Faszyzm, 29.06.2019

 

Waldemar Sadowski: Polski faszyzm. Czy już jest?

Esej o urządzaniu państwa i świata

Tomasz Grabowski: „Precz z polskim faszyzmem”
(Rynek w Przemyślu, 22.06.2019 rok)

Czy to już faszyzm, czy jeszcze nie faszyzm?

Nie ma jednej definicji faszyzmu. To worek różnych cech systemu sprawowania władzy. „Trudność w dyskusji nad takim uogólnionym pojęciem  jak »faszyzm« wynika stąd, że zjawisko to wyabstrahowane zostało z konkretnych sytuacji historycznych”, twierdził Leonard Shapiro, historyk z London School of Economics. Dlatego jedni mogą uznać, że w Polsce zapanował system faszystowski, inni, że nie i wszyscy mogą mieć rację.

Nie ma prawnej definicji faszyzmu, ale historycy dobrze to zjawisko przeanalizowali i w kulturze nazwa ta funkcjonuje jako rozpoznawalne ostrzeżenie przed złym państwem: partyjnym antyludzkim Lewiatanem.

A jednocześnie antyfaszyzm stał się istotnym składnikiem tożsamości Zachodu. Wydana niedawna książka Madeleine Albright pod znamiennym tytułem „Faszyzm. Ostrzeżenie” ma podobny sens jak wołanie Tomka Grabowskiego. Jest próbą obrony tożsamości Europy i Ameryki. „Pełni poczucia słuszności własnych poglądów” – pisze Albright – „możemy nie zauważyć pojawiających się zagrożeń. Faszyzm nie przytrafił się ludzkości przypadkiem. Czai się w mrocznych zakamarkach ludzkiej natury”.

Grabowski, który na początku lat dziewięćdziesiątych przeprowadził z Kaczyńskim długi wywiad do swojego doktoratu o polskiej prawicy na Uniwersytecie Kalifornijskim, dobrze wie, co to „ostrzeżenie” oznacza. I dlatego kilka razy wychodził z flagą Izraela przeciwko demonstracjom narodowców. Krzycząc „Precz z polskim faszyzmem”, użył tego pojęcia w kontekście protestu politycznego.

Zarzut, postawiony mu przez policję, obrazy „narodu” byłby w pełni groteskowy, gdyby nie fakt, że w połączeniu z innymi podobnymi działaniami państwa polskiego jak w puzzlach wyłania się faszystowski profil. Policjant uznał, że protest przeciwko faszyzmowi jest obrazą narodu, zakuł więc obywatela w kajdanki i wywiózł go na sześciogodzinne przesłuchanie. Prokuratura wycofała się z oskarżenia, ale już sam fakt, że policja przemyska – stróże prawa – kojarzy antyfaszystowskie hasła z obrazą Polaków, potwierdza, że są powody do obaw.  

Historycy i politolodzy wymieniają wiele cech istniejących dotychczas państw faszystowskich: istnienie przywódcy lub grupy oligarchów, którzy przejmują procesy stanowienia prawa, a ich  decyzje zastępują normy prawne (decyzjonizm); rozczarowanie i zawiść dużych grup, wynikające z niskiej pozycji w hierarchii społecznej i związane z tym  pragnienie odwetu; nacjonalizm, antyliberalizm i ataki na mniejszości, pogarda dla elit i otwartej dyskusji, kult siły i skutecznego działania, ingerencja państwa w życie prywatne, naukę, kulturę i gospodarkę, odrzucenie trójpodziału władzy, kontrola mediów, czyli czwartej władzy i zastąpienie przekazów informacyjnych propagandą i demagogią. Jak widać, jest to bogata mieszanka czynników ustrojowych, mentalnych i socjologicznych. Nie wszystkie muszą być spełnione, aby uznać system za faszystowski.

Jednym z głębokich źródeł faszyzmu jest pragnienie poczucia wspólnoty, którą zburzyło — być może — Oświecenie i próba odnalezienia utraconego sensu po „śmierci Boga”. Budowa tej wspólnotowej sztancy, narodowej lub rasowej, odbywa się jednak metodami siłowymi, bo nie wszyscy obywatele do tej wspólnoty pasują albo nie chcą w niej uczestniczyć. Stąd konkretny faszyzm – jako zmagania dobra ze złem – objawia się poprzez walkę z różnie definiowanym wrogiem.

Wśród innych pierwotnych źródeł brytyjski badacz faszyzmu i populizmu Roger Eatwell w książce „Faszyzm. Historia” wymienia oświeceniową myśl Rousseau, zawierającą przekonanie, że społeczeństwo powinno kierować się wolą powszechną, rozumianą jako „harmonia, która przekroczy zarówno podziały społeczne, jak i rozziew pomiędzy obywatelem a władzą”. Chodziło tu o przezwyciężenie pluralizmu i dążenie do jedności społecznej.

Przy czym, jak twierdzi Eatwell, „najbardziej niebezpiecznym aspektem myśli Rousseau było przekonanie, że ludzie nie zawsze potrafią odczytać »wolę powszechną«. To oznacza, że czasami trzeba „zmusić ich do wolności”. Widać w tym wyraźnie uzasadnienia postoświeceniowych dwudziestowiecznych i współczesnych dyktatur – faszystowskich i komunistycznych. Gdy później odkryto wspólnotę narodową, jako byt etniczny i rasowy, pojawiają się też siłą rzeczy wrogowie tej wspólnoty, pełniący często rolę kozłów ofiarnych, których trzeba zmiażdżyć, aby urzeczywistnić prawdziwą jedność narodu. Wydaje się, że pojęcia „prawdziwy Polak” i „gorszy sort” kwalifikują się do tej faszystowskiej bajki.

Wśród teoretycznych źródeł faszyzmu wymienia się też Hegla (antyteza społeczeństwa otwartego), Nietzschego (teoria nadczłowieka), Darwina (teoria ewolucji — ras), Freuda (podświadomość jako irracjonalne siły kierujące człowiekiem).

Pojęcie faszyzmu jest przedmiotem badań nauk społecznych, ale był to system na tyle odrażający, że bywa też używane jako inwektywa. Dzisiaj nikt nie chce oficjalnie nawiązywać do tego strasznego dziedzictwa ludzkości. Także w Polsce. Ale ustrój polityczny, system przekonań, wartości, nastawienie do świata, postawa wobec innych ludzi i przyrody oraz cały kłębek zjawisk psychicznych spleciony z lęków i nienawiści nadal jest obecny w kulturze i ciągle się odradza w formach zaskakująco podobnych do 20-wiecznych wzorców.

Eatwell wymienia cztery aspekty istotne w ideologii faszyzmu: pierwszy — plan zmiany natury ludzkiej i stworzenie lepszego społeczeństwa, drugi — naród lub rasa jako siły organizujące ewolucję i postęp; trzeci — krytyka kapitalizmu, liberalizmu i socjalizmu jako systemów rozbijających lub osłabiających wspólnotę; czwarty  wpajanie ludzkim umysłom faszystowskich wartości poprzez media i propagandę.

Żadna partia nie nawiązuje już oficjalnie do ideologii faszyzmu, ale system ten jest z jakichś powodów nadal atrakcyjny dla polityków i mas: ruchy stosujące w praktyce idee faszystowskie odradzają się ciągle z nową siłą, niespodziewanie, w różnych krajach, partiach i regionach świata. Zadziwiające jest jak szybko kraje takie jak Rosja, Chiny czy Węgry przeistoczyły się z krajów komunistycznych w faszystowskie. Taki jeszcze nieco zawoalowany system tworzy moim zdaniem Prawo i Sprawiedliwość. Nie ma obecnie żadnej niezależnej instytucji, która mogłaby orzec prawomocnie, że w Polsce panuje już faszyzm. Jedyną i ostateczną instancją, jaka pozostaje obywatelowi do dyspozycji, aby to stwierdzić, jest to, co najważniejsze w demokracji: jego własny umysł.

Dyskurs w Polsce

Zdania autorytetów są podzielone. Profesor Roman Kuźniar w wywiadzie w TOK FM w styczniu 2017 roku stwierdza, że „kaczyzm to jest odmiana faszyzmu”. Według Profesora Polacy popełniają błąd, sprowadzając faszyzm do nazizmu – jednej z jego najbardziej zbrodniczych form. Na podobne uproszczenie wskazuje Eatwell: „Większości ludzi słowo »faszyzm« kojarzy się z nihilistyczną przemocą, wojną i »zmierzchem bogów«. […] to świat germańskich mundurów i dyscypliny, uległości i sadomasochizmu, a nie miłości” pisze Roger Eatwell.

Innego zdania jest profesor Leder. W ciekawym wykładzie „Faszyzm — skąd to się bierze?”,  wygłoszonym 10 grudnia 2018 roku w siedzibie Obywateli RP  zapowiada na wstępie, że powie o „dzisiejszym polskim faszyzmie”. A więc istnieje według niego zjawisko polskiego faszyzmu, ale raczej sprowadza się ono do małych ugrupowań politycznych i świata psychologii społecznej dużych grup. Na pytanie, czy mamy już do czynienia z państwem faszystowskim w Polsce, Profesor odpowiada: jeszcze nie.

 

Leder stwierdza, że „w każdym społeczeństwie istnieje hierarchia”,  następnie sprowadza genezę faszyzmu do niezadowolenia dużych grup, wynikającego z ich niskiej pozycji w hierarchiach społecznych. Hierarchie te są bowiem konstruowane na różnych zasadach, często niesprawiedliwych, nieakceptowalnych przez duże grupy ludności i stąd bunty oraz rewolucyjne przesunięcia hierarchii. Jedna z ważniejszych hierarchii oparta o własność, wyznaczając jednostkom pozycję materialną, implikuje też jakość życia, a często stopień wolności. Pojawiła się też hierarchia zasobów merytorycznych, tworząc na szczycie elity intelektualne.

Ludzie, którzy znajdują się nisko w hierarchii merytorycznej, a więc dysponują niskim wykształceniem, zazwyczaj dzisiaj mają też niskie dochody. To te niezadowolone grupy tworzą społeczne zaplecze faszyzmu. Propaganda partyjna łatwo przechwytuje ich umysły, gdyż w ideologii faszystowskiej odnajdują namiastkę sensu: przemieszczają się w hierarchii, zdobywając kapitał symboliczny w formie tożsamości narodowej i religijnej oraz języka jako kodu kulturowego. Z pomocą propagandy poprawiają swój status we własnych oczach.

Emocjonalne uczepienie się nacjonalizmu jest dosyć prostym i niewymagającym wysiłku emocjonalnym zabiegiem, a daje człowiekowi proste poczucie sensu, znaczenia, zadowolenie psychiczne, komunikację z większą całością, oraz atawistyczną rozkosz z poniżenia innych — obcych, którzy tego nie mają. Ta dynamika grup działa jak ścierające się z sobą płyty tektoniczne, niezależne od jednostki.

Czy jest tu miejsce na wolną wolę? Na świadome i skuteczne przeciwstawienie się jednostki dynamice bezwładnych niezadowolonych mas uwikłanych w hierarchiczne sieci? Proces formowania się faszyzmu byłby więc ślepą siłą historii, na którą nie mamy większego wpływu, bo wynika on z biologii i natury homo sapiens oraz z przeszłych zdarzeń i związków przyczynowo-skutkowych, które doprowadziły społeczeństwo do stanu teraźniejszego.

A konfliktów tego typu — wynikających z uwikłań w sieci zależności i hierarchie — jest w Polsce i na świecie wiele: kultura wiejska vs kultura miejska, cywilizacja wschodnia vs zachodnia, narodowy katolicyzm vs Oświecenie i katolicyzm liberalny, młodzi mężczyźni vs młode kobiety, konsumpcjonizm vs odpowiedzialność ekonomiczna, przyspieszony rozwój technologii vs strach przed nieznaną przyszłością, wierzący vs niewierzący. Leder stwierdza też, że kler katolicki sankcjonuje te różne formy faszyzmu, także w Polsce.

Ostatecznie jednak Profesor przyznaje, że nie ma w Polsce państwa faszystowskiego, bo są wolne wybory i wolne sądy. Jest to jednak teza budząca wiele wątpliwości i w dalszej części staram się wykazać, że nie ma racji. W ogóle Profesor zbyt mało uwagi poświęca w swoim wykładzie ustrojowym aspektom faszyzmu, koncentrując się na dynamice grup społecznych. Stąd być może ta ostrożność w ocenie kaczyzmu.

Zjedzcie sobie Polskę sami

Wydaje się, że dzisiaj w Polsce główną linię frontu wyznacza ruch w hierarchii tworzonej przez nową grupę, którą Richard Florida określa — w jednej z najbardziej wpływowych książek współczesnych „Narodziny klasy kreatywnej” — jako klasę kreatywną i przyznaje jej główną rolę w tworzeniu dobrobytu i dochodu narodowego. Kreatywność to zjawisko, które wywiera kluczowy wpływ na rozwój współczesnej gospodarki oraz cywilizacji technicznej i powoduje przesunięcia w hierarchiach materialnych i intelektualnych.

Dynamika ta jawi się też jako konflikt, który Ludwig Dorn nazywa — tyleż poczciwie, co nieprecyzyjnie — buntem prowincji przeciwko metropoliom. Widoczna powszechnie w Polsce niechęć do elit nie jest – jak to błędnie opisuje Lewica – efektem transformacji ustrojowej, lecz skutkiem nowego podziału na kreatorów i odtwórców. Każdy kraj — twierdzi Florida — aby utrzymać tempo rozwoju, musi stworzyć mentalną infrastrukturę cywilizacji kreatywnej, której centralnym czynnikiem jest — ni mniej ni więcej tylko: tolerancja. Analizując różnice w rozwoju gospodarczym różnych miast USA, autor odkrył, że za szybkim rozwojem niektórych i upadkiem innych stoi nowa grupa społeczna, którą nazywa klasą kreatywną. 

Kim są ludzie z klasy kreatywnej? Są to osoby, które zajmują się rozwiązywaniem problemów oraz innowacjami. Zalicza się do nich między innymi: naukowców, inżynierów, nauczycieli i wykładowców, pisarzy, artystów, dziennikarzy i ludzi mediów,  ekspertów nowych technologii, zarządzania, usług finansowych, prawników i lekarzy. Łatwiej tu określić, kto nie należy do tej nowej klasy. Jest to większość przedstawicieli, panującej niedawno — według ideologii — klasy robotniczej.

Florida wprowadził narzędzie umożliwiające pomiar tej nowej istotnej cechy cywilizacji, tzw. współczynnik kreatywności regionów, w skład którego wchodzą 4 elementy: udział klasy kreatywnej w ogólnej liczbie siły roboczej, liczba patentów na głowę; liczba przedsiębiorstw high-tech oraz… uwaga polscy faszyści — różnorodność, określana na podstawie Wskaźnika Liczby Gejów. Ten ostatni czynnik jest miernikiem tolerancji danego regionu (im więcej ich się ujawnia i osiedla, tym bardziej tolerancyjne jest środowisko). Czytając „Narodziny klasy kreatywnej”, w zupełnie innym świetle postrzega się polski konflikt o tęczę i LGBT. „Gej” jest znakiem kultury otwartej, która z kolei przyciąga przedstawicieli klasy kreatywnej, a nietolerancja wobec mniejszości rodzi długofalowe katastrofalne skutki dla całej gospodarki. Coś za coś.

To nie przypadek, że gospodarka Niemiec zajmuje pierwsze miejsce na świecie pod względem innowacyjności, a Polska – 38 (World Economic Forum). Faszystowska i konserwatywna kultura emanująca z pisowskiej prowincji tworzy więc barierę w rozwoju, której nie jesteśmy w stanie pokonać zabiegami czysto ekonomicznymi. Już widać, że tzw. reforma oświaty wytwarzać będzie klasę odtwórców – ludzi, którzy będą przykręcać śruby do niemieckich maszyn, dopóki nie zastąpią ich automaty. A przyspieszona automatyzacja i sztuczna inteligencja spowoduje, że ci ludzie, szczególnie młodzi mężczyźni, będą po prostu zbędni dla systemu, co już się powoli dzieje. Zajmą najniższe z możliwych miejsce w hierarchii. Ostrzega przed tym też Yuval Noah Harari w książce „21 lekcji na XXI wiek”.

Sytuacja w Polsce jest też niewesoła pod względem demograficznym – prawie 50% mężczyzn w wieku 18 – 30, to single. Nie mogą ze względów finansowych lub nie chcą założyć rodziny. Nikt ich nie potrzebuje, kobiety — bo lepiej wykształcone, a system daje im co najwyżej nisko płatne funkcje — nie potrzebuje ich tak, jak kiedyś potrzebował robotników. A więc narażeni są na frustracje, podobnie jak bojownicy państwa islamskiego, bo nie mogą odgrywać stereotypowej społecznej roli polskiego mężczyzny. Dlatego tak chętnie zanurzają się w imaginarium obrońców ojczyzny – jako husaria czy żołnierze wyklęci.

To są czynniki, które mogą być podstawowym zasobem faszyzmu. I ta widoczna już gołym okiem i pogłębiająca się nietolerancja tworzy negatywne sprzężenie zwrotne. Polski artysta, inżynier, programista, lekarz, każdy, kto ma trochę wiedzy i jest kreatywny, wyjeżdża z kraju, powtarzając polskim mentalnym faszystom to, co powiedział kiedyś malarz Wilhelm Sasnal: ”Zjedźcie sobie sami tę Polskę w całości”. I ten exodus klasy kreatywnej będzie się pogłębiał.

Faszystowski system sprawowania władzy

Proste i zrozumiałe ujęcie faszyzmu proponuje Jason Stanley z Yale University: taktyka sprawowania władzy przez mafie polityczne, oparta na lojalności i sile, nastawiająca przeciwko sobie duże grupy społeczne. Jako przykład omawia też Polskę i PiS. Twierdzi, że czołówka ruchów faszystowskich to w rzeczywistości po prostu gangsterzy działający w polityce.

Jason Stanley mówi wprost: „Władza w Polsce, przejęta przez teokratyczną i faszystowską partię Prawo i Sprawiedliwość, stosuje strategię rozsiewania strachu przed nieistniejącymi komunistami”. Tych strachów na polskie wróble jest zresztą więcej, choćby imigranci, euro, LGBT, Niemcy. Madeleine Albright w książce „Faszyzm. Ostrzeżenie” tak to widzi: „Tam, gdzie monarchowie dążą do uspokojenia gniewu tłumu, faszyści będą niepokój podsycać, aby w momencie walki każdy żołnierz pałał żądzą walki i pierwszy nacisnął spust”

PiS jest dziwną organizacją: partia typu wodzowskiego, ale także konglomerat powiązany z kościołem, którego bossowie zarządzają  nieruchomościami, spółkami, klubami, fundacjami i mediami. Dysponują większością posłów w parlamencie. Prawdopodobnie ściągają haracze od państwowych spółek, które ściśle kontrolują. Kombinat dający pracę tysiącom członków i zwolenników. Do tego tajemnicze kontakty z oligarchią rosyjską – co uprawdopodobniają książki Piątka, czy Rzeczkowskiego. Organizacja ta wykracza poza definicję partii politycznej. Z pobieżnych informacji mediowych wynika, że proces stanowienia prawa w Polsce został poddany kontroli Jarosława Kaczyńskiego. Faszyzm zawsze był formą partiokracji, czy lepiej – ustroju oligarchii partyjnej:  Pisowcy realizują ten ustrój w sposób modelowy. A niewykluczone, że w podejmowaniu decyzji bierze tu udział jeszcze Władca Taśm z siedzibą na Kremlu.

Faszyzm jako system oligarchii partyjnej wykorzystuje instytucje demokracji przedstawicielskiej — przede wszystkim system reprezentacji: obywatele wprawdzie wybierają swoich przedstawicieli, ale po wyborach już jako parlamentarzyści stają się niezależni, ale — według fikcjonizmu prawnego — rzekomo nadal reprezentują wyborców. To jest najsłabsze ogniwo demokracji przedstawicielskich na całym świecie. Jeżeli do władzy dochodzi partia demokratyczna, z liberalną kulturą polityczną, problem ten nie jest największym nieszczęściem. Rodzi się wprawdzie oligarchia partyjna — podporządkowana szefowi partii, a nie wyborcom — która korzysta z faktu zajmowania wysokiej pozycji w hierarchii społecznej, ale ich władza jest stale ograniczana przez inne instytucje demokracji i kulturę polityczną społeczeństwa.

Prawdziwe nieszczęście pojawia się, gdy wybory wygrywa partia wodzowska. Demokracja przedstawicielska niemal automatycznie przeistacza się w jedną z odmian autorytaryzmu, obsługiwanego przez chamską sforę lojalną tylko wobec wodza, jak na Węgrzech, czy w Polsce. Obalenie konstytucji odbywa się bez formalnej zmiany. Zbrodnia stanu w białych rękawiczkach.

Polski system demokracji przedstawicielskiej ma ogromne dziury. Przede wszystkim mamy do czynienia z dwójpodziałem, a nie trójpodziałem władzy — szef partii większościowej skupia w swoim ręku władzę ustawodawczą i wykonawczą. Jeżeli jest to partia wodzowska, jak PiS, to łatwo utworzyć pozakonstytucyjny ośrodek władzy. Jeżeli do tego prezydent jest powiązany z tą większością, to cheque and balance zostaje niemal całkowicie wyłączony. Dyktatura formalna podana na tacy. Proces stanowienia prawa przejęty zostaje przez grupę decydentów partyjnych lub szefa partii. To jest być może kluczowa cecha polskiego faszyzmu.

Problem ten pojawił się już w oficjalnym obrocie prawnym. Profesor Małgorzata Wrzołek-Romańczuk tak relacjonuje swoje wystąpienie jako pełnomocnika Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego podczas rozprawy przed TSUE w dniu 14 maja 2019 r.: „Następnie wskazałam na jeszcze groźniejsze zjawisko, a mianowicie na to, że istotne decyzje w Państwie zapadają poza systemem konstytucyjnych organów Rzeczypospolitej Polskiej w tzw. centralnym ośrodku dyspozycji (decyzji) politycznej”.

Profesor nawiązuje tu do koncepcji profesora Stanisława Ehrlicha, komunistycznego profesora prawa (m.in. „Ustrój Związku Radzieckiego”, t. 1-2, 1954-56), u którego pobierał nauki Jarosław Kaczyński: „Dla formowania prawa wewnętrznego decydujące znaczenie ma istnienie centralnego ośrodka dyspozycji politycznej, którym jest jakiś organ państwowy, lub nawet kilka organów, jak to się dzieje w niektórych ustrojach, współpracujących z kierownictwem partii rządzącej. Niekiedy w skład tego ośrodka wchodzi w sposób nieformalny jakaś grupa osób lub pojedyncza osoba. Ośrodek ten nie tylko podejmuje decyzje, którym nadaje kształt przepisów prawa, ale dysponuje scentralizowanym aparatem przymusu, przy pomocy którego zapewnia ich efektywność”.

To jest właśnie mafijny system sprawowania władzy, który profesor Jason Stanley uznaje za istotną cechę faszyzmów. Przypuszczalnie w taki właśnie sposób, nieformalnie, czy też „bez żadnego trybu”, Kaczyński rządzi Polską. Zarówno w tym, jak i w kilku innych przypadkach, doszło do nielegalnej zmiany porządku konstytucyjnego, co jednak można będzie wykazać dopiero w ewentualnym przyszłym śledztwie. Normy prawne można bowiem uchylać także nieformalnie poprzez praktykę – nie stosując się do nich, jeżeli dysponuje się siłą.

Dobrą ilustracją efektów tej metody sprawowania władzy w praktyce jest historia horroru, którą przeszedł urzędnik państwowy z KNF Wojciech Kwaśniak — bo respektował rządy prawa, a nie rządy oligarchii partyjnej. W 2014 roku został ciężko pobity kijami baseballowymi przez bandytów powiązanych ze SKOK-iem. „Zamach był następstwem mojej pracy w Komisji Nadzoru Finansowego” – pisze w oświadczeniu opublikowanym w 8 grudnia 2018 roku – „Efektem tej pracy było m.in. zdemaskowanie grupy przestępczej, która wyprowadziła ze SKOK-u Wołomin ponad 1 mld zł. Bezpośredni sprawcy zamachu zostali bardzo szybko zidentyfikowani przez policję. Jednak do chwili obecnej nie zostali osądzeni ani ukarani”.

Zamiast bandytów prokuratura ściga Kwaśniaka. „W moim odczuciu postawiony mi absurdalny zarzut dyktują wyłącznie bieżące potrzeby polityczne i propagandowe. Potrzeby te zaspokojono w ten sposób, że zostałem zatrzymany o godzinie 6 rano, pozbawiony wolności, zakuty w kajdanki, a następnie poddany wielogodzinnym przesłuchaniom w Prokuraturze Regionalnej w Szczecinie”.

Pierwsze ruchy mafii partyjnych typu faszystowskiego skupiają się na opanowaniu wojska, policji, prokuratury i wyłączaniu bezpieczników prawnych takich jak Trybunał Konstytucyjny. Trybunał Konstytucyjny w przedwojennej Austrii został zniszczony za pomocą intryg i trików w podobny sposób jak dzisiaj w Polsce, dzięki czemu nie było żadnej instytucji, która mogłaby uznać Anschluss za niezgodny z prawem.

Obserwując zachowanie organów ścigania w obecnym ustroju, warto zaryzykować w przyszłości zmianę ich organizacji: Prokurator Generalny i Komendant Główny Policji powinni być wybierani przez gremia obywatelskie, a nie przez polityków. Ataki, zmiany personalne i organizacyjne oraz naciski na sądy spowodowały, że trzecia władza znalazła się w tak intensywnym konflikcie z rządzącą partią, że w sprawach związanych z polityką obywatele nie mogą mieć gwarancji sprawiedliwych wyroków. Niezależność sądownictwa gwarantuje bowiem system, a nie odwaga sędziów.

Faszyzm jak każdy dynamiczny system ma swoje fazy rozwojowe – w Polsce ten system już jest. Można tylko dyskutować, czy określać go jako stadium wczesne, embrionalne, czy formalne. Tak czy inaczej, jak nowotwór zaczyna pożerać oraz więcej instytucji demokratycznego organizmu.

Fikcja wolnych wyborów

Drugą istotną cechą nowego pisowskiego ustroju jest przejęcie przez oligarchię partyjną mediów publicznych, szantażowanie mediów prywatnych i próby przejęcia wielu z nich przez partię w ramach akcji „repolonizacja”.

Jak na dłoni, mimo skąpych informacji, widać osaczanie Polsatu, firmy uzależnionej całkowicie od państwa. Panowanie nad strumieniami informacji, a więc nad umysłami, to dla partii faszystowskiej sprawa kluczowa.

W ustroju demokratycznym media jako czwarta władza powinny być całkowicie oddzielone od pozostałych władz. Państwo ma zagwarantować suwerenność informacyjną obywatelom, a jego organy pod żadnym pozorem nie powinny wpływać na przekaz. Zadaniem tych mediów jest bowiem zagwarantowanie wyborcy dostępu do obiektywnych, rzetelnych informacji o stanie państwa i świata. To te media w zamierzeniu mają dostarczać materiał do debaty… bo: samo „głosowanie zgodnie ze swą ideą było tylko końcowym aktem stałego, publicznie toczącego się sporu argumentów” stwierdza Jurgen Habermas, jeden z głównych autorytetów europejskich demokracji („Strukturalne przeobrażenia sfery publicznej”).  Wybory odbywają się przed głosowaniem.

W państwie, w którym media publiczne są podporządkowane jednej partii, nie ma wolnych wyborów. Stały dyskurs oparty na prawdziwych informacjach w otwartej sferze publicznej jest ich koniecznym warunkiem. Wybory mogą się odbywać, ale to nie będą wybory wolne.

Obowiązujący model mediów w europejskich systemach prawa polega na tym, że media prywatne nie mają przymusu informowania ludzi w taki czy inny sposób. Wymaga tego wolność słowa. Natomiast media publiczne zgodnie z ustawą z dnia 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji realizują misję publiczną i mają obowiązek realizować programy informacyjne cechujące się pluralizmem, bezstronnością, wyważeniem i niezależnością oraz rzetelnie ukazywać całą różnorodność wydarzeń i zjawisk w kraju i za granicą  oraz sprzyjać swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli i formowaniu się opinii publicznej (art. 21).

Obiektywizm, rzetelność i uczciwość w przedstawianiu wydarzeń i zjawisk, wieloaspektowość ich interpretacji, bogactwo różnorodnych informacji winno sprzyjać samodzielnemu, swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli oraz nieskrępowanemu formowaniu opinii publicznej. Celem publicznej radiofonii i telewizji winno być więc stworzenie odbiorcy możliwości samodzielnej oceny wydarzeń i zjawisk oraz wyrabianiu sobie nieskrępowanego poglądu na świat.

Telewizja Polska łamie bezceremonialnie te przepisy, a jej prezes okazuje w wywiadach bezczelną pogardę dla prawa. Każdy, kto choć trochę zna prawo karne, łatwo dostrzeże w tym zachowaniu znamiona przestępstwa zbrodni lub zamachu stanu. Media publiczne są bowiem elementem konstytucyjnego ustroju państwa, a niezależność czwartej władzy, to nie jest metafora literacka. To w umysłach obywateli formuje się wola narodu – źródło władzy i prawa. Media publiczna to system walidacji wiedzy politycznej.

Dowody na manipulacje informacją w mediach publicznych widoczne są niemal codziennie. Mamy miliony naocznych świadków. Ale mamy też dowody na poziomie eksperckim. Pierwsza ekspertyza sporządzona została już trzy lata temu. „Ekspertyza programów informacyjnych głównych wydań TVP1 Wiadomości, TVN Fakty, Polsat w okresie badawczym  od 4.02.2016 r. do 11.02.2016 r. wykonana przez naukowców ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Naukowcy uznali, że telewizja nie spełnia ustawowej misji. Stwierdzili m.in. że „Wymóg pluralizmu informacji i punktów widzenia […] realizowany był w zakresie ograniczonym” […] „Wymóg bezstronności relacji w żadnej istotnej kwestii politycznej nie został dotrzymany”. Ponadto raport stwierdza, że również „inne powinności i oczekiwania związane z mediami publicznymi nie są należycie realizowane”.

Prof. Maciej Mrozowski ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, który zajmował się tym tematem, tak to określił: „Nie ulega wątpliwości, że obraz Polski w dzienniku TVP 1 jest pewnego rodzaju kreacją. Nie w znaczeniu dziennikarskim, ale politycznym. Ten obraz jest połączony z linią polityczną PiS i dlatego bezkrytyczny wobec PiS. W analizowanym przez nas tygodniu 4-11 lutego dziennikarze TVP 1 nie użyli ani razu negatywnych określeń wobec PiS, a wobec opozycji takie określenia padały”.

Tymczasem dowodów eksperckich jest coraz więcej. Andrzej Krajewski, były reporter, członek Towarzystwa Dziennikarskiego, analizował wraz z zespołem główne wydanie „Wiadomości” przed wyborami  do Parlamentu Europejskiego — od 10 do 24 maja 2019. Przez dwa tygodnie ukazały się 153 materiały w głównym wydaniu „Wiadomości” – z tego 105 dotyczyło wyborów. Aż 69 tych ostatnich dotyczyło PiS, przy czym tylko jeden był neutralny, pozostałe były propagandą. Wszystkim partiom opozycyjnym razem poświęcone były tylko 33 materiały. Wszystkie przedstawiały opozycję w negatywnym świetle. W „Wiadomościach” były jeszcze dwie negatywne informacje o Konfederacji. Wiośnie, Lewicy Razem i Kukiz’15 nie poświęcono ani jednego materiału.

Podobne wnioski wynikają z Raportu Stowarzyszenia Obserwatorium Wyborcze: „Polskie wybory do Parlamentu Europejskiego (26 maja 2019) odbyły się w cieniu działań propagandowych prowadzonych na wielką skalę przez media publiczne na korzyść partii rządzącej. W szczególności codzienne „Wiadomości” w TVP1 w ciągu wielu miesięcy poprzedzających wybory miały niemal za każdym razem charakter kompozycji propagandowej: były skomponowane tak, żeby przekonać widza do racji partii rządzącej i obrzydzić widzowi inne siły polityczne (Platformę Obywatelską, a w okresie bezpośrednio poprzedzającym wybory Koalicję Europejską i Konfederację). Obserwatorium Wyborcze stoi na stanowisku, że wybory przeprowadzone w takim kontekście nie mogą być uważane za w pełni demokratyczne”

(Źródłohttps://ow.org.pl/wp-content/uploads/2019/05/pierwszy-raport-euro-1.pdf )

To są fakty, które w mojej opinii delegalizują wybory – zarówno te europejskie, jak i te nadchodzące krajowe. Nielegalne działania mediów podających się za publiczne mogą w istotny sposób zmieniać wynik wyborów. Widać jednak, że opozycja demokratyczna nie protestuje, a więc  legitymizuje jednak ten proceder.

Tymczasem w wybory te mają podobny status jak referenda w Trzeciej Rzeszy: media opanowane były przez machinę propagandową NSDAP, ale przy urnach wyborczych w zasadzie była wolność. Fakt, że naziści odważyli się w ogóle na organizację referendum, wynikał z faktu, że dostrzegli już efekty działania Ministerstwa Propagandy. Do wysokiego zwycięstwa w obu referendach przyczyniły się głównie media Goebbelsa.

Zastraszanie społeczeństwa wprawdzie już się zaczęło na dużą skalę, ale jednak większość historyków uznaje, że przypadki naruszenia tajności głosowania i fałszerstwa były raczej incydentalne i nie miały istotnego wpływu na wynik głosowania. O wyniku zadecydowały media. W referendum o wyjście Niemiec z Ligi Narodów 95,1% było „za”, w referendum o połączeniu urzędów kanclerza i prezydenta (dyktatura) 89,93% „za”.

Tak to oceniał w 1935 roku Arnold J. Zurcher, z New York University, jeden z naukowych obserwatorów tamtych referendów:

Jest też oczywiste, że gdy przywódcy Państwa Hitlera uświadomili sobie, z jaką łatwością mogą kontrolować i koordynować opinię publiczną, zaczęli myśleć o referendum, aby zalegalizować ich sytuację prawno-konstytucyjną. […] Że strategia ta przyniosła sukces, wykazały obydwa referenda. Nawet po uwzględnieniu skrywanej oficjalnej presji, która bez wątpienia była silna oraz zastraszania przy urnach, co zdarzało się jednak prawdopodobnie rzadko, wynik głosowania jest zadziwiający, zarówno jeśli chodzi o udział w wyborach, jak i poparcie udzielone polityce rządu.

Zurcher pisał już wtedy, że samo demokratyczne prawo wyborcze nie wystarcza do funkcjonowania demokratycznej władzy: „Przeciwnie, taki rząd jest przede wszystkim zależny od trudno uchwytnych zjawisk jak wolna prasa i bezstronni urzędnicy, ale przede wszystkim od dobrze poinformowanego i krytycznego elektoratu” (Źródło: Arnold J. Zurcher, New York University. The American Political Science Review. Vol. 29, No. 1 (Feb., 1935), pp. 91-99)

Aby więc wybory mogły być uznane za wolne, media publiczne też muszą być wolne, a prywatne nie mogą być szantażowane ani zastraszane – bo partia rządząca wywiera w ten sposób zbyt duży wpływ na wolę wyborców i wynik wyborów. Opozycja demokratyczna, szczególnie małe partie, nie mają szans, aby dotrzeć do znacznej części wyborców – może to być około 2 do 2,5 mln obywateli, a uwzględniając „pocztę pantoflową”, znacznie więcej. Koszt dotarcia do umysłu mieszkańca wsi lub małego miasteczka — bez TVP i Kościoła — jest gigantyczny. O ile w ogóle możliwy.

Demokracja obsługiwana przez umysły zmanipulowanych ignorantów nie ma sensu. A więc organizujmy wybory, w których wszyscy obywatele są dobrze poinformowani albo lepiej porzućmy marzenia o demokracji, bo z ignorancji wynika jedynie „samobójczy system rządów”, jak określa to dosadnie badacz demokracji Giovani Sartori.

Słyszy się często argument, że TVP dociera, a więc okłamuje, tylko do części wyborców, czyli że większość wyborców nie była poddana temu procederowi prania mózgu. Ale ani w Traktatach Europejskich, ani w Konstytucji RP nie ma tej kategorii prawnej: wybory częściowo wolne. Tak jak nie ma jajeczek częściowo świeżych.

W trybie utopijnym

Demokracja panowała więc w Polsce od 1990 roku do 2015 lub 2016 roku. Być może przyszłe śledztwo lub historycy ustalą dokładną datę końcową.

Partia PiS przejęła władzę w wyniku demokratycznych wyborów, ale demokratyczną legitymację do jej sprawowania utraciła wkrótce po wyborach. Czy za datę graniczną uznać nielegalne przejęcie TVP, czy wejście sędziego-dublera przebierańca w towarzystwie uzbrojonego żołnierza BOR do Trybunału Konstytucyjnego? Czy może jakieś inne zdarzenie?

Ale nasuwa się ważniejsze pytanie: czy można coś z tym zrobić, czy jest już za późno? Erich Kästner, w 1953 roku, tak określił podobny moment krytyczny w przejściu od demokratycznej Republiki Weimarskiej do III Rzeszy: „Zdarzeniom z lat 1933 – 1945 można było zapobiec najpóźniej do roku 1928. Potem było za późno. Nie wolno czekać, aż walka o wolność zostanie nazwana zdradą państwa. Nie wolno czekać aż kula śniegu zamieni się w lawinę. […] Lawiny nikt już nie zatrzyma. Ustaje ona, dopiero gdy wszystko pod sobą pogrzebie.”

Czy nie jest za późno na urządzanie państwa polskiego na zupełnie innych zasadach niż to, co wylęgło się w pokrętnym umyśle człowieka ogarniętego obsesją panowanie nad otoczeniem. W dłuższej perspektywie budowa w łonie Unii Europejskiej autorytarnego tworka państwowego, mając na głowie demokratyczno-liberalne zobowiązania zapisane w Traktatach Unijnych, jest projektem nie tylko sprzecznym z polską racją stanu, ale też karkołomnym i niewykonalnym. Chyba że uda się w jakiś sposób przekonać wyborców, że powinniśmy opuścić Europę i budować faszystowskie państwo według standardów wschodnich.

Większość współczesnych europejskich ruchów politycznych traktuje państwo pragmatycznie – jako organizację, która służy obywatelom. Mieszczą się w  tym nurcie chrześcijańska demokracja, lewica, liberalizm, zieloni, republikanizm. Nie mieści się w tej tożsamości Orban z Kaczyńskim, Putin, Erdogan i jeszcze kilku wschodzących czcicieli państwa. Wizję tego typu kultury tak opisywał Benito Mussolini w książce „Doktryna faszyzmu” (Lwów, 1935) – „Dlatego dla faszysty wszystko mieści się w państwie, i poza państwem nie istnieje nic ludzkiego, ani duchowego, ani tembardziej nie posiada jakiejkolwiek wartości. W takiem pojęciu faszyzm jest totalitarny, a państwo faszystowskie, jako synteza i zjednoczenie wszelkich wartości, daje sens właściwy całemu życiu narodu, rozwija je i potęguje”.

Dobrze urządzone państwo jest jednak racjonalną architekturą, opartą na godności człowieka, która organizuje funkcje. I nie chodzi tu o godność pojmowanego etnicznie obywatela, lecz o godność każdej istoty ludzkiej, a nawet jak zaznacza Kant „każdej istoty rozumnej”. Nacjonalizm prowadzący do ubóstwienia państwa i narodu, a więc rozumiany po faszystowsku, jest więc sprzeczny z tożsamością europejską.Antyfaszyzm (podobnie zresztą jak antykomunizm) będący jednym z filarów tożsamości Europejczyków, to postulat odczarowania państwa. Faszystowskiej wizji państwa jako Lewiatana, którego wszyscy się boją, możemy przeciwstawić zupełnie inny ideał dobrze urządzonego świata życia. Wynika on z idei pomocniczości bytów ponadjednostkowych.

Punktem wyjścia zasady pomocniczości jest suwerenna jednostka, która sama sobie organizuje życie i jest za swoje działania odpowiedzialna. Założenie to jest podstawą jej autonomii i godności. Są jednak zadania i sprawy, których jednostka nie jest w stanie wykonać samodzielnie. I dopiero w tym momencie może wkroczyć z pomocą organizacja ponadjednostkowa. Najpierw rodzina, potem samorząd – terytorialny, zawodowy i organizacje pozarządowe. Państwo nie może się mieszać w sprawy, które obywatele mogą sobie załatwić sami w formie samoorganizacji. Organy państwa zatrudniamy do załatwienia spraw, z którymi jednostki i samorządy sobie nie poradzą.

Zalążki myśli o pomocniczości władzy państwowej pojawiły się w starożytności, ale jej współczesna wersja sformułowana została w ramach społecznej nauki Kościoła i rozwinięta następnie przez nurty liberalne. Niemiecki biskup Ketteler, poseł do Zgromadzenia Narodowego we Frankfurcie, zajmując się rolą gmin i państwa w szkolnictwie i pomocy socjalnej zaproponował podział ról, wyznaczając władzy centralnej tylko rolę pomocniczą. W liście do wyborców z 1848 roku stwierdza, że zbyt daleko idąca ingerencja państwa oznaczałaby „nieznośny absolutyzm, prawdziwe zniewolenie umysłów i dusz”. Pomysły frankfurckiego biskupa o pomocniczej roli państwa pojawiają się potem w Rerum Novarum papieża Leona XIII w 1891 roku i Quadragessimo Anno Piusa XI w 1931 roku.

Można zapytać, czy ta wywodząca się z nauki kościoła zasada jest w ogóle jeszcze aktualna? Otfried Höffe, niemiecki filozof z Uniwersytetu w Tybindze, liberał, przez wiele lat Przewodniczący Rady Etyki Szwajcarii: „Antropologia kulturowa udziela na to pytanie pozytywnej odpowiedzi i zaprzecza obawom, że pomocniczość nie przystaje do rzeczywistości”. Dzisiaj idea ta wykorzystywana jest jako zasada organizacyjna w Unii Europejskiej.

Höffe w obszernym studium o reorganizacji świata w obliczu globalnych zagrożeń „Democracy in an Age of Globalisation (Studies in Global Justice)”, proponuje taką współczesną definicję tej starej papieskiej zasady: „Kompetencje państwa tylko tam i tylko o tyle są uprawnione, o ile jednostki i organizacje społeczne danej pomocy potrzebują. I w ramach stopniowalnej państwowości kompetencje te powinny być lokowane tam, gdzie to najlepiej służy dobru jednostki”.

Warto dodać, że kompetencje te — według nowoczesnego rozumienia tej zasady przez Höffego — nie kończą się na państwie narodowym, ale powinny być (i są) rozdysponowane na organizacje ponadnarodowe, aż do instancji globalnych, którym przysługiwałyby zadania utrzymania pokoju, przeciwdziałania katastrofie ekologicznej czy zwalczania terroryzmu i epidemii.

Zasada pomocniczości określa relacje jednostka-państwo, wyznaczając władzy centralnej całkowicie służebną rolę wobec jednostki. A więc dokładnie odwrotnie niż w doktrynach faszystowskich, gdzie jednostka jest całkowicie podporządkowana państwu. Tak jak w Konstytucji kwietniowej z 1935 r., która do dzisiaj jest wzorem dla wielu polskich ugrupowań, uprawiających kult państwa. Chantal Millon-Delsol w książce „Zasada pomocniczości” tak ujmuje pozycję władzy państwowej: „władza ma na celu usunięcie pewnych niedostatków, z którymi borykają się w dążeniu do pełni rozwoju wspólnoty i wolne osoby, odpowiedzialne za swój los, lecz nie całkiem samowystarczalne”.

Zasada pomocniczości dobrze rozwiązuje wiele problemów zarówno jednostki, jak i ludzkości. Życie w harmonii z rodziną, przyjaciółmi, małą ojczyzną reprezentowaną przez samorządy, większą ojczyzną Polską, jeszcze większą ojczyzną – Europą i największą ojczyzną, którą tworzy planeta Ziemia wraz z wszystkimi żywymi istotami. Jako żywa Gaja w koncepcji Jamesa Lovelocka. Ten antyfaszystowski świat, w którym szanujemy nie tylko państwo, i nie tylko przedstawicieli gatunku homo sapiens, ale także zwierzęta i rośliny, z całą pewnością ma większy sens, a więc także większe szanse na przetrwanie inteligentnego życia.

Koncentracja i przekazanie pełni władzy tylko na jeden poziom organizacji naszego życia, jak proponują to nacjonaliści, czy faszyści, jest aberracją i receptą na globalną katastrofę. Jako obywatele powinniśmy przekazywać pełnomocnictwo do sprawowania władzy w naszym imieniu na te różne poziomy organizacji. Państwo jest tylko jednym z nich i nie dajemy mu prawa do absolutnej, wyłącznej suwerenności. Tym bardziej że żadne państwo europejskie nie jest w stanie wypełnić podstawowej funkcji: zagwarantować obywatelom bezpieczeństwa przed agresją zewnętrzną (oczywiście mam na myśli Rosję). Dlatego część tej suwerenności przekazaliśmy do NATO i Unii Europejskiej. Absolutna suwerenność potrzebna jest tylko panującej oligarchii partyjnej do realizacji swoich ciemnych interesów materialnych i psychicznych. Ideologie nacjonalistyczne niszczą dzisiaj tę misterną strukturę współpracy ludzi, która wydaje się niezbędna do przetrwania inteligentnego życia.

Państwo i partie należy więc „odczarować” i traktować jako zwyczajne organizacje pomocnicze służące obywatelom, a nie jako samoistne byty, panujące nad nami i realizujące własne cele lub interesy oligarchii.

Na zakończenie powtórzę więc za Tomkiem Grabowskim: precz z polskim faszyzmem.

Waldemar Sadowski

Studio Opinii

*Autor jest tym obywatelem Polski, który pozwał TVP

 

monitorkonstytucyjny.eu

Reklamy
%d blogerów lubi to: