Siedlecka, 25.03.2019

 

TK wreszcie orzekł w sprawie KRS

Za trzecim podejściem Trybunał Konstytucyjny orzekł w sprawie konstytucyjności powołania neo-KRS. A także o niekonstytucyjności prawa do odwołania się do NSA od wyniku konkursu organizowanego przez neo-KRS do Sądu Najwyższego. Wbrew pozorom to drugie rozstrzygnięcie może mieć dla rządu większe znaczenie w toczącym się postępowaniu przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. Wyrok nie był jednogłośny.

Trybunał orzekł zgodnie z tym, czego spodziewała się władza.
Na wstępie przewodnicząca składu sędzia Julia Przyłębska ogłosiła – uzasadniając niedopuszczalnością – że odrzucono wnioski RPO Adama Bodnara, który zdecydował się przystąpić do postępowania, o rozpatrzenie sprawy w pełnym składzie. A jeśli nie – to o wyłączenie ze składu dublera sędziego Justyna Piskorskiego (sprawozdawcy) i odroczenie wyroku do czasu oficjalnego powiadomienia RPO o terminie rozprawy (takie powiadomienie nakazuje ustawa o TK). Odrzucenie tych wniosków RPO i udział dublera w wydaniu wyroku mogą być w przyszłości podstawą do jego podważenia.

Wyrok nie zapadł jednogłośnie, co potwierdza tezę (pisałam o tym tutaj), że w składzie sądzącym nastąpił rozłam i dlatego nie doszło do wydania wyroku tydzień temu. Nie wiemy, kto był przeciw, bo nie było zdań odrębnych, tylko sam głos – lub głosy – przeciw wyrokowi. Najwyżej dwa, bo skład był pięcioosobowy, zresztą złożony z samych sędziów „dobrej zmiany”.

Trybunał uznał – jak w wyroku sprzed dwóch lat, w wydaniu którego brało udział troje z pięciorga sędziów, którzy dziś orzekli – że konstytucja nie przesądza, jak mają wyglądać wybory sędziów do KRS. Zatem może być tak, że wybierają sędziowie, albo tak, że posłowie. Nie zgodził się z głosami – m.in. Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa – że dla zapewnienia poszanowania zasady niezależności większość KRS powinna się składać z sędziów wskazanych przez środowisko sędziowskie. Nie wyjaśnił, w jaki sposób ciało wybrane niemal w całości przez władzę polityczną może spełniać konstytucyjną powinność „stania na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów” w sytuacji, gdy owe niezależność i niezawisłość polegają na niezależności i niezawisłości od władzy politycznej.

Za całe uzasadnienie posłużyło Trybunałowi Dobrej Zmiany przytoczenie literalnego brzmienia przepisu konstytucji: że KRS składa się z 15 sędziów wybieranych „spośród” sędziów sądów różnych szczebli i rodzajów. I teza, którą można streścić tak, że KRS nie musi być niezawisła i niezależna, bo nie jest sądem.

W kwestii prawa do odwołania się do NSA kandydatów na sędziów Sądu Najwyższego od wyników konkursów prowadzonych przez KRS TK stwierdził, że KRS nie jest organem „administracji publicznej”, a zatem na jej rozstrzygnięcia nie można się skarżyć do sądu administracyjnego. Powołał się przy tym na art. 184, który określa zakres działania sądów administracyjnych: „Naczelny Sąd Administracyjny oraz inne sądy administracyjne sprawują, w zakresie określonym w ustawie, kontrolę działalności administracji publicznej”. Nie stwierdził, czym w takim razie jest KRS, skoro nie należy ani do władzy sądowniczej, ani do władzy wykonawczej („administracja publiczna”), ani do władzy ustawodawczej. A innych w państwie z trójpodziałem władzy nie ma. TK nie wypowiedział się, gdzie w takim razie mogą się odwoływać odrzuceni przez KRS kandydaci do SN. Z przepisów ogólnych wynika, że do Izby Kontroli Nadzwyczajnej SN. Czyli do neo-sędziów „dobrej zmiany” mianowanych przez neo-KRS. Pytanie, czy owa Izba spełnia unijne standardy bezstronnego sądu. Może warto je zadać TSUE?

Ten wyrok TK miał zapaść przed wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości w sprawie zgodności z unijnymi standardami trybu powołania neo-KRS. Chodzi o to, by rząd miał pretekst do odmowy podporządkowania się wyrokowi TSUE, gdyby był dla niego niekorzystny. Prawne podstawy do kwestionowania wyroku TSUE są słabe, bo inny jest przedmiot obu wyroków: polski Trybunał orzeka o zgodności z polską konstytucją, a unijny – w sprawie zgodności z traktatem o UE i wynikającymi z niego standardami. Ale PiS-owi ten argument ma posłużyć przede wszystkim na „rynek” wewnętrzny – żeby przekonać swoich wyborców, że wstał z kolan i stawia polską konstytucję przed prawem Unii. Przy okazji nie poinformuje zapewne, że taka postawa oznacza polexit.

Ale PiS ma plan „B” – będzie twierdził, że postępowanie przed TSUE musi ulec umorzeniu, skoro jest ono wynikiem pytań prejudycjalnych SN, a one są oparte na przepisie, który TK właśnie wyeliminował: o prawie odwołania się do NSA od wyniku konkursu na sędziów SN. Już dwa razy próbował tej sztuki. Po raz pierwszy, gdy zmusił ZUS do wycofania z Sądu Najwyższego skargi, która była podstawą do zadania pytania prejudycjalnego w sprawie przepisów odsyłających sędziów SN na wcześniejszą emeryturę. Bezskutecznie.

Potem – gdy zlikwidował przepisy o tym wcześniejszym przejściu na emeryturę, w ramach wykonania postanowienia zabezpieczającego wydanego w tej sprawie przez TSUE. Tu także Trybunał Sprawiedliwości nie podjął decyzji o umorzeniu sprawy – czeka ona nadal na rozpatrzenie.

Zatem szansa, że sztuczka powiedzie się w sprawie o legalność powołania i działania KRS, nie jest duża. Oczywiście decyzja należy do TSUE. Chyba żeby Sąd Najwyższy wycofał pytania prejudycjalne, co nie jest prawdopodobne.

Natomiast pewne jest, że władza PiS dzisiejszy wyrok Trybunału Konstytucyjnego Dobrej Zmiany będzie przedstawiać jako dowód legalności działań KRS i prawomocności orzeczeń wydawanych przez nominowanych przez nią neosędziów. Szczególnie tych w Sądzie Najwyższym. A jeszcze szczególniej w nowych izbach: Dyscyplinarnej i Kontroli Nadzwyczajnej.

siedlecka.blog.polityka.pl

 

W sporze z TSUE PiS działa wbrew własnym interesom

Jakub Majmurek

JAKUB MAJMUREK

Dla własnego interesu PiS powinien wygaszać konflikt z TSUE i SN. Partii łatwiej będzie wytłumaczyć swojemu twardemu elektoratowi kolejną woltę w sprawie sądów, niż zmagać się z łatką „partii Polexitu”.

We wtorek Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zajął się rozpoznaniem trzech pytań prejudycjalnych, jakie do instytucji w Luksemburgu skierował polski Sąd Najwyższy. Dotyczą one reformy sądownictwa – jednego z koronnych projektów rządzącej partii. SN miał wątpliwości, czy kształt Izby Dyscyplinarnej, nowego ciała powołanego wewnątrz SN, nie narusza konstytucyjnej zasady równowagi władz. O składzie Izby decyduje bowiem Krajowa Rada Sądownictwa, zgodnie z nową ustawę nie wybierana już dłużej przez sędziów, ale przez polityków. Co w ostatecznej instancji podporządkowuje sądownictwo parlamentowi, zagrażając tym samym – jak twierdzą krytycy rządowych reform – niezawisłości sądów, bez której nie może być mowy o ich praworządności.

Sprawa przed TSUE ma nie tylko prawny, ale i polityczny wymiar. Ten drugi bez wątpienia przesłoni pierwszy – zwłaszcza, że opinię na temat pytań polskiego SN rzecznik generalny Trybunału ma ogłosić 23 maja. 3 dni przed eurowyborami.

Lęk przed Polexitem

Dla PiS taki kalendarz jest szalenie niewygodny. Jeśli niekorzystne dla rządzącej partii orzeczenie zostanie podane do wiadomości publicznej tuż przed ciszą wyborczą, to nie będzie czasu by go czymś politycznie przykryć i przedstawić własną kontrnarrację. Groźne dla PiS nie jest nawet to, że niekorzystne orzeczenie TSUE odbierze mu głosy, ale fakt, iż może ono zmobilizować do udziału w wyborach przeciwników rządzącej partii: głównie elektoraty KE i Wiosny.

Podobny scenariusz wydarzył się przecież w wyborach samorządowych. Tuż przed wyborami do mediów wypłynęła informacja o tym, iż minister Ziobro skierował do polskiego Trybunału Konstytucyjnego zapytania na temat zgodności unijnych traktatów z polską konstytucją. Opozycja zbudowała wokół tego wniosku narrację: PiS na poważnie rozważa wyprowadzenie nas z Unii, musimy się zmobilizować, by temu zapobiec. Media zastanawiały się, czy naprawdę PiS gra na Polexit.

PiS zaprzeczał, ale wiele to nie pomogło. W miastach – głównie tych wielkich, ale nie tylko – doszło do znaczącej mobilizacji wyborców politycznie odległych od „dobrej zmiany”. PiS tam przegrał. Klęskę w metropoliach złagodziły dobre wyniki w mniejszych ośrodkach, pozwalające na znaczne zwiększenie stanu posiadania, jeśli chodzi o władzę w województwach. W wyborach europejskich „rezerwa prowincjonalna” PiS będzie jednak o wiele słabsza – wieś i małe miasta rzadziej chodzą na wybory europejskie, niż samorządowe.

„To sprawa polityczna!”

Politycy PiS atakują więc TSUE. „Nie wierzę w przypadki” – tak majowy termin informacji na tematy pytań SN skomentował marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Także szef Komitetu Stałego Rady Ministrów, Jacek Sasin, przekonuje, że decyzje TSUE mają polityczny charakter. Zdaniem ministra, Trybunał zamiast stać na straży praworządności w UE, prowadzi otwartą polityczną walkę z polskim rządem, ustawiając Polskę w roli „pariasa Europy”, któremu „nic nie wolno”.

Jak widać po wtorkowym wysłuchaniu, podobny ton dominował będzie w postępowaniu strony polskiej przed TSUE. We wtorek, po pięciu godzinach procedowania, reprezentujący Polskę w tej sprawie przedstawiciel Prokuratury Krajowej, Tomasz Szafrański złożył wniosek o wyłączenie ze składu orzekającego prezesa TSUE Belga Koena Lenaertsa. Lenaerstsowi ma zdaniem Prokuratury Krajowej brakować bezstronności, gdyż uczestniczył w konferencjach naukowych, organizowanych przez środowiska krytycznie komentujące zmiany w polskich sądach.

Ruch Szafrańskiego to agresywne zagranie. Agresji jak zwykle u PiS towarzyszy jednak chaos. Jak donosi „Gazeta Wyborcza”, reprezentant MSZ w tej sprawie przed TSUE, Bogusław Majczyna, zdystansował się od wniosku kolegi z prokuratury. Znów – tak jak w wypadku katastrofalnej ustawy o IPN – politykę zagraniczną zamiast MSZ, kierownictwa rządu, czy prezydenta prowadzić okazuje się człowiek Ziobry.

Nie wiadomo, czy ruch Szafrańskiego pozwoli cokolwiek osiągnąć w Brukseli. Na pewno wyśle zwolennikom PiS w Polsce jasny sygnał: cała sprawa ma czysto polityczny charakter. Do tego sprowadzają się wszystkie pozostałe argumenty PiS w sprawie sporu przed TSUE. Zdaniem rządzącej partii i jej medialnych rzeczników TSUE nie ma w ogóle prawa orzekać w sprawie KRS. W UE nie ma jednego, wymaganego od wszystkich członków standardu podobnej instytucji. W niektórych państwach rady sądownictwa w ogóle nie występują. W innych ich skład także wybierają politycy. TSUE czepia się Polski, bo dzięki „dobrej zmianie” wreszcie wstaliśmy z kolan i nie godzimy się na dyktat Berlina i Brukseli, oraz panujących w nich ideologicznych mód – będzie brzmiał przekaz dnia przez najbliższe dwa miesiące.

Polacy nie chcą być zakładnikami PiS

Taki przekaz pewnie wystarczy, by przekonać twardy elektorat. Może jednak nie wystarczyć, by obronić reformy przed TSUE i rozbroić polityczną minę mobilizacji pro-europejskiej opinii publicznej w Polsce przeciw PiS. Negatywne orzeczenie TSUE oznacza przy tym dopiero początek politycznych kłopotów dla PiS. Nawet jeśli podporządkowany rządzącej partii Trybunał Konstytucyjny uzna obecne KRS i Izbę Dyscyplinarną za zgodne z konstytucją, to może to nie przekonać europejskich sądów. Jeśli zaczną one wydawać kolejne orzeczenia, stwierdzające, iż polski wymiar sprawiedliwości nie jest w stanie zapewnić zgodnego z europejskimi normami praworządności procesu – np. odmawiając ekstradycji podejrzanych – to proeuropejska opinia publiczna poczuje się, jakbyśmy już częściowo zostali wyrzuceni z Europy. I pójdzie masowo do urn także jesienią, by wybrać kogoś, kto obieca przywrócić Warszawie miejsce przy europejskim stole.

Zeszłoroczne wybory wyraźnie pokazały, ze Polacy nie chcą, by ich państwo, jego europejska przyszłość i najbardziej fundamentalne strategiczne interesy, były zakładnikami ideologicznych obsesji elity PiS. Jakich pretensji Polacy nie mieliby do wymiaru sprawiedliwości, nic nie wskazuje, by istniała w społeczeństwie większość gotowa zaryzykować jeszcze większą izolację Polski w Europie w zamian za reformę sądów w duchu Ziobry.

Dla własnego interesu PiS powinien wygaszać konflikt z TSUE i SN. Partii łatwiej będzie wytłumaczyć swojemu twardemu elektoratowi kolejną woltę w sprawie sądów, niż zmagać się z łatką „partii Polexitu”. Na razie w kampanii – inaczej niż w 2015 roku – rządzący stawiają raczej na podbijanie polaryzacji, niż łagodzenie wizerunku i sytuowanie się w centrum. W kwestiach europejskich mogą się na takiej taktyce boleśnie przejechać. Zwłaszcza jeśli towarzyszył jej będzie chaos, jaki już we wtorek zaznaczył się w Luksemburgu.

Newsweek.pl

Reklamy
%d blogerów lubi to: