Bauman

 

Kościół upadnie z PiS – to historyczna zasługa Kaczyńskiego

Wiele mówi się ostatnio o zachowaniu Kościoła w naszych pisowskich czasach. Dziwne rzeczy się mówi. A że to jedni biskupi zadowoleni, a inni nie bardzo. I że PiS traktuje Kościół instrumentalnie, a takoż i Rydzyk et consortes traktują PiS. I może prawdę mówią. Ale nie to przecież jest ważne. Tak naprawdę ważne jest to, co się stanie, gdy pewnej pięknej wiosny reżim PiS upadnie i skończy się „reakcyjna rewolucja”.

Otóż z rewolucjami jest już tak, że po nich przychodzą kontrrewolucje. Jest akcja, jest reakcja. A jaka może być reakcja na prostackie i skorumpowane rządy skąpane w groteskowej i załganej propagandzie pyszałkowatego nacjonalizmu oraz wulgarnego socjalizmu? Taka jak na PRL, którego reżim PiS jest recydywą – jednoznaczny zwrot ku wolności i Zachodowi.

I to tym razem zapewne znacznie bardziej świadomy i głęboki niż po 1989 r. Liberalna i postępowa część społeczeństwa jest już bowiem strukturą społeczną znacznie silniejszą niż przed laty, a rozumienie, na czym polega organizacja życia i rola państwa w nowoczesnej demokracji, jest wśród elit społecznych nieporównanie pełniejsze niż w czasach przedinternetowych. Mimo wstecznickiego i zakłamanego systemu oświaty i propagandy każdego roku przybywają dziesiątki tysięcy młodych ludzi, dla których wolność, równość, tolerancja, pluralizm i demokracja są czymś oczywistym, tak jak oczywiste jest dla nich to, że reakcyjny i feudalny w swej mentalności Kościół oraz związane z nim symbiotycznym węzłem nacjonalistyczne państwo stanowią dla tych wartości stałe zagrożenie.

I żadne działania polityczne ani machiaweliczny spryt autorytarnej władzy nie są w stanie tej wolnościowej tendencji zmienić. Na dłuższą metę nie pomogą ani represje, ani pranie mózgu. Zbitka katolicko-narodowa staje się coraz bardziej odrażająca dla coraz większej liczby obywateli. System propagandy jest nieszczelny, a młodzież coraz bardziej impregnowana na drętwą mowę politruków – zupełnie jak w latach 70. i 80.

Dlatego możemy być pewni, że ten system się zawali. A Kościół? A Kościół jest w sposób oczywisty jego integralną częścią i musi upaść razem z rządami PiS. To już nie jest tak jak w PRL, gdy pozycja Kościoła w stosunku do komuny była pod jednymi względami symbiotyczna, a pod innymi opozycyjna. W przypadku tego reżimu każdy wie, że jest on po prostu reżimem kościelnym, nawet jeśli niektórzy księża wypowiadają się o nim sceptycznie. I jeśli ten reżim upadnie, to pociągnie za sobą Kościół, który nie będzie już mógł stroić się w piórka wielkiego obrońcy wolności w czasach PRL, jak to z wielkim powodzeniem czynił po roku 1989. Ten numer drugi raz nie przejdzie.

Dlatego Kościół uczyni wszystko, żeby PiS rządził jak najdłużej. Będzie go bronił, broniąc samego siebie, chociaż gardzi tym rządem tak jak każdą świecką władzą. Każdy inny rząd będzie bowiem dla Kościoła gorszy, a ten który nastąpi bezpośrednio po PiS, będzie wręcz zabójczy. Biskupi wiedzą doskonale, że gdy przyjdzie czas rozliczeń z reżimem, proces ten nie ominie ich samych. Tym razem się nie wywiną. Rewolucja demokratyczna będzie stanowcza i konsekwentna, bo inna być nie może. Po 2007 r. nie było rozliczeń z PiS, a skutkiem zaniechania tej „dekomunizacji” był powrót Kaczyńskiego do władzy w 2015 r. Drugi raz klasa polityczna nie popełni tego błędu. I nie zostawi już w spokoju Kościoła. Zbyt oczywiste jest, że nie ma demokracji i praworządności bez równości dla Kościoła, a więc bez świeckiego państwa.

Równe traktowanie z innymi instytucjami wolnego społeczeństwa obywatelskiego oraz stosowanie prawa w relacjach państwa i osób prywatnych z Kościołem oznaczać będzie przewrót, którego historyczną treścią będzie upadek tysiącletniej władzy Kościoła nad państwem polskim. Upadek taki sam, a może i bardziej spektakularny niż w Hiszpanii, Portugalii czy Irlandii.

I tego właśnie boją się biskupi. Boją się potwora, jakim jest niezależne i suwerenne w stosunku do Watykanu, wolne polskie państwo, które zacznie rozliczać przestępstwa i nadużycia biskupów i księży, a także normalizować relacje polityczne z Watykanem oraz relacje finansowe z miejscowymi jego agendami. Miliardy złotych rocznie stopnieją do setek milionów. Skończy się oddawanie ziemi i budynków za 1 proc. wartości. Skończy się nadzór kościelny nad szkołami i pełzanie urzędników państwowych oraz służb mundurowych przez biskupami. Skończy się składanie hołdów i darów Rydzykowi i jemu podobnym.

To jednak jeszcze nic. Biskupi boją się nie tak bardzo utraty władzy i dochodów, jak lękają się o bezpieczeństwo swych tajemnic. I to właśnie z tego lęku przed ujawnieniem i ściganiem niezliczonych malwersacji oraz przestępstw, które w jakiejś części znamy z dziennikarskich, lecz nie prokuratorskich śledztw, biskupi i cały Kościół będzie do upadłego zwalczał siły postępowe. Lecz gdy już one wygrają, stanie się wobec nich pokorny i milutki, jak wobec każdej nowej władzy. Będzie już jednak za późno. Ofiary malwersacji i wyłudzeń, a zwłaszcza ofiary przestępstw seksualnych nie pozwolą, aby jeszcze raz Kościół się wywinął i umknął przed odpowiedzialnością za swoje niezliczone grzechy. Ruszą procesy, będą aresztowania, będą wyroki, będą odszkodowania. I pęknie tabu – okaże się, że ksiądz przestępca też może trafić za kratki, a biskupa uchylającego się od stawiennictwa na wezwanie prokuratora czy sędziego może zatrzymać i dowieźć policja, tak jak zwykłego obywatela. A kto wie, może i hierarchów nie ominie sprawiedliwość? A wielu z nich ma bardzo bogatą przeszłość – zarówno na niwie obyczajowej, jak i – powiedzmy sobie – zarobkowej. Nie mówiąc już o współpracy z SB, która bodajże już nikogo za kilka lat nie będzie specjalnie wzruszać.

Nie jestem naiwny. Wiem, że dla Kościoła nie będzie sprawiedliwości. Kościół nie zapłaci całego rachunku, lecz tylko jego niewielką część. Nie utraci też wszystkich przywilejów ani dostępu do publicznych pieniędzy. Będzie miał ich więcej niż jakakolwiek siła społeczna. Ale w porównaniu z tym, co jest teraz, przyszła kondycja Kościoła w Polsce – przypominająca jego obecną pozycję w innych krajach Zachodu – oznacza właśnie tyle co upadek. Oczywiście w jego własnej percepcji.

Ci biskupi i księża, którzy najbardziej zaplątani są w ciemne sprawki – od donosicielstwa, przez złodziejstwo, po libertynizm i pedofilię – stanowią awangardę reakcji. Ale to właśnie oni, dziś skazani na wspieranie pogardzanego przez siebie Kaczyńskiego, są zaczynem procesu upadku Kościoła. Upadku, dodajmy, w bagno praworządności i pokory. Wolnej Polski jeszcze tak naprawdę nie mieliśmy. Ale zanosi się na to, że za kilkanaście lat ją zobaczymy. I wielka w tym będzie zasługa Jarosława Kaczyńskiego.

hartman.blog.polityka.pl

 

2.01.2019, środa

Rozdział Kościoła od państwa – jakaś kpina?

Barbara Nowacka i jej „Inicjatywa Polska”, podobno we współpracy z „Nowoczesną”, 6 stycznia  przedstawi na specjalnej konferencji prasowej swoją inicjatywę ustawodawczą na temat „rozdziału Kościoła od państwa”. Będzie to, jak się domyślamy, projekt ustawy ustanawiającej w naszym kraju realia państwa świeckiego. Należy przypuszczać, że wystąpi w nim zwrot „rozdział Kościoła od państwa” – jeśli nie w samym tekście, to przynajmniej w uzasadnieniu. Katastrofa! Dlaczego nie potrzeba ustawy o „rozdziale Inicjatywy Polskiej od państwa”? No właśnie – dokładnie z tego samego powodu nie potrzeba ustawy, o której mówi w swych zapowiedziach Nowacka.

Kategoria rozdziału Kościoła od państwa miała zastosowanie w epoce walki nowego porządku liberalno-demokratycznego z potęgą feudalną. To był język bonapartyzmu, stosowny w wieku XIX, a dziś kompletnie nie na miejscu. Polski porządek prawny jednoznacznie definiuje Rzeczpospolitą Polską jako państwo neutralne religijnie, czyli świeckie. Kościół katolicki występuje w nim w podwójnej roli – jako jedna z wielu organizacji religijnych oraz jako obce państwo (Stolica Apostolska), z którym RP ma specjalne, anonsowane w konstytucji oraz zdefiniowane przez konstytucyjnie obligatoryjny konkordat, stosunki. Ponadto, z mocy ustaw (z czasów PRL i późniejszych) Kościół katolicki (a w bardzo dużym stopniu również inne związki religijne), cieszy się gigantycznymi przywilejami natury prawnej i finansowej w stosunku do wszelkich innych wolnych zrzeszeń obywateli. Połączenie tych przywilejów z gwarancjami międzynarodowymi wynikającymi z konkordatu sprawia, że Kościół Rzymskokatolicki jest w Polsce de factoeksterytorialny, z państwo polskie ma wobec niego gigantyczne, stałe zobowiązania finansowe.

Drodzy politycy, zrozumcie, że nasz problem nie polega na tym, żeby ułożyć się jakoś na nowo z Kościołem, aby państwo i Kościół zostały rozdzielone! Rozdział oznacza ni mniej, ni więcej ROZDZIAŁ WŁADZ, a tymczasem rzecz jest w tym, aby Kościół nie miał w naszym kraju ŻADNEJ władzy. Jeśli będziecie bajdurzyć o jakimś „rozdziale”, to tylko wzmocnicie swojego przeciwnika, przyznając, że tak czy inaczej należy mu się jakaś władza. Sami bezwiednie i bezmyślnie poddajecie się atawistycznej logice, nakazującej myśleć o Kościele jako potędze politycznej i prawnej, z którą trzeba się jakoś tak poukładać, aby sprawowała swoją władzę (duchową?) w sposób nie naruszający suwerenności państwa. Nie ma potrzeby z nikim tu się „układać” – suwerenność Polski jest poza zakresem jakichkolwiek negocjacji!

Niestety, to co nazywacie „rozdziałem”, a co bardzo ochoczo popiera Kościół – jako znakomicie pasujące do jego postfeudalnej retoryki – jest już dawno potwierdzone konkordatem, gdzie jest o nim mowa wprost („niezależność i autonomia obu stron we właściwych im sferach działania”).

Barbara Nowacka opowiadając o jakimś „rozdziale” leje wodę na kościelny młyn, gdy tymczasem chodzi o rzecz zupełnie inną, a mianowicie o zachowanie suwerenności Polski względem Stolicy Apostolskiej i dopełnienie prawnych i praktycznych warunków religijnej neutralności państwa, ustanowionej przez art. 25 konstytucji. Powinniśmy się domagać usunięcia z konstytucji haniebnego nakazu zawarcia konkordatu ze Stolicą Apostolską, wypowiedzenie tegoż konkordatu, zmiany ustaw i rozporządzeń, gwarantujących Kościołowi wszelkie przywileje, których nie posiadają organizacje społeczne, a jednocześnie zmiany praktyki rządzenia i rytuału państwowego, tak aby w sferze symbolicznej państwo było jednoznacznie świeckie i neutralne względem przekonań religijnych, a w sferze wykonywania prawa – skuteczne w zwalczaniu nadużyć finansowych i seksualnych, jakich dopuszcza się kler. Jeśli zaś chodzi o stosunki z Kościołem, który sam siebie zdefiniował jako podmiot państwowy, Rzeczpospolita Polska powinna traktować ten właśnie związek wyznaniowy ze szczególną ostrożnością i rezerwą – tak jak każde obce państwo, zwłaszcza spoza sfery demokratycznego Zachodu – dbając w szczególności o zachowanie protokołu dyplomatycznego, tak aby nie dochodziło do aktów samouniżenia władz polskich względem partnerów watykańskich oraz prowadzenia negocjacji na niewłaściwym pod względem rangi przedstawicieli partnera szczeblu.

Z lękiem czekam na bubel, jakim zapewne będzie propozycja Inicjatywy Polskiej. Cokolwiek to będzie, a nie będzie tam stanowczej obrony suwerenności Polski i odrzucenia upokarzającego konkordatu – będzie jedynie kolejnym hołdem i ustępstwem. Tymczasem w sprawie niepodległości kraju oraz podstawowych zasad przyzwoitości nie ma miejsca na ustępstwa. Kościół nie może być traktowany inaczej niż inne organizacje poświęcające się propagowaniu takiego czy innego światopoglądu albo stylu życia, a jeśli występuje jako państwo – inaczej niż inne monarchie absolutne. Zamianie kwestii niepodległości państwa i honoru Polaków na jakiś utarczki o finansowanie lekcji religii czy inne podłączenie parafiom darmowego prądu oznacza redukowanie fundamentalnego problemu politycznego i moralnego do rangi sporu o marchewkę. Nie wolno nam stawiać sprawy wolności Polski w ten sposób – tu nie chodzi o to, kto za co zapłaci (i dlaczego akurat Polska), lecz o to, by w ogóle nie mogło dochodzić do takiej sytuacji, w której pojawia się ze strony agend obcego państwa żądanie, aby RP łożyła na realizację celów tegoż państwa.

Niebezpiecznie się bawią ci, którzy igrają z imponderabiliami, czyniąc z nich przedmiot negocjacji i handlu. Obowiązkiem Polski jako państwa demokratycznego jest zatkać nos na smród pedofilii, złodziejstwa, pychy, zabobonu i grubiaństwa i w imię honoru oraz zasad fundamentalnych zapewnić Kościołowi katolickiemu równe traktowanie ze wszystkimi innymi organizacjami – pomimo że sam Kościół nigdy równego traktowania się nie domagał, zabijając (do XVIII wieku) bądź w inny sposób prześladując wszystkich, którzy mieliby czelność przeciwstawić się jego władzy bądź doktrynie. Pozostawiając kwestię szacunku dla milionów ofiar trwającego przez wieki kościelnego totalitaryzmu sumieniom osób składających datki na rzecz tej organizacji, honor demokratycznego państwa wymaga trzymania się względem każdej legalnie działającej organizacji zasady równego traktowania: żadnej dyskryminacji, ale też żadnych przywilejów! Każdy inny ton, jaki mogą przybrać rzekomo racjonalni i umiarkowani politycy, to kapitulacja – bo oznacza zgodę na uprzywilejowanie tej organizacji. To zaś jest rzeczą niemoralną nie tylko z powodu jej straszliwej przeszłości i obecnych zwyrodnień, lecz po prostu z powodu naszych naczelnych wartości etycznych i politycznych, wśród których poczesne miejsce zajmuje równość wszystkich analogicznych podmiotów względem państwa i praw.

Naszym umiarem jest równość, a naszym patriotyzmem – obrona suwerenności Polski. Kto by chciał okroić przywileje Kościoła, sankcjonując pozostałe, zgrzeszy niesprawiedliwością i radykalizmem, a kto odmówi stawiania sprawy relacji państwo – Kościół na innej niż niepodległościowa płaszczyźnie, ten dowiedzie, że od myślenie niewolniczego jeszcze się nie uwolnił, a jego „patria” z pewnością nie w Warszawie ma stolicę.

 

 

STAN GRY: Stankiewicz: Po ataku na Nowoczesną nikt Schetynie nie ufa, RZ: Kosiniak najsilniejszy na premiera po PiS-ie, Gadomski: Europejski zwrot PiS nie obędzie się bez strat na prawicy

— PREMIER ZATRZYMUJE PROJEKT ORDO IURIS, SASIN WYKLUCZA WCZEŚNIEJSZE WYBORY – 300LIVE: http://300polityka.pl/live/2019/01/02

— MOCNE 5 CYTATÓW MACIEREWICZA: Macierewicz: Sojusz z Niemcami nie da antyrosyjskiego efektu. Musi doprowadzić do wepchnięcia Polski do rosyjskiej strefy wpływów, a w najlepszym razie – do uczynienia z Polski swoistego kondominium rosyjsko-niemieckiego [5 CYTATÓW]
http://300polityka.pl/news/2019/01/01/macierewicz-sojusz-z-niemcami-nie-da-antyrosyjskiego-efektu-musi-doprowadzic-do-wepchniecia-polski-do-rosyjskiej-strefy-wplywow-a-w-najlepszym-razie-do-uczynienia-z-polski-swoistego-kondominium-r/

— 6 POLITYCZNYCH PROJEKTÓW, KTÓRE UTKNĘŁY W SEJMIE: http://300polityka.pl/news/2019/01/01/6-politycznych-projektow-ktore-utknely-w-sejmie/

— GARNĄ SIĘ DO PIS, UCIEKAJĄ Z PSL– JEDYNKA DZIENNIKA WSCHODNIEGO.

— NIE BĘDZIE JEDNEJ LISTY ANTY-PISU W WYBORACH EUROPEJSKICH – ANDRZEJ STANKIEWICZ W ONECIE: “W wyborach do Parlamentu Europejskiego nie będzie jednej listy opozycji antypisowskiej — wynika z ustaleń Onetu. Taka lista może jednak powstać na wybory parlamentarne jesienią. Wszystko zależy od wyniku wyborów europejskich. Jeśli opozycja startując w kilku blokach dostanie słaby wynik, to będzie bardziej skłonna do zjednoczenia przed wyborami do Sejmu”.

— STANKIEWICZ OPISUJE ROZMOWĘ SCHETYNY Z LUBNAUER:“Nachyla się do Lubnauer. — Kasiu, albo się do nas przyłączasz, albo od jesieni znów będziesz uczyć studentów — mówi, nawiązując do akademickiej profesji liderki Nowoczesnej.

– Nie mam z tym problemu. Lubię uczyć studentów – odpowiada Lubnauer.

– To oswajaj się z myślą, że do nich wrócisz — Schetyna poklepuje ją protekcjonalnie po

ramieniu, patrząc chłodno w oczy”.

— KONIEC KO – MÓWI STANKIEWICZOWI LUBNAUER: “W dodatku zaraz po wyborach Schetyna rzucił się na Nowoczesną, czym przekreślił przyszłość Koalicji Obywatelskiej. — To, co się stało, oznacza koniec Koalicji Obywatelskiej — mówi Onetowi Katarzyna Lubnauer”.

— SCHETYNA WYWOŁAŁ NIEUFNOŚĆ DO SIEBIE – DALEJ STANKIEWICZ: “Nie dość, że Schetynie nie udało się zatopić Nowoczesnej, to wywołał niechęć wobec PO w mniejszych ugrupowaniach antypisowskiej opozycji. Dziś to główny wyznacznik koalicyjnych przymiarek po stronie opozycji we właśnie rozpoczętym, wyjątkowym, podwójnym roku wyborczym. Mówiąc wprost — po ataku na Nowoczesną nikt Schetynie nie ufa”.

— STANKIEWICZ O BIEDRONIU I JEDNAK UMIARKOWANYM PROGRAMIE: “Na początku lutego ogłosi swój program, który jest już prawie gotowy. Jak się dowiaduje Onet – nie będzie tak radykalnie lewicowy światopoglądowo, jak się spodziewano. Dla przykładu, mimo ostrych antyklerykalnych wypowiedzi Biedronia — choćby w ostatnim wywiadzie dla lewicowego „Przeglądu” — jego partia opowiedzieć się ma za pozostawieniem religii w szkole. Także eksperci gospodarczy pracujący z Biedroniem bliżsi są socjalliberałom, nie zaś socjalistom. – Platforma wie, że odbieramy głosy głównie im, stąd wzmożone ataki na nas — uważa bliski współpracownik Biedronia. — Robert odpowiada na te ataki, ale umiarkowanie. Nie chcemy palić mostów. Jeśli nasz wynik w wyborach europejskich będzie słaby, to niewykluczone, że usiądziemy do rozmów ze Schetyną o wspólnym starcie do Sejmu na jesieni”.
https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/andrzej-stankiewicz-po-ataku-na-nowoczesna-nikt-schetynie-nie-ufa/9s2vxym

— ZUZANNA DĄBROWSKA O BIEDRONIU – OGROMNA DETERMINACJA DO SAMODZIELNEGO STARTU – pisze w RZ: “W całej tej układance – nieprzypadkowo – nie pojawia się postać Roberta Biedronia. Zdaniem innych organizacji, jest już oczywiste, że Biedroń dogadywać się nie chce, stawia na sprawdzenie własnej, nowej marki, a wybory do PE nadają się do tego doskonale. Rozmowy, które do tej pory się odbywały, toczone były ze strony jego ludzi raczej pro forma. Nie wyklucza to zresztą późniejszych negocjacji, na razie jednak determinacja Biedronia do samotnego startu, pod swłasnym szyldem wydaje się ogromna”.
https://www.rp.pl/Rzecz-o-polityce/190109958-Listy-lewicy-zaleza-od-decyzji-PSL.html&template=restricted

— ŁUKASZ WARZECHA O TYM, ŻE KACZYŃSKI NIE DOSTANIE TRZECIEJ SZANSY – PISZE NA WP: “W wariancie niekorzystnym dla rządzącego ugrupowania w ciągu półtora roku od teraz z partii absolutnie dominującej na scenie politycznej PiS może zatem na powrót stać się opozycją, i to opozycją skrajnie stłamszoną za pomocą instrumentów, które sam stworzył. Jarosław Kaczyński trzeciej szansy już nie dostanie i dobrze o tym wie – dlatego będzie się mocno starał, żeby ten scenariusz się nie zrealizował”.
https://opinie.wp.pl/lukasz-warzecha-kaczynski-trzeciej-szansy-nie-dostanie-to-jeden-z-niewielu-pewnikow-6333488951015553a

— MICHAŁ KARNOWSKI CHWALI NOWEGO RZECZNIKA PREZYDENTA: “Na koniec spójrzmy na politykę medialną, źródło dużego stresu w dwóch pierwszych latach prezydentury. Tu obrót spraw jest najbardziej zaskakujący. Objęcie funkcji rzecznika przez Błażeja Spychalskiego przez wielu było oceniane jako dowód słabości prezydenta. Oto – pisano – musi sięgać po ludzi nieznanych na warszawskiej scenie politycznej. Okazało się jednak, że to był dobry ruch. Andrzej Duda ma wreszcie na czele medialnego sztabu człowieka, który gra wyłącznie na niego, nie ma ambicji by coś uzyskiwać dla siebie, który nie jest też uwikłany w środowiskowe wojenki i sympatie. Najwyraźniej umie też dobrze planować”.

— KARNOWSKI O UDANYM RESTARCIE DUDY: “Czy to wszystko, co tu napisałem, oznacza, że można zawołać „Polacy, nic się nie stało”? Oczywiście nie. Problemów, słabości i rozczarowań nie brakuje. Andrzej Duda jest dziś trochę innym politykiem niż był w roku 2015, inaczej patrzą na niego politycy prawicy, rozpadło się kilka przyjaźni. Mniej tu zauroczenia, więcej dojrzałości. To ma jednak wtórne znaczenie wobec faktu, że relacja prezydenta z wyborcami jest mocna, stabilna i dobrze prorokująca na wybory roku 2020. Potwierdzają to sondaże czy obrazy z bezpośrednich spotkań. Ale nie one są najważniejsze, a poczucie, że mechanizm Pałacu Prezydenckiego działa sprawnie. W mojej opinii jeśli nic się nie zepsuje, Andrzej Duda może wygrać z każdym absolutnie (możliwym dziś do przewidzenia) kandydatem”.
https://wpolityce.pl/m/polityka/427610-dobry-rok-prezydenta-dudy-udany-powrot-do-stylu-roku-2015

— KOSINIAK NAJSILNIEJSZYM KANDYDATEM OPOZYCJI NA PREMIERA – WYNIKA Z BADANIA DLA RZ: “W badaniu z 19 grudnia 2018 roku poprosiliśmy o wskazanie spośród obecnych polityków opozycji najlepszego kandydata na premiera w sytuacji, gdyby na jesieni 2019 roku PiS utraciło władzę. 26 proc. badanych wskazało na lidera PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza. 16 proc. na Roberta Biedronia i tyle samo na Pawła Kukiza. 10 proc. na Grzegorza Schetynę, 4 proc. na Katarzynę Lubnauer, a 3 proc. na Włodzimierza Czarzastego, przewodniczącego SLD. Co czwarty badany nie ma w tej sprawie zdania”.
https://www.rp.pl/Rzecz-o-polityce/190109957-Sondaz-Kosiniak-Kamysz-liderem-opozycji.html&template=restricted

— EURO PRZYSPIESZY ROZWÓJ POLSKI – jedynka RZ (Chrabota i Kowalczyk): “Nie trzeba wielkiej politycznej wyobraźni, by łączyć silną rolę naszego kraju w Unii z udziałem w strefie euro, i przeciwnie, straszenia wspólną walutą ze ścieżką prowadzącą do polexitu”.
https://www.rp.pl/Opinie/301019968-Euro-przyspieszy-rozwoj-Polski.html

— CZŁOWIEK Z WAZELINY – PAWEŁ WROŃSKI W GW O ANDRUSZKIEWICZU: “Część narodowców uważa, że za karierę sprzedał idee ruchu narodowego. Robert Winnicki po nominacji Andruszkiewicza do rządu stwierdził, że „jego kariera zbudowana jest na wazelinie”.
http://wyborcza.pl/7,75398,24324523,czlowiek-z-wazeliny-sylwetka-adama-andruszkiewicza.html

— PIS BĘDZIE KOKIETOWAŁ NACJONALISTÓW – PAWEŁ WROŃSKI W GW: “Nominowanie byłego wszechpolaka z Białegostoku Adama Andruszkiewicza na stanowisko sekretarza stanu w Ministerstwie Cyfryzacji jest znakiem tego, czego możemy się spodziewać po partii władzy w rozpoczynającym się roku. Ta dziwaczna decyzja wskazuje, że przed wyborami do Parlamentu Europejskiego PiS będzie się starał uwodzić środowiska narodowe i faszyzujące. Będzie też przekonywał byłych i obecnych członków ruchu Kukiz’15, że przyszłość mogą wiązać wyłączenie z Prawem i Sprawiedliwością”.
http://wyborcza.pl/7,75968,24324519,prognozy-noworoczne-dobra-zmiana-bedzie-kokietowac-nacjonalistow.html

— FAKT O INTERWENCJI MOSBACHER WS LISTY LEKÓW REFUNDOWANYCH – jak pisze Radosław Gruca: “O tym, że nowa amerykańska ambasador Georgette Mosbacher ostro walczy o interesy amerykańskich firm w Polsce, już wiemy. Rząd PiS starał się jednak pokazać, że twardo się przed tymi zakusami broni. Ale tak wcale nie jest. Mamy dowód na najnowszej liście leków refundowanych, której publikację poprzedziła interwencja Mosbacher”.
https://www.onet.pl/?utm_source=www.fakt.pl_viasg_fakt&utm_medium=referal&utm_campaign=leo_automatic&srcc=ucs&pid=872c89b8-7c5f-5a1e-ac30-16400a1317b0&sid=f13b499b-dba8-44e4-a9ae-cb9ebb087cc8&utm_v=2

— WITOLD GADOMSKI O TYM, ŻE PIS BĘDZIE SIĘ ODSŁANIAŁ Z PRAWEJ STRONY – pisze w GW: “Im bardziej PiS będzie się przesuwać w stronę centrum i deklarować proeuropejskie wartości, tym mocniej będzie się odsłaniać z prawej strony. Wybory do Parlamentu Europejskiego zapewne przegra, a w dodatku stanie się akuszerem silnego ugrupowania nacjonalistycznego. Przez trzy lata politycy PiS traktowali Unię jak wroga, prężyli muskuły, by w końcu skapitulować? Taki manewr nie obędzie się bez strat”.
http://wyborcza.pl/7,75968,24324548,prognozy-noworoczne-ktore-wybory-najpierw.html

— PIS MA KŁOPOT Z HISTORIĄ, WIĘC PISZE JĄ NA NOWO – KATARZYNA KOLENDA-ZALESKA w GW: “Jest naprawdę niezwykle ciekawe, jak mają wyglądać te wspólne i radosne obchody rozpoczęcia obrad Okrągłego Stołu, który przecież jako znienawidzony symbol zmowy i zdrady zniknął z oczu zwiedzających Pałac Prezydencki. Jak władza zamierza uhonorować Lecha Wałęsę, który stał na czele całej opozycyjnej drużyny? I jak władza zamierza ukryć, radośnie rzecz jasna, że w tych rzekomo tajnych układach w Magdalence uczestniczył także Lech Kaczyński, co propagandowe media narodowe, pokazując od czasu do czasu archiwalne zdjęcia, skrzętnie ukrywają. Dziwnym trafem, gdy kamera przejeżdża na Lecha Kaczyńskiego, obraz znika, ale zawsze pojawiają się i Wałęsa, i Adam Michnik z kieliszkami w rękach”.
http://wyborcza.pl/7,75968,24324492,pis-ma-klopot-z-historia-wiec-pisze-ja-na-nowo.html

— PABLOPAVO W ROZMOWIE Z ŁUKASZEM PAWŁOWSKIM W KULTURZE LIBERALNEJ O KŁOPOCIE Z MARTYROLOGIĄ: “Ja nie mam nic przeciwko tradycji patriotycznej i obchodzeniu świąt narodowych. To buduje tożsamość. Kłopot mam z tym, że to nam przykrywa całą resztę. To wielkie płótno martyrologiczno-patriotyczne przykryło ten kraj i trzeba sobie wycinać w nim dziury, żeby spojrzeć w przyszłość. Bez sensu! Niech ta flaga sobie powiewa w swoim miejscu, a my się otwórzmy”.

— CO JA MAM MYŚLEĆ O PREZYDENCIE KTÓRY MÓWI, ŻE NIE MA GLOBALNEGO OCIEPLENIA? – DALEJ PABLOPAVO: “Raczej do Nowej Zelandii i zająć się czymś innym, dopóki mam jeszcze sprawne ręce. Ja to ja, to mi jakoś znacznie życia nie wydłuży ani nie skróci. Ale mam się godzić na to, że przez następne dziesięć czy dwadzieścia lat moje dziecko będzie codziennie trute?! Cała ta wierchuszka pisowska, która chce budować nową elektrownię w Ostrołęce, która będzie nas truć, produkować najdroższy prąd na świecie i nic nam to, k***wa, nie da. Zupełnie nie rozumiem, jak w głowach tych ludzi odbywa się ta racjonalizacja. To już po prostu szatan się przechadza… Rozumiem, że tam są pieniądze, ale to jest albo skrajne zło, albo skrajna głupota. Nasz prezydent, który mówi, że w zasadzie nie ma globalnego ocieplenia. Co ja mogę o nim myśleć? Że jest głupcem. To trochę smutna konstatacja”.
https://kulturaliberalna.pl/2019/01/01/pablopavo-wywiad-polska-polityka-prl-pawlowski/

— RAPER ŁONA W ROZMOWIE Z JAKUBEM BODZIONYM W KL: “Najbardziej nacjonaliści, ale to już wieloletnia namiętność. W tym roku na pewno dorzuciłbym jeszcze apetyt dobrej zmiany w sprawach ustrojowych – idziemy tu drogą niemal skopiowaną z Węgier. Dziesięć lat temu byłem w Budapeszcie. To już wtedy wyglądało groźnie, ale nie beznadziejnie. A dziś Węgrzy są w miejscu, z którego trudno im będzie zawrócić. U nas jest większy opór społeczny niż na Węgrzech. Naturalnie, ostatnie protesty przeciwko niewolniczej reformie prawa pracy to jest budująca sprawa, ale wcześniej Orbán właściwie robił, co chciał. W Polsce inaczej – tę naszą skłonność do oporu widać bez przerwy, choćby przy protestach w sprawie sądów, a już niedługo pewnie w sprawie wolnych mediów. To jest polska specyfika, trochę wyrastająca z „kultury podległości”, o której pisał Jarosław Kuisz, chociaż ja mam z tym określeniem problem”.

— ŁONA GORZKO O SCHETYNIE: “Ale ch***we wobec wyborców. Nie odmówię natomiast Biedroniowi politycznych umiejętności – on ma to samo, co Donald Tusk i Aleksander Kwaśniewski. Umiejętność mówienia do ludzi, w sposób, który oni lubią – ujmującą powierzchowność. Kaczyński to miewa, kiedy przed wyborami przybiera szaty i uśmiech dobrotliwego dziadka. Taki natomiast Grzegorz Schetyna nie ma tego za grosz”.
https://kulturaliberalna.pl/2019/01/01/lona-panstwo-polityka-wywiad-bodziony/

— GALOPUJĄCY MAJOR W LAPIDARNYM PODSUMOWANIU 2018 – O NOWACKIEJ – pisze w Krytyce Politycznej: “Niewypał roku – Barbara Nowacka przystępująca do liberalnej opozycji odrzucającej w pierwszym czytaniu jej projekt „Ratujmy Kobiety”.

— O PORAŻCE PIS W MAŁYCH MIASTACH: “Porażka roku – wynik PiS w małych i średnich miastach. Bo ludzie to jednak nie owce i nie wystarczy im przywieźć do Nowego Sącza żony posła w teczce”.

— ROK WG MAJORA: “Luty – cztery rozbite limuzyny rządowe. Prezydent ósmy tydzień na nartach. Ceny energii zmalały właśnie dlatego, że wzrosły. Grudzień – tradycyjny czas podsumowań, osiemnasta nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym, lewica wciąż dyskutuje o zjednoczeniu i jako pierwsza ogłasza pięciu lewicowych kandydatów na prezydenta”.
http://krytykapolityczna.pl/felietony/galopujacy-major/mebel-wakacje-liczba-i-inne-najwazniejsze-sprawy-2018-roku/

— URODZINY: Piotr Łukasz Juliusz Andrzejewski, Janusz Pałubicki, Roman Jagieliński.

300polityka.pl

 

Koty i Eliot

oprac. rom, 

„Old Possum’s Book of Practical Cats” zajmuje wyjątkowe miejsce w twórczości Thomasa Stearnsa Eliota, noblisty i jednego z najwybitniejszych poetów literatury angielskiej.

Ten zbiór wierszy o kotach, kocurach i kocicach ukazał się w 1939 r. w Londynie. Eliot napisał je pierwotnie jako prezent dla swych wnuków, lecz nie była to naiwna, dziecięca literatura. Autor „Ziemi jałowej” i „Mordu w katedrze” w 15 pełnych ironii i humoru utworach zawarł paletę osobowości i zachowań, które charakteryzują nie tylko koty, ale przede wszystkim ludzi. Nadał im formę odpowiadającą charakterom poszczególnych postaci: wiersz o kocie Nestorze (Old Deuteronomy) ma ton stateczny i podniosły, a opowieść o kocie kolejowym o imieniu Semaforro (Skimbleshanks) gna na łeb na szyję jak ekspresowy pociąg. Chociaż znawcy twórczości Eliota nie cenią wysoko „Kotów”, to właśnie ten zbiorek dzięki musicalowi Webbera stał się najbardziej znanym na świecie dziełem poety.

W Polsce wiersze Eliota ukazały się w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka. Dla potrzeb spektaklu w Romie tłumaczył je Daniel Wyszogrodzki, dziennikarz muzyczny i tłumacz, autor przekładów piosenek Leonarda Cohena i Boba Dylana.

Oto główni bohaterowie wierszy Eliota:

Kotka Old Gumbie, która nocami zamiast polować, opiekuje się myszami, karmi je i uczy muzyki;

Growltiger – kot ze starej barki, postrach Tamizy;

Rum Tum Rugger (Ram Tam Tamek) – przekorny kocur, któremu nigdy nie można dogodzić – „Dać mu kawior – on by wolał kuropatwę, dom mu kupić – on by wolał apartament” (przekład Stanisława Barańczaka);

Mungojerrie i Rumpelteazer – para kocich przestępców specjalizująca się w skokach na schaby i pieczenie;

Old Deuteronomy (Nestor) – najstarszy z kotów; gdy śpi, całe miasto chodzi na palcach;

Mistoffelees (Mefistofeliks) – mistrz kociej magii, który potrafi znikać w zaskakujący sposób w rynnie albo na dachu;

Macavity – demon bezprawia, którego na próżno ściga Scotland Yard;

Skimbleshanks (Semaforro) – kot kolejowy zamieszkujący nocne pociągi;

Gus – kot teatralny, który życie spędził w kulisach, grał podobno w musicalu „Dakota”, a jego najsławniejsza rola to Filemon w „Kocim Futrze” (Barańczak);

Bustopher Jones (Kot Bywalec) – stały klient klubów i restauracji, wielki smakosz i koneser.

wyborcza.pl

 

Prof. Bauman: Wojna z kłamstwem jest nie do wygrania

Jacek Żakowski rozmawia z Zygmuntem Baumanem
Kłamstwo jest wieczne i wszędobylskie z natury – mówił przed laty prof. Zygmunt Bauman.

Prof. Zygmunt Bauman

Artur Pawłowski/Reporter, Prof. Zygmunt Bauman

Rozmowa ukazała się w Niezbędniku Inteligenta POLITYKI w grudniu 2004 r. Prof. Zygmunt Bauman zmarł 9 stycznia 2017 r.

Jacek Żakowski: – Nie ma pan pojęcia, jak się ucieszyłem, kiedy w rozmowie z Keithem Testerem powiedział pan o swojej „pasji obnażania kłamstw, w jakie opakowuje się odpowiedzialność za ludzką niedolę…” Ale Tester tego wątku nie podjął. I wciąż nie wiem, co to są za kłamstwa. Spróbujmy je teraz definitywnie obnażyć.
Zygmunt Bauman: – Definitywnie? Pan chce definitywnie obnażyć i pogrzebać kłamstwo?

Bardzo bym chciał, żeby się pan uporał przynajmniej z kilkoma wielkimi kłamstwami.
Zatem jest pan na straconej pozycji. Bo wojna z kłamstwem nie jest do wygrania. Kłamstwo jest wieczne i wszędobylskie z natury. Georges Duhamel bardzo mądrze powiedział, że „fałsz jest zasadą, a prawda jest wyjątkiem”.

Pan też tak uważa?
To można prosto logicznie uzasadnić. Przecież na każde pytanie jest tylko jedna prawdziwa odpowiedź. Natomiast odpowiedzi kłamliwych możemy mieć bezlik.

Do czego więc „pasja obnażania kłamstwa” doprowadziła jednego z największych współczesnych socjologów.
Pewnie chciałby pan mówić o kłamstwie politycznym?

Jeżeli, to w nie najczęściej „opakowuje się ludzką niedolę”.
To nie jest bardzo ciekawe. Kłamstwo polityczne jest dla wszystkich wcześniej czy później widoczne. Nikt się przecież nie zdziwi słysząc, że Blair kłamał, opowiadając o strasznej broni Husajna, albo że Niemcy kłamali opowiadając o polskim ataku na radiostację w Gliwicach. Tu nie trzeba filozofii ani socjologii. Na to szkoda mi czasu. Mnie interesują ukryte sprężyny, które decydują o losie zwykłych ludzi – takich jak pan czy ja.

Pan wierzy, że istnieją „ukryte sprężyny losu”?
Istnieją wielkie procesy, które odbieramy jako zrządzenia czy wyroki losu, chociaż w istocie rzeczy są rezultatem czyjegoś mniej lub bardziej świadomego działania. Istnieją zdarzenia, które wydają się nieprzewidywalne i nieuniknione, a wynikają z ciągu ludzkich decyzji, z systemu powiązań, na które moglibyśmy mieć wpływ, gdybyśmy je umieli sobie uświadomić.

Jakieś wielkie spiski?
Raczej niejawne dążenia, które zawsze istniały, a dziś są szczególnie zagmatwane i trudne do przeniknięcia dlatego, że istnieje rzeczywista planetarna współzależność losów. To, co jak grom z jasnego nieba spada na robotnika pracującego w fabryce pod Leeds czy w Warszawie, może być skutkiem czegoś, co stało się w Singapurze albo w Nowym Jorku. Robotnik nie ma o tym pojęcia i nie ma na to najmniejszego wpływu. Co więcej – nie ma na to wpływu nawet Gordon Brown (brytyjski minister skarbu), francuski prezydent, niemiecki kanclerz ani polski premier.

To jeszcze nie ma wiele wspólnego z kłamstwem.
Ale współzależność globalna powoduje, że przyczyny naszego położenia wymykają się ludzkiej obserwacji. To tworzy niespotykaną w dziejach przestrzeń dla wielkiego kłamstwa i manipulacji. Kiedyś tyle miejsca na kłamstwa nie było, bo niebezpieczeństwa i sposoby obrony przed nimi pozostawały w oczywistym związku. Jak była zaraza, należało zamknąć drzwi przed obcymi. Jak była powódź, należało wejść na jakieś suche wzgórze. Dziś nie rozumiemy związków między niebezpieczeństwami a naszym działaniem. Dowiadujemy się o nich od mądrych ludzi, którzy piszą w gazetach. Zanieczyszczenie powietrza, przegrzanie planety, dziura ozonowa, źródła koniunktury, przyczyny terroryzmu, powody bezrobocia – to nie są zjawiska poznawalne naturalnymi zmysłami. Opowiadają nam o nich eksperci. Jeśli eksperci nam o nich nie powiedzą, nie wiemy, że wystawiamy się na niebezpieczeństwo. Co więcej – ponieważ w ocenie sytuacji musimy opierać się na zdaniu ekspertów i zwykły człowiek nie ma sposobu ich skontrolowania, można nas dowolnie okłamywać. Eksperci mogą nam wmawiać, że gazy cieplarniane niczemu nie szkodzą, że unilateralizm jest lepszy od budowania wspólnoty międzynarodowej, że istnieje jedyna słuszna droga dalszego rozwoju, że czekolada czy wódka przedłuża nasze życie albo wręcz przeciwnie.

I – pana zdaniem – nie ma żadnego sposobu, żeby to zweryfikować.
Nie ma! Każdy może nas okłamywać praktycznie bezkarnie. Kiedyś wiadomo było, że politycy kłamią, więc ludzie szukali prawdy u rozmaitych ekspertów, autorytetów, intelektualistów, mędrców. Dziś eksperci, intelektualiści i mędrcy coraz częściej kłamią równie bezkarnie i lekko jak kiedyś politycy. Więc kiedy słyszymy, że według ostatnich badań jakiś enzym, który jest w jakiejś jadalnej substancji, wydłuża lub skraca życie, to ludzie roztropni od razu pytają: „A kto finansował badania?”. Coraz bardziej powszechna staje się opinia, że jak badania zamówi korporacja producentów tytoniu, to okaże się, że papierosy są zdrowe. Pewnie nie ma już tezy tak absurdalnej, żeby się jej nie dało podeprzeć wynikami badań naukowych przeprowadzonych w uznanych ośrodkach.

Ale można ją za pomocą innych badań obalić.
Właśnie! Równie łatwo można obalić lub uzasadnić najsłuszniejszą i najgłupszą tezę! I co nam z tego przychodzi? Na hasło „kłamstwo” wpisane po polsku wyszukiwarka Google w ciągu dwóch dziesiątych sekundy znalazła mi przeszło 10 400 dokumentów. Co człowiek może z tym zrobić? A na hasło „bezpieczeństwo” dostałem niedawno adresy 17 mln dokumentów. Czy dzięki temu stałem się mądrzejszy? Paul Virilio pisze o „bombie informacyjnej”, która jego zdaniem jest groźniejsza dla przetrwania ludzkości niż bomba atomowa, bo uniemożliwia postrzeganie tego, co się dzieje.

I podejmowanie racjonalnych decyzji.
Już diagnoza staje się niemożliwa, a co dopiero racjonalne decyzje!

Zatem dziś pierwszym fundamentalnym kłamstwem jest teza, że umiemy kłamstwo odróżnić od prawdy?
Nie umiemy i to coraz bardziej. To jest wszechobecne, potężniejące metakłamstwo współczesnego racjonalnego myślenia.

Ale nie jest to jeszcze jedno z tych wielkich kłamstw współczesności, w które „opakowuje się odpowiedzialność za ludzką niedolę”.
To jest kłamstwo, które stwarza możliwość kłamliwego pakowania odpowiedzialności do dowolnych pudełek.

Na przykład?
Na przykład bezpieczeństwo.

Czyli?
Tu chyba coś udało mi się rozpakować, ale bardzo proszę o trochę cierpliwości. Pamięta pan teorię Bahtina mówiącą, że natura władzy oparta jest na strachu? Po pierwsze na strachu kosmicznym, który każdy z nas czuje niemal od urodzenia. Ilekroć myślimy o kosmosie, spoglądamy na potężne fale, przepaściste urwisko, niebotyczne góry, odczuwamy naszą małość, kruchość, nieporadność. To jest strach naturalny, z którego czerpie potęgę religia, filozofia, kultura. Drugi wielki strach to strach oficjalny. Na nim wspiera się potęga władzy politycznej. Strach oficjalny musi być stworzony. By posiąść potęgę strachu kosmicznego, władza polityczna musi być skrojona na miarę władzy Boskiej. Musi być wszechpotężna, wszechobecna i nieprzenikniona. Musi to być władza na miarę Biblii razem z Księgą Hioba. Bo Hiob do końca odczuł, co znaczy, że Bóg nie tylko tworzy, ale i zmienia prawa wedle swojej woli, więc żadne posłuszeństwo wobec Boskiego prawa nie daje nam gwarancji bezpieczeństwa na ziemi. Wspaniale zgłębił to Leszek Kołakowski. A wcześniej Carl Schmidt napisał, że „władza prawdziwie suwerenna polega na mocy czynienia wyjątków”. Mistrzem w tej dziedzinie był Stalin, który potrafił tak terroryzować całe społeczeństwo, że nawet ludzie najbardziej posłuszni nie byli pewni jutra, więc byli mu wdzięczni już tylko z tego powodu, iż ich nie wsadzono do mamra. „Kochany Stalin dba o uczciwych ludzi – nie wysłał mnie na Syberię”.

Ale jak to się ma do dzisiejszego świata?
Tak, że każda władza, także władza dzisiejsza, by pełnić swoją rolę, potrzebuje legitymacji osadzonej na strachu. Nie może to być strach kosmiczny, jak w starożytnym Egipcie – bo nasza władza jest świecka. Konieczny jest strach oficjalny. Władza stając przed obywatelem musi móc mu powiedzieć: „To my chronimy cię przed niebezpieczeństwami, które na ciebie czekają. Tylko podporządkowując się dyktowanym przez władzę regułom naszej społeczności możesz być bezpieczny!”. Ale przed czym ta władza ma nas dzisiaj chronić? Kiedyś niebezpieczeństwa świata były bardzo realne. Groźne były żywioły, zwierzęta, obcy ludzie. Władza miała ludzi przed tym wszystkim ustrzec. Potem doszły cykle ekonomiczne, kryzysy, bezrobocie. Od czasów Bismarcka państwo brało na siebie obronę przed kolejnymi groźbami, aż po II wojnie przybrało postać państwa socjalnego, które wszystkim zapewniało minimum egzystencji i ubezpieczało jednostkę na wypadek jednostkowych nieszczęść – choroby, bezrobocia, kalectwa, biedy i starości. Państwa dwudziestowieczne były poniekąd politycznie sygnowanymi polisami ubezpieczeniowymi… Ten model się kończy. Współczesne państwo nie umie już ubezpieczyć swoich obywateli od osobistych nieszczęść. Nie ma na to zasobów ani ochoty. Ceduje odpowiedzialność na siły rynku i przemyślność jednostki. Kto nie da sobie rady, staje się „ludzkim odrzutem”. Świat współczesny jest światem „spisywania na straty”. Co jest nieprzydatne albo co się znudzi – zostaje wyrzucone. Najpierw coraz obficiej trafiały na śmietnik rzeczy. Teraz trafiają tam ludzie, kategorie społeczne, narody, kontynenty. „Odpadem globalizacji” stała się Afryka. Gdy zmieni się wiatr polityki albo gospodarki, każdy z nas niemal z dnia na dzień może stać się odpadem. I coraz mniej można liczyć, że ktoś nas przed tym uchroni. A zwłaszcza że pomoże nam państwo. Ryzyko życiowe jest prywatyzowane i indywidualizowane.

Ale gdzie tu jest kłamstwo?
Już do tego dochodzę, ale tu zaczynają się schody. Bo władza, by się legitymizować, by uzasadniać żądanie posłuchu, musi być jedyną zaporą przeciw czyhającym na obywateli groźbom i przewodnikiem ku bezpieczniejszemu światu. Władza współczesna, lokalna jak dawniej, ale działająca w zglobalizowanym świecie już nie może i nie chce bronić nas przed kaprysami rynku, przed niefortunnym losem, przed ryzykiem choroby. Jest pokusa, a więc i możliwość, by funkcję obrony przed strachem, w imię której władza domaga się od nas posłuszeństwa, ze sfery strachu o byt przenieść w inną sferę.

W jaką?
Tu mam problem z językiem… Na brak zagrożeń jest w polszczyźnie tylko jedno słowo – bezpieczeństwo. Język angielski ma na bezpieczeństwo dwa słowa: security i safetySecurity dotyczy relacji społecznych – tego, co się w Polsce nazywa bezpieczeństwem socjalnym – jak stałość zarobków, wolność od biedy, dach nad głową, nadzieja na spokojną starość. A safety dotyczy głównie integralności cielesnej – pewności, że mnie nie otrują jedzeniem albo wodą z kranu, że mnie nie okradną albo nie napadną, że mnie nie zastrzelą, że nie porwą mi dzieci, że nie wysadzą w powietrze… W tę stronę współczesne państwo coraz częściej kieruje uwagę swych obywateli. Nie mogąc obiecać obywatelom securityi społeczeństwa, w którym poczują się secure, władza coraz więcej mówi o zagrożeniu safety. Chce zdobyć naszą wdzięczność, gdy nie wybuchnie bomba, gdy nie zostaniemy pobici przez chuliganów lub gdy żebracy zostaną usunięci z ulicy. Żółty alarm. Pomarańczowy alarm. Czerwony. Uff, udało się, zamach udaremniono! Im mniej security, tym więcej podniecenia i szumu wokół safety. Można w ten sposób zmylić czujność obywateli, odwrócić naszą uwagę od zaniedbań lub bezsilności władzy.

To by się dawało potwierdzić w porównaniach międzynarodowych. Wojna z terroryzmem ma najgorętszy przebieg tam, gdzie państwo najmniej angażuje się w sferę security lub gdzie najgwałtowniej się z niej wycofuje – Ameryka, Anglia, Polska. Kraje, w których nic specjalnego się w sprawie security nie dzieje, jakoś łagodniej tę wojnę przechodzą.

Ale to nie dotyczy tylko wojny z terroryzmem. W innych sferach safety poziom napięcia rozkłada się podobnie. Im mniej security, tym hałaśliwsza jest walka z dymem tytoniowym i z przekraczaniem prędkości na drogach, z przemocą w rodzinie, z różnymi chuliganami. W Ameryce obsesja antynikotynowa zaczęła się wraz z neoliberalizmem i razem z nim narasta. W Niemczech o ograniczeniu prędkości na autostradach władze zaczęły mówić, gdy zaczęło się przycinanie państwa socjalnego. To chyba nie jest przypadek, że w Europie całkowity zakaz palenia w lokalach wprowadziła akurat Irlandia mająca najwyższy wskaźnik konkurencyjności – czyli, mówiąc inaczej, najmniej safety, najbardziej sprywatyzowane ryzyko życiowe i najmniej opiekuńcze państwo.

Pan ma poczucie, że w ten sposób władza odwraca uwagę ludzi od bolesnych reform?
Tego udowodnić nie umiem. Ale widzę wyraźną koincydencję. I widzę też, że ludzie pozbawiani security łatwiej godzą się na ograniczenia tłumaczone potrzebą ochrony ich safety. Obserwowałem reakcje tysięcy ludzi koczujących na londyńskim lotnisku, gdy po terrorystycznym alarmie wstrzymano loty do Stanów Zjednoczonych. Nikt nie złorzeczył, ludzie czekali potulnie. Z podziwem i wdzięcznością mówiono o władzy, która wstrzymała loty. To nic, że ludzie stracili wakacje albo interesy, z powodu których lecieli do Ameryki. Wszyscy byli szczęśliwi, że władza o nich zadbała. „Strach myśleć, co by to było, gdybyśmy znaleźli się w samolocie razem z terrorystą?!”. Fakt, że żaden terrorysta nie został zatrzymany i nie ujawniono żadnych wiarygodnych poszlak, iż coś komuś groziło, nie zmniejszył obywatelskiej wdzięczności.

A gdzie tu jest kłamstwo?
Nie wiem, czy jest kłamstwo. Ale wiem, że jest nowa przestrzeń dla kłamstwa i manipulowania ludźmi. Nie wiem, czy terroryści rzeczywiście coś zaplanowali. Nie wiem, czy władza miała jakieś wiarygodne sygnały. Ale wiem, że gdyby władza sama wymyśliła ten alarm, tak jak Stalin wciąż wymyślał kolejne kontrrewolucyjne spiski, to niemal bez wysiłku zdobyłaby wdzięczność ludzi. Tego sprawdzić się praktycznie nie da. Ryzyko tym się różni od innych zagrożeń, że jest niewidoczne, trudne do obliczenia i w końcu niesprawdzalne.

Można łatwo stwierdzić, czy nastąpił wybuch albo czy emeryci dostali podwyżki. A bardzo trudno przesądzić, czy istniało realne ryzyko wybuchu. Zawsze pewnie jakieś ryzyko istnieje.
Sądząc z liczby fałszywych alarmów i z politycznych kłamstw, które wychodzą na jaw, można przypuszczać, że jednak jakiś problem tu mamy.

Ale wierzy pan chyba, że terroryści istnieją.
Wierzę, że istnieją i wierzę, że władza walczy z terrorystami, ale czuję, że nadużywa – być może nadużywa świadomie – strachu, który wywoływany jest przez terroryzm, by zatrzeć inne, mniej chlubne aspekty swojej działalności. Czy czołgi otaczające londyńskie lotnisko stały tam po to, by zwalczać terrorystów? Czy może raczej po to, żeby wzmocnić poczucie zagrożenia i obywatelską wdzięczność wobec władzy, która ludzi ochrania i której zawdzięczają życie? Wyobraża pan sobie użycie czołgu do szukania kobiety, która ma na sobie materiał wybuchowy i chce wysadzić samolot w powietrze? W walce z porywaczami czołg jest mało skuteczny, ale robi wielkie wrażenie na przerażonych ludziach. „Troszczą się o nas, dbają o nas, bronią nas, zawdzięczamy im życie”.

Pan uważa, że rządy i służby specjalne w Ameryce, Anglii, Polsce czy we Włoszech zawiązały spisek, żeby zrobić z nas stada przestraszonych istot, zdezorientowanych, łatwych do manipulowania, bezwolnych?
Mówię o nieprzenikliwości przyczyn zagrożenia safety, o rosnącej trudności w dochodzeniu do prawdy, o coraz szerszym polu dla posłużenia się kłamstwem. Czy w obliczu kryzysu legitymizacji władzy wynikającego z procesów globalnych, państwo nie ma tendencji do wytwarzania poczucia zagrożenia w sferze, w której czuje się nieco pewniejsze i może pokazać, że więcej umie zrobić?

A jeśli ma?
To dla socjologa jest zasadnicze pytanie. Na ile zmieni się świat, w którym ludzie przestaną mieć nadzieję na security i zogniskują uwagę na safety? Jak będą żyli, gdy ich uwaga skupi się na kupowaniu coraz lepszych alarmów, stalowych drzwi, zamków, kamizelek kuloodpornych, masek gazowych i czego tam jeszcze… Rzecz jasna mimo tej krzątaniny źródła niepokojów i napięć pozostaną nietknięte. Natomiast uruchomi się mechanizm samonapędzający – im więcej strachu, tym więcej krzątaniny wokół alarmów i zamków. Im więcej tej krzątaniny, tym przemożniejszy strach. Strach niełagodzony będzie szukał źródeł i będzie potrzebował coraz to nowych obiektów, na których, przynajmniej chwilowo, może się wyładować. Tu groźnym efektem ubocznym są napięcia międzyetniczne czy międzykulturowe. W wieloetnicznych społeczeństwach dzisiejszego Zachodu oznacza to erozję zaufania i społecznej spójności. Tu już nie ma żartów. Dochodzimy do jądra tożsamości społeczeństw, demokracji i politycznej struktury opartej właśnie na spójności oraz na zaufaniu. A końcowy rezultat jest taki, że strasznie mało się robi, żeby nas przygotować do życia na zglobalizowanej planecie i bezpiecznego współżycia.

To pan miał na myśli mówiąc o „obnażaniu kłamstw, w jakie opakowuje się odpowiedzialność za ludzką niedolę”.
To tylko jeden z przykładów.

A inne?
Niech pan na przykład weźmie powszechny dziś w świecie sposób obliczania wydajności krajowej gospodarki, czyli PKB. Przecież PKB wciąż rośnie, a ludzie jakoś nie czują, że im się dużo lepiej żyje? Dlaczego?

Bo wzrost trafia do kilku procent najbardziej zaradnych, którzy i tak byli najbogatsi?
To jest jedna przyczyna. Ale sam wzrost PKB to w istocie rzeczy globalne megakłamstwo, jeśli się go przyjmuje za miernik ludzkiego dobrobytu. Bo PKB notuje ilość pieniędzy, które w obrębie jakieś gospodarki przeszły z ręki do ręki. Natomiast ogromnej sfery gospodarki moralnej, rodzinnej, sąsiedzkiej, środowiskowej – PKB nie uwzględnia. Kiedy siedzę samotnie w stołówce czy w barze i połykam fast fooda, to może nie jest mi specjalnie przyjemnie, ale spełniam jakiś społeczny obowiązek, bo rachunek, który zapłacę, wejdzie w skład PKB i zwiększy wskaźniki wzrostu gospodarczego. Natomiast jeżeli żona ugotuje mi obiad i zjemy go razem z dziećmi, to może nam będzie przyjemniej i zdrowiej, ale zachowamy się aspołecznie i agospodarczo, bo PKB tego nie odnotuje. Kiedy do cna rozpadną się rodziny i wszyscy wylądujemy w stołówkach czy fast foodach, to zapewne ubędzie nam szczęścia, a pewnie i człowieczeństwa, ale PKB wzrośnie. Kiedy sąsiad pomoże mi strzyc trawnik, a ja mu w zamian naprawię pergolę, to obaj odniesiemy podwójną korzyść – bo praca będzie zrobiona, a przy okazji lepiej poczujemy się w naszej okolicy. Ale PKB na tym straci, bo każdy z nas mógłby przecież wynająć fachowca, którego rachunek trafiłby do statystyk i zostałby opodatkowany. Podobnie, kiedy na starość będę niedołężny, będzie mi przyjemniej, jeżeli córka się mną zaopiekuje, niż gdybym miał trafić do jakiejś umieralni. Ale opieka za pieniądze rozdyma PKB, a opieka z serca to z punktu widzenia statystyk gospodarczych jest praca bezwartościowa.

Zgoda, można bez trudu wyobrazić sobie taki model wzrostu gospodarczego opartego na rozwoju usług, w którym wszyscy coraz więcej pracują i więcej zarabiają świadcząc sobie wzajemnie usługi, a jednocześnie wszyscy na tym tracą pieniądze i jakość życia, bo z jednej strony coraz więcej wydają, a z drugiej pozbawiają się wielu prostych przyjemności, pozytywną więź emocjonalną z innymi zastępując zimnymi więziami ekonomicznymi. Ale czy to jest kłamstwo?
To jest groźne kłamstwo. Przecież w istotnej mierze to, co nam się przedstawia jako gospodarczy i cywilizacyjny sukces, stanowi wyraz erozji społeczeństwa i rozkładu rodziny! Coś, co jest realną i bolesną, powszechnie odczuwaną stratą, ekonomia rynkowa przedstawia nam jako korzyść. W kłamstwo opartego na wymianie handlowej wzrostu gospodarczego pakuje się niedolę rozkładu więzi międzyludzkich lub zwykłe niewygody. Każdy by chciał pracować 500 m od domu. Chodzić do pracy pieszo, wpadać do domu na drugie śniadanie, po pracy uprawiać z dziećmi ogródek i razem gotować kolację. Ale z punktu widzenia PKB lepiej jest, jeżeli pracuje pan 50 km od domu. Wtedy masę czasu i pieniędzy pochłaniają dojazdy. Żywi się pan oczywiście na mieście. Na kolację zamawia pan pizzę, z dziećmi siedzi płatna opiekunka, ogródkiem musi się zajmować ogrodnik. A w dodatku chętnie bierze pan nadgodziny albo drugą pracę, bo wciąż brakuje panu na to wszystko pieniędzy. Może pan być nominalnie nieporównanie bogatszy, a faktycznie biedniejszy i dużo mniej szczęśliwy. Rządy chlubią się wzrostem PKB, ale nie mówią, w jakim stopniu wzrost PKB podnosi jakość życia, a w jakim ją niszczy. A przecież kiedy już wszystkie nasze potrzeby i pragnienia – od jedzenia po seks – zaspokoi rynek i kiedy całe nasze życie zostanie sprowadzone do zarabiania oraz wydawania pieniędzy, staniemy się najbardziej nieszczęśliwymi, najbardziej samotnymi i absurdalnymi stworzeniami na świecie. Możemy oczywiście skomercjalizować całą tę sferę życia, która tradycyjnie była oparta na relacjach moralnych, wspólnocie, samopomocy i ludzkiej samodzielności, ale jak wtedy będzie wyglądało życie?

Sam pan to wymyślił, czy gdzieś to pan wyczytał?
Trudno to gdzieś wyczytać. Najpierw to poczułem. Potem długo szukałem. Tradycyjna krytyka turbokapitalizmu opierała się na obnażaniu eskalacji pragnień napędzanych przez coraz bardziej wyrafinowany marketing i coraz potężniejszą reklamę. To kłamstwo jest znane od dawna. Współczesna gospodarka w coraz większym stopniu opiera się na tym, że wymyśla się nowe (albo pozornie nowe) produkty, a potem za pomocą potężnej propagandy rozbudza się nowe pragnienia, wtłaczając ludziom do głowy, że bez tych produktów nie będą szczęśliwi. Media żyjące z reklamy nie mogą nie brać udziału w wielkim kłamstwie konsumenckiej cywilizacji. To kłamstwo od kilkudziesięciu lat wpycha nas w coraz większą niedolę wciąż niezaspokojonych, sztucznie wywołanych pragnień. Ale najgorsze kłamstwo gospodarki opartej na reklamie jest takie, że cała wizja życia i sensu istnienia jest w tej propagandzie ograniczona do nowego szamponu, budyniu albo samochodu.

To kłamstwo, nie tyle „opakowuje niedolę”, co ją po prostu tworzy.
Tworzy i opakowuje zarazem. Źródłem niedoli jest eskalacja pragnień, które muszą wyprzedzać możliwości ich zaspokojenia. Inaczej zawali się gospodarka oparta na konsumpcji. Opakowanie tworzone przez reklamę polega na złudzeniu, że pragnienia można zaspokoić. Prawda jest zaś taka, że w społeczeństwie konsumentów znikome są szanse na ich zaspokajanie. Największe nakłady i wysiłki skierowane są na pobudzanie pragnień, a nie na zaspokajanie. Dla zaspokajania wymyślonych i sztucznie wywołanych pragnień zaharowujemy się, zadręczamy najbliższych, niszczymy nierynkowe (pozbawione znaczenia gospodarczego) sfery naszego życia. Ta gonitwa nigdy się nie kończy. Na bieżni konsumpcyjnej linii finiszu nie ma. Kiedy się pan zaharuje i odłoży wreszcie na samochód czy dom, który miał dać szczęście pańskiej rodzinie, zaraz od tej samej firmy dostanie pan reklamę samochodu, który ma dać jeszcze więcej szczęścia lub domu, w którym będzie jeszcze więcej miłości i rodzinnego ciepła. „Kup, a będziesz szczęśliwy”. Wielkie metakłamstwo społeczeństw konsumenckich polega właśnie na tym, że obietnice, by wywrzeć pożądany skutek, muszą być na co dzień łamane. W systemie konsumenckim jesteśmy jak Syzyf czy raczej jak osioł goniący umieszczoną na kiju marchewkę albo jak szczur w wirówce. Ledwie pan kupi rzecz, która miała dać szczęście panu i rodzinie, a już się pan dowiaduje, że to jednak nie to, że źródłem prawdziwego szczęścia będzie co innego. W cieniu niebotycznych, wszystko przesłaniających, wciąż na nowo budzonych nadziei, rosną więc hałdy zaledwie napoczętych dóbr, których się pozbywamy, bo jednak szczęścia nie dały lub nie wytrzymują porównania ze szczęściodajnym potencjałem przypisywanym innym, jeszcze nie wypróbowanym produktom.

To powinno ludzi dość szybko nauczyć, że rzeczy szczęścia nie dają.
Sęk w tym, że nasz rozsądek – poddany wielkiemu, systematycznemu reklamowemu praniu – już dawno nie jest zdrowy. Zgodnie z zasadą Goebbelsa kłamstwo konsumeryzmu, sugestywnie powtarzane miliony czy miliardy razy, stało się prawdą powszechnie uznaną. Ponowoczesna konsumpcja to bezwzględnie uzależniający nałóg. Zarażony jest jak narkoman albo seksoholik. Na widok reklamy nowego produktu popada w niezdrowe podniecenie, nad którym nie umie panować. Doznaje gwałtownego uniesienia, gdy zdoła coś posiąść. A wkrótce po zakupie przeżywa rozczarowanie, frustrację i bolesne „zejście”, które można przełamać tylko zaspokajając kolejne dawki pragnień. Jak w większości nałogów, dawka konieczna, by pokonać frustrację, nieustannie rośnie. Więc coraz bardziej wpadamy w niedolę i niewolę pragnień, które są pakowane w fałszywą wizję szczęścia. To kłamstwo rządzi ludzkimi marzeniami i poprzez ludzkie marzenia dominuje nad światem.

Ale jak to się stało, panie profesorze, że kłamstwo zaczęło rządzić, a prawdy nie słychać?
Tu bym sięgnął do Arystotelesa, który pisał, że dochodzenie prawdy odbywa się na agorze, czyli w sferze publicznej. Tam się ustala relacja między tym, co on nazywał oikos (czyli sprawy prywatne) i ecclesia (siedlisko spraw wspólnych). Na agorze prywatne potrzeby były przez wieki przekładane na dobra publiczne, a interesy publiczne były przekładane na język indywidualnych praw i obowiązków. W ten sposób dyskursywnie dociekano prawdy, ustalano to, co społeczność przyjmowała za poprawną reprezentację rzeczywistości. Takiej agory dziś nie ma. Na dzisiejszej agorze ludzie spowiadają się głównie ze swoich jednostkowych przeżyć. „To mi się udało”. „To im się nie udało”. „To było miłe”. „To było przykre”. Dyskurs zamyka się w obrębie horyzontu jednostki. Obraca się wokół tego, co człowiek może sam zobaczyć i przeżyć. Co możemy pomacać, posmakować, powąchać. Doświadczeniom wspólnotowym zabrakło „bazy materialnej” czy społecznego mechanizmu, który by im pozwolił się skrystalizować i torował drogę do prawdy ponadjednostkowej, wspólnej, obiektywnej.

Ale dlaczego, panie profesorze?
Ktoś kiedyś trafnie powiedział, że konsument jest wrogiem obywatela. Obywatel jest zainteresowany prawdą o ponadjednostkowym społecznym walorze, bo szuka samospełnienia we wspólnocie, do której należy lub którą pragnie powołać do życia. Konsument jest zainteresowany tylko zaspokojeniem osobistych pragnień. Nie myśli o kłamstwie i prawdzie. Używa tylko kategorii użyteczności, przyjemności, uciechy. W świecie konsumentów zrywa się komunikacja między ecclesie i oikos. Osoby publiczne zapewniają nas nawet, że sprawiedliwość to jest puste pojęcie wymyślone przez ideologów, że realnie istnieją tylko interesy jednostek i że – jeśli nawet termin „społeczeństwo sprawiedliwe” coś znaczy – to chodzi właśnie o sprzyjanie prywatnym interesom. Ale jeżeli istnieją tylko interesy, to jak mamy dochodzić do prawdy? Jaka ogólna prawda jest możliwa w świecie interesów? Nie idzie mi tu o filozoficzną odpowiedź. Jestem socjologiem i jako socjolog niepokoję się widocznym zanikaniem społecznych mechanizmów dochodzenia prawdy.

To znaczy, że czeka nas wiek kłamstwa?
To zależy od ludzi, a ludzie niestety zobojętnieli na prawdę.

W Polsce o niczym innym się już nie dyskutuje. Kto skłamał? Kto bardziej? Kto kogo oszukał? Prawda i kłamstwo to temat numer 1.
Ale jaka prawda? O jakie kłamstwa chodzi? Etyczność polityki sprowadzamy dziś do osobistej moralności naszych polityków… Dobrym przykładem jest prezydent Clinton. Kiedy zdestruował stworzony przez Roosevelta i rozbudowany przez Johnsona system opieki społecznej, gdy likwidował federalne programy społeczne i przekazywał je stanom, gdy stany zaczęły rywalizować w przycinaniu świadczeń, bo każdy stan chciał uniknąć napływu biedoty z sąsiedniego stanu, nie zakwestionowano jego kompetencji moralnych. A przecież podważył fundamentalną etyczną zasadę, że obowiązkiem państwa jest troska o obywateli. Natomiast kiedy skłamał w sprawie romansu ze stażystką, zażądano, by go ze względów etycznych usunąć z urzędu. Uznano, że prezydent naruszył zasady moralne… To jest specyfika nowej sytuacji. Kłamstwo czy romans niszczą polityka. Z naruszenia etyki życia społecznego można się łatwo wyłgać.

Gdy kwestię prawdy zredukuje się do prawdomówności choćby najważniejszych jednostek, prawda o społeczeństwie, o stanie i losach wspólnoty ginie z pola widzenia. Jeśli polityk skłamie, można go zdemaskować i usunąć z urzędu. Są po temu narzędzia. Prokuratorzy, sądy, dociekliwi dziennikarze albo komisje śledcze. A kiedy zadaje się kłam prawdom społecznego współżycia, przeważnie panuje cisza. Bo prawdy, decydujące o naszych wspólnych losach, nie nadają się do ustalania czy weryfikowania przez prokuratorów, sędziów i komisje śledcze. Ich ustalanie wymaga agory. A agora znika.

Czyli znów winna jest konsumpcja.
Konsumeryzm – po części. Ale nie on jeden. Przecież zalew informacji też może ułatwiać dominację kłamstwa. Współczesne media także. Techniką przekazu informacji i techniką dochodzenia prawdy rządzą różne logiki. Najpowszechniejsze dziś źródło informacji, czyli telewizja, z natury nie jest w stanie przykuć uwagi widza na czas potrzebny dla wyłożenia istoty argumentu. W telewizyjnej debacie można co najwyżej starać się zagłuszyć oponenta ciskając weń (i w widzów) krótkimi słowo-kęsami. A dochodzenie prawdy wymaga skupienia i mozołu. Okrzykami i słowo-kęsami do prawdy się nigdy nie dotrze. Gdy debata sprowadza się do strzałów słowo-kęsami, odróżnienie prawdy od kłamstwa staje się niemożliwe. Błyskotliwość zastępuje dociekliwość, a brak skrupułów troskę o dotarcie do prawdy.

Tak już musi być, czy to jest jakaś historyczna faza?
Ja nigdy nie przyjmuję, że musi być, jak jest. Jeżeli będziemy się buntowali, jeżeli będziemy – jak my – gadali kilka godzin, a nie kilka minut, to prawda będzie się miała lepiej. Im płytsze i bardziej zdawkowe przerzucanie się informacją, im mniej okazji do poważnej dyskusji, tym większa szansa, że utoniemy w kłamstwie. Stoimy przed wyborem – i także od nas zależy, co dalej z nami będzie.

Pan chce losy świata odwrócić gadaniem?
Wie pan, Corneliusa Castoriadisa zapytano kiedyś: „Czy pan chce zmienić świat?”. A on na to: „Boże mnie uchowaj! Ja tylko chcę, żeby świat się zmienił. Jak to nieraz już w swej historii uczynił”.

polityka.pl

 

Recydywa Ziobry. Resort Sprawiedliwości odmawia dofinansowania Centrum Praw Kobiet, Hejt Stop, Dajemy Dzieciom Siłę

Po raz trzeci Ministerstwo Sprawiedliwości nie przyznało pieniędzy Centrum Praw Kobiet na pomoc ofiarom przemocy. Konsekwentnie Ministerstwo pieniądze na pomoc pokrzywdzonym kieruje do organizacji katolickich (4 razy Caritas) i takich, które zajmują się „rodziną” czy „ochroną życia” – nawet jeśli nie mają doświadczenia

W czwartek – 1 lutego 2018 r. – Ministerstwo Sprawiedliwości ogłosiło wyniki konkursu dla organizacji pozarządowych na pomoc pokrzywdzonym przestępstwami i wsparcie dla świadków. Organizacje ubiegały się o łączną kwotę 35 mln zł z 385 mln kasy Funduszu Sprawiedliwości (o Funduszu szczegółowo piszemy niżej). Pieniądze z tej puli można przeznaczyć na:

  • zorganizowanie i finansowanie pomocy prawnej;
  • pomoc psychologów i psychoterapeutów;
  • mediację i alternatywne metody rozwiązywania konfliktów;
  • koszty lekarstw i opatrunków powstałych np. w wyniku pobicia;
  • tymczasowe zakwaterowanie ofiar przemocy;
  • doradztwo zawodowe i aktywizację ofiar przemocy;
  • a także dyżury telefoniczne – doraźne wsparcie dla poszkodowanych.

Na 65 zgłoszonych podmiotów dotację otrzymała ponad połowa – 35 organizacji. Nie wiadomo, jaką kwotę otrzymały konkretne organizacje i czy Ministerstwo wykorzystało wszystkie środki.

Wiadomo za to, że już po raz trzeci nieobecnym na liście dotowanych organizacji jest Centrum Praw Kobiet, które od 23 lat wspiera kobiety doświadczające przemocy.

„Nie było to dla nas wielkie zaskoczenie” – mówi OKO.press Urszula Nowakowska, szefowa Centrum. „Niespodzianką byłoby, gdybyśmy dostały pieniądze.

Lista dosyć konkretnie wskazuje, jakie organizacje mogą liczyć na pieniądze. Są to głownie organizacje związane z Kościołem albo te, które w nazwie mają «rodzinę» i «dzieci».

Część z nich – choć w cele statutowe ma wpisaną pomoc pokrzywdzonym – w bieżącej działalności zajmuje się innymi sprawami. No bo czym zajmuje się dofinansowana Fundacja Ochrony Życia? Oczywiście poprosimy o kartę oceny naszej oferty i zobaczymy, co dalej”.

Bez dofinansowania znalazła się też Fundacja „Dajemy Dzieciom Siłę” (wcześniej Fundacja „Dzieci Niczyje”) – jedna z najprężniejszych organizacji, która od 1991 roku pomaga dzieciom doświadczającym przemocy.

Dotacji nie dostanie też organizacja „Hejtstop!”, która o pieniądze ubiegała się po raz pierwszy. Pieniądze miały trafić na wsparcie osób poszkodowanych przestępstwami z nienawiści, a także tłumaczy dla cudzoziemców.

Pomoc ma wyznanie?

11 z 35 organizacji (ponad 30 proc.), którym przyznano dofinansowanie, to organizacje chrześcijańskie – głównie katolickie. Na liście znajdziemy:

  • 4 razy Caritas: ośrodek diecezji kieleckiej, siedleckiej (w woj. mazowieckim), siedleckiej (w woj. lubelskim), koszalińsko-kołobrzeskiej;
  • Stowarzyszenie Pomocy Bliźniemu im. Brata Krystyna;
  • Katolickie Stowarzyszenie Pomocy Osobom Potrzebującym AGAPE;
  • Diecezjalna Fundacja Ochrony Życia;
  • Parafia Ewangelicko-Augsburska w Katowicach;
  • Centrum Służby Rodzinie;
  • 2 razy Polskie Stowarzyszenie Pedagogów i Psychologów „MACIERZ”.

Ministerstwo Sprawiedliwości 20 stycznia 2018 r. poinformowało, że przedłuża termin oceny ofert do 2 lutego. Mimo że organizacje w grudniu miały tylko 8 dni na złożenie ofert. Czemu Ministerstwo Sprawiedliwości tak ociągało się z pracą? Nie wiadomo. 20 stycznia wysłaliśmy zapytanie w tej sprawie – wciąż czekamy na odpowiedź.

Pewne jest, że przez cały styczeń organizacje pomagające pokrzywdzonym nie miały pieniędzy na swoją pracę.


Przeczytaj też:

Pan Bóg pomoże zmniejszyć przestępczość? Miliony od Ziobry dla organizacji katolickich w dyskretnie ogłoszonym konkursie. Trzy granty dla Rydzyka

ANTON AMBROZIAK  23 LISTOPADA 2017


Czemu Ziobro nie lubi Centrum Praw Kobiet?

Centrum prowadzi ośrodki dla kobiet w Gdańsku, Łodzi i Warszawie. Jeden rok pracy tylko warszawskiego ośrodka to:

  • 1257 porad prawnych na rzecz 644 kobiet;
  • 1536 konsultacji psychologicznych, z których korzysta 366 klientek;
  • poradnictwo socjalne – 924 konsultacji udzielonych 379 osobom;
  • 215 godzin szkoleń;
  • 14 warsztatów dla dziewcząt.

I właśnie pomoc kobietom stała się oficjalnym powodem odmowy dofinansowania już w 2016 roku. Według Ministerstwa Centrum Praw Kobiet „zawężając pomoc tylko do określonej grupy pokrzywdzonych” dyskryminuje inne ofiary.

Argumentacja karkołomna, bo nawet policyjne statystyki wskazują, że sprawcami przemocy w 93 proc. są mężczyźni, a ofiarami  – w 90 proc. kobiety i dzieci.

Centrum Praw Kobiet znalazło się też w grupie organizacji, które doświadczyły represji ze strony policji i prokuratury po rocznicy czarnego protestu. 4 października 2017 roku policja wkroczyła do siedzib kobiecych organizacji w Warszawie, Lublinie, Zielonej Górze, Łodzi i Gdańsku i zarekwirowała dokumenty, komputery i dyski przenośne. Oficjalnie wszystko w związku ze śledztwem prowadzony przeciwko pracownikom Ministerstwa Sprawiedliwości pracującym przy Funduszu Sprawiedliwości.

Jednak jak ustaliło OKO.press, policja czekała ponad 10 tygodni z wykonaniem postanowienia prokuratury o przeszukaniu (wydanym 24 lipca 2017). I zmasowaną akcję w kilku miejscach Polski wykonała akurat w dzień po Czarnym Proteście. Więcej o działaniach prokuratury i policji przeczytasz tutaj.


Przeczytaj też:

Czarna środa. Policja robi nalot na organizacje kobiece. „Jeśli akcja nie jest w nie wymierzona, Ministerstwo Sprawiedliwości powinno to skomentować”

ANTON AMBROZIAK  5 PAŹDZIERNIKA 2017


Mimo to Centrum wciąż działa – głównie dzięki wsparciu indywidualnych osób. Co się zmieniło? Urszula Nowakowska: „Mamy więcej wsparcia z indywidualnych wpłat czy w ramach 1 procenta – co bardzo nas cieszy. Ciągle też mamy dotacje ze środków samorządowych. Możemy działać, choć nie na taką skalę, jakbyśmy chciały. Większość osób pracujących w Centrum to wolontariusze. Dlatego nasza oferta pomocy nie jest tak stabilna, a to bezpośrednio przekłada się na bezpieczeństwo kobiet korzystających z wsparcia”.

Głuchy telefon

Na liście dofinansowanych organizacji znalazł się za to Instytut Psychologii Zdrowia Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, który prowadzi Ogólnopolskie Pogotowie dla Ofiar Przemocy w Rodzinie. W 2017 r. Pogotowie musiało zawiesić poradnictwo telefoniczne i mailowe dla osób pokrzywdzonych przestępstwem, bo w kasie ministerialnego Funduszu nie znalazły się dla nich pieniądze. Renata Durda – kierowniczka ośrodka – w mailu przesłanym OKO.press 1 lutego 2018 napisała:

„nie znamy jeszcze kwoty środków, ale nareszcie możemy ludziom powiedzieć, że wznawiamy pomoc”.


Przeczytaj też:

„Nie ma takiego numeru”. Resort Ziobry nie dał pieniędzy na porady telefoniczne dla ofiar przestępstw

ANTON AMBROZIAK  24 STYCZNIA 2017


35 mln dla pokrzywdzonych – dużo czy mało?

19 września 2017 roku Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym i Pomocy Postpenitencjarnej na mocy rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości zmienił nazwę na Fundusz Sprawiedliwości. Jak ujawniło OKO.press, za tą niewinną zmianą w nazwie kryła się rewolucja w sposobie wydatkowaniu środków.

Przed zmianą środki przeznaczone na wsparcie prawne, psychologiczne i socjalne trafiały głównie do organizacji pozarządowych prowadzących działania na rzecz ofiar przestępstw i byłych więźniów. Wszystko zmieniło się w 2016 r. kiedy budżet Funduszu urósł do wysokości prawie 400 mln zł, a do organizacji trafiło zaledwie 5 proc. (20 mln zł) z całej puli.

Rok później Ministerstwo Sprawiedliwości utorowało sobie drogę do wydawania pieniędzy z Funduszu na reperowanie np. budżetów sądów. Zmiany umożliwiają:

  • pokrycie kosztów obsługi Funduszu Sprawiedliwości ze środków funduszu – m.in. pensje dla pracowników i systemy informatyczne (z zastrzeżeniem, że koszty te nie mogą przekroczyć 3 proc. – czyli na obecnym poziomie to aż 11,5 mln zł);
  • zlecanie zadań jednostkom sektora finansów publicznych – zakup sprzętu czy remonty w jednostkach wymiaru sprawiedliwości;
  • wykorzystanie środków na podnoszenie kwalifikacji pracowników przez jednostki sektora finansów publicznych;
  • realizowanie zadań pomocowych przez jednostki sektora finansów publicznych – a nie tylko przez organizacje pozarządowe.

oko.press

%d blogerów lubi to: