8.

 

Donald Tusk: Pokonać współczesnych bolszewików

Listopad 10, 2018

Piłsudski i Wałęsa mieli trudniejszą sytuację. Jeśli oni mogli pokonać bolszewików, to dlaczego wy nie mielibyście dać rady pokonać współczesnych bolszewików? – mówił w Łodzi Donald Tusk. Szef Rady Europejskiej w ramach Igrzysk Wolności wygłosił wykład pod tytułem „11 listopada 2018. Polska i Europa. Dwie rocznice, dwie lekcje”. To właśnie słowa o „współczesnych bolszewikach” obudziły najwięcej emocji. Coraz częściej mówi się o tym, że to zapowiedź powrotu byłego premiera do polskiej polityki. W niedzielę o 8.45 razem z Grzegorzem Schetyną, liderem PO, złoży kwiaty przed pomnikiem Józefa Piłsudskiego.

Pokonacie „współczesnych bolszewików”

– Józef Piłsudski, kiedy pokonywał bolszewików, a więc kiedy de facto bronił wspólnoty Zachodu, wolności, bo nie tylko naszej ojczyzny, to miał trochę trudniejszą sytuację niż my dzisiaj. Kiedy Lech Wałęsa pokonywał bolszewików w jakimś symbolicznym sensie, kiedy wydobył z nas to, co europejskie, wolnościowe, także narodowe, to miał o wiele trudniejszą sytuację, niż my dzisiaj. Słuchajcie, jeśli oni mogli pokonać bolszewików, to dlaczego wy nie mielibyście dać radę pokonać współczesnych bolszewików? – mówił w Łodzi Donald Tusk.

Były premier apelował też o to, aby „bronić praw, wolności i niepodległości”. – Pamiętajcie, bez waszych, naszych, Polaków praw i wolności nie ma niepodległości – dodawał.

Poza tym, myśląc o przyszłości, musimy także szanować przeszłość. – Chcę jeszcze raz dobitnie powtórzyć, bo to będzie bardzo ważne, właśnie dzisiaj, w przeddzień rocznicy niepodległości. Wszak to Piłsudski powiedział, że naród, który nie szanuje swojej przeszłości, nie zasługuje na dobrą przyszłość. Więc podkreślmy to jeszcze raz, tak wyraźnie jak to możliwe. Bohaterem, ojcem naszej niepodległości jest Józef Piłsudski. Bohaterem i ojcem naszej wolności jest Lech Wałęsa. I basta! Nie zmieni tego żadna odgórna polityka historyczna – mówił Donald Tusk.

Kolejny sprawdzian to wybory europejskie

– Na naszych oczach dzieje się historia i na naszych oczach może zdarzyć się dramat. Tym bardziej, że za kilka miesięcy wybierzemy w Europie parlament. W tym parlamencie niewykluczone, że znajdą się w bardzo silnej pozycji dwa nurty polityczne – tłumaczył Donald Tusk. Według szefa Rady Europejskiej ścierać będzie się nurt „brunatny, jednoznacznie antyeuropejski” oraz stawiający na „zintegrowanie Unii”.

– I w jednym, i drugim scenariuszu może dla Polski nie być miejsca, jeśli dzisiaj w Warszawie dominować będzie polityka, która stawia także na resentymenty narodowe, negatywne dla UE scenariusze. To nie jest kwestia przyszłych dekad. To kwestia przyszłych miesięcy. W ciągu najbliższych kilku, kilkunastu miesięcy napisany zostanie kolejny rozdział. Albo optymistyczny albo ponury historii integracji europejskiej. I wierzcie mi, te słowa, zdarzenia będą dotyczyły także bezpośrednio naszej niepodległości – ostrzegał.

Dlatego apelował o to, aby przygotować obchody 3-majowe i nie lekceważyć wyborów europejskich, które odbędą się właśnie wiosną. – To całe zamieszanie, którego jesteśmy dzisiaj świadkami, kto maszeruje, kto nie, chyba nie ma większego sensu. Tutaj jestem wierny innemu bohaterowi mojej młodości, Jackowi Kuroniowi i pamiętam do dzisiaj jego słowa: nie palcie komitetów, tylko twórzcie swoje własne. To zostawmy ten marsz w spokoju i spróbujcie nie wykluczając nikogo, pokazując czym naprawdę jest polska solidarność, spróbujcie pokazać, że wiosna może być wasza, nasza, Polska. Nie ma co tutaj czekać na żadnego jeźdźca na białym koniu. (…) Liczcie przede wszystkim na siebie – apelował Donald Tusk.

„Tusk daje nadzieję”, „mądre i inspirujące wystąpienie”

Wystąpienie Donalda Tuska wzbudziło wiele emocji, także na Twitterze:

wiadomo.co

 

 

TUSK: „Im bardziej oni nie chcą wyjść z UE, tym bardziej wychodzą”. PEŁNY TEKST WYSTĄPIENIA W ŁODZI

Dlaczego chcemy być niepodlegli, dlaczego potrzebne jest nam niepodległe i niezawisłe państwo? Po to żebyśmy mogli być wolni. Nie ma niepodległości bez praw i wolności. Po to nam niepodległa ojczyzna, aby wolni Polacy mogli korzystać ze swoich praw i swobód” – mówił w Łodzi Donald Tusk

„Jeśli naprawdę pragniemy, aby Polska była niepodległa przez kolejne sto lat i dłużej, wszyscy musimy ustanowić wspólnotę celów politycznych, jak wtedy w 1918 i  jak w 1989 roku. Dla mnie tą wspólnotą jest silna Polska w zjednoczonej Europie. Jest ład konstytucyjny, są rządy prawa, są wolności obywatelskie, są wolne i niezawisłe sądy i media, warto też pamiętać o szczepieniu dzieci” – mówił Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej, b. premier,  podczas łódzkich Igrzysk Wolności 10 listopada 2018 roku.

„Ci, którzy kibicują dzisiaj w Europie nacjonalizmom, ci, którzy obstawiają dezintegrację i konflikt nieuchronnie doprowadzą do zagrożenia absolutnie fundamentalnego także dla naszej polskiej niepodległości” – mówił m.in. b. polski premier.

I dobitne podkreślił: „Bohaterem, ojcem naszej niepodległości jest Józef Piłsudski, bohaterem i ojcem naszej wolności jest Lech Wałęsa i basta! I nie zmieni tego faktu żadna, bzdurna polityka historyczna”.

Na koniec wybrzmiało wezwanie: „Warto pomyśleć już o tym, co zdarzy się wiosną. … [Utwórzcie] taki nieformalny komitet, który zorganizuje wielkie, publiczne, na miarę historyczną, wydarzenie 3 maja przyszłego roku. (…) Od tego momentu, jeśli będzie was rzeczywiście dużo, będzie także zależało, czy wolna i niepodległa Polska, wolna i zjednoczona Europa nie będą tylko lekcją historii, ale także lekcją przyszłości”.

„Jeśli oni [Piłsudski i Wałęsa] mogli pokonać bolszewików, to dlaczego wy nie mielibyście dać rady pokonać współczesnych bolszewików”.

Relację z wystąpienia i reakcji sali opublikowaliśmy wcześniej:

Poniżej publikujemy pełny tekst wykładu Donalda Tuska. Śródtytuły od redakcji

„11 Listopada 2018. Polska i Europa. Dwie rocznice, dwie lekcje”

Wykład Donalda Tuska podczas Igrzysk Wolności w Łodzi, 10 listopada 2018

Jestem bardzo poruszony możliwością spotkania się z tak licznym gronem ludzi, dla których „Igrzyska wolności” to miejsce spotkania, corocznego spotkania, ważnego nie tylko dla tych, którzy w nim uczestniczą, ale dla tych wszystkich, którzy wierzą, że wolność w Polsce ma przyszłość. (oklaski)

Dla mnie ten dzień ma wyjątkowe znaczenie, bo dokładnie 40 lat temu, bez jednego dnia, miałem okazję po raz pierwszy uczestniczyć w nielegalnej wówczas manifestacji z okazji rocznicy niepodległości pod pomnikiem Jana III Sobieskiego w Gdańsku. 40 lat temu.

Ja bardzo dobrze ten dzień pamiętam, bo dwa tygodnie później brałem ślub z moją dzisiejszą żoną, jak się państwo domyślacie i te obchody 11 listopada zakończyły się dla mnie pierwszymi, w moim osobistym doświadczeniu, represjami politycznymi. Ale nie była to milicja obywatelska, ani służba bezpieczeństwa, tylko reakcja mojej ówczesnej narzeczonej, kiedy spóźniłem się z powodu tej manifestacji i usiłowałem tłumaczyć to spóźnienie na ostatnią randkę w charakterze narzeczonych polityką.

Gdyby moja żona wówczas wiedziała, że to tłumaczenie będzie się pojawiało tak często przez kolejnych 40 lat, to przynajmniej moja osobista historia mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. (oklaski)

Tego dnia zastanawiałem się, byłem wówczas studentem historii, a moją pasją wtedy była historia, jakżeby inaczej, dwudziestolecia międzywojennego i biografia polityczna Józefa Piłsudskiego, zastanawiałem się czy doczekam wolności i niepodległości, czy doczekam takiego cudownego zbiegu zdarzeń, który 60 lat wcześniej, wówczas to była 60 rocznica, doprowadził do odzyskania niepodległości Polski.

Zastanawiałem się czy to, co niemożliwe, może stać się znowu możliwe, tak jak w 1918 r. Bo przecież to, co wówczas się wydarzyło było właściwie niemożliwe.

Niemożliwy rok 1918

Po pierwsze nikt nie mógł wyśnić, chociaż niektórym wieszczom się to trochę udało, że jednocześnie w tym samym czasie upadną trzy zaborcze potęgi. Nikt nie mógł chyba przypuszczać, że wykrwawiony naród, bo przecież w czasie I wojny światowej ponieśliśmy też tragiczne ofiary, tym tragiczniejsze, że polscy żołnierze walczyli w armiach trzech zaborców, a to prawie pół miliona ofiar.

Więc tym bardziej nieprawdopodobne wydawało się, że możemy zwyciężyć i to na polu bitwy, w tej wielkiej konfrontacji, jaką była wojna z Rosją bolszewicką, ale także powstania przeciwko Niemcom w obronie i w ustanawianiu naszych nowych granic.

Wygrać praktycznie w tym samym czasie konflikt z Rosją i Niemcami, tak, to wyglądało na rzecz kompletnie nieprawdopodobną.

I zdarzył się też trzeci cud, można był powiedzieć… po dramatycznym wysiłku w dniach odzyskiwania niepodległości, ale przede wszystkim po 123 latach zaborów udało się zszyć z tych trzech niepasujących do siebie kawałków jedno polskie państwo.

Co było do tego potrzebne?

Na pewno powszechnie uznawana za swoją wspólnota celów politycznych. Polacy różnili się niemniej niż dzisiaj, szczerze powiedziawszy mieli dużo powodów, aby różnić się bardziej niż dzisiaj między sobą, ale w tym krytycznym momencie nie podlegało właściwie dla nikogo dyskusji, co jest wspólnotą politycznych celów, na tym najbardziej generalnym poziomie. I to, oczywiście, była niepodległość i ustanowienie polskiego państwa.

I było wybitne przywództwo.

Mówimy tu oczywiście jednym tchem o takich postaciach, jak Daszyński, Dmowski, Korfanty, Witos, ale tak naprawdę myślimy o tej jednej symbolicznej postaci i przecież nie tylko symbolicznej, o faktycznym ojcu niepodległości Józefie Piłsudskim.

Mieliśmy też mądrą dyplomację. W Wersalu ten ostateczny werdykt dotyczący państwowości, kształtu państwowości, granic Polski byłby inny, gdyby nie niezwykle aktywna i taka przemyślana dyplomacja.

Myślę tu nie tylko o Romanie Dmowskim, ja zawsze mam w sercu mojego krajana, Antoniego Abrahama, Kaszubę, który też pojechał, znalazł swoją drogę do Wersalu, żeby głośno, tak mówi legenda – ale ja lubię takie pozytywne legendy, miał głośno walnąć pięścią w stół i do Lloyda Georga powiedzieć nie ma Polonii bez Kaszeb.

Tak, dużo szczęścia mieliśmy wówczas do ludzi, którzy odpowiadali za Polskę.

Ale mieliśmy też coś, co jest bezcenne w takich sytuacjach, czyli gotowość ponoszenia ofiar.

Tylko wojna z bolszewikami kosztowała nas 60 tys. istnień.

Bez ofiarności i determinacji, dobra dyplomacja i dobre przywództwo nie wystarczyłyby.

Ważne też było szczęście, mieliśmy naprawdę masę szczęścia, nie oszukujmy się. Takiego geopolitycznego szczęścia. No, ale od czasów Napoleona wiadomo, że w polityce, jak ktoś nie ma szczęścia, to z tego są tylko później poważne kłopoty.

Więc szukajmy tych ludzi, którzy mają szczęście, albo przynajmniej wierzą, że mogą być szczęśliwi.

Rocznica rozmowy Wałęsa – Miodowicz

Dzisiaj, w przededniu setnej, okrągłej rocznicy odzyskania niepodległości, mało kto pamięta, że mamy także w tym listopadzie inne okrągłe rocznice, ale one się wiążą bezpośrednio z tamtym doświadczeniem.

Dokładnie w tych dniach mija 30 rocznica rozmowy Lech Wałęsa – Alfred Miodowicz w telewizji publicznej.

Rozmowa, która tak naprawdę otworzyła Okrągły Stół, w jakimś sensie symbolicznie zamknęła czas komunizmu w Polsce.

W ciągu 10 lat od tego momentu, kiedy stałem bezradny pod pomnikiem Sobieskiego w Gdańsku, było nas tam raptem kilkaset osób, i chyba tak jak ja, nikt z nich nie wierzył w to, że za naszego życia ten cud się zdarzy, w ciągu 10 lat przeżyliśmy to wspaniałe polskie doświadczenie, jakim była pierwsza „Solidarność”.

1988 też był niemożliwy

Właściwie zdarzyło się wtedy, w roku 88, coś, co także było niemożliwe. I w jakimś sensie podobne okoliczności, jak listopadowi 1918 roku, towarzyszyły także zdarzeniom z końca lat 80.

Niemożliwe stało się możliwe, bo „Solidarność” okazała się równie mocną wspólnotą celów generalnych, jak Polacy wtedy, sto lat temu.

Mieliśmy dobre przywództwo.

Lech Wałęsa okazał się przywódcą politycznym wybitnym, stał się prawdziwym ojcem polskiej wolności. (oklaski)

Mieliśmy także mądrą, chociaż niepaństwową wówczas, dyplomację. Bo czyż nie był dyplomatą polskiej wolności i polskiej niepodległości papież Jan Paweł II w WatykanieZbigniew Brzeziński w Waszyngtonie, ale też Jerzy Giedroyć w Paryżu?

Moglibyśmy tu wymieniać wiele nazwisk tych, którzy pokazali, że to dziedzictwo polskich polityków i dyplomatów z czasów Wersalu 1918 roku było także dla nich zobowiązaniem, z którego świetnie zdali egzamin.

Mieliśmy także szczęście geopolityczne, to, co było tak istotnym źródłem naszej niepodległości w roku 18, musiało nam towarzyszyć także w roku 89. Na naszych oczach i przy naszym oczywiście skromnym, ale jednak udziale, rozpadał się Związek Radziecki, cały blok komunistyczny. Sowieccy przywódcy podejmowali jeden po drugim, wydawałoby się nieracjonalne z ich punktu widzenia decyzje.

Wykorzystaliśmy podobnie, jak w roku 1918 to szczęście geopolityczne w stu procentach.

Lekcja Anno Domini 2018

Z tego płynie lekcja dla mnie bezdyskusyjna jeśli chodzi o Polskę Anno Domini 2018. Po pierwsze musimy pamiętać, mówił także o tym Józef Piłsudski, o tym, że niepodległość równie trudno zdobyć, równie trudno wywalczyć, jak utrzymać. Zresztą lekcja dwudziestolecia zakończona tragicznym wrześniem 39 roku jest tego najbardziej dobitnym dowodem.

I tutaj przechodzę do sedna sprawy. Dzisiaj nie jesteśmy skazani na bierne przypatrywanie się, co się dzieje z geopolityką wokół nas i wokół Polski. Mamy wszystkie narzędzia i instrumenty, mamy potencjał, mamy okoliczności historyczne, które pozwalają nam wpływać na to, aby to geopolityczne szczęście, które nam sprzyjało dwa razy w naszej historii, trwało jak najdłużej także w naszych czasach.

Najpełniejszym wyrazem tego geopolitycznego farta jest oczywiście nasza obecność w Unii Europejskiej i w Pakcie Północnoatlantyckim. Ale pamiętajmy o tych przestrogach, które były aktualne wówczas, sto lat temu, 60 lat temu, 10 lat temu i będą aktualne pewnie zawsze.

Pułapka Tukidydesa

Musimy o to nasze szczęście dbać z całej siły, bo zagrożenia są widoczne w tej chwili gołym okiem.

Po pierwsze, ład geopolityczny w wymiarze globalnym. Nie muszę tu nikomu na tej sali tłumaczyć, jak realna stała się kolejna w dziejach ludzkości, ale w wymiarze rzeczywiście globalnym pułapka Tukidydesa, kiedy ład geopolityczny budowany na dominacji jednej siły zaczyna na naszych oczach się zmieniać.

I nie będzie dla nikogo odkryciem, kiedy powiem, że ta dynamiczna dziś równowaga, która za chwilę może zamienić się w bardzo dynamiczną nierównowagę, dotyczy dziś tych dwóch wielkich aktorów na scenie globalnej, czyli Chin i Stanów Zjednoczonych.

Odległe światy wydawałoby się, dzisiaj taka teza nie miałaby żadnego sensu.

Każde wydarzenie w Waszyngtonie i w Pekinie dotyczy pośrednio i bezpośrednio naszej  przyszłości.

Mówię o tym dlatego, bo w tym wielkim, globalnym wyzwaniu inaczej zachowuje się nasz tradycyjny, najbliższy partner, czyli Stany Zjednoczone. Chcę powiedzieć, że

po raz pierwszy chyba w historii tak, jak ja ją pamiętam, mamy dzisiaj administrację amerykańską, która delikatnie mówiąc nie jest entuzjastycznie nastawiona do zjednoczonej, silnej Europy.

I mówię tutaj o faktach, a nie o propagandowych deklaracjach. I mówię, jako człowiek, który ma tę, powiedzmy, satysfakcję, dość często wymieniać bezpośrednio uwagi z prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Być może ze względu na to, że jesteśmy imiennikami, jest ze mną dość otwarty (oklaski) i nie mam żadnych wątpliwości, że w tych sprawach, które w mojej ocenie są tym geopolitycznym fundamentem polskiej niepodległości, a więc silna Unia Europejska, a więc intensywna, jeszcze bardziej niż dziś, integracja pomiędzy Europą i Stanami Zjednoczonymi, to co jest istotą ładu światowego, a więc wspólnota transatlantycka, że to wszystko, na to wszystko ja mam trochę inne poglądy niż mój najbardziej wpływowy na świecie imiennik.

Do tego dochodzi sytuacja po naszej wschodniej granicy. Tu też mamy do czynienia z tą swoistą pułapką Tukidydesa, tu też Rosja, patrząc na zamianę sił w wymiarze globalnym, zareagowała w sposób agresywny na Ukrainie.

Mamy sytuację wewnątrz Unii Europejskiej, sytuację, którą ilustruje w sposób najdobitniejszy Brexit, wyjście Wlk. Brytanii z UE, ale także wiele innych, negatywnych zjawisk, negatywnych z punktu widzenia Europy, a więc także polskiego interesu narodowego, polskiego interesu państwowego.

Mówię tutaj o wzroście nacjonalizmu i antyeuropejskiej, już nie tylko retoryce, ale też emocji antyeuropejskiej w wielu stolicach europejskich. Jeszcze nie dotyczy to dzisiaj przywódców, ale te siły na naszych oczach rosną. Siły, które obstawiają raczej konflikt, niż współpracę, raczej dezintegrację niż integrację.

Oni znów czekają na arcyksięcia Ferdynanda

Kiedy jeżdżę po Europie odnoszę czasami wrażenie, że w wielu europejskich stolicach są partie i politycy, którzy czekają na taką swoją wizytę księcia, arcyksięcia Ferdynanda.

Czekają na ten wymarzony konflikt, który zmieni ład światowy i ład europejski oparty na przestrzeganiu wspólnych zasad i wartości.

To było jednym z największych dla mnie zaskoczeń, kiedy stosunkowo niedawno, pół roku temu, na szczycie G7, właśnie bezpośredniej takiej politycznej konfrontacji z prezydentem Trumpem spieraliśmy się o to, czy dla tych siedmiu najpotężniejszych państw świata zachodniego, ład oparty na zasadach i wspólnych wartościach jeszcze obowiązuje.

Trump wykreślił to zdanie

I po raz pierwszy chyba w tej naszej, współczesnej historii to prezydent Stanów Zjednoczonych powiedział, że nie jest zainteresowany kontynuacją takiego myślenia i takiego działania.

I wykreślił właściwie własnoręcznie to zdanie, które zawsze znajdowało się w deklaracjach siedmiu najpotężniejszych państw świata zachodniego, że chcemy przestrzegać ładu światowego opartego na zasadach i wartościach.

Ta sprawa jest naprawdę bardzo poważna, szczególnie wtedy, kiedy

mamy także w naszym kraju polityków i siły polityczne, które chcą zmienić ład, który w mojej, i nie tylko mojej, ocenie jest podstawą, fundamentem naszej dzisiejszej i przyszłej niepodległości, to jest oczywiście przyszłość Unii Europejskiej. (oklaski)

W całej Europie, praktycznie w całej Europie w sposób jawny, albo bardziej dyskretny są ci, którzy:

  • z entuzjazmem wyrażają się o Brexicie,
  • ci, którzy z mniejszym lub większym entuzjazmem oceniają kolejne kroki na rzecz izolacjonizmu ze strony Waszyngtonu,
  • ci, którzy z coraz większą intensywnością kokietują Władimira Putina,
  • oni wszyscy także mniej lub bardziej jednoznacznie mówią, starają się nas przekonać, że Unia Europejska w ogóle, lub w tym kształcie, nie ma przyszłości.

Problem polega na tym, że

ci, którzy kibicują dzisiaj w Europie nacjonalizmom, ci, którzy obstawiają dezintegrację i konflikt nieuchronnie doprowadzą do zagrożenia absolutnie fundamentalnego także dla naszej polskiej niepodległości. (oklaski)

Kto dzisiaj w Polsce występuje przeciwko naszej silnej pozycji w zjednoczonej Europie, tak naprawdę występuje przeciwko polskiej niepodległości. (oklaski)

Nie z racji mojej funkcji, ale z racji głębokiego przekonania, że może to sprowadzić na moją ojczyznę znowu największe z możliwych, politycznych zagrożeń, chcę też dzisiaj, w przeddzień rocznicy niepodległości, powiedzieć, że

to od nas zależy, tu w Polsce, czy politycy doprowadzą do rozbicia Unii Europejskiej i do wyprowadzenia Polski z UE.

To od nas zależy, czy w tym lunatycznym pochodzie, celowo używam tego sformułowania, które rozpoczął kilka lat temu w Wielkiej Brytanii (mówię w lunatycznym pochodzie, bo mam w pamięci premiera Camerona, który w swoim mniemaniu robił wszystko, aby utrzymać Wielką Brytanię w UE, a de facto zrobił wszystko żeby Wielka Brytania wyszła z Unii Europejskiej).

Trochę to przypomina działania niektórych polityków w roku 1914, wtedy, kiedy zaczynała się I pierwsza wojna światowa, nie porównuję tych dwóch zdarzeń oczywiście, ale pewną logikę konsekwencji działań polityków, którzy nie potrafią sensownie rachować, nie potrafią przewidywać skutków swoich działań.

Polska dziś

I chcę nawiązać bezpośrednio do tego, co dzisiaj dzieje się w naszym kraju. Otóż, ja jestem gotów uwierzyć tym wszystkim, którzy dzisiaj w Polsce mówią nie chcemy wyjść z Unii Europejskiej.

Ja się boję raczej tego brytyjskiego scenariusza, im bardziej oni nie chcą wyjść z UE, tym bardziej wychodzą. (oklaski)

Ale żeby też nie być łatwowiernym. Jeśli słyszę od polskiego wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego takie słowa „jeśli politycy europejscy nadal będą działać z takim taktem politycznym, wkrótce w Polsce staniemy przed koniecznością referendum w sprawie pozostania w UE”. To nominowany przez PiS wiceprzewodniczący PE.

Lider jutrzejszego marszu niepodległości, w którym także polskie władze będą uczestniczyły, tu cytat: „Dzisiaj mówimy o tym, że Unia Europejska w obecnym kształcie się kończy i bardzo dobrze, bo to zły projekt”.

Już nie wspomnę słów o „wyimaginowanej wspólnocie”.

Chcę powiedzieć państwu, że w tej sprawie nie może być niedomówień, ani żartów, to nie są anegdoty, to nie są lekcje ani wykłady z odległej historii, na naszych oczach dzieje się historia i na naszych oczach może zdarzyć się dramat.

Tym bardziej, że za kilka miesięcy wybierzemy w Europie parlament. W tym parlamencie niewykluczone, znajdą się w bardzo silnej pozycji takie dwa nurty polityczne: jeden coraz bardziej brunatny, jednoznacznie antyeuropejski, stawiający w sposób coraz bardziej wyrazisty na nacjonalizm, występujący przeciwko UE jako takiej.

I drugi nurt tych, którzy chcą UE zintegrować tak tylko, jak się da.

I w jednym i w drugim scenariuszu może dla Polski nie być miejsca jeśli dzisiaj w Warszawie dominować będzie polityka, która stawia także na resentymenty narodowe, stawia na negatywne dla UE scenariusze.

To nie jest kwestia przyszłych dekad, to jest kwestia przyszłych miesięcy. W ciągu najbliższych kilku, kilkunastu miesięcy napisany zostanie kolejny rozdział, rozdział albo optymistyczny, albo ponury historii integracji europejskiej. I wierzcie mi, te słowa, te zdarzenia będą dotyczyły także bezpośrednio naszej niepodległości.

Dlaczego chcemy być niepodlegli

Jest druga kwestia, to jest kwestia pewnej dynamiki wewnętrznej tutaj w Polsce. To jest kwestia jakby istoty niepodległości,

dlaczego chcemy być niepodlegli, dlaczego potrzebne jest nam niepodległe i niezawisłe państwo? Po to żebyśmy mogli być wolni. Nie ma niepodległości bez praw i wolności. Po to nam niepodległa ojczyzna, aby wolni Polacy mogli korzystać ze swoich praw i swobód. (oklaski)

Jeśli naprawdę pragniemy, aby Polska była niepodległa przez kolejne sto lat i dłużej, wszyscy musimy ustanowić wspólnotę celów politycznych, jak wtedy w 1918 i wtedy, jak w 1989 roku.

Dla mnie tą wspólnotą jest silna Polska w zjednoczonej Europie. Jest ład konstytucyjny, są rządy prawa, są wolności obywatelskie, są wolne i niezawisłe sądy i media, warto też pamiętać o szczepieniu dzieci.

Ojcami Piłsudski i Wałęsa. I basta

Każda historia, każdego narodu potrzebuje swoich bohaterów. Wymieniałem już tu ich nazwiska, ale chcę jeszcze raz dobitnie powtórzyć, bo to będzie chyba będzie bardzo ważne dzisiaj, w przeddzień rocznicy niepodległości: wszak to Piłsudski powiedział, że naród, który nie szanuje swojej przeszłości nie zasługuje na dobrą przyszłość, więc podkreślmy to jeszcze raz tak wyraźnie, jak to możliwe:

bohaterem, ojcem naszej niepodległości jest Józef Piłsudski, bohaterem i ojcem naszej wolności jest Lech Wałęsa i basta! (oklaski) I nie zmieni tego, nie zmieni tego faktu żadna, bzdurna polityka historyczna.

Jestem przekonany i to potwierdza przecież nasza historia, że te prawdziwe, te potrzebne, te święte mity naszej niepodległości i wolności są silniejsze od propagandy jakiejkolwiek politycznej władzy.

I na koniec chciałbym powiedzieć coś, o czym też mam głębokie przekonanie, bo obserwowałem to zza zapartym tchem i z takim wielkim ładunkiem emocji przez wiele miesięcy, pamiętacie tu, jak jesteście dzisiaj w Łodzi, a jest was więcej niż ktokolwiek mógł się spodziewać, ale pamiętajcie o tym także przez następne miesiące.

Że działanie ma sens, że rok 18, lekcja roku 18, lekcja roku 80 i 88, pokazały jednoznacznie, że kiedy działamy, kiedy nie narzekamy, kiedy wierzymy we własne siły, to przenosimy góry i czynimy rzeczy niemożliwe możliwymi, bo rzeczywiście wszystko da się odwrócić.

To mogą być słowa nadziei i oczywiście słowa przestrogi, ale dlatego nawet jeśli dzisiaj nie zawsze mamy dobry nastrój, co zrozumiałe, bo wszak listopad to dla Polaków niebezpieczna pora, ale może dlatego warto czcząc dzisiaj bohaterów naszej niepodległości, dziś i jutro, pomyśleć już o tym, co zdarzy się wiosną. Wszak maj to dla Polaków błogi raj. (oklaski)

Komitet 3 maja

Ale może to jest ten czas, kiedy tu dzisiaj, jak siedzicie, utworzycie taki nieformalny komitet, który zorganizuje wielkie, publiczne, na miarę historyczną, wydarzenie 3 maja przyszłego roku. A moment też będzie bardzo szczególny, od tego momentu, jeśli będzie was rzeczywiście dużo, więcej niż dzisiaj tu w Łodzi, to byś

może od tego będzie także zależało, czy wolna i niepodległa Polska, wolna i zjednoczona Europa nie będą tylko lekcją historii, ale także lekcją przyszłości.

Ja zresztą uważam, że to całe zamieszanie, którego jesteśmy dzisiaj świadkami, kto maszeruje, kto nie maszeruje, chyba nie ma większego sensu. Ja tutaj jestem bardzo wierny innemu bohaterowi mojej młodości Jackowi Kuroniowi i pamiętam do dziś te jego słowa „nie palcie komitetów, tylko otwórzcie swoje własne” (oklaski).

Pokażcie, że wiosna jest nasza

No to zostawmy ten marsz w spokoju i spróbujcie nie wykluczając nikogo, pokazując czym naprawdę jest polska solidarność, spróbujcie w maju, wiosną pokazać, że wiosna może być wasza, nasza, polska. (oklaski)

I no wiecie, nie ma co czekać na żadnego jeźdźca na białym koniu. Pamiętacie, jak to było z gen. Andersem, miał być generał na białym koniu, jest pani senator w biznes class, no tak się to marzenie skończyło. (oklaski)

Więc liczcie przede wszystkim na siebie. Wtedy, kiedy Polacy liczyli na siebie, na wspólnotę, na „Solidarność” wtedy zawsze wygrywali.

Zresztą, słuchajcie kochani, Józef Piłsudski, kiedy pokonywał bolszewików, a więc kiedy de facto bronił wspólnoty Zachodu, wspólnoty wolności, bo nie tylko naszej niepodległej ojczyzny, przed taką polityczną barbarią, ze wschodu w sensie politycznym, nie mówię tu teraz tylko o geografii, to miał trochę trudniejszą sytuację niż my dzisiaj.

Kiedy Lech Wałęsa pokonywał bolszewików w jakimś symbolicznym sensie, kiedy wydobył z nas to, co właśnie europejskie, wolnościowe, także narodowe to miał o wiele trudniejszą sytuację niż my dzisiaj.

Słuchajcie, jeśli oni mogli pokonać bolszewików, to dlaczego wy nie mielibyście dać rady pokonać współczesnych bolszewików. (oklaski)

Pamiętajcie, bez waszych, naszych, Polaków praw i wolności, nie ma niepodległości. I brońcie tych praw, brońcie tej wolności i brońcie polskiej niepodległości, to jest wasze zadanie.

Wystąpienie spisane z nagrania przez Wandę Ostrowską, dziękujemy

oko.press

 

Temat powrotu Donalda Tuska do polskiej polityki pojawia się w mediach od wielu miesięcy. Do tej pory były to czyste spekulacje czy plotki, np. „o liście Tuska” w wyborach europejskich w maju przyszłego roku (zdementowane zresztą przez byłego premiera). Sam Tusk i jego otoczenie o ewentualnym powrocie wypowiadają się dość enigmatycznie. Dopiero w ostatnich dniach zaczęło wyglądać na to, że jest coś na rzeczy. Bo obecność Tuska widać było w Warszawie bardziej niż kiedykolwiek od 2014 r. I nie była to obecność przypadkowa.

Tusk się uaktywnił, bo przymierza się do wyborów w 2020 r.?

Od Warszawy po Łódź

Pierwszym akcentem było przesłuchanie byłego premiera przed komisją śledczą badającą aferę Amber Gold. W planach PiS miał to być mocny akcent na zakończenie kampanii samorządowej, który ostatecznie pozbawi opozycję nadziei na zwycięstwo w tych i kolejnych wyborach. O rzekomych problemach prawnych Tuska związanych z Amber Gold mówił zresztą Jarosław Kaczyński przy okazji jego powtórnego wyboru na stanowisko w marcu ubiegłego roku.

Z tych planów nic nie wyszło. Posłowie PiS przez wiele miesięcy działania komisji nie byli w stanie znaleźć żadnych konkretnych dowodów czy nawet mocnych politycznych argumentów, które uderzyłyby w byłego premiera. Skończyło się na tym, że w ostatniej chwili wezwanie Tuska zostało przesunięte już poza kampanię. Siedmiogodzinne przesłuchanie przyniosło dużo retorycznych przepychanek, ale żadnych konkretów, a były premier pokazał, że politycznie przerasta o głowę swoich oponentów z komisji.

Dużo ważniejsze było jednak łódzkie przemówienie Tuska w przeddzień rocznicy odzyskania niepodległości. Były premier zarysował w nim pole politycznego sporu zarówno w Polsce, jak i w jej otoczeniu. Pokazał geopolityczne zagrożenia dla Polski: od rosnących nacjonalizmów w samej Europie po rywalizację USA z Chinami. Podkreślił, ze jedynym sposobem na ich przezwyciężenie jest silna obecność w zjednoczonej Europie. Z którą nie można igrać, bo może to doprowadzić do scenariusza brytyjskiego, w którym David Cameron nie chciał wyprowadzić Wielkiej Brytanii z Unii, ale ją wyprowadził.

Innym udało się świętować bez partyjnej młócki

Przeszłość i przyszłość

Tusk najmocniej też do tej pory odniósł się do wewnętrznej sytuacji politycznej w Polsce. „Niepodległe, niezawisłe państwo jest nam potrzebne do tego, żebyśmy mogli być wolni. Nie ma niepodległości bez praw i wolności” – podkreślał. I przedstawił swój pozytywny program i najważniejsze dla niego wartości: „Silna Polska w zjednoczonej Europie, ład konstytucyjny, rządy prawa, wolności obywatelskie, wolne i niezwisłe sądy i media. Warto też pamiętać o szczepieniu dzieci”.

Zaznaczył także, że nie zamierza oddawać PiS symboliki historycznej, podkreślając, iż „bohaterem, ojcem naszej niepodległości jest Józef Piłsudski. Bohaterem i ojcem naszej wolności jest Lech Wałęsa. I basta”.

W politycznym kontekście należy też czytać obecność Tuska na trybunie honorowej podczas obchodów 11 listopada i złożenie kwiatów przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

Tusk patrzy na kalendarz

Czy to wszystko oznacza, że możemy się spodziewać powrotu byłego premiera do polskiej polityki już w najbliższych miesiącach? Nie tak prędko.

Tusk jest politykiem, który zawsze doceniał znaczenie kalendarza w polityce. A ten kalendarz pozostaje wciąż dość zagmatwany. Kadencja Tuska w Brukseli kończy się 30 listopada przyszłego roku. To już nie tylko po wyborach europejskich w maju, ale też po kluczowym, jesiennym głosowaniu na posłów i senatorów, które rozstrzygnie o tym, kto będzie rządził w kraju do 2023 r. W tej sytuacji Tusk mógłby dopiero kandydować na prezydenta w wyborach na wiosnę 2020 r.

Z drugiej strony Tusk mógłby wcześniej odejść z Brukseli. Po zakończeniu negocjacji brexitowych i wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii nie będzie miał tam już specjalnie wiele do roboty. Dobrym pretekstem do dymisji byłaby np. wymiana na kluczowych europejskich stanowiskach po majowych wyborach.

Nowe rozdanie obejmie m.in. fotele przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, szefa Komisji Europejskiej i jego zastępcy ds. zagranicznych. Unijni przywódcy mogliby się nawet ucieszyć, że Tusk, ustępując, rozwiązuje im ręce i ułatwia ułożenie tej układanki na nowo. To oznaczałoby, że były lider Platformy mógłby bezpośrednio włączyć się już do kampanii parlamentarnej.

Może nie na białym koniu, ale…

Wiele będzie zależało od tego, jak będą się układały karty w samej opozycji. Tusk może się włączyć, jeśli zarysuje się możliwość utworzenia silnego sojuszu, który będzie miał realne szanse na zwycięstwo wyborcze i odebranie władzy PiS.

Na razie były premier zasygnalizował więc tylko swoim zwolennikom, że może wrócić do polskiej polityki i być dla opozycji mocną, być może decydującą kartą. Ale wciąż trzyma wszystkie opcje otwarte.

To, że na przyspieszony powrót Tuska nie ma co liczyć, były premier sam zasugerował w swoim przemówieniu w Łodzi. Rzucając pomysł organizacji środowisk opozycyjnych wokół majowych wyborów i rocznicy Konstytucji 3 Maja, dodał: „Nie ma co czekać na jeźdźca na białym koniu”.

Tuska scenariusz jest więc zapewne taki: najpierw się ogarnijcie, pokażcie, że jesteście w stanie włączyć się do gry o zwycięstwo. A wtedy zobaczymy. Może nie na białym koniu, ale…

Donald Tusk: W 2019 roku będę w Polsce. I nie wybieram się na emeryturę

polityka.pl

 

10 listopada Tusk był w Łodzi na zorganizowanych przez władze miasta „Igrzyskach Wolności”. Wypowiedział tam proste i precyzyjne przesłanie: „skoro Piłsudski i Wałęsa dali radę pokonać bolszewików, dlaczego wy nie mielibyście pokonać współczesnych bolszewików. Brońcie Polski, brońcie wolności, brońcie niepodległości”. W przededniu święta niepodległości udzielił też ważnego wywiadu „Gazecie Wyborczej”, gdzie rozliczał się ze swoich politycznych niedokonań i błędów.

11 listopada Donald Tusk najpierw złożył wieniec przed pomnikiem Marszałka przy Belwederze wraz z Grzegorzem Schetyną, w gronie politycznych przyjaciół i zwolenników, po czym w południe na Placu Piłsudskiego wziął udział w uroczystościach państwowych, w gronie swoich śmiertelnych politycznych wrogów.

To Jarosław Kaczyński osobiście zdecydował o tym, że przejście przewodniczącego Rady Europejskiej przez szpaler polityków PiS będzie „marszem hańby”. Dlatego żaden z PiS-owców nie przywitał się z Tuskiem, żaden z nich nie zareagował na powtarzane przez oficjalnego gościa gesty powitania. Jak zwykle najbardziej żałośnie wyglądało to w wykonaniu Andrzeja Dudy, który przecież Tuska na oficjalne obchody zaprosił. Jednak obecny polski prezydent, jak zwykle w obecności Kaczyńskiego, okazał się człowiekiem beznadziejnie słabym. Jego obojętność miała zatrzeć pamięć o przymilnej pogawędce z Tuskiem w Nowym Jorku, w kuluarach Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Tam Kaczyńskiego nie było, więc Duda okazał się wobec Tuska miękki. Jednak były media i Duda znów skompromitował się w oczach twardego elektoratu PiS. Zatem 11 listopada musiał publicznie odegrać scenariusz napisany mu przez Kaczyńskiego.

Długa walka o prezydenturę

Fakt, że Donald Tusk zrezygnował z udziału w zjeździe politycznych celebrytów w Paryżu (gdzie byłby jedną z gwiazd) i wybrał trudną dla siebie wizytę w totalnie podzielonej ojczyźnie, oznacza tylko jedno. Kiedy skończy się kadencja przewodniczącego Rady Europejskiej Tusk wróci do polskiej polityki, a pierwszą taką okazją mogą być tylko wybory prezydenckie.

Nie znaczy to jednak, że Donald Tusk może sobie pozwolić na czekanie do połowy 2020 roku. Jeśli opozycja wygra wybory europejskie i parlamentarne 2019 roku, kampania prezydencka, starcie z tchórzliwą marionetką obozu, który po utracie władzy pójdzie w rozsypkę, będzie dla Tuska tylko formalnością. Jeśli jednak opozycja przegra wybory parlamentarne 2019 roku, Tusk będzie wracał do Polski nie po zwycięstwo, ale po zorganizowane mu przez Kaczyńskiego kolejne upokorzenia, a być może na własny proces.

Kluczem do odsunięcia PiS-u od władzy jest efektywna jedność opozycji. Uniknięcie podzielenia i zmarnowania głosów, których już dziś – pokazały to wybory samorządowe – wystarczy, żeby odsunąć Kaczyńskiego od władzy. Donald Tusk nie tylko sam musi „grać w jednej drużynie” z Grzegorzem Schetyną (rozprowadzane w mediach plotki o własnej liście Tuska do wyborów europejskich okazały się jak do tej pory fałszywe). Ale musi też zwrócić się wyraźnie do elektoratu całej opozycji, z przesłaniem, że miejsce liderek i liderów różnych opozycyjnych partii jest na jednej liście. Pod własnymi sztandarami, wokół nie tylko „minimum programowego”, ale odważnej wizji Polski po rządach PiS-u, ale bezwzględnie na jednej liście. Tylko to daje szansę na wygranie ze „zjednoczoną prawicą”. Większościowa ordynacja wyborcza jest tu nieubłagana. Każde inne rozwiązanie będzie oznaczało – jak pokazały to wybory do sejmików – zmarnowanie setek tysięcy głosów, utratę wielu mandatów, a w konsekwencji pozostawienie Kaczyńskiego u władzy. Na kolejne cztery lata, w czasie których PiS-owska mniejszość, dla której Kaczyński szuka – pokazały to obchody 11 listopada w Warszawie – wzmocnienia ze strony elektoratu narodowców – będzie dalej demolowała Konstytucję, demokrację, praworządność, a przede wszystkim pozycję Polski w instytucjach i sojuszach liberalnego Zachodu.

11 listopada pokazało, że Tusk nie wróci do Polski na białym koniu, nie będzie nowym Macronem, ale w polskiej polityce czekają go „krew, pot i łzy”. Tak naprawdę nie będzie przekraczał istniejących podziałów, ale może pomóc Schetynie, Lubnauer, Nowackiej i wszystkim innym odpowiedzialnym liderom i liderkom opozycji jednoczyć i mobilizować antypisowski elektorat. W najlepszym scenariuszu nieco go poszerzy. To zadanie mniej efektowne, niż „kocham wszystkich” Biedronia, ale w dzisiejszej polskiej polityce zwracanie się do wszystkich jest hasłem, które nie trafia do nikogo.

Jedynym problemem Donalda Tuska w tym i tak najbardziej optymistycznym scenariuszu jest fakt, że przewidziana dla niego pozycja prezydenta daje mu mniej władzy, niż pozycja premiera. A „krew, pot i łzy” zainwestowane w pracę na rzecz opozycji będą tyleż inwestycją we własną prezydenturę, co inwestycją w bardzo realną władzę dla Grzegorza Schetyny jako premiera. Jednak innego scenariusza nie ma. A rola Tuska przy ochranianiu jedności opozycyjnego elektoratu jest nie do przecenienia. Wyborcy PO, Nowoczesnej, a nawet PSL i SLD pamiętają go jako człowieka, który efektownie odsunął od władzy Jarosława Kaczyńskiego w 2007 roku. Dziś oczekują od niego, że pomoże opozycji odebrać władzę Kaczyńskiemu w roku 2019.

newsweek.pl

 

„Dla mnie w większym stopniu to, co się tam wydarzyło, jest nie kwestią polityki, ale po prostu wychowania. To było po prostu chamstwo, takie prymitywne, nieokrzesane. To nie przystoi głowie państwa polskiego. Mądrzy i kulturalni ludzie wiedzą, że jest jakaś granica, której się nie przekracza, chcąc nawet utrzeć nosa przeciwnikowi politycznemu” – powiedział były prezydent w Bronisław Komorowski w TVN 24. To jego komentarz do zachowania Andrzeja Dudy wobec Donalda Tuska na pl. Piłsudskiego, o czym pisaliśmy w artykule „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej celowo pomija w powitaniu przewodniczącego Rady Europejskiej i prezydent Warszawy”.

>>>

Bronisław Komorowski mówił także o marszu, który przeszedł 11 listopada ulicami Warszawy. Jego zdaniem, jednym ze źródłem chaosu decyzyjnego w sprawie organizacji marszu był Andrzej Duda. – „Błędem zasadniczym z punktu widzenia pozycji prezydenta i głowy państwa polskiego jest to, że doprowadził do sytuacji, w której chcąc być może przechwycić marsz narodowców poszedł w jakiejś mierze na czele w marszu, który wszyscy identyfikują ze skrajnymi środowiskami nacjonalistycznymi. To był błąd wizerunkowy, bardzo kosztowny, bo nie tylko na świecie, ale wobec opinii publicznej w Polsce” – stwierdził Komorowski.

Dodał, że Duda zamiast negocjować z organizatorami Marszu Niepodległości powinien przejąć organizację „marszu prezydenckiego”, który został zapoczątkowany podczas kadencji Komorowskiego.

Były prezydent odniósł się też do odsłonięcia pomnika Lecha Kaczyńskiego na pl. Piłsudskiego. – „Rozumiem potrzebę wypełnienia pewnej pustki po dramatycznej śmierci prezydenta. Ale trzeba zachować pewne proporcje w podejściu do kwestii upamiętniania tragicznie zmarłych wybitnych Polaków” – powiedział Komorowski. Zauważył, że Gabriel Narutowicz – pierwszy prezydent II RP, który padł ofiarą zamachowca – ma jeden pomnik. – „Więc chciałoby się powiedzieć: trochę umiaru, Jarosławie Kaczyński, z tym upamiętnianiem brata, bo gdzieś zatraci się proporcje” – dodał Komorowski.

koduj24.pl

 

„Współcześni bolszewicy” to konkretne ugrupowanie, analogia nasuwała się sama. Przecież Donald Tusk nie mówił o wydumanym, potencjalnym „bolszewiku”, tylko realnym zagrożeniu, które w Polsce występuje – mówi prof. Aleksander Hall, historyk, polityk, działacz opozycji w PRL, minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. – Moja ocena tego, co dzieje się w Polsce, jest podobna, czyli uważam, że jest realne zagrożenie autorytarne. Złamanie niezależności sądów, dysponowanie posłusznymi czy zastraszonymi sędziami jest jedną z najgorszych rzeczy. Mam tego świadomość. Nie mam do Donalda Tuska pretensji o takie słowa – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: „Wspólny marsz to ogromny sukces, to wielki dzień” – przekonuje prezes PiS Jarosław Kaczyński. Naprawdę jest się czym chwalić?

PROF. ALEKSANDER HALL: Oglądałem ten marsz w telewizji i mam co najmniej mieszane uczucia. Z jednej strony liczba ponad 200 tys. ludzi, z których większość zapewne myślała poważnie o uczczeniu rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Z drugiej jednak jest coś dwuznacznego w tym, że prezydent i rząd podłączają się pod marsz organizowany od lat przez środowiska skrajne i na którym wielokrotnie pojawiały się hasła niemające nic wspólnego z polskim interesem narodowym i poczuciem przyzwoitości. Pozostaje też poczucie niedosytu, że w stolicy naszego kraju nie wytworzył się obyczaj organizowania marszów czy parad naprawdę jednoczących Polaków. To udaje się od wielu lat na przykład w Gdańsku.

Marsz Niepodległości nie był marszem jednoczenia.

PiS nie ma problemu z tym, że obok biało-czerwonych flaga na marszu były także flagi ONR-u, włoscy neofaszyści i nacjonalistyczne hasła?
Nie wiem, jak PiS się z tym czuje, ale myślę, że rozsądniejsi politycy tej partii widzą w tym jakiś problem.

To dlaczego w ogóle zaczęli z narodowcami rozmawiać? Wiadomo było, czego się spodziewać…
Dlatego to wszystko idzie na rachunek obecnej władzy. Obóz rządzący być może zdaje sobie sprawę z istotnych strat wizerunkowych, jakie przy tej okazji ponosi, ale z drugiej strony nie chce rezygnować z głosu Polaków, którzy w Marszu Niepodległości dobrze się czują. To jest dylemat, który PiS miał i rozstrzygnął go tak, jak go rozstrzygnął. To ich odpowiedzialność.

Co mogli albo powinni zrobić?
Jestem bardzo daleko od obozu władzy, więc nie czuję się uprawniony, aby im coś podpowiadać. Ale

myślę, że zło stało się znacznie wcześniej. Chodzi o politykę, którą PiS prowadzi od 2015 roku, ostrego podziału polskiego społeczeństwa na dobrych patriotów i Polaków gorszego sortu. Zbyt wiele stało się, jeżeli chodzi o dzielenie wspólnoty narodowej, zarzucanie opozycji najniższych intencji, a nawet zdrady narodowej, łamanie konstytucji. Od początku wiadomo było, że żaden wspólny, narodowy marsz nie jest możliwy.

Taki jak „Marsz dla Niepodległej” organizowanej przez prezydenta Bronisława Komorowskiego?
To były prezydenckie marsze politycznie ekumeniczne, oddające hołd ponad podziałami wszystkim głównym twórcom niepodległości. Sam kilkukrotnie towarzyszyłem prezydentowi Komorowskiemu podczas składania kwiatów przed pomnikiem Romana Dmowskiego. PiS niestety nie zdecydował się na kontynuowanie tej tradycji.

Realnym alternatywnym krokiem, który prezydent i rząd mógł zrobić w 100-lecie odzyskania niepodległości, było zorganizowanie własnego marszu, ale byłby to tylko marsz PiS-u.

Obok Jarosława Kaczyńskiego, premiera Mateusza Morawieckiego i prezydenta Andrzeja Dudy nie stanęliby przecież politycy opozycji, autorytety występujące w obronie konstytucji i praworządności.

Taki marsz PiS-u byłby znacznie skromniejszy od Marszu Niepodległości, który ma już przecież swoją tradycję.

Dlatego postanowili dogadać się z nacjonalistami i przyłączyć do nich kilka dni przed Świętem Niepodległości?
Tak. Inna decyzja wymagałaby prowadzenia innej polityki, w której podziały, wzajemne pretensje nie byłyby aż tak głębokie.

„Zazwyczaj to PiS stosuje patriotyczny szantaż, odmawiając swym oponentom prawa miłowania ojczyzny. Teraz sam został w taką pułapkę przez narodowców złapany” – pisze Andrzej Stankiewicz w Onet.pl. A może właśnie sytuacja wymknęła się spod kontroli?
Uważam, że część myślących polityków obozu rządzącego, a do nich zaliczyłbym Jarosława Kaczyńskiego, miało poczucie ulgi wychodząc z marszu z poczuciem, że nie stało się nic drastycznego.

Myślę, że odczuwali niepokój podejmując decyzję o firmowaniu tego marszu, a potem poczucie ulgi, że jednak mogło się skończyć gorzej. Były flagi ONR-u, włoscy neofaszyści, nacjonalistyczne hasła, ale nikt nie został dotkliwie pobity.

Władza legitymizując takie organizacje, daje im przecież poczucie siły… A to nie musi się dobrze skończyć.
Za miarodajną ocenę zagrożenia uważam wyniki wyborów. One pokazują wyraźnie, że skrajne ruchy nacjonalistyczne w Polsce mogą liczyć na niewielkie poparcie. Myślę, że świadomość historyczna wśród członków tych ruchów jest niewielka.

Czym innym, bez porównania poważniejszym, mającym duże społeczne poparcie, jest polityka PiS-u rozmontowująca państwo prawa, lekceważącą konstytucję, chcąca mieć władzę nad sądami. Tego się boję, to jest groźne dla Polski.

PiS nadal będzie prowadził taką politykę? Zbliża się wyjątkowo trudny czas, maraton wyborczy.
Myślę, że czas na podjęcie decyzji w tej sprawie zbliża się wielkimi krokami. Wybór jest taki: złagodzenie kursu, języka, odwrót od działań wymierzonych w niezależność władzy sądowniczej pod presją UE, albo wręcz przeciwnie. W dłuższej perspektywie czasowej trudno wyobrazić sobie dwa równoległe sądownictwa, sędziów uznawanych przez jedną lub drugą stronę. Ta sytuacja będzie musiała znaleźć jakieś rozstrzygnięcie. Ale

nie jestem w stanie przewidzieć, jakiego wyboru dokona obóz władzy, czyli de facto Jarosław Kaczyński. Mogę przewidzieć tylko jedno – nastąpi korekta politycznego kursu.

Donald Tusk wróci do polskiej polityki?
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że będzie wspierał, a nawet już wspiera w sposób otwarty polską opozycję. Jego ostatnie przemówienia miały charakter deklaracji człowieka, który aspiruje do politycznego przywództwa. Klamka zapewne jeszcze nie zapadła, pozostawia sobie otwartą furtkę, ale myślę, że taki jest jego cel.

Jak pan zrozumiał słowa byłego premiera o tym, że Polacy mogą pokonać „współczesnych bolszewików”, tak jak pokonali ich Józef Piłsudski i Lech Wałęsa?
Trudno było je zrozumieć inaczej niż zrozumiała sala, ja też je tak zinterpretowałem. „Współcześni bolszewicy” to konkretne ugrupowanie, analogia nasuwała się sama. Przecież

Donald Tusk nie mówił o wydumanym, potencjalnym „bolszewiku”, tylko realnym zagrożeniu, które w Polsce występuje.

Niektórzy mówią, że to były za mocne słowa. Pan też tak myśli?
Moja ocena tego, co dzieje się w Polsce, jest podobna, czyli uważam, że jest realne zagrożenie autorytarne. Złamanie niezależności sądów, dysponowanie posłusznymi czy zastraszonymi sędziami jest jedną z najgorszych rzeczy. Mam tego świadomość. Nie mam do Donalda Tuska pretensji o takie słowa.

Powinien wrócić? Pomógłby opozycji w walce z PiS-em?
W tej chwili potrzebne są każde ręce na pokładzie.

Polityk mający tak znaczne poparcie społeczne, wielką rozpoznawalność i pozycję w Europie jest Polsce potrzebny.

Dlatego PiS się go tak boi, że zostaje zlekceważony podczas oficjalnych obchodów przed Grobem Nieznanego Żołnierza i postawiony w ostatnim rzędzie?
Myślę, że to było działanie z premedytacją. Chociaż była to rzecz bezprecedensowa. Przecież Donald Tusk był jedynym wysokim rangą przedstawicielem świata, który zdecydował się wziąć udział w tym święcie. Nawet przyjaciel PiS-u, czyli premier Węgier Victor Orbán nie przyjechał do Warszawy.

To chyba wiele mówi o naszej pozycji w Europie i organizowanych przez władze obchodach 100-lecia odzyskania niepodległości…
Oficjalne obchody trudno uznać za udane. Poza tym muszę pani powiedzieć, że

nie lubię sposobu przemawiania prezydenta Andrzeja Dudy, który po prostu krzyczy. To jest cecha ludzi niepewnych siebie, dodających sobie tym sposobem ekspresji otuchy. Ale to nie jest właściwy styl.

Patrząc krytycznie na te obchody, trzeba jednak podkreślić, że w wielu miejscach Polski ten dzień był obchodzony uroczyście, pogodnie i ekumenicznie. Dobrym przykładem jest Gdańsk.

Nie zabrakło panu w ostatnim czasie dyskusji o tym, co znaczy dla nas niepodległość i jak obroniliśmy ją po raz drugi? PiS oczywiście ani razu nie wspomniał na przykład o Lechu Wałęsie. To przykre.
Obecna władza nie jest w stanie wpłynąć na moje samopoczucie.

Od długiego czasu widać, że w przekazie, jaki PiS kieruje do polskiego społeczeństwa, III RP jest przedstawiana przede wszystkim jako okres błędów i wypaczeń, zmarnowanych szans, a nawet nowego zniewolenia przez kondominium niemiecko-rosyjskie. Polska według obozu władzy przecież wstała z kolan dopiero w 2015 roku.

W tym jest pewna logika, ale i niekonsekwencja. Skoro PiS odwołuje się do polskiej dumy, chce budować poczucie patriotyzmu na historycznych zasługach Polski, to przynajmniej nieroztropne jest przekreślanie ostatniego ćwierćwiecza naszej historii. To jest też głęboko niesprawiedliwe.

Niesprawiedliwe jest też to, że na Placu Piłsudskiego stanął pomnik Lecha Kaczyńskiego, a Andrzej Duda przekonuje, że „od czasów marszałka Józefa Piłsudskiego tak wielkiego przywódcy państwa polskiego nie było”?
To jest przede wszystkim wyrządzanie krzywdy Lechowi Kaczyńskiemu. Wydaje mi się, że to jest nieświadome działanie ze strony Jarosława Kaczyńskiego. Przecież

jego brat ma swoje miejsce w historii Polski, jest tam dużo zasług, ale ich wyolbrzymianie i wynoszenie go na piedestał z pominięciem wielu postaci, których zasługi były większe i porównywalne, tak drastycznie rozmija się z prawdą historyczną i świadomością większości obywateli, że przynosi przeciwne efekty.

Deformacja historii i narzucony kult Lecha Kaczyńskiego powoduje reakcje odrzucania, które przejawiają się także w nieparlamentarnych słowach, czy zapowiedziach burzenia pomników. To też jest złe, ale absolutnie wytłumaczalne zjawisko.

wiadomo.co

%d blogerów lubi to: