31.12.2018

 

 

Ambitny plan Kaczyńskiego nie ma już szans na realizację. Te dwie kwestie pogrążą strategię PiS

Choć niespodziewane posiedzenie Sejmu w miniony piątek miało się zająć głównie specustawą mającą odwlec w czasie nieuchronne podwyżki cen energii dla polskich gospodarstw domowych, w Sejmie miało miejsce jeszcze jedno ważne z punktu widzenia utrzymania władzy zdarzenie. Podczas posiedzenia sejmowej Komisji Ustawodawczej, partia rządząca przeforsowała swoje stanowisko do zbliżającej się wielkimi krokami rozprawy w Trybunale Konstytucyjnym w sprawie zgodności z konstytucją wyboru przez Sejm 15 sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa, co jest jednym z kluczowych elementów tzw. “reformy sądownictwa” w wykonaniu Prawa i Sprawiedliwości. Rozprawa przez TK ma się odbyć już 3 stycznia i pośpiech ma tu niebagatelne znaczenie dla wyborczej strategii partii Jarosława Kaczyńskiego, zupełnie jednak innej, niż ta deklarowana na ostatnich konwencjach. Ta bowiem, zakładająca wygaszenie konfliktu z Unią Europejską i nałożenie maski partii proeuropejskiej i euroentuzjastycznej nigdy w zasadzie nie miała szansy realizacji i najwyraźniej w ostatnich dniach 2018 roku została zarzucona. Świadczą o tym dwie kwestie, w których PiS już dziś jest pod ścianą, a w perspektywie najbliższych kilku miesięcy dzielących nas od wyborów do Parlamentu Europejskiego defensywa będzie tylko się pogłębiać.

Nie chce mi się wierzyć, że Jarosław Kaczyński, w imię kolportowania “europejskiej twarzy” PiS, podkuli ogon i zarządzi nie jeden czy dwa kroki w tył, ale wręcz paniczny odwrót i ucieczkę z pola bitwy. Naturalną reakcją będzie atak na unijne instytucje, dalsze podważanie ich prawa do działania przeciwko Polsce czy rozpalanie antyunijnych nastrojów w elektoracie partii rządzącej. Innego wyjścia po prostu nie ma, bo w tych dwóch kwestiach spór jest nieunikniony.

“Reforma wymiaru sprawiedliwości”

Choć politycy partii rządzącej oraz prezydent Duda na każdym kroku w podsumowaniach 2018 roku podkreślają, że siódma nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym kończy spór z UE o polską praworządność, a krok wstecz jest pozorny, bo udało się utrzymać w mocy ważne elementy reformy wymiaru sprawiedliwości to nikt chyba w rzeczywistości w to nie wierzy. Planowana na 3 stycznia “interwencja” Trybunału Konstytucyjnego w sprawie legalności zmian w trybie wyboru sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa to wstęp do kluczowej z punktu widzenia przyszłości tej “reformy” decyzji Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Jak kilka dni temu przyznał szef KRS, sędzia Leszek Mazur rozprawa TSUE, której termin wyznaczono na 19 marca będzie wielkim problemem dla obozu władzy. Jego zdaniem  kwestie rozstrzygane przez TSUE mogą okazać się bardziej kluczowe dla zmian w wymiarze sprawiedliwości, niż zagadnienia związane ze stanem spoczynku sędziów SN i statusem I prezes tego sądu. Jak ocenił, jeśli takie ewentualne orzeczenie TSUE byłoby niekorzystne dla statusu KRS i zostałoby ono uznane przez państwo polskie, “to chyba jeden z kluczowych elementów reformy, jakim było ukształtowanie sędziowskiej części KRS, zostałby podważony. (…) Rozstrzygnięcie TSUE dotyczące KRS będzie w konsekwencji odnosiło się do wszelkich czynności, decyzji i uchwał Rady, np. przeniesień w stan spoczynku, wskazań do nominacji asesorskich i sędziowskich, w tym do dwóch nowych izb w SN. Ewentualna formuła podważenia statusu organu od razu poddaje w wątpliwość wszystkie działania tego organu” – wskazał przewodniczący KRS.

Po takiej decyzji TSUE, rząd nie może zareagować inaczej niż uruchomić mocno antyeuropejską narrację o wtrącaniu się unijnych instytucji w sferę, która zarezerwowana jest dla polskich władz. W odpowiedzi opozycja z pewnością znów odświeży narrację o planowanym przez PiS “Polexicie” i trudno będzie jej odmówić racji. Partia Jarosława Kaczyńskiego nie ma innego wyjścia, niż zastosować strategię obrony poprzez atak, która jest nie do pogodzenia z deklarowaną proeuropejskością. Ewentualne wycofanie się także ze zmian w KRS byłoby bowiem totalną klęską, której nawet najwierniejsi wyborcy PiS mogliby Kaczyńskiemu nie wybaczyć.

Drugi front walki z unijnymi instytucjami, w szczególności z Komisją Europejską odbędzie się na froncie specustawy, którą w błyskawicznym tempie przeforsowano przez Sejm w ostatnich dniach roku, mającej zagwarantować blisko 9 mld złotych dodatkowego wsparcia z publicznych pieniędzy dla sektora energetycznego. Wypowiedzi polityków PiS, z posłem Bartoszem Kownackim czy wiceministrem sprawiedliwości Michałem Wójcikiem na czele o tym, że “bez donosów polityki opozycji KE nie dowie się o złamaniu reguł UE” potwierdza, że obóz władzy jest świadomy zagrożenia, jakim będzie uznanie utworzenia Funduszu Wypłaty Różnicy Ceny za niedozwoloną pomoc publiczną. To tylko kwestia czasu, aż na tym polu rozgorzeje nowy spór z Komisją Europejską, w którym partia rządząca będzie musiała atakować instytucje unijne i właśnie je obwiniać za nieuchronne wzrosty cen energii, które uderzą w gospodarstwa domowe. Narracja będzie prosta – to wina opozycji i Komisji Europejskiej, że PiS nie może Polakom obniżyć cen, mimo szczerych chęci. W kampanii europejskiej pojawić się musi przekaz, że każdy głos na PiS w wyborach do PE zwiększy szansę na zmiany w funkcjonowaniu Unii Europejskiej, polegające na ograniczeniu możliwości ingerencji w nawet najgłupsze i najbardziej nieodpowiedzialne decyzje, ale jednak “suwerennego” rządu.

O tym, że finalnie już za kilka miesięcy PiS przyjmie jednak twarz “eurorealistów” z tendencją ograniczenia integracji świadczyć może też zwiastowana przez portal Polityka Insight nominacja dla zdeklarowanego przeciwnika UE Adama Andruszkiewicza, który ma wejść do rządu Mateusza Morawieckiego. Tym samym, ostateczne starcie w kampanii wyborczej przez majowymi wyborami odbędzie się w oparciu o spór wymarzony dla sił proeuropejskich czyli “Za” i “Przeciw” UE. A tu Prawo i Sprawiedliwość może być skazane na porażkę.

crowdmedia.pl

 

 

PiS poważnie obawia się wolty Rydzyka. Zaskakująca nominacja w rządzie tylko to potwierdza

Nieoficjalna informacja portalu Polityka Insight o tym, że lada dzień wiceministrem cyfryzacji ma zostać były prezes Młodzieży Wszechpolskiej oraz były poseł Kukiz’15 i Wolnych i Solidarnych Adam Andruszkiewicz wywołała wczoraj wieczorem sporą burzę w sieci. Nie brakuje komentarzy, że Prawo i Sprawiedliwość takim ruchem strzela sobie w kolano, pokazując jednocześnie wielką mizerię swoich kadr. Wielu komentatorów na wieść o tej nominacji drwiło, że najwyraźniej ktoś postanowił przesunąć Prima Aprilis na Sylwestra. Inni zwracali uwagę na przeszłość posła Andruszkiewicza, sprawę kontrowersyjnego pobierania dużych pieniędzy z Kancelarii Sejmu na tzw. “kilometrówki”, mimo że nie posiada samochodu czy wielu bardzo mocno antyunijnych wypowiedzi wiceministra in spe. Jak to się ma do ogłoszonej kilka tygodni temu strategii o “Polsce jako sercu Europy”, zakładającej pokazanie Polakom prounijnej twarzy obozu władzy, nie wiadomo. Wygląda na to, że strategia ta została zarzucona, zanim na dobre się rozpoczęła, a nominacja akurat dla radykalnego Andruszkiewicza wydaje się to potwierdzać.

Jest jednak inny aspekt właśnie takiego wyboru i zdaje się potwierdzać on, że w centrali partyjnej przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie bardzo poważnie obawiają się scenariusza, w którym Ruch Prawdziwa Europa, partia pod egidą ojca Rydzyka dogada się z Ruchem Narodowym i Januszem Korwin-Mikke i stworzy alternatywną listę wyborczą, mocno na prawo od PiS. Taki ruch toruńskiego redemptorysty wydaje się bardzo prawdopodobny i jest realnym zagrożeniem dla Jarosława Kaczyńskiego. Walka o wyborcę z centrum wydaje się skazana na niepowodzenie, co pokazały wybory samorządowe w dużych miastach, więc lider Prawa i Sprawiedliwości bardzo poważnie rozważa zabezpieczenie i wzmocnienie prawej flanki poprzez wzmocnienie pozostającego ostatnio nieco na peryferiach Ruchu Narodowego Andruszkiewicza, który gdyby nominacja doszła do skutku, stałby się najwyżej postawionym w strukturze stanowisk państwowych przedstawicielem tego środowiska.

Dla spragnionych wpływów narodowców mogłaby to być niezła przynęta, by porzucić dotychczasowe środowisko i przyłączyć się do nowego wiceministra. Zresztą, choć być może tego nie planował, to właśnie dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu Ruch Narodowy jest dziś znacznie mocniejszy niż jeszcze trzy lata temu (być może wręcz najmocniejszy w najnowszej historii Polski) i z pewnością lider PiS nie chciałby, by to co mimowolnie zainwestował we wzrost notowań narodowców, dziś obróciło się przeciwko niemu.Krytyka partii po nominacji dla Andruszkiewicza może być dopuszczalną ceną za rozbicie tworzącego się sojuszu narodowców z ojcem Rydzykiem i osłabienie jego szans wyborczych. Jeśli zakonnik uzna, że jednak jest zbyt słaby, znów przyłączy się do obozu Zjednoczonej Prawicy, a Kaczyński ponownie ogłosi się wielkim i skutecznym strategiem.

crowdmedia.pl

 

 

PIERWSZEGO ODCINKA „W LABIRYNCIE”

31 grudnia 2018

Serial „W labiryncie” to rozpisane na 120 odcinków „dochodzenie do normalności” wolnego rynku i liberalnego społeczeństwa. Bezbłędnie odtwarza wyobraźnię ówczesnej klasy wiodącej.

Trzydzieści lat temu – co do dnia – Telewizja Polska wyemitowała pierwszy odcinek serialu W labiryncie. Poza sentymentalnym repozytorium gadżetów z lat przełomu (wszechobecna boazeria i tureckie swetry), kojarzy się on przede wszystkim jako pierwsza polska telenowela o kosmicznej oglądalności (do 16 milionów widzów na odcinek). Mało kto jednak zapamiętał, że to bodaj najważniejsze dzieło „transformacyjnej” popkultury. A niesłusznie, bo to niepowtarzalny zapis myślenia mitycznego tamtej epoki – jeśli chcecie zrozumieć fascynację rodziców Leszkiem Balcerowiczem, zapuśćcie chomika i machnijcie sobie choć kilkanaście odcinków.

W czasie pierwszej emisji serialu Pawła Karpińskiego i Wojciecha Niżyńskiego przez prasę przetoczyła się dyskusja, czy wielkim Aktorom (koniecznie przez wielkie A), tym od Wajdy, Polańskiego i ról szekspirowskich, godzi się w ogóle grać permanentny romans w miejscu pracy w szmirze dla mas, w ciuchach z bazaru w Rembertowie i z tandetnymi cliffhangerami. Krytycy tego sortu, wyjęci wprost z mesjanistycznego muzeum, z pogardzanego przez siebie obrazu nie skumali jednak nic. Była to bowiem – pisana dostępnie dla naprawdę szerokich mas – opowieść par excellence inteligencka, pean na cześć wykształciuchów odmian wszelkich jako awangardy postępu, która przeprowadza siebie, swe rodziny i przy okazji cały polski przemysł farmaceutyczny do europejskiego kapitalizmu. Wielka fantazja o tym, jak PRL-owscy inteligenci przekształcą się w nowoczesną klasę średnią.

Całą tę fantazję spina klamra dwóch scen: w pierwszym odcinku młody, zdolny chemik (ośrodkiem fabuły jest Pracownia Farmakodynamiki, grana przez warszawski szpital na Lindleya), oczywiście z epizodem w pierwszej Solidarności, wykłóca się ze starym biurokratą-dyrektorem z partyjnego nadania. O co? Jak to w schyłkowym PRL, o przydział dewiz na odczynnik niezbędny do dalszych badań. Dodajmy, badań nad Adoloranem, innowacyjnym lekiem przeciwbólowym o wielkim potencjale komercyjnym. W odcinku ostatnim ten sam młody badacz z kolegami dokonują prywatyzacji państwowych dotąd zasobów. Nie kradną ich jednak, lecz – wnosząc swój kapitał ludzki i dorobek badawczy – zawiązują z wnoszącymi kapitał finansowy i marketingowe know-how „Szwajcarami” spółkę joint-venture, która ich genialnemu produktowi pozwoli podbić światowe rynki.

Tak, drogie dzieci – tak właśnie miało wyglądać wejście Polski, a przynajmniej kwiatu naszego narodu w globalny kapitalizm. Oczyma wyobraźni tegoż kwiatu, czyli inteligencji humanistycznej, która pisała scenariusz i fantazjowała o „technicznej” frakcji własnej klasy społecznej.

Żeby nie było, serialowa transformacja gospodarcza to bynajmniej nie idylla – i to nie tylko z punktu widzenia zdolnego naukowca, któremu żona-stewardessa LOT-u suszy głowę, żeby wreszcie jakiś biznes założył, a nie się głupotami za psie pieniądze zajmował. Serial pokazuje całą paletę typów idealnych kapitalisty szemranego, niedorobionego, szkodliwego po prostu, nie wyzwolonego z mentalności i uwikłań PRL. Twórcy W labiryncie antycypowali w ten sposób niektóre z figur wroga przemian, zombie epoki przejściowej podobne do tych, o których wiele lat później pisała m.in. Magda Szcześniak w swych Normach widzialności.

Mamy więc przestępczy półświatek – byłych cinkciarzy i szulerów z Hotelu Europejskiego. Są ordynarni badylarze, którzy po otwarciu granic składują za pieniądze toksyczne odpady z Niemiec. Jest polonus-hochsztapler, pozujący na amerykańskiego biznesmena, a okazujący się niewydarzonym oszustem. Wreszcie, mamy niezbyt lotnego, acz zakotwiczonego w starych układach nomenklaturowca, który w czasach przełomu próbuje robić lewe biznesy i długo blokuje możliwości awansu młodej merytokracji. Wszystko to, panie, jedna postkomunistyczna sitwa, choćby właśnie wróciła z emigracji z Chicago.

Wszystko to są jednak uzurpatorzy – ludzie z kapitałem niewiadomego pochodzenia i podejrzanymi kontaktami, raczej plebejscy w obyciu, stojący na drodze kapitalistycznej normalności utożsamianej z etosem i praktykami „inteligentnego mieszczaństwa”. Albo raczej inteligencji w fazie przepoczwarzania w nowoczesną klasę średnią. A obraz tej grupy – powtórzmy, w serialu odsądzanym od czci i wiary za haniebne koncesje na rzecz gustów poślednich – to prawdziwy pomnik ze spiżu.

Inteligencja jest tu włączająca i merytokratyczna, pluralistyczna i polska do bólu, otwarta na zmiany i zakorzeniona w tradycji, techniczna i humanistyczna naraz – jak nie w jednej osobie, to przez małżeński dobór naturalny. Bo choć wśród rodziców i teściów bohaterów znajdziemy etosowych pisarzy i koryfeuszy nauki, to środowisko chętnie przygarnia – na niwie zawodowej i matrymonialnej – zdolną i pracowitą półsierotę, do tego chodzącą dobroć i słodycz, prześladowaną przez widmo rodziny z półświatka (siostra-przekręt i była prostytutka). Kwintesencją życiowej mądrości i życzliwości jest w serialu starszy naukowiec, o nieprawdziwie polskim nazwisku Gutman, ale oczywiście powstaniec warszawski.

Dalej, platformą dla wieloletnich przyjaźni jest przede wszystkim kapitał kulturowy, dlatego nie dziwią życzliwe relacje opozycyjnego twórcy i profesora z wtykami w ministerstwach. Także na poziomie gustów i rytuałów godowych jest to klasa społeczna z mokrych snów Krzysztofa Warlikowskiego: czyta książki, koleżanki z pracy podrywa na polski jazz, względnie imponuje kolegom przemyśleniami po lekturze artykułu w ostatnim „Lancecie” (tak, w tym „Lancecie”: marka najważniejszego pisma medycznego świata trafiła nawet do tytułu jednego z pierwszych odcinków).

No i wreszcie – nasi bohaterowie martwią się, co prawda, kiedy zdołają wreszcie zrobić habilitację (tak, takie dylematy naprawdę interesowały kiedyś kilkanaście milionów Polaków – i komu to przeszkadzało?!) i ostro przepytują swych studentów ma egzaminach (etos, gdzie nie spojrzeć), ale też śmiało wkraczają na kapitalistyczną drogę, która może nie od razu, acz jednak wynagradza głowę na karku, sprawność intelektualną i światowe obycie.

W tzw. międzyczasie, zanim jeszcze połączą swój dorobek badawczy ze strumieniem szwajcarskich franków, członkowie naszego zespołu farmaceutów bezustannie narzekają. Na zacofanie technologiczne i absurdy PRL-owskiego zarządzania, na nepotyczną politykę kadrową, ale przede wszystkim – koszmarny dystans dzielący Polskę od Zachodu. Cały proces transformacji w skali mikro to dla nich walka o autonomię zespołu badawczego i zrzucenie jarzma PRL-owskiej biurokracji, unikanie pułapek „kapitalizmu awanturniczego”, negocjacje z partnerem zagranicznym na zasadach racjonalności merytokratycznej, wreszcie dogadanie się i współpraca dla obopólnej korzyści.

I to jest właśnie sedno tej inteligenckiej fantazji o Polsce w świecie kapitalizmu: oto polskie R&D i human capital wsparte szwajcarskim (co ciekawe, ten właśnie kraj gra typ idealny wysoko rozwiniętej gospodarki rynkowej) know-how i pieniędzmi pozwalają wejść na rynek światowy na godziwych zasadach. Logicznie rzecz biorąc prywatyzacja i współpraca z Zachodem to układ win-win, w którym tracą wyłącznie postkomunistyczne złogi.

No więc tak to miało wyglądać – życie udane zamiast udawanego, jak w swym najlepszym przemówieniu w życiu obiecywał kultowy minister finansów i ojciec polskiej transformacji. Wielką zaletą W labiryncie, która czyni z niego dużo więcej niż sympatyczną ramotę, jest pokazanie pracy jako ośrodka życia: miejsca budowy więzi i realizacji aspiracji, tych materialnych i tych „etosowych”. Bohaterowie w Pracowni Farmakodynamiki nie tylko romansują, ale też walczą z alienacją. Co prawda, wyzwolić z niej ma szwajcarski kapitalizm, ale to i tak dobrze na tle całej masy późniejszych produkcji, w których firma jest środowiskiem, gdzie ścierają się naturalne żywioły rynkowej konkurencji, względnie pretekstową dekoracją do perypetii prywatnych.

No i właśnie, relacje prywatne. Pokazano je bodaj najbardziej mainstreamowo: serial nie wychodzi poza „zdrowy rozsądek” swojego czasu. Znaczy, chłop jest chłop, baba jest baba, choć głowy mają umeblowane raczej podobnie. Modelowa rodzina to bardzo mieszczańska „podstawowa komórka społeczna”, umiarkowanie tradycyjna (najczęściej 2+2, ale też patchwork), gdzie genderowa zaraza dotyka przede wszystkim spraw ekonomicznych. Większe niż mężów zarobki kobiet to źródło poważnych napięć; za to podział ról jest wciąż typowo PRL-owski: oboje małżonkowie pracują, a facet udaje, że się czasem zajmuje dziećmi.

Nie panuje tu jednak tyrania biologii (normą jest wychowywanie nieswoich dzieci, no i oczywiście mamy ujawnioną po latach w kazirodczym kontekście – w końcu to soap opera – adopcję), zaś dyskurs religijny w relacjach rodzinnych zepchnięty jest do getta… pokoleniowo-płciowego („upierdliwa teściowa”).

Krótko mówiąc, konserwatywna, ale jednak modernizacja obyczajowa, zwana przez niektórych umiarkowanym postępem w granicach (liberalnego) prawa. Kalendarze z gołymi babami wiszą tu jeszcze nie tylko w warsztatach samochodowych, ale i w pokojach lekarskich; z drugiej strony aborcja jest raczej neutralna aksjologicznie. No i zawsze warto przypomnieć scenę, w której bohaterka-chodząca dobroć na pytanie swego byłego o utraconą ciążę „czy to było moje dziecko” (było), odpowiada, „nie, to było moje dziecko”. W M jak miłość czy dowolnej produkcji masowej z III RP bohaterka po takiej ripoście powinna zachorować na białaczkę, a przynajmniej zginąć za karę w wypadku samochodowym – a tu nic, tylko smutek (faceta), że dawna miłość se ne vrati.

Ja sam na W labiryncie trafiłem szukając po YouTubie świadectw epoki transformacji, po obejrzeniu wszystkich chyba dostępnych Dzienników Telewizyjnych; wcześniej tylko słyszałem o „pierwszej polskiej operze mydlanej”, w której grał ponoć Marek Kondrat zanim został komisarzem Halskim. Oglądany po 30 latach serial razi homogenicznością klasową i normalizacją jednego tylko, inteligencko-mieszczańskiego habitusu – pozostałe style życia, tożsamości i środowiska społeczne zostają wyparte zupełnie, albo zepchnięte w sferę patologii, w najlepszym razie kolorowej egzotyki. Relacje płciowe są również „znormalizowane”, choć jest to raczej norma świecka i dość liberalna, której dyskurs katolicki nie określa niemal w ogóle.

A jednak jest w tym wszystkim coś naprawdę fascynującego: to obraz obyczajowego punktu startu do wolnej Polski i bardzo uczciwa opowieść o transformacyjnej fantazji. Rozpisane na 120 odcinków „dochodzenie do normalności” wolnego rynku i liberalnego społeczeństwa. Jako zapis empirycznej socjologii przemian broni się bardzo średnio, ale wyobraźnię ówczesnej klasy wiodącej odtwarza bezbłędnie.

krytykapolityczna.pl

 

 

30 GRUDNIA 2018

PiS ciągle na pozycji lidera, ale w 2019 rok wchodzi jednak z zadyszką [analiza 300POLITYKI]

Informacja o możliwej nominacji Adama Andruszkiewicza na stanowisko wiceministra cyfryzacji czy zamieszanie z nowelizacją ustawy o SN tylko potwierdzają zadyszkę w obozie dobrej zmiany, na którą składa się naturalnie więcej elementów. PiS, mimo ostatniej próby przejścia do ofensywy, wchodzi w 2019 rok na zdecydowanie innej pozycji, niż wchodził w 2018. Małe rzeczy – jak ostatnie publikacje o ławkach niepodległości – stopniowo się zbierają i tworzą większą całość.

Jak wynika z naszych rozmów, prawdopodobne wejście Andruszkiewicza w skład rządu nie spotkało się z ciepłym przyjęciem nawet w samym obozie rządzącym. Jeden z polityków bliskich PiS-owi dostrzega wręcz niekonsekwencję: z jednej strony marginalizuje się, przynajmniej na czas kampanii, Krystynę Pawłowicz, a z drugiej przyjmuje Andruszkiewicza. To kłóci się z nową taktyką PiS-u, zaprezentowaną na ostatnich grudniowych konwencjach.

Trudno nawet zrozumieć jakie polityczne racje stoją za takim ruchem. PiS mając 237 posłów w Sejmie nie ma problemów z uchwalaniem ustaw. Praktycznie wszystkie kluczowe projekty zostały przegłosowane bez problemów. 5 posłów z klubu Wolni i solidarni to nie jest siła polityczna, która decydowałaby o wyniku wyborów. Taki transfer byłby do przyjęcia może na początku kadencji, ale nie w przededniu kampanii – teraz opozycja z pewnością będzie wypominać sprawę kilometrówek czy zwoływania nielegalnych zgromadzeń za pośrednictwem social media, powrócą też porównania do Misiewicza. Inaczej mówiąc, minusy przeważają nad plusami (jeżeli takie w ogóle istnieją).

Podobne niekonsekwentne działania widać ws. ostatniej nowelizacji ustawy o SN. Po co 21 listopada w trybie ekspresowym wycofano się z usunięcia Małgorzaty Gersdorf, skoro po ponad miesiącu nowela w dalszym ciągu nie została opublikowana? Temat sądownictwa w ten sposób znów wraca na czołówki serwisów, choć sprawę można było zamknąć już dawno. W dobie portali internetowych i 24-godzinnych telewizji publikacja ustawy w dogodnym dla rządu terminie – nawet w Sylwestra – nie sprawi, że tematu nie będzie.

Spore poruszanie wywołały także wysokie płace współpracowniczek prezesa NBP Adama Glapińskiego czy zamieszanie z cenami energii – ostatecznie parlament na dodatkowym posiedzeniu uchwalił stosowną ustawę, która zresztą została błyskawicznie podpisana i tak samo szybko zostanie opublikowana, ale ten temat ciągnął się przez dobrych kilka tygodni, a opinia publiczna widziała wręcz publiczne konsultacje wewnątrzrządowe. Przypomina się tutaj sytuacja z wolnym 12 listopada – intencje były szlachetne, ale wykonanie takie sobie.

Nadwyżka w budżecie – która oczywiście na koniec roku zamieni się w deficyt – czy szerzej dobre wyniki gospodarcze nie przekładają się aż tak bardzo na emocje społeczne. Mijający rok może i był dla Polaków najlepszy od 1989, ale PiS nie jest aż takim hegemonem sondażowym, jakim była swego czasu Platforma. Nawet przełożenie głosowania budżetu na 2019 rok na połowę stycznia dało tylko paliwo do dyskusji o przedterminowych wyborach, choć taki scenariusz wydaje się mało realny. Trochę przypomina się sytuacja z 2007 – zachowując wszystkie proporcje – kiedy gospodarka też była w dobrym stanie, a PiS jednak przegrało.

Obóz rządzący tworzy problemy, które następnie sam rozwiązuje. O poprzednie problemy – m.in. o wniosek do TK, który miał stworzyć pole do zarzutów o Polexit – był oskarżany Zbigniew Ziobro, choć opublikował go sam Trybunał, ale teraz trudno oskarżać o cokolwiek koalicjanta z Solidarnej Polski. Nic więc dziwnego, że choć PiS utrzymuje w dalszym ciągu przewagę, to nie jest ona tak spektakularna, jak kiedyś. Nawet ostatnie badania CBOS-u pokazują pewien spadek notowań obozu rządzącego.

PiS zrealizowało dużą część swoich zobowiązań i teraz – trochę paradoksalnie – potyka się w gruncie rzeczy na małych rzeczach. W styczniu mają zostać zaprezentowane nowe propozycje – przede wszystkim podatkowe – i faktycznie, po szybkim wdrożeniu 500+ czy obniżeniu wieku emerytalnego, Polacy mogą kolejny raz zaufać ugrupowaniu Jarosława Kaczyńskiego. Ale prawie roczna kampania dopiero przed nami, a PiS wchodzi w nią na innej pozycji, niż wydawało się jeszcze 4-5 miesięcy temu.

300polityka.pl

%d blogerów lubi to: