Getin, 14.11.2018

 

Pomijany wątek taśmy Czarneckiego. Senator PiS z 70 milionami złotych w ręku i największa afera III RP

Gazeta Wyborcza ujawniła dziś taśmę z rozmowy jednego z najbogatszych Polaków Leszka Czarneckiego z szefem Komisji Nadzoru Finansowego Markiem Chrzanowskim. Mowa na niej o propozycji, która nosi wszelkie znamiona oferty korupcyjnej. W jej ramach za zatrudnienie za niebotyczne wynagrodzenie (mowa o ok. 40 mln rocznie) prawnika niebędącego w żaden sposób formalnie powiązanego z KNF, niezwiązanego żadnymi obowiązkami informacyjnymi, takimi jak choćby oświadczenia majątkowe, szef KNF miał obiecać “popchnięcie sprawy banku do przodu” oraz załatwienie dymisji wiceszefa KNF, którego działanie godziło w interesy banku.

Sprawa wydaje się bardzo bulwersująca, zresztą najwyraźniej nawet premier Morawiecki (według nagrania niespecjalnie fan Marka Chrzanowskiego) odczuwa powagę sytuacji, bowiem zapowiedział wyciągniecie surowych konsekwencji, jeśli doniesienia GW się potwierdzą. Sam szef KNF wezwany pilnie z urlopu w Singapurze na jutro rano do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów nie ma sobie nic do zarzucenia, nie zamierza też się podać do dymisji. Jak donoszą reporterzy RMF FM, Chrzanowski owszem potwierdził fakt zarekomendowania Leszkowi Czarneckiemu swojego prawnika, ale jego zdaniem była to luźna rozmowa i nie padła żadna propozycja korupcyjna. Kontekst samego spotkania i przede wszystkim stenogram z nagranej rozmowy wyraźnie jednak temu przeczą. Co ciekawe, sama propozycja to tylko część rozmowy bankiera z szefem KNF. W pewnym momencie rozmowy pojawia się wątek jednego z najważniejszych i najbogatszych senatorów PiS, twórcy imperium SKOK Grzegorza Biereckiego i to w bardzo nieciekawym dla niego aspekcie.

Przy okazji rozmowy o Zdzisławie Sokalu, który miał stać za problemami Czarneckiego w KNF, pojawił się też wątek znajdujących się pod polityczną ochroną PiS Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo – Kredytowych. Sam Sokal ma być ponoć “cięty” na SKOKi, co Marka Chrzanowskiego wyraźnie dziwi, bo przecież “wydawałoby się, że w dzisiejszych realiach SKOK-ów nikt nie ściga”Milioner odpowiada, że to on powinien być cięty na SKOKi i na poprzedni rząd, który objął kasy nadzorem KNF. Jego zdaniem, w ten sposób dali KNF-owi duży problem, na dodatek za nieswoje pieniądze.

Przypomnijmy, dzięki decyzji rządów PO-PSL, po wielu latach starań i przełamywaniu blokady płynącej także z Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego (przy niemałej roli jego prawnika Andrzeja Dudy), udało się objąć te instytucje finansowe nadzorem KNF oraz zabezpieczeniem ze strony Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, dzięki czemu tysiące klientów SKOK-ów nie straciło oszczędności swojego życia (na ratowanie tego sektora w ostatnich latach popłynęło bagatela 3 mld złotych ze składek wszystkich instytucji finansowych w kraju). W tle tamtej decyzji oraz późniejszych olbrzymich kłopotów sektora SKOK-ów pozostają wciąż niewyjaśnione okoliczności wyprowadzenia z systemu blisko 150 mln złotych do prywatnej spółki senatora Biereckiego w Luksemburgu.

Warto przypomnieć, że system SKOK-ów miał w teorii własny system zabezpieczający oszczędności depozytariuszy na wypadek niewypłacalności poszczególnych kas. Tyle tylko, że gdy rozstrzygały się losy objęcia kas nadzorem KNF, pieniądze mające być zabezpieczeniem w magiczny sposób się rozpłynęły w sieci organizacji powiązanych z Grzegorzem Biereckim, z których najważniejszą i największą jest obecnie SKOK Holding (obecna nazwa SaltLux Holding) z siedzibą w Luksemburgu. Po szeregu przekształceń, likwidacji czy transferów pomiędzy powiązanymi ze sobą organizacjami, SKOKi upadały dalej, a pieniądze zamiast na wsparcie systemu trafiły poza polską jurysdykcję prawną. Sprawa niejasnych przepływów finansowych pomiędzy luksemburską spółką a krajowymi SKOK była nawet przedmiotem intensywnego badania przez prokuraturę, jednak niedługo po wygranych przez PiS wyborach w 2015 roku została oczywiście umorzona. Jedyne co po niej pozostało, to jedynie medialny przekaz części mediów o tym, że senator PiS “wyprowadził ze SKOK-ów 70 milionów złotych. I właśnie prawdopodobnie o tych pieniądzach mówi nieoczekiwanie Leszek Czarnecki w rozmowie z Markiem Chrzanowskim, opowiadając jako ciekawostkę historię sprzed około 3 lat.

– On przyszedł do nas do banku z prośbą włożenia depozytu. Już w tej chwili nie pamiętam, 60-70 mln zł. Na początku powiedzieliśmy mu, że to za duży depozyt [..]. Ostatnia rzecz, jakiej chciałem, to przyjmować depozyt od Biereckiego, to był szczyt tej całej awantury, widocznie chodził po wszystkich bankach – opowiadał Leszek Czarnecki.

Dla niego był to oczywiście problem, bo zgodnie z prawem nie wolno mu było odmówić przyjęcia takiego depozytu, jednak biorąc pod uwagę ówczesne okoliczności miał on [Czarnecki] bardzo duże obawy o źródło pochodzenia tych pieniędzy. Poinformował o tym fakcie KNF, uzasadniając swoje obawy.

Ja się po prostu boję tych pieniędzy, nie wiem co będzie dalej, czy przypadkiem nie będę gdzieś tam miał podejrzenia o współudział w praniu brudnych pieniędzy, jak się okaże że on te pieniądze ma nielegalnie wyciągnięte ze SKOK-ów –  mówił Czarnecki. Sam Chrzanowski próbował zmienić temat i nie ciągnąć Czarneckiego za język w tej kwestii. Jak wynika z relacji milionera, finalnie depozytu jego bank nie przyjął, choć jak wiemy przecież z późniejszych informacji, gdzieś te pieniądze ulokować się udało, a później najprawdopodobniej wytransferować je za granicę. Pozostaje dziś postawić pytanie, czy ten wątek ujawnionej dziś rozmowy pozwoli wznowić śledztwo w sprawie prominentnego senatora partii rządzącej? Do tej pory wciąż więcej bowiem w tej sprawie pytań, niż odpowiedzi.

Temat niewątpliwie jest dla partii władzy oraz jej prominentnego senatora niewygodny, bowiem w naprędce zorganizowanym wywiadzie dla portalu wpolityce.pl (będącego częścią medialnego imperium Biereckiego), senator stanowczo zaprzeczył słowom Czarneckiego.

– Nigdy nie byłem w Getin Banku. Nigdy nie zamierzałem być klientem Getin Banku. I biorąc, pod uwagę moją opinię o tym banku i p. Czarneckim, nigdy nie będę klientem tego banku – powiedział. Ciekawe skąd zatem to zdenerwowanie i odcinanie się od wątku, który nie został w pierwszym rzucie medialnym specjalnie mocno wyeksponowany. Czyżby dmuchanie na zimne?

Źródło: Gazeta Wyborcza

crowdmedia.pl

Afera wokół szefa KNF. Czego nie zagłuszyły szumidła

Czy szef Komisji Nadzoru Finansowego zaproponował łapówkę właścicielowi Getin Banku? Tak twierdzi Leszek Czarnecki, który nagrał tę rozmowę. Szef KNF odrzuca oskarżenia, ale po kilku godzinach rezygnuje ze stanowiska. Opowieść Czarneckiego i stenogram nagrania publikuje dziś „Gazeta Wyborcza”.

16 lat temu w lipcu do siedziby „Gazety Wyborczej” przyszedł znany producent filmowy Lew Rywin. Wydawca „Gazety”, Agora, rozważała wtedy przejęcie Polsatu lub dwójki TVP. Problem stanowił zapis w ustawie o radiofonii i telewizji, który zakazywał posiadania jednocześnie ogólnopolskiego dziennika i stacji telewizyjnej. Na spotkaniu z naczelnym „Gazety” Adamem Michnikiem Rywin, ponoć w imieniu tzw. grupy trzymającej władzę, złożył propozycję: Agora wpłaca mu 17,5 mln dol., a rząd SLD złagodzi ustawę. Kiedy pół roku później „Gazeta” opublikowała całą historię i stenogramy rozmowy (bo Michnik postanowił ją nagrać ukrytym dyktafonem), wybuchła afera, która zakończyła się pierwszą komisją śledczą w Sejmie. Autorem jej raportu, który stał się gwoździem do politycznej trumny SLD, był młody poseł PiS Zbigniew Ziobro.

Historia zatoczyła koło, ale nie powtarza się dokładnie. We wtorek „Gazeta Wyborcza” poinformowała o kolejnej nagranej potajemnie rozmowie z korupcyjną propozycją. Tym razem nagrywającym był właściciel Getin Banku Leszek Czarnecki, a propozycję miał złożyć przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego Marek Chrzanowski, mianowany na to stanowisko przez władze PiS.

„Zdzisław ma swój plan”

Leszek Czarnecki odwiedził przewodniczącego KNF w jego gabinecie w marcu tego roku. Jak pisze „Gazeta”, to Chrzanowski poprosił miliardera o spotkanie „w cztery oczy”. Na wszelki wypadek Czarnecki udał się na spotkanie uzbrojony w trzy urządzenia nagrywające. „Szumidła”, czyli zagłuszarki zamontowane w gabinecie Chrzanowskiego, zdołały wyłączyć dwa z nich, ale trzeci zadziałał. I nagrał rzeczy zdumiewające.

Na początku rozmowy przewodniczący KNF pyta czy Czarnecki nie przyniósł ze sobą telefonu czy czegoś do nagrywania i kilkukrotnie upewnia się, że rozmowa pozostanie w absolutnej dyskrecji. Potem rysuje przed Czarneckim obraz dwóch zwalczających się obozów w nadzorze finansowym. Przywódcą „jastrzębi”, chcących pogrążyć bank Czarneckiego, ma być Zdzisław Sokal, prezes Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, delegowany do KNF przez prezydenta Dudę. Z drugiej strony jest też obóz „gołębi”, któremu przewodzi Chrzanowski, pod patronatem prezesa NBP Adama Glapińskiego.

Chrzanowski odgrywa przed Czarneckim klasyczną rolę „dobrego policjanta”. Miliarder musi dogadywać się z KNF, bo jego banki mają kłopoty (m.in. z powodu nadmiaru złych pożyczek i kredytów frankowych). Kiedy rząd PiS obciążył banki dodatkowym podatkiem, wskaźniki stabilności Getinu oraz wyniki finansowe się pogorszyły. I potrzebny był plan naprawczy, który musi zaaprobować KNF.

„Między nami to Zdzisław ma swój plan, który wygląda w ten sposób, że on uważa, że Getin powinien upaść za złotówkę, zostać przejęty przez jeden z tych dużych banków i on chciałby dokapitalizować to kwotą 2 mld złotych i to jest jego wizja rozwoju sprawy. I nas atakuje za każdą decyzję pozytywną w stosunku do [Getin Banku]” – zwierza się Chrzanowski.

Miliarder reaguje z oburzeniem: „Jeżeli celem jest przejęcie tego banku za złotówkę i przekazanie go czy też znacjonalizowanie, to nazywam rzecz po imieniu: to jest po prostu kradzież, i to kradzież systemowa. To jest po prostu coś nieprawdopodobnego.”

„Ale wie Pan, ja jestem po drugiej stronie” – zapewnia go szef KNF. W dalszej rozmowie dodaje, że wszystkim powinno przecież zależeć, żeby banki z polskim kapitałem rozwijały się bez przeszkód.

1 proc. na trzy lata

Ale nie ma nic za darmo. Po „urobieniu” Czarneckiego przewodniczący KNF odkrywa karty (w stenogramie rozmowy jest to strona 18).

Chrzanowski: „Bank można popchnąć (…) Czy nie widzi pan jakiejś potrzeby zwiększenia swoich zasobów jeśli chodzi o prawników?”

Czarnecki: „Jeśli ktoś jest dobry to zawsze się przyda.”

Chrzanowski: „Wie pan, mogę panu kogoś polecić. Wydaje mi się, że byłoby to z korzyścią i dla urzędu, i całej instytucji. Nie wiem jaki ma pan system wynagrodzenia w banku, ale wydaje mi się, że jeśli by pan to powiązał z wynikiem banku to by w jakiś sposób gwarantowało, że ten prawnik będzie bardziej zaangażowany. Dam panu wizytówkę.”

Tu w rozmowie następuje dygresja o sposobie wynagradzania menedżerów finansowych. Czarnecki przyznaje, że uzależnienie premii od bezpośrednich wyników rodzi pokusę nadmiernego ryzyka i trzeba te wynagrodzenia rozkładać na dłuższy okres. Chrzanowski podchwytuje wątek i sugeruje, że zatrudnienie znajomego prawnika też musiałoby trwać nieco dłużej.

Czarnecki: „Mhm. I dlatego pana mam na trzy lata zatrudnić?”

Chrzanowski: „No na przykład, tak. I to jest długi horyzont czasowy, w którym wszystko będzie wiadomo. I zależy jemu, panu na wyniku na koniec tego okresu i wydaje mi się, że jeżelibyśmy to jakoś chcieli prawda do załóżmy kapitalizacji, tak, dzisiejszej. Pan się uśmiecha, to ja to widzę w ten sposób.”

To kluczowy moment rozmowy. Jeśli wierzyć relacji Czarneckiego, którą potwierdził też we wniosku do prokuratury, przewodniczący KNF wskazał mu na kartce liczbę 1 proc. – taki odsetek obecnej kapitalizacji giełdowej banku Czarneckiego miałoby wynieść wynagrodzenie prawnika. W przeliczeniu jakieś 40 mln zł.

Chrzanowski dodaje: „Wszystko co panu powiedziałem to jest szczera prawda, że w interesie całego systemu i kraju jest, żeby ten bank działał. Uważam, że jesteśmy w stanie ten bank, mówię o Getinie, wyprowadzić na prostą.”

Kim jest prawnik polecany przez Chrzanowskiego? Zdaniem Czarneckiego to radca prawny z Częstochowy Grzegorz Kowalczyk. Choć szef KNF zapewniał na nagraniu, że to żaden jego znajomy, to Kowalczyk twierdzi, że znają się przez żonę Chrzanowskiego (to córka jego przyjaciół). Jak twierdzi Kowalczyk w rozmowie z Agnieszką Kublik z „Gazety Wyborczej”, on nie miał pojęcia o żadnych propozycjach zatrudnienia u Czarneckiego, nie szuka pracy i nie zna się na restrukturyzacji banków. „Muszę to sobie ułożyć, żeby skonstruować jakiekolwiek pytania do pana Marka Chrzanowskiego. W tej chwili jestem po prostu zły” – kwituje Kowalczyk.

Odpowiednie pytania – zarówno do Chrzanowskiego, jak i Kowalczyka – na pewno musi sformułować prokuratura, którą zawiadomił już Czarnecki przez swojego adwokata Romana Giertycha.

Człowiek Skrzypka

A kim jest Zdzisław Sokal, przed którym Chrzanowski – i jego obóz – chcą chronić Czarneckiego? Chrzanowski maluje obraz człowieka mściwego, właściwie z przypadku, który nie wiadomo skąd się wziął i nie do końca wiadomo czy ma jakieś kwalifikacje. Na nagraniu szef KNF mówi, że Sokal podawał się za człowieka byłego prezesa NBP Sławomira Skrzypka (zginął w katastrofie smoleńskiej), choć znał Skrzypka bardzo krótko.

Fakty jednak temu przeczą. Według tekstu w „Przeglądzie” Skrzypek poznał się z Sokalem jeszcze jako wiceprezydent Warszawy za kadencji Lecha Kaczyńskiego. Sokal był wtedy w zarządzie SPEC. Potem był wiceprezesem PKO BP w czasie, kiedy Skrzypek szefował temu bankowi i podobno to on de facto kierował bankiem. Jego stwierdzenie, że „jest człowiekiem Skrzypka” jest więc w pełni uzasadnione. A i kwalifikacje w bankowości i finansach też nie wyglądają najgorzej (przed PKO BP i SPEC-em Sokal pracował też w Kredyt Banku).

Chrzanowski opisuje też jak Sokal trafił do KNF (a później do BFG). „Przyszedł do mnie jak ja byłem w RPP i do prezesa Glapińskiego, i poprosił o pomoc i powiedział, że nie ma z czego żyć, a był człowiekiem Skrzypka itd. I prezes Glapiński polecił go prezydentowi. Prezydent nie był do końca zadowolony, jak pan wie, zaplecze jest tutaj bardzo nikłe i on się zainteresował tym stanowiskiem, nie było nikogo innego.” Liczne opowieści o krótkiej ławce kadrowej w obozie PiS i u prezydenta znajdują tu kolejne potwierdzenie.

Według słów Chrzanowskiego, Sokal jest też częstym gościem u prezesa PiS: „Ja oceniam to też w ten sposób, że jest to osoba bardzo zawistna. On chodzi do prezesa, wie pan na tę znaną ulicę, i po prostu donosi.” To również nie byłoby niczym specjalnie nowym w tej ekipie.

W rozmowie Chrzanowski przedstawia też jeszcze jeden ciekawy wątek związany z szefem BFG. Zdaniem szefa KNF Sokal „po prostu panicznie się boi” ewentualnego upadku dużego banku komercyjnego, takiego jak Getin, więc aby upadku nie było, chce doprowadzić do przejęcia Getinu przez któryś z dużych banków państwowych. „Dla pana bank jest najważniejszy, natomiast z punktu widzenia politycznego to jest też cykl wyborczy i na tym cyklu jest gdzieś Getin” – mówi Chrzanowski. – „Bo upada bank, atrakcyjność inwestycyjna gospodarki spada, ma to jakieś reperkusje międzynarodowe, są jacyś niezadowoleni, umorzeni.” Słowem: PiS boi się upadku dużego banku nie dlatego, że ludzie mogliby potracić pieniądze, ale przede wszystkim, że mógłby przez to przegrać wybory.

Lewaczka Lagarde i 67 mln od Biereckiego

Rozmowa Czarneckiego i Chrzanowskiego obfituje w liczne smaczki. Czarnecki – w geście szczerość za szczerość – opowiada jak to trzy lata temu Grzegorz Bierecki, założyciel SKOK-ów, przyszedł do Getin Banku z propozycją złożenia tam wielomilionowej lokaty. Czarnecki nie chciał tych pieniędzy w obawie by nie został zamieszany w aferę SKOK-ów. Wokół Biereckiego było wtedy dużo szumu, media wytykały mu m.in. wyprowadzanie pieniędzy ze SKOK-ów do spółki w Luksemburgu czy niejasne przejęcie kapitału założycielskiego SKOK-ów. Za pośrednictwem kontrolowanej przez Biereckiego spółki Spółdzielczy Instytut Naukowy z systemu SKOK wyciekło wtedy 77 mln zł. Bierecki chciał zdeponować u Czarneckiego 67 mln zł.

Nie sposób też nie otworzyć oczu ze zdumienia, kiedy czyta się wątek o kandydatach na prezesa Europejskiego Banku Centralnego. Jedną z nich jest Christine Lagarde, szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego. „To mądra kobieta” – wtrąca Czarnecki, dodając że zna ją osobiście. „Wie pan, nie chciałbym, żeby pan tak mówił przy prezesie [NBP]. On ją uważa za skrajną lewaczkę” – przestrzega go Chrzanowski. – „Pani Lagarde podobno się taką świtą otacza kobiecą i nie jest do końca zainteresowana zarządzaniem instytucją tylko raczej PR.”

To wszystko jednak tylko wątki poboczne. Najważniejsze są odpowiedzi na trzy pytania:

1. Czy przewodniczący KNF rzeczywiście zaproponował właścicielowi jednego z banków korupcyjną propozycję „ochrona za 1 proc. wartości banku”.

2. Czy przewodniczący KNF działał w imieniu jakiejś większej grupy?

3. Czy rzeczywiście istniał plan, forsowany przez prezesa BFG, żeby przymusowo znacjonalizować jeden z większych banków komercyjnych, wywłaszczając Czarneckiego?

Odpowiedź „tak” na choćby jedno z tych pytań powinna wywołać polityczne trzęsienie ziemi, po którym nie powinien zostać kamień na kamieniu.

newsweek.pl

Narodowcy wyśmiali Kaczyńskiego. Naczelnik z Żoliborza stracił wszystko i nie dostał niczego – Cezary Michalski

Największe polskie święto, stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości upłynęło w atmosferze kompletnego chaosu. PiS miało trzy lata, aby się do tej się do tej uroczystości przygotować. Choćby w taki sposób, jak to robi z innymi datami czy instytucjami – przejąć wyłącznie dla siebie, usunąć wszystkich konkurentów, zakłamać historię.

Te trzy lata zostały przez PiS zmarnowane. Nawet z punktu widzenia ich własnych interesów. Do 10 listopada nie było wiadomo, czy i gdzie liderzy Partii i przywódcy państwa pojawią się na uroczystościach. Dzień wolny 12 listopada uchwalono z wyprzedzeniem 48 godzin. Ten pomysł nie miał bowiem nic wspólnego z obchodami 11 listopada, został wymyślony w ostatniej chwili jako kolejny PR-owy chwyt, „dar od PiS-u dla ludzi”, kiedy zaczęła szwankować PiS-owska kampania samorządowa. Setki milionów z budżetu państwa, z budżetów poszczególnych resortów, wreszcie z budżetów spółek Skarbu Państwa – trafiło do pisowskich synekur i do pisowskich kieszeni, ale dofinansowało też i wzmocniło różne odłamy ruchu narodowego.

Na ten Marsz Niepodległości, podobnie jak na marsze poprzednie, narodowcy przyjeżdżali w wielu przypadkach za państwowe pieniądze, czasem razem z działaczami PiS. Wszystko to było konsekwencją politycznej strategii Jarosława Kaczyński, który z narodowcami chciał zrobić to, co najpierw zrobił z Samoobroną, Ligą Polskich Rodzin, a później z ugrupowaniami Ziobry i Gowina. Zrobić z nich polityczną „przystawkę” Prawa i Sprawiedliwości. Złamać, upokorzyć, skorumpować liderów, rozbić struktury, wchłonąć elektorat.

W tym celu od trzech lat działacze Młodzieży Wszechpolskiej i ONR byli przez liderów i ministrów PiS, Solidarnej Polski i partii Gowina zatrudniani w Narodowym Banku Polskim, w mediach państwowych, w spółkach Skarbu Państwa, w tym w spółkach zbrojeniowych.

Przez minione trzy lata PiS zainwestowało w rozwój ruchu narodowego setki milionów publicznych środków – pieniądze szły nie tylko przez państwowe etaty dla narodowców, ale także przez dotacje ze spółek Skarbu Państwa obsadzonych przez PiS, przez dotacje dla urządzanych przez narodowców imprez. Po zdobyciu władzy przez PiS i obsadzeniu przez tę partię stanowisk kuratorów oświaty, działacze ONR i Młodzieży Wszechpolskiej uzyskali dostęp do polskich szkół i możliwość w pełni legalnego indoktrynowania polskich dzieci. Przez trzy lata wspólnie z ONR-em i Młodzieżą Wszechpolską lokalni działacze, samorządowcy, a nawet wojewodowie z PiS urządzali uroczystości na cześć „żołnierzy wyklętych”, obchodzili rocznice, organizowali nawet wspólnie wiece przeciwko Unii Europejskiej i „zalewowi imigrantów”, gdzie działacze i politycy rządzącej prawicy przemawiali razem z narodowcami.

To dla narodowców PiS kompletnie zmieniło swoją politykę historyczną. Na rzecz „żołnierzy wyklętych” zdradziło AK i „Solidarność” (choćby „stworzoną i kierowaną przez Lecha Kaczyńskiego”, jak głosi nowa propaganda władzy). NSZ, żołnierze wyklęci, narodowe podziemie po roku 1945 – byli na początku wyłącznie bohaterami środowisk narodowych i skrajnej prawicy. Jednak po trzech latach rządów PiS to premier Mateusz Morawiecki wychwalał w Monachium Brygadę Świętokrzyską NSZ, która spełniła wszystkie kryteria kolaboracji z nazistami – począwszy od zaprzestania walki z okupantami, poprzez przyjmowanie od nich broni, zaopatrzenia i pieniędzy, skończywszy na zabijaniu Żydów.

Kiedy jednak przyszło do skonsumowania przystawki, narodowcy nie pozwolili się wchłonąć. Byli już zbyt silni. Kiedy 11 listopada 2018 roku przyszedł moment próby, to oni rozdali karty.

To nie narodowcy uznali zwierzchnictwo PiS-owskich notabli w czasie Marszu Niepodległości, ale to Morawiecki Duda i Kaczyński wkręcili się do marszu od samego początku do samego końca przygotowanego przez narodowców.

Cała Polska i cały świat zobaczyły, że polski prezydent, polski premier, a także nieformalny „naczelnik” pisowskiego państwa, Jarosław Kaczyński idą na czele marszu, w którym za ich plecami powiewa już nie tylko las zielonych szturmowych sztandarów ONR-u, ale także flagi włoskich, węgierskich, słowackich, skandynawskich neofaszystów i skrajnej prawicy. Stało się to szokiem dla światowej opinii publicznej, która przecież do wielu rzeczy jest już przyzwyczajona w epoce Putina, Brexitu i Trumpa.

Marsz, za który pełną polityczną odpowiedzialność wzięli Kaczyński, Morawiecki i Duda, rozbrzmiewał skandowaniem „Konstytucja-prostytucja!”, co poniekąd oddaje stosunek PiS-u do polskiej Ustawy Zasadniczej, choć liderzy partii woleliby tego nie wyrażać aż tak otwarcie. Wreszcie na końcu marszu odbyło się, jak co roku, publiczne palenie flagi Unii Europejskiej.

Dokładnie w tym samym czasie przez Wrocław przemaszerowali narodowcy pod wodzą Międlara i Rybaka, którym Ziobro i Jaki od lat zapewniają faktyczną bezkarność. Oni z kolei kończyli swoją manifestację bezkarnym skandowaniem „patriotycznego” hasła„Dutkiewicz, zdejmij jarmułkę!”.

11 listopada 2018 roku Jarosław Kaczyński udławił się nacjonalistyczną przystawką. To ona go zjadła. Zmieniła język i tożsamość PiS-u, jego partii. Większość posłów tej formacji ma dziś poglądy narodowców, głosuje jak narodowcy, podobnie jak narodowcy chwali się tym, że walczy z „żydowskimi roszczeniami”, podobnie jak narodowcy żąda „reparacji wojennych” zamiast walczyć o środki unijne, podobnie jak narodowcy popisuje się tym, że homoseksualistów nazywa publicznie „zboczeńcami” i „dewiantami”.

Krystyna Pawłowicz, Jan Żaryn, Stanisław Piotrowicz, dziesiątki innych posłów oraz senatorów PiS na wszystkie kwestie – od Unii Europejskiej po nacjonalizm, od praw kobiet po prawa mniejszości – mają poglądy ONR i Młodzieży Wszechpolskiej, a nie poglądy wczesnego Porozumienia Centrum, kiedy to Kaczyński usiłował wszystkich przekonać, że jest „żoliborskim inteligentem”, tyle że nieco bardziej konserwatywnym.

Jakie poglądy ma dziś sam Kaczyński, już nie sposób powiedzieć. Zadryblował się bowiem kompletnie w swoich umizgach do prawicowych radykałów, w naśladowaniu ich języka, kopiowaniu ich metod – żeby pod prawą ścianą nie narodziło się nic oprócz PiS. Czasem Kaczyński potrafi jeszcze swoich ludzi przestraszyć, kiedy im odbija kompletnie – tak jak w sprawie szczepionek. Ale już nie ma wpływu na ich autentyczną tożsamość i ideowe wybory. Oni już są narodowcami, a nie żadnymi PiS-owcami. Jeśli Kaczyński jeszcze ich trzyma przy sobie, to wyłącznie szantażem, że jak mu się postawią, zostaną pozbawieni udziału w łupach. Dla nich i dla ich rodzin nie będzie państwowych posad i publicznych pieniędzy. Jednak kiedy Kaczyński odejdzie lub osłabnie, jego ludzie popłyną w kierunku „młodych patriotów” z ONR, bo już dzisiaj tak ich nazywają, już dzisiaj zazdroszczą im „ideowej wyrazistości”.

W ten sposób Kaczyński stracił wszystko i nie dostał niczego. Ufundował siłę ruchu narodowego w Polsce, ale sam został przez ten ruch wystawiony do wiatru. Jeszcze w zeszłym roku lider narodowców Witold Tumanowicz dziękował za pomoc, jaką Ruch Narodowy otrzymuje od PiS-owskiej władzy. Na wiecu kończącym Marsz Niepodległości mówił: „to Prawo i Sprawiedliwość przeciera szlaki do rządów narodowców, do rządów Ruchu Narodowego”. Kiedy jednak w tym roku Brudziński z kolegami próbowali okłamać Polaków i świat, że Marsz Niepodległości był marszem PiS-owskim, a nie narodowym, narodowcy ich po prostu wyśmiali.

crowdmedia.pl

Reklamy
%d blogerów lubi to: