Hołownia, 16.03.2019

 

Szymon Hołownia

21 godz.

Po wczorajszej konferencji Konferencji Episkopatu nie potrzebuję już żadnych innych dowodów na to, że istnieje inteligentne życie na innych planetach. Nasz Episkopat bez wątpienia jest inteligentny, bez wątpienia żyje – i to całkiem nieźle. I bez wątpienia żyje na innej planecie.

Przynajmniej (choć niestety nie tylko) w kwestii rozliczenia przypadków księżowskiej pedofilii. Naprawdę trzeba wybitnego antytalentu medialnego i zupełnego braku społecznego słuchu, by tę sprawę rozgrywać w ten sposób. Wtedy kiedy trzeba mówić jasno, twardo i krótko, pokazać ludzką twarz, choć cień ludzkich emocji, choć promil spontaniczności i odruchu Samarytanina – rzucić wszystko i iść bandażować zranionych, dostajemy wykład nowego-starego (to bardzo trafne określenie) szefa KEP o ogólnie trudnej sytuacji dzieci na świecie (więc co z tego, że my wytropimy zło, jak inni nie wytropią), spiskowe teorie o mrocznych interesach baronów antykoncepcji, o tym, że komuś zależy na „poderwaniu autortetu” i „zaufania do hierarachii”, oraz jakże pożądne w tej właśnie chwili refleksje terminologiczno – historyczne o nazistach i komunistach (krakowski hierarcha lubi też katechizować o Żołnierzach Wyklętych, ich mi tutaj bardzo zabrakło). Ach, byłbym zapomniał: jeszcze te ezopowym językiem rzeźbione frazy o tym, by koniecznie nie zapomnieć o miłosierdziu wobec sprawców.

Pisałem już o tym w Tygodnik Powszechny: coraz więcej katolickich rodziców w Polsce zastanawia się czy wysłać dziecko na religię albo na ministrancki wyjazd z księdzem, a oni – o hitlerowcach, komunistach i o tym, że w zasadzie to wszędzie są pedofile, więc naprawdę: o co chodzi.

Powtarzam: jasne, że oczekuję, że każdy z przypadków takiej zbrodni w moim Kościele popełnionej zostanie ujawniony. Moje oburzenie nie zależy tu jednak od tego, czy okaże się, że jest ich 10 czy 10.000. Wystarczy, żeby był jeden i był potraktowany tak, jak – jak widać – bywa traktowany: z przenoszeniem księdza po parafiach, zasłanianiem się paragrafami, kombinowaniem w komunikacji, żeby broń Boże nie wypowiedział się biskup, tylko rzecznik, żeby nic nie było konkluzywne, bo przecież jak coś powiemy jaśniej, to się księża poobrażają i jeszcze ktoś odniesie wrażenie, że myśmy ulegli naciskom.

A może się nie poobrażają? A może oni – ci księża – wreszcie chcieliby zobaczyć biskupa, który nie mówi: „ależ Kościół wydał pierdyliard dokumentów, czego się czepiacie”, ale jak ich Pan „podaje grzbiet swój bijącym” (tym bardziej, że tu jest za co bić, a tam nie było)? A może oni też wreszcie chcieliby poczuć, że mają nad sobą prawdziwych przywódców ludu, gotowych na – wreszcie bezwarunkowe – „przepraszam”, na wzięcie odpowiedzialności, a nie zaplątanych do imentu we własne okrągłe słowa kościelnych polityków. Może widząc to, ja też zacząłbym zmieniać swoje życie?

Znam tylu polskich biskupów, którzy w pojedynkę naprawdę dają nadzieję (patrz broniący wczoraj jako jedyny honoru, logiki i Ewangelii i mówiący po ludzku abp Wojciech Polak). A gdy tylko zbiorą się w tę Konferencję Episkopatu Polski – nadziei już nie ma, żyć się odechciewa. Wszystko nie tak, nie wtedy, zawsze trochę w telepiącej się na wszystkie strony galarecie a trochę przesłodzone jak ciasto u babci. Nawet jak coś trochę dobrze – to o parę lat za późno. „Wyznaczyliśmy wreszcie biskupa – delegata do tych spraw. To niech on się zajmie, a my wrócimy do LGBT i pielgrzymek do Fatimy oraz odprawiania Mszy pontyfikalnych z prezydentami, to dziś sprawy zupełnie osiowe”.

Widzę narastający w środowisku jakoś tam zaangażowanych świeckich katolików brak cierpliwości. Oczywiście są tacy, którzy mówią, że „trzeba łagodnie, trzeba doceniać, że może nieporadnie, ale krok w dobrą stronę”, ale ja osobiście uważam za absurdalne stosowanie do poważnych facetów kryteriów, którymi mogę traktować przedszkolaków. Mam już dość niańczenia swoich liderów, tłumaczenia ich, dawania im po raz pięćdziesiąty siódmy kredytu zaufania, „bo nie można tak wprost, bo się wystraszą”. Chcę tego, do czego ich w Kościele wyświęciliśmy: odwagi, męstwa, mądrości, inspiracji.

Oglądając wczoraj tę konferencję miałem wrażenie, że oglądam transmisję z samobójstwa (a co najmniej poważnego samookaleczenia) instytucji. Na szczęście – nie wiary. Episkopat Polski –
piszę to z pełną odpowiedzialnością – zrobił w ostatnich latach wszystko, na swoich licznych zebraniach, w swoich licznych listach, bez wytchnienia pracowalł, by ostygła we mnie wiara w Kościół. Ale ja jej nie stracę i to nie na przekór Episkopatowi – bo jego już dawno przestałem do czegokolwiek potrzebować. Dobrze wiem, że nie ma już „Polskiego Kościoła”. Jest ten konkretny wierzący i prawy biskup, ta konkretna parafia, ten konkretny Kościół lokalny.

I że w nim – to istota- chodzi jednak o innego Szefa, niż ci, których wczoraj oglądałem. I w tej sytuacji tym bardziej będę robił wszystko co mogę, jeżdżąc, gadając, pisząc, by pokazywać ile życia jest w tym, co w telewizji wygląda niestety jakby właśnie gasło, dojeżdżało już do kresu swych dni, sił.

Wspomnicie moje słowa: nie trzeba gejów, wilczych oczu Tuska z Junckerem i Sorosem razem wziętych, kartkówej z masturbacji i islamistycznych kaznodziejów: laicyzację zrobimy sobie sami: Konferencja Episkopatu Polski i my, polscy katolicy. A jak już spełni się to proroctwo księdza Ratzingera z lat 60./70. XX wieku, że Kościół w Europie oczyści się ze wszystkiego: polityki, władzy, majątku, poczucia wpływu i zostanie malutka garstka ludzi, którzy odzyskają zdolność zachwycania innych świeżością Ewangelii, wtedy się zorientujemy: kurczę, przecież myśmy to wszystko wtedy wiedzieli, Bóg posłał nam nawet proroków.

Jeden z nich, Franciszek, mówi tak:

„Istotnie, w usprawiedliwionej złości ludzi Kościół widzi odzwierciedlenie gniewu Boga, zdradzonego i spoliczkowanego przez te nieuczciwe osoby konsekrowane. Echo cichego krzyku dzieci, które zamiast znaleźć w nich ojcostwo i przewodników duchowych znalazły oprawców, wstrząśnie sercami znieczulonymi obłudą i władzą. Mamy obowiązek uważnie słuchać tego stłumionego milczącego krzyku”.

My mamy słuchać krzyku. Mamy krzyczeć po tym, co usłyszymy. Co tu jest za trudne? Co niezrozumiałe? I przez ile jeszcze takie będzie?

Reklamy
%d blogerów lubi to: