banku centralnego z nadania prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Chrzanowski stara się na Czarneckim wywrzeć wrażenie, że Sokala nie zna, i że „Zdzisław od planu” znalazł się w NBP tylko przelotnie i otarł się jedynie o byłego prezesa banku centralnego Sławomira Skrzypka, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Jak zatem wytłumaczyć fakt, że Sokal zasiadł w radzie Fundacji im. Sławomira Skrzypka, powstałej z pieniędzy Adama Glapińskiego? Co więcej, zasiadł tam obok samego Chrzanowskiego! Fundacja dziś jest w stanie likwidacji, ale przez dwa lata organizowała dość intratny Kongres 590, jedną ze sztandarowych imprez gospodarczych PiS, na którą spółki skarbu państwa nie szczędziły reklamowych pieniędzy.

Po co więc ta maskarada ze strony Chrzanowskiego z udawaniem, że nie zna Sokala? Czyżby po to, żeby uwiarygodnić się w roli „dobrego policjanta” i zmiękczyć Czarneckiego?

Strzelba frankowa

W części nagrań ujawnionych przez „Dziennik Gazetę Prawną” słychać nieco więcej na temat innej ciemnej chmury, jaka miała nadciągnąć nad bank Czarneckiego. Getin Bank ma wysoki odsetek kredytów hipotecznych udzielonych we frankach szwajcarskich. Grupa kilkuset tysięcy frankowiczów wraz z rodzinami to łakomy kąsek dla polityków. Nierealną obietnicą przewalutowania kredytów po kursie z dnia zaciągnięcia Andrzej Duda „kupił” część ich głosów w 2015 r. i kto wie czy właśnie dzięki nim nie wygrał wyborów prezydenckich. Na haśle ulżenia frankowiczom jechał też PiS w kampanii kilka miesięcy później.

Ale po wyborach jasne się stało, że kampanijna ściema musiałaby kosztować budżet i banki grube dziesiątki miliardów (KNF za rządów poprzedniego przewodniczącego Andrzeja Jakubiaka wyliczyła koszty w czarnym scenariuszu nawet 100 mld zł). Prezydenccy urzędnicy zaczęli więc kombinować, wymyślając najdziwniejsze pojęcia w rodzaju „kursu sprawiedliwego”. Dopiero w zeszłym roku do Sejmu trafił prezydencki projekt ustawy o pomocy frankowiczom – zupełnie niepodobny do wyborczych obietnic. Najistotniejsze było to, że na specjalny fundusz dla frankowiczów miały się zrzucać banki. I choć kierowana przez posła PiS Tadeusza Cymańskiego podkomisja o najdłuższej chyba w Sejmie nazwie [OTO JEJ POCZĄTEK: „Podkomisja nadzwyczajna do rozpatrzenia: poselskiego projektu ustawy o restrukturyzacji kredytów denominowanych lub indeksowanych do waluty innej niż waluta polska oraz o wprowadzeniu zakazu udzielania takich kredytów (druk nr 729), przedstawionego przez Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej projektu ustawy o zasadach zwrotu niektórych należności wynikających z umów kredytu i pożyczki (druk nr 811), poselskiego projektu ustawy o szczególnych zasadach restrukturyzacji walutowych kredytów mieszkaniowych w związku ze zmianą kursu walut obcych do waluty polskiej (druk nr 877), przedstawionego przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej projektu ustawy o zmianie ustawy o wsparciu kredytobiorców znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej, którzy zaciągnęli kredyt mieszkaniowy oraz ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (druk nr 1863) – A TU KONIEC] do dzisiaj nie przyjęła prezydenckiego projektu, to pomysł wisi niczym strzelba u Czechowa. I w końcu może wypalić (na początku listopada Andrzej Duda dopytywał nawet publicznie co z jego ustawą). Czarnecki w rozmowie z Chrzanowskim wylicza nawet koszty Getinu w przypadku wejścia w życie ustawy: 360 mln zł w dwa lata.

Do d…, ale stabilnie

Politycy PiS udają, że nic się nie stało i po dymisji Chrzanowskiego afery nie ma. Ale po kilku dniach mantra o błyskawicznie reagującym premierze się zużyła i trzeba było dać nowy sygnał, że panujemy nad sytuacją. Sposób jaki wybrano podyktowała chyba panika. Oto bowiem w niedzielę wieczorem zebrał się Komitet Stabilności Finansowej, czyli minister finansów, szef BFG, prezes NBP i p.o. przewodniczącego KNF. Najważniejsi ludzie od finansów w państwie spotkali się w dzień wolny i o drugiej nad ranem wydali komunikat, że systemowi bankowemu nic nie zagraża, a Getin Bank może liczyć na wsparcie NBP. Na konferencji następnego dnia słowa „stabilność” i „stabilny” odmieniano przez wszystkie przypadki tak często, że wyglądało to trochę jak w starym dowcipie: „Jak jest? Do d…, ale stabilnie.”

A co robią służby w tej sprawie? Już po tygodniu CBA wpadło na pomysł, że może warto przeszukać mieszkanie byłego szefa KNF. „Nie włazić mi z butami bo do czysta wytarte” – mogliby pewnie usłyszeć w drzwiach. Ale to nie powód do drwin, bo to już drugi taki przypadek, kiedy CBA wykazuje się niezwykłą opieszałością. Pamiętajmy, że w zeszłym tygodniu najpierw do swego biura wszedł Marek Chrzanowski, już jako eks-przewodniczący, a dopiero po jego wyjściu agenci CBA. Tymczasem od wczoraj wiemy też, że prezes NBP Adam Glapiński załatwił też intratną posadę w Banku Światowym Kacprowi Kamińskiemu, synowi koordynatora służb specjalnych…

Po tygodniu od ujawnienia nagrań Czarneckiego, polski system nadzoru nad rynkiem finansowym wygląda jak skład porcelany, przez który przebiegło stado słoni. A przecież do prokuratury trafiły kolejne nagrania z KNF, których treści jeszcze nie znamy. Słonie przebiegną między półkami pewnie jeszcze nie raz. Pytanie czy PiS będzie w stanie popędzić słonie i poskładać delikatne porcelanowe skorupy? Sytuacja jest poważna, wszak w bankach leżą miliardy pieniędzy nas wszystkich.

newsweek.pl

 

Timmermans: Zagrożenie praworządności w Polsce nadal istnieje, rząd nie zrobił nic

21.11.2018

W Parlamencie Europejskim obradowała dziś komisja zajmująca się tematem praworządności w Polsce. Wiceszef Komisji Europejskiej nie szczędził gorzkich słów pod adresem polskiego rządu.

Połączenie stanowiska prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości, upolitycznianie KRS, podważanie niezależności sadownictwa, rozmontowanie TK – – to niektóre zarzuty, jakie padały pod adresem polskich władz na wtorkowym wysłuchaniu ws. praworządności w PE. PiS przekonywało, że sytuacja w Polsce ma się dobrze.

W trwającym ponad trzy godziny wysłuchaniu z udziałem wiceszefa KE Fransa Timmermansa, przedstawicieli Komisji Weneckiej, Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa, polskiego RPO, a także akademików nie zdecydował się wziąć udziału minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Stanowiska polskiego rządu bronili europosłowie PiS.

Spotkanie przeprowadzone na posiedzeniu komisji wolności obywatelskich, sprawiedliwości i spraw wewnętrznych Parlamentu Europejskiego było konsekwencją wizyty studyjnej jej europosłów we wrześniu w Polsce. Praktycznie wszyscy wypowiadający się jego trakcie krytykowali wprowadzane przez rządzących w Warszawie zmiany dotyczące sądownictwa.

Timmermans przypominał o powodach uruchomienia art. 7 unijnego traktatu wobec Polski, wskazując, że reforma przeprowadzona przez rządzących ogranicza niezależność systemu sprawiedliwości i podział władz w Polsce.

– Do dziś żadna z obaw Komisji nie została rozwiązana przez stronę Polską. Systemowe zagrożenie praworządności nadal istnieje – oświadczył. Mówił też o nowych wydarzeniach, w tym rozpoczynaniu postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów, którzy uczestniczą w debacie publicznej krytykując reformy. Ubolewał, że sędziom wzywanym na przesłuchania z tego powodu odmawia się możliwości korzystania z pełnomocników prawnych.

Wiceszef KE podkreślał, że z obawą odnotowuje stanowisko polskiego rządu o tym, że do wykonania decyzji Trybunału Sprawiedliwości ws. zawieszenia przepisów ustawy dotyczącej SN potrzebne są zmiany w prawie. Zwrócił jednocześnie uwagę, że do chwili obecnej taka nowelizacja nie została przedstawiona. Z obawą odnotował też niedawną uchwałę KRS stwierdzającą, że sędziowie SN, którzy przeszli w stan spoczynku w świetle kwestionowanych przepisów, nadal są emerytami (a nie, jak zdecydował TSUE w swoich środkach tymczasowych, sędziami SN).

Prof. Jean-Claude Scholsem z Komisji Weneckiej przypominał spór dotyczący Trybunału Konstytucyjnego, zwracając uwagę, że to jeszcze za rządów PO Sejm nominował pięciu sędziów do Trybunału, z czego dwóch bezprawnie. Dodał przy tym, że wszyscy z tej grupy, również ci, którzy zostali wybrani zgodnie z regułami, zostali zastąpieni przez nominowanych już przez PiS członków TK.

W jego ocenie, w wyniku tego oraz nie wykonania orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego w tej sprawie, instytucja ta działa de facto wbrew ustawie zasadniczej. Scholsem mówił, że TK stracił swój autorytet, a liczba spraw kierowanych do niego maleje. -Trybunał Konstytucyjny stał się swego rodzaju instrumentem prawnym w rękach obecnego rządu, który uruchamia tę „maszynkę”, gdy mu to pasuje – ocenił ekspert z Komisji Weneckiej Rady Europy.

W swoim wystąpieniu krytykował również nową KRS, gdzie – jak powiedział – doszło do nominacji politycznych, a także zmiany w Sądzie Najwyższym. Zwracając uwagę na instytucję Skargi Nadzwyczajnej mówił, że przypomina ona system sądów sowieckich”, które przewidywały możliwość kwestionowania wyroków. Scholsem wskazywał też na to, że minister sprawiedliwości jest jednocześnie prokuratorem generalnym, co zwiększa jego wpływ na organy ścigania w Polsce.

„KRS nie jest już niezależna”

Kees Sterk z Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa mówił, że polska Krajowa Rada Sądownictwa nie jest już niezależna od władzy wykonawczej. Przekonywał, że KRS popiera wszystkie reformy popierane przez rząd, nie wypowiada się w imieniu sędziów broniących niezależności wymiaru sprawiedliwości.

– „Celem reformy jest oficjalnie walka z korupcją oraz poprawienie skuteczności wymiaru sprawiedliwości oraz walka z wpływami komunistycznymi. Jednak polski rząd nie pokazał sieci rad sadownictwa, w jaki sposób te reformy przyczyniają się do osiągnięcia tych celów” –- mówił Sterk.

Co wolno sędziom?

Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar ocenił, że toczące się przed izbą dyscyplinarną SN sprawy (w fazie rozpoznawczej) przeciw sędziom krytykującym reformy mogą wpłynąć na innych przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości.

Europoseł PiS Karol Karski przyznał, że w każdym państwie powinien być trójpodział władzy. Pytał przy tym jednak, co zrobić w sytuacji, gdy sędziwie biorą udział w demonstracjach, uczestniczą w programach publicystycznych i spotkaniach ugrupowań opozycyjnych.

– To moim zdaniem jest zachwianie trójpodziału władzy. Sędzia powinien wypowiadać się przez orzeczenia, a nie brać udział w życiu politycznym” – –przekonywał. Odnosząc się do zarzutów dotyczących połączenia urzędu ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego powiedział, że historycznie w Polsce tak było przez prawie cały czas (poza latami 2010-2015). „- To model znany w wielu państwach europejskich” -– argumentował.

Europosłanka PiS Jadwiga Wiśniewska przekonywała, że sytuacja w Polsce ma się bardzo dobrze, a to za poprzednich rządów PO-PSL „sędziowie byli na telefon” i przedstawiciele ówczesnych władz mówili, że polskie państwo istnieje tylko teoretycznie.

Pojawił się temat aborcji

Część liberalnych i lewicowych europosłów, którzy wypowiadali się w debacie, mówiło nie tylko o niszczeniu niezależności mediów”, ale też o restrykcjach dotyczących przerywania ciąży czy projektach przewidujących całkowity zakaz aborcji.

Niezrzeszony europoseł Udo Voigt przekonywał, że „”wątpliwe wartości” unijne nie zawsze są do pogodzenia z wartościami kraju chrześcijańskiego”. Jego zdaniem, krytykowanie obniżenia wieku emerytalnego w Polsce pokazuje, jak daleko UE ingeruje w suwerenne prawa niezależnego kraju.

Odnosząc się do jego wypowiedzi, Timmermans mówił, że nie podziela jego definicji tego, czym jest bycie chrześcijaninem. „Nie podzielam także podziwu pana Voigta dla Władimira Putina. – Chciałbym powiedzieć moim polskim przyjaciołom: musicie być uważni, kto was popiera i kto was chwali” -– zakończył wiceszef KE.

Przedstawiciel władz Rumunii zapowiedział, że podczas rumuńskiego przewodnictwa w UE sprawa praworządności w ramach art. 7 będzie traktowana bardzo poważnie.

msn.pl

 

Dąbrowska: Widmo szybszych wyborów krąży w PiS

Partia rządząca po aferze KNF i wyborach samorządowych łapie zadyszkę. Notowania wyborcze są wciąż jeszcze dobre, ale jak długo to potrwa?

W maju odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego, a na jesieni do Sejmu i Senatu. A gdyby je połączyć?

Do tej pory frekwencja w wyborach do Parlamentu Europejskiego była najniższa ze wszystkich rodzajów głosowania i wynosiła od 20 do 25 procent. Być może w nadchodzącym głosowaniu, dzięki rozhuśtanym emocjom partyjnym będzie trochę wyższa – o 5 czy 7 procent, tak jak skoczyła w wyborach samorządowych.
To źle wróży partii rządzącej, zważywszy, że w wyborach europejskich głosują przede wszystkim mieszkańcy miast i to przede wszystkim dużych, a PiS i tak w wyborach do PE wypada średnio nieco gorzej niż w parlamentarnych. Słaby wynik PiS w tym rozdaniu wydaje się gwarantowany. Ale przewidywania parlamentarne są dużo bardziej optymistyczne dla obozu rządzącego…

Czytaj także:

PO składa wniosek o powołanie komisji śledczej ds. KNF. Mazurek: Nie poprzemy

Sokal powołany do KNF bez wymaganej Konstytucją zgody premiera

Taką właśnie analizę, wzbogacona o obawy wynikające z II tury ostatnich wyborów usłyszeć można z ust niektórych polityków PiS. Piotr Zaremba opisał nawet w Dzienniku-Gazecie Prawnej, wymianę zdań, która miała się odbyć podczas piątkowej narady przy Nowogrodzkiej. Z propozycją szybszych wyborów miał wystąpić Joachim Brudziński, a zgasił podobno taki pomysł sam prezes Jarosław Kaczyński. I choć Brudziński natychmiast to zdementował, wcześniejsze wybory stały się jednym z głównych tematów w politycznych kuluarach. Tym bardziej, że zyski i straty w „żywych wyborcach” – jak mówi się półgębkiem – ktoś już PiS-owi bardzo dokładnie policzył.

Wywołuje to – oczywiście – cały szereg pytań. Po pierwsze: czy PiS to by się opłacało, gdyby głosowano do PE oraz Sejmu i Senatu tego samego dnia? Argumentem na tak, jest możliwość zmobilizowania elektoratu, który do tej pory na wybory europejskie nie chodził. To przecież w głównej mierze wyborcy prawicowi. Pamiętać jednak trzeba, że głosowanie nie mogłoby się odbywać w tej samej sali i być prowadzone przez tę samą komisję. Nie ma też gwarancji, kto ostatecznie do takich podwójnych wyborów pójdzie: czyj elektorat i z jakim nastawieniem.

Niektórzy podnoszą też argument, że gdyby wybory połączyć, kampania nabrałaby charakteru europejskiego – bardziej, niż stałoby się to, gdyby do parlamentu krajowego głosować jesienią. A to nie przyniesie raczej głosów PiS.

Poza tym, uprzedzony do skracania kadencji jest – jak mówi się w PiS – prezes Kaczyński. Wtedy, w 2007 roku, ów manewr zaowocował utratą władzy na rzecz PO. Czy PiS przetrwałby w tamtym układzie, gdyby nie podjęcie ryzyka przyspieszonych wyborów? Nie wiadomo, ale mógłby na pewno dłużej korzystać z owoców sprawowania władzy.

Przy obecnych propozycjach, tym razem kadencja byłaby krótsza najwyżej o ok. 5 miesięcy, więc owoce do zagospodarowania przez władzę byłyby znacznie skromniejsze niż ponad 10 lat temu. Pokusa jest więc poważna. Ale często ucieczki do przodu okazują się skokiem w otchłań.

rp.pl

 

Szułdrzyński: Od Misiewicza do Chrzanowskiego

Afery wybuchające po ujawnieniu nagrań mają z punktu widzenia ich bohaterów jeden zasadniczy problem – nigdy do końca nie wiadomo, czy są jeszcze kolejne taśmy, czy zostaną ujawnione i czy jest na nich coś, co przyniesie nowe kłopoty. Zapewne dlatego PiS w sprawie afery KNF przyjął taktykę na przeczekanie.

Taka taktyka to jednak spore ryzyko dla partii rządzącej. Przede wszystkim nie pozwala jej wyjść z defensywy, w której znalazła się w kolejnych dniach afery. Najpierw zarządzanie kryzysowe zadziałało. Premier Mateusz Morawiecki wymusił natychmiastową dymisję Marka Chrzanowskiego z funkcji szefa Komisji Nadzoru Finansowego, a minister sprawiedliwości zapowiedział specjalne śledztwo. Problemem nie jest jednak tylko to, że wówczas sprawa ugrzęzła, ale także to, że w obozie władzy pojawił się wyraźny rozdźwięk. W piątek i niedzielę szef banku centralnego bronił swojego byłego studenta i protegowanego Marka Chrzanowskiego, co stanowiło dysonans względem wcześniejszej reakcji premiera. Widać zatem, że kierownictwo PiS jeszcze nie podjęło decyzji, jak poradzić sobie z aferą, którą wywołało upublicznienie nagrania rozmowy szefa KNF z właścicielem Getin Banku Leszkiem Czarneckim.

A czas wcale nie gra na korzyść PiS. Kolejne wątki afery sprawiają, że przybywa spraw, z których partia rządząca będzie musiała się tłumaczyć. Nieprzekonująco brzmią też zaklęcia o wyższości moralnej nad Platformą Obywatelską. PO nie rozliczyła od razu bohaterów afery taśmowej. Ale najwięcej straciła na tym sama i gdy Ewa Kopacz wyrzucała z rządu polityków nagranych u Sowy, było już zbyt późno.

Pamiętać z kolei trzeba, że gdy wybuchła afera hazardowo-wyciągowa, początkowo pierwszą ofiarą był tylko szef Klubu Parlamentarnego Platformy. Ale po tygodniu Tusk uciekł do przodu, przykrywając wybuch afery głęboką rekonstrukcją rządu i wyrzuceniem zeń wszystkich, których nazwisko padało na podsłuchanych przez CBA rozmowach przedsiębiorców z politykami PO.

Czas gra na niekorzyść PiS z jeszcze jednego powodu. Brak przekonującej kontrnarracji ze strony partii rządzącej oraz ujawnianie przez media różnych smacznych historii, jak choćby ta opisana w „Rzeczpospolitej”, a dotycząca szczegółów habilitacji byłego już prezesa KNF, uderzają w jeden z najważniejszych projektów, jakie miał PiS. Partia Jarosława Kaczyńskiego chciała przeprowadzić nie tylko zmiany instytucjonalne i prawne w Polsce, ale miała ambicję doprowadzenia do całkowitej przebudowy społecznej. Jej ukoronowaniem miało być stworzenie nowych elit, szerokiego grona swoich, bardziej merytorycznych i bardziej moralnych fachowców i ekspertów, którzy będą stanowili nie tylko zaplecze kadrowe „dobrej zmiany”, ale też zrąb nowego ładu społecznego. Dymisja Marka Chrzanowskiego nie jest zapewne pierwszą ani ostatnią dymisją człowieka powołanego na wysokie stanowisko przez rządy PiS. Ale chyba jest – obok historii Bartłomieja Misiewicza – najbardziej spektakularnym przykładem fiaska koncepcji budowy nowych elit.

rp.pl

 

Gigantyczna siła, która wzmocni dobrą zmianę. Tylko Tusk może ją zatrzymać, inaczej skutki będą opłakane

Cezary Michalski, 20/11/2018

Najlepszy możliwy dar od Tuska dla dawnych kolegów (i konkurentów) z PO – obronić elektorat Koalicji Obywatelskiej przed Robertem Biedroniem.

Donald Tusk zrezygnował z udziału w zjeździe politycznych celebrytów w Paryżu (gdzie byłby jedną z gwiazd) i wybrał trudną dla siebie wizytę w totalnie podzielonej ojczyźnie. Może to oznaczać tylko jedno. Kiedy skończy się kadencja Przewodniczącego Rady Europejskiej, Tusk wróci do polskiej polityki, a pierwszą taką okazją będą wybory prezydenckie.

Nie znaczy to jednak, że Donald Tusk może sobie pozwolić na czekanie do połowy 2020 roku. Jeśli opozycja wygra wybory europejskie i parlamentarne 2019 roku, kampania prezydencka – starcie z tchórzliwą marionetką obozu, który po utracie władzy pójdzie w rozsypkę, będzie dla Tuska tylko formalnością. Jeśli jednak opozycja przegra wybory parlamentarne 2019 roku, Tusk będzie wracał do Polski nie po zwycięstwo, ale po zorganizowane mu przez Kaczyńskiego kolejne upokorzenia, a być może na własny proces.

Kluczem do odsunięcia PiS-u od władzy jest efektywna jedność opozycji. Uniknięcie podzielenia i zmarnowania głosów, których już dziś – pokazały to wybory samorządowe – wystarczy, żeby odsunąć Kaczyńskiego od władzy. Donald Tusk nie tylko sam musi „grać w jednej drużynie” z Grzegorzem Schetyną (rozprowadzane w mediach plotki o własnej liście Tuska do wyborów europejskich okazały się jak do tej pory fałszywe). Ale musi też zwrócić się wyraźnie do elektoratu całej opozycji, z przesłaniem, że miejsce liderek i liderów różnych opozycyjnych partii jest na jednej liście. Pod własnymi sztandarami, wokół nie tylko „minimum programowego”, ale odważnej wizji Polski po rządach PiS-u, ale bezwzględnie na jednej liście. Tylko to daje szansę na wygranie ze „zjednoczoną prawicą”. Większościowa ordynacja wyborcza jest tu nieubłagana. Każde inne rozwiązanie będzie oznaczało – jak pokazały wybory do sejmików – zmarnowanie setek tysięcy głosów, utratę wielu mandatów, a w konsekwencji pozostawienie Kaczyńskiego u władzy. Na kolejne cztery lata, w czasie których PiS-owska mniejszość będzie dalej demolowała Konstytucję, demokrację, praworządność, a przede wszystkim pozycję Polski w instytucjach i sojuszach liberalnego Zachodu.

Grzegorz Schetyna zbudował Koalicję Obywatelską ciężką polityczną pracą, sprytem, rozgrywaniem przeciwników i konkurentów. Jednak nie ma wystarczających narzędzi, żeby obronić centrowy elektorat przed ambicjami różnych pozostawionych w tyle politycznych liderów, które mogą ten elektorat podzielić i zmarnować, dając Kaczyńskiemu drugą kadencję rządów. Inicjatywa Petru nie jest dla Koalicji Obywatelskiej (i dla jedności opozycji) zagrożeniem, bo jej lider skompromitował się i wypalił. Większe ryzyko wiąże się z Robertem Biedroniem.To co wiemy o jego potencjalnym elektoracie i to co widzimy w jego strategii i zachowaniach, pokazuje, że nie będzie poszerzał elektoratu centrowego i centrolewicowego („niegłosujący, którzy masowo zagłosują na Biedronia” to mit), ale spróbuje kanibalizować elektorat Koalicji Obywatelskiej. Potwierdzają to wszystkie przeprowadzone do tej pory badania potencjalnych wyborców nowej inicjatywy Biedronia. Procenty Biedronia będą wyrwane z elektoratu KO lub listy KO poszerzonej o PSL i SLD. Dodatkowy milion czy dwa miliony głosów PSL i SLD oddane na wspólną listę demokratycznej opozycji (jeśli powiodą się żmudne negocjacje przed wyborami do parlamentu europejskiego i do polskiego Sejmu) mogłyby zagwarantować zwycięstwo opozycji w 2019 roku. Ten sam milion zabrany przez Roberta Biedronia zagwarantuje to, że Jarosław Kaczyński będzie niszczył polską demokrację przez kolejne cztery lata, a tym razem być może to być już nieodwracalnie.

Schetyna wykonuje ciężką pracę przy lepieniu koalicji z ludzi, którzy często własne ambicje uważają za rzecz ważniejszą, niż uratowanie demokracji w Polsce. Nie jest jednak wystarczająco „charyzmatyczny” i ma zbyt wielu przeciwników w mediach, żeby obronić całe liberalne skrzydło przed „polskim Macronem”. Lubnauer i Nowacka też mogą się okazać za słabe, żeby uniemożliwić nadgryzienie przez Biedronia centrowego elektoratu. Ich „atrakcyjność medialna” znacznie spadła, od kiedy okazało się, że zamiast niszczyć jedność opozycji, same ją lojalnie budują.

Wszelkie złudzenia co do intencji Biedronia można było stracić oglądając „polskiego Macrona” w programie Michała Rachonia w telewizji Jacka Kurskiego. Robert Biedroń, korzystając z danej mu przez czołowego propagandystę PiS-u okazji, atakował tam wyłącznie liberalną opozycję i PO. Nie przeszkadzało mu nawet to, że stałym gościem i obiektem kultu Rachonia jest Wojciech Cejrowski, dzielący się tam z Polakami swoimi przemyśleniami na temat „zboczeńców”. Zarówno PiS-wskie media, jak też pisowscy sponsorzy uznali jednak Roberta Biedronia za najskuteczniejszą broń przeciw Koalicji Obywatelskiej. Wspierają go już dzisiaj, a w momencie odpalenia jego inicjatywy to wsparcie stanie się jeszcze bardziej widoczne.

Donald Tusk pozostaje dla liberalnego elektoratu autorytetem. Zarówno jako były premier i lider PO, jak też jako obecny Przewodniczący Rady Europejskiej świetnie dający sobie radę w wizerunkowych potyczkach z polską prawicą. Jego jednoznaczne działanie na rzecz obrony jedności centrowego elektoratu pod sztandarem Koalicji Obywatelskiej (zapraszającej kolejnych koalicjantów na wspólne listy) miałoby decydujące znaczenie dla wyniku wyborów europejskich i parlamentarnych. Torując samemu Tuskowi drogę do prezydentury. Tylko on może wiarygodnie zaapelować o pójście Biedronia na jednej liście z KO, a kiedy Biedroń odmówi, tylko Tusk może jasno powiedzieć, że to po stronie Koalicji Obywatelskiej budowana jest jedność demokratycznej opozycji i nadzieje na odsunięcie Kaczyńskiego od władzy.

crowdmedia.pl

%d blogerów lubi to: