Migalski, 19.12.2018

 

Prezes Kaczyński straszy polityków wyborami

Jarosław Kaczyński mobilizuje swoich wyborców
Przyspieszone głosowanie do Sejmu skróci do minimum kampanię.

Weekendową zapowiedź Krystyny Pawłowicz o wycofaniu się z polityki można potraktować jako kolejny przejaw ekstrawagancji tej kontrowersyjnej posłanki, ale można także umieścić w szerszym kontekście – przygotowań obozu władzy do przedterminowych wyborów.

Bo wiele przemawia za tym, że Jarosław Kaczyński podjął decyzję o przyspieszeniu parlamentarnej konfrontacji i będzie chciał do niej doprowadzić przed elekcją do europarlamentu, zaplanowaną na maj przyszłego roku. Obecna sekwencja wydarzeń, czyli wybory do Sejmu i Senatu, następujące po tych do Parlamentu Europejskiego, jest dla PiS skrajnie niekorzystna.

Te ostatnie będą odbywać się w cieniu sporu o rzekomy polexit, który – w narracji opozycji – przygotowuje, nolens volens, ugrupowanie Kaczyńskiego. Ponadto, specyfika elekcji do europarlamentu nie sprzyja PiS – frekwencja na poziomie 25 proc., nadreprezentacja elektoratu z dużych miast, lepiej wykształconego, o wyższym statusie materialnym. Jest wielce prawdopodobne, że obóz władzy te wybory przegra, a to uruchomiłoby niekorzystne dla niego procesy społeczne – zdemobilizowałoby część jego zwolenników i działaczy, a jednocześnie dałoby wiarę w jesienne zwycięstwo liderom i wyborcom opozycji. Tego właśnie dałoby się uniknąć, rozwiązując parlament i zarządzając przedterminową elekcję na marzec.

ZASKOCZENIE OPOZYCJI

Przy takim posunięciu niegroźna byłaby inicjatywa o. Rydzyka, bowiem tego typu partia nie miałaby czasu na zorganizowanie się. Podobnie jak inne prawicowe inicjatywy, które majaczą na horyzoncie i szykują się na wybory do europarlamentu – mam tu na myśli sojusz narodowców z korwinistami czy też Kukiz’15 z Bezpartyjnymi Samorządowcami. Ale korzyścią największą byłoby całkowite zaskoczenie opozycji po lewej stronie od PiS – czyli PO, PSL, SLD i innych podmiotów na lewicy. Taki wist byłby także bardzo groźny dla inicjatywy Roberta Biedronia, który zapowiedział kongres swej partii dopiero na 3 lutego i raczej szykuje się na bój o Brukselę, a nie o Wiejską.

45 DNI NA KAMPANIĘ

Wyobraźmy sobie bowiem, w jak ciężkiej sytuacji byliby liderzy opozycji, gdyby pod koniec stycznia dowiedzieli się, że za 45 dni jest elekcja parlamentarna, której oczekują dopiero za rok. W jakim kształcie organizacyjnym do niej pójść? Jak ułożyć listy, jeśli zdecydowano by się na wspólny start? Jak podzielić oczekiwane subwencje i dotacje? Kto miałby wejść w skład sztabu wyborczego? Jaką strategię przyjąć? Odpowiedzi na te wszystkie pytania trzeba byłoby udzielić sobie, partnerom, a na końcu wyborcom, w ciągu mniej więcej dwóch tygodni. Krótko, prawda? Zwłaszcza jeśli obecnie żyje się w przeświadczeniu, że jest na to czas do wakacji, po elekcji do europarlamentu.

Wiele zatem przemawia za tym, że Kaczyński zdecyduje się na marcowe wybory do Sejmu i Senatu. I wiele także na to wskazuje – od wzmiankowanego na początku artykułu wysłania posłanki Pawłowicz na polityczną emeryturę, poprzez wzmożenie marketingowe ostatnich dni, aż po zmianę stylu i przekazu politycznego, a także zapowiedź kolejnych transferów socjalnych. Czy oznacza to, że na pewno prezes PiS zdecyduje się na przedterminowe wybory?

WARIANT PREZYDENCKI?

Niezupełnie. Po pierwsze, samo doprowadzenie do nich jest nieco problematyczne. Obóz władzy nie ma wystarczającej liczby szabel, by doprowadzić do samorozwiązania Sejmu (potrzeba do tego 307 głosów „za”), ale może skorzystać z art. 225, który pozwala prezydentowi rozwiązać Sejm w razie nieprzedstawienia mu do podpisu ustawy budżetowej w ciągu czterech miesięcy od dnia zaprezentowania Sejmowi jej projektu. Ale wiąże się z tym ryzyko – nie tyle natury politycznej, bo jeśli taka byłaby wola Kaczyńskiego, to wydaje się, że Andrzej Duda by ją spełnił, ale wizerunkowa. Ciężko bowiem będzie wytłumaczyć elektoratowi, dlaczego parlament zdominowany przez PiS, nie potrafił przedstawić ustawy budżetowej „swojemu” prezydentowi i dlaczego ten „swój” prezydent rozwiązuje potem „swój” parlament. Jednak to, że jest to zadanie trudne, nie oznacza, iż jest ono niemożliwe.

Drugi problem jest psychologiczny – Kaczyński utracił władzę w 2007 roku właśnie dlatego, że zdecydował się na przedterminowe wybory i ta trauma sprzed 11 lat na pewno w nim tkwi, co może blokować go przed podjęciem tego kroku. Ale z drugiej strony, wydarzenia sprzed 12 lat powinny go zachęcać do takiego ryzyka – powszechnie się bowiem uważa, że gdyby na przełomie 2006 i 2007 roku obaj bracia Kaczyńscy zdecydowali się na skorzystanie z art. 225, to prawdopodobnie PiS zapewniłoby sobie w przedterminowych wyborach większość bezwzględną w Sejmie i nie musiałoby tworzyć rządu z LPR i Samoobroną, co dałoby mu cztery lata spokojnych rządów i rozpad PO w bonusie.

Co najmniej z tych dwóch powodów prawdopodobieństwo tego, że elekcja parlamentarna będzie w marcu, nie jest stuprocentowe. Poza tym prezes PiS znany jest z tego, że lubi straszyć swoich wojów groźbą przyspieszonych wyborów i kolejnego wysiłku kampanijnego, bo skutecznie utrzymuje to w ich szeregach niezbędną dyscyplinę. Ale jest coś, co Kaczyński lubi jeszcze bardziej – zaskakiwać i szachować niestandardowymi posunięciami swoich politycznych przeciwników. Bowiem to daje mu przewagę psychologiczną, pozwala narzucać agendę i – podobnie jak w szachach – gwarantuje zachowanie inicjatywy. No i sprawia zwykłą ludzką radość.

A ta w polityce czasami zwycięża nad innymi emocjami i zimnymi kalkulacjami. Dlatego właśnie za bardzo prawdopodobną należy uznać perspektywę marcowych wyborów do Sejmu i Senatu. Też się, Państwo, cieszycie?

%d blogerów lubi to: