Archiwum | Wrzesień, 2019

Kidawa-Błońska o upadku moralnym PiS

30 Wrz

Zaskakujące, że najmniej zdeterminowani są wyborcy PiS. Trzy tygodnie przed wyborami „Rzeczpospolita” postanowiła zbadać, na ile wyborcy poszczególnych komitetów wyborczych czują się zdeterminowani, aby 13 października oddać głos. Sondaż został wykonany przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych IBRiS, w dniach 6-7 września 2019 r. na grupie 1100 osób.

Okazuje się, że najbardziej zdeterminowani czują się wyborcy Lewicy, na którą głos chce oddać 13,1 proc. badanych. W 94 proc. deklarują, że są bardzo, w 6 proc. – raczej zdeterminowani.

Podobnie ma się sytuacja w Koalicji Obywatelskiej. Jej elektorat aż 89 proc. jest bardzo lub raczej zdeterminowanych, 10 proc. – średnio, a tylko 1 proc. czuje się mało zmobilizowany do głosowania. Na KO głos chce oddać 22,7 proc. respondentów.

Dość wysoki poziom determinacji jest wśród wyborców Konfederacji – to aż 84 proc. W 12 proc. określony został on jako średni. Jednak poparcie dla Konfederacji to tylko 3,4 proc.

W sondażu dotyczącym determinacji elektoratu słabo wypada PiS. I choć na partię Kaczyńskiego chce oddać swój głos 42,4 proc. badanych, to zaledwie 39 proc. wyborców czuje się bardzo zdeterminowanych, a 25 proc. – raczej zdeterminowanych. Aż 27 proc. badanych, deklarujących chęć oddania głosu na PiS, twierdzi, że są oni średnio zmobilizowani do wsparcia. A 4 proc. czuje się mało zdeterminowana, by oddać głos, a 5 proc. – wcale.

Najsłabiej zmobilizowany jest elektorat Koalicji Polskiej, Władysława Kosiniaka-Kamysza i Pawła Kukiza. I chociaż 57 proc. z nich czuje się bardzo lub raczej zdeterminowanych, to aż 43 proc. deklaruje, że są średnio lub wcale (20 proc.) zmobilizowani do oddania głosu.

Co ciekawe, zupełnie inaczej wygląda ocena kampanii wyborczych poszczególnych partii.

Mimo największej determinacji wyborców KO, to właśnie oni najsłabiej oceniają kampanię „swojej” partii. Zaledwie 9 proc. jej wyborców poczuło się bardzo, a 34 proc. – raczej zachęconych kampanią. 28 proc. zadeklarowało, że są zachęceni w średnim, a 4 proc. – w małym stopniu. Aż 26 proc. nie czuje się zachęconych kampanią Koalicji Obywatelskiej.

Równie słabo wypada kampania wyborcza Koalicji Polskiej – PSL i Kukiz ’15. Aż 65 proc. badanych, ocenia ją jako zniechęcającą.

Najlepszy wynik osiąga tu Prawo i Sprawiedliwość. Partia Kaczyńskiego, swoją kampanią zwiększyła mobilizację do głosowania u 67 proc. wyborców. Równie dobrze wypada też

Lewica, której udało się swoją kampanią zachęcić do głosowania aż 65 proc. swoich wyborców.

Protestowaliśmy na ulicach? Zagłosujmy przy urnach – pisze Cezary Michalski. – Sięgające od centrolewicy po liberalnych konserwatystów społeczeństwo obywatelskie musi się skupić na wsparciu opozycji partyjnej, przynajmniej raz na cztery lata, w kampanii wyborczej, w której partia może pokonać partię. Podczas gdy sarmaccy harcownicy z przerostem ambicji czy nowi anarchiści głoszący, że “po co nam politycy i partie, skoro możemy organizować protesty uliczne”, są wyłącznie sojusznikami Kaczyńskiego – podkreśla

Masowe społeczne protesty z początków i z połowy rządów PiS (w obronie Trybunału Konstytucyjnego, w obronie niezawisłych sądów, w ramach Komitetu Obrony Demokracji, inicjatywy Wolne Sądy czy Marszów Wolności) przyniosły skutek wszędzie tam, gdzie były uzupełnieniem i wsparciem dla opozycji parlamentarnej, opozycji zorganizowanej w PO, KE i KO. Nie pomogły, wręcz

ZASZKODZIŁY WSZĘDZIE TAM, GDZIE Z POWODU AMBICJI WŁASNEJ LUB ZWYCZAJNEGO BRAKU MĄDROŚCI ICH LIDERZY ATAKOWALI OPOZYCJĘ PARLAMENTARNĄ, PRÓBUJĄC BYĆ DLA NIEJ KONKURENCJĄ LUB GŁOSZĄC IDIOTYCZNĄ TEZĘ: “PO CO NAM PARTIE, PO CO NAM POLITYCY, SKORO MAMY NASZE PROTESTY ULICZNE”.

Dlaczego ta teza była idiotyczna? Otóż dlatego, że tylko partia polityczna może odsunąć od władzy polityczną partię. Tylko partia polityczna może wygrać z polityczną partią. Oczywiście tak długo, jak długo nie mamy w Polsce pełnego autorytaryzmu czy wręcz totalitaryzmu, ale istnieje jeszcze zarówno pluralizm partyjny, jak też mechanizmy wyborcze, choćby najbardziej ograniczane.

Oczywiście, że obecna kampania wyborcza przebiega w sytuacji totalnego, niedemokratycznego monopolu PiS w mediach państwowych, w sytuacji użycia przez PiS wszystkich zasobów państwa (finansowych, organizacyjnych) w kampanii wyborczej jednej partii. Ale w czerwcu 1989 roku opozycyjna część społeczeństwa wygrała z władzą nawet częściowo wolne wybory.

TAKŻE TE WYBORY MOŻNA WYGRAĆ, O ILE NIE BĘDZIEMY SIĘ DYSTANSOWAĆ WOBEC WŁASNEJ POLITYCZNEJ REPREZENTACJI. O ILE W STOSUNKU DO MAŁGORZATY KIDAWY-BŁOŃSKIEJ, BARBARY NOWACKIEJ, KATARZYNY LUBNAUER, GRZEGORZA SCHETYNY, KRZYSZTOFA BREJZY, KAZIMIERZA MICHAŁA UJAZDOWSKIEGO I INNYCH… BĘDZIEMY PRZESTRZEGALI ZASADY „POPIERAJMY SWEGO SZERYFA”.

Tym bardziej, że prawica popiera swego, w dodatku na zasadzie personalnego kultu, do którego my nie musimy się posuwać – wystarczy szczypta rozumu. Szeryfa można wymienić, jeśli okaże się, że nie obronił miasteczka przed bandą koniokradów czy rozpruwaczy sejfów. Ale w momencie wyborczego starcia trzeba mu w walce z bandziorami pomagać.

Krótka historia społeczeństwa obywatelskiego

Dopóki w Polsce istnieje pluralizm partyjny i proces wyborczy, rola KOD-u, Wolnych Sądów i innych podobnych inicjatyw społecznych nie powinna polegać i nie polegała na zastępowaniu opozycyjnych partii, ale na ich wspieraniu. Wszystkie te inicjatywy były próbą stworzenia społeczeństwa obywatelskiego po stronie liberalnego centrum, tak jak wcześniej prawica stworzyła swoje społeczeństwo obywatelskie w postaci Klubów “Gazety Polskiej, Solidarnych 2010, a później także “tożsamościowych mediów prawicy”, które ostatecznie stały się po prostu narzędziami propagandy PiS.

Przed rokiem 2015 liberalne centrum nie spieszyło się z tworzeniem własnych “tożsamościowych” ruchów społecznych, mediów czy innych sekciarskich inicjatyw na podobieństwo tego, co po Smoleńsku tworzyła prawica. Uważało bowiem – nie bez racji – że całe polskie państwo i całe polskie społeczeństwo, jego najważniejsze instytucje, to państwo, społeczeństwo oraz instytucje wszystkich Polaków, pracujące dla wszystkich Polaków, więc nie trzeba tworzyć sekciarskich struktur równoległych wyłącznie w tym celu, aby to wspólne państwo i społeczeństwo delegitymizować i niszczyć.

RZĄDY PIS PRZETESTOWAŁY I SFALSYFIKOWAŁY TEN OPTYMIZM POLSKICH “NORMALSÓW”. PO ZDOBYCIU WŁADZY PRZEZ PIS, PO ROZPOCZĘCIU BRUTALNEGO PACYFIKOWANIA WYBRANYCH GRUP SPOŁECZNYCH I INSTYTUCJI OBJAWILI SIĘ BOWIEM NAGLE (I TO W SPOREJ LICZBIE) ZARÓWNO UKRYCI WCZEŚNIEJ PRAWICOWI FANATYCY, JAK TEŻ OPORTUNIŚCI.

Ci pierwsi przez blisko trzy dekady III RP wyczekiwali na swój moment, co najwyżej odważnie wypisując w najbardziej ustronnych miejscach “generał Franco wam pokaże” (jak to kiedyś robił Lucuś, bohater niepomiernie śmiesznego, a zarazem tragicznie prawdziwego opowiadania Sławomira Mrożka “Ostatni husarz”).

Jarosław Kaczyński, bardzo świadomie używając brutalności własnej i swoich ludzi, przekonał po roku 2015 “ostatnich husarzy”, że już czas, aby się ujawnili, bo “chodźcie z nami, dziś nie biją”. Nie tylko zresztą “nie biją”, ale rozdają pieniądze i stanowiska.

Po roku 2015 pojawili się także – jak pod każdą bardziej brutalną władzą w historii Polski – zwyczajni oportuniści. Zgodnie z zasadą “wyrzucają? znaczy będą zatrudniać!” (cyt. za Ilia Ehrenburg, “Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca”) skwapliwie zajęli oczyszczone przez PiS miejsca w mediach publicznych, spółkach Skarbu Państwa, prokuraturach i sądach, nawet jeśli nigdy wcześniej nie byli PiS-owcami, nie byli nawet prawicowi.

POD RZĄDAMI PZPR BYLI PZPR-OWCAMI, POD UNIĄ DEMOKRATYCZNĄ BYLI UNITAMI, POD WŁADZĄ SLD – SLD-OWCAMI, POD PLATFORMĄ – PLATFORMERSAMI. DZIŚ WYSŁAWIAJĄ GENIUSZ KACZYŃSKIEGO, JAK PROKURATOR STANISŁAW PIOTROWICZ CZY PROFESOR KAZIMIERZ KIK.

Ujawnienie się ukrytych w głębokim podziemiu prawicowców i przejście na stronę nowej władzy oportunistów doprowadziło do sytuacji, w której wiele kluczowych instytucji liberalnego społeczeństwa i państwa nie obroniło się, a w najlepszym razie stało się “symtrystycznymi”, co w sytuacji bezwzględnego użycia przez PiS do politycznej walki wszystkich przejętych przez siebie instytucji państwa, a także przy wsparciu nowej władzy przez Kościół Rydzyka i Jędraszewskiego, przesunęło układ sił na korzyść prawicy.

Masowe protesty uliczne miały w tej sytuacji pozwolić zbudować liberalne, centrowe, prozachodnie i świeckie (nawet jeśli nie antyreligijne czy antyklerykalne) społeczeństwo obywatelskie. Miały być “tożsamościowymi” inicjatywami tego społeczeństwa. Miały przez to wzmocnić także polityczną reprezentację tego społeczeństwa – opozycję parlamentarną. W części tak się stało. KOD-owcy i działacze Wolnych Sądów znaleźli się na listach wyborczych KO, wielu z nich uczestniczy we wspólnych opozycyjnych inicjatywach kontroli przebiegu wyborów.

Inna część postanowiła jednak rozbijać elektorat, zgłaszając własne kandydatury lub próbując (najczęściej bez skutku) inicjować własne inicjatywy polityczne konkurencyjne dla Koalicji Obywatelskiej. Osobiste ambicje uniemożliwiły im zrozumienie najprostszej w tych wyborach zasady –

KAŻDY GŁOS ROZPROSZONY, STRACONY, JEST GŁOSEM, Z KTÓREGO KORZYSTA KACZYŃSKI.

W połowie drogi z Brukseli do Moskwy

Po czterech latach swoich rządów PiS wyposażyło się już w narzędzia pozwalające “dyscyplinować”, zastraszać, a w ostateczności usuwać z zawodu sędziów i nauczycieli. Po wyborach Kaczyński i jego ludzie zapowiadają stworzenie podobnych narzędzi w odniesieniu do dziennikarzy.

Stosunek PiS do krytyki w Internecie pokazuje afera wokół profilu facebookowego “Sok z buraka”. W interpretacji “Sieci”, prokuratorów Ziobry, polityków PiS wzywanie przez prawicowych hejterów do zabójstwa polityków opozycji lub chwalenie morderstwa prezydenta Gdańska powinno być traktowane “symetrycznie” wobec powątpiewania, a nawet szydzenia w Internecie z tego, że Jarosław Kaczyński jest nowym “geniuszem Karpat” (jedno z imion, które rumuńscy wyznawcy i oportuniści nadawali Nicolae Ceausescu).

PUBLICZNE WĄTPIENIE W NIEOMYLNOŚĆ PIS-WSKIEGO WODZA MA BYĆ SKRYMINALIZOWANE.

Jeśli PiS ponownie zdobędzie samodzielną większość, będziemy mieli w Polsce przyspieszenie procesu demontowania wszelkich ograniczeń władzy, wszelkich bezpieczników czyniących demokrację “liberalną”, czyli ograniczoną wymogami prawa, niezdolną do odbierania praw wskazanym przez władzę grupom czy jednostkom. Kolejna kadencja samodzielnych rządów obozu Jarosława Kaczyńskiego będzie oznaczała przyspieszenie wędrówki Warszawy z okolic Brukseli w okolice Moskwy z przystankiem w Budapeszcie.

Dlatego sięgające od centrolewicy po liberalnych konserwatystów społeczeństwo obywatelskie musi się skupić na wsparciu opozycji partyjnej, przynajmniej raz na cztery lata, w kampanii wyborczej, w której partia może pokonać partię. Podczas gdy sarmaccy harcownicy z przerostem ambicji czy nowi anarchiści głoszący, że “po co nam politycy i partie, skoro możemy organizować protesty uliczne”, są wyłącznie sojusznikami Kaczyńskiego.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

My pragniemy Polski uczciwej, w której uczciwość i prawo są na pierwszym miejscu, a tymczasem mamy podejrzany hotel na godziny, oszustwa podatkowe i bezczelne okradanie państwa. Ja się na taką Polskę nie godzę! Ja chcę Polski uczciwej i dumnej, jak Wawel, a nie kamienica Banasia – mówiła na konwencji Koalicji Obywatelskiej w Krakowie kandydatka na premiera Małgorzata Kidawa-Błońska. – Różnica pomiędzy Polską naszych marzeń a Polską obecnie rządzących jest taka sama, jak między siedzibą królów polskich a słynną już niestety kamienicą prezesa NIK – dodawała. Z kolei Grzegorz Schetyna prosił o jeszcze o 2 tygodnie ciężkiej pracy.

Upadek moralny PiS-u

Zdaniem Małgorzaty Kidawy-Błońskiej sprawa Mariana
Banasia idealnie obrazuje rządy PiS-u, zepsucie tej partii i upadek moralny. – Zawsze na tle wielkości wyraźna jest małość, na tle honoru – bezwstydność, na tle prawdy – kłamstwo. Różnica pomiędzy Polską naszych marzeń a Polską obecnie rządzących jest taka sama, jak między siedzibą królów polskich a słynną już niestety kamienicą prezesa NIK – mówiła kandydatka na premiera.

Jej zdaniem Polska coraz bardziej przypomina kraje Ameryki Łacińskiej, a nie europejską demokrację.

– Widzimy obwieszonych złotem gangsterów, którzy są za pan brat z prezesem NIK, siedzą w domu schadzek, czują się bezkarni, a za chwilę ich kumpel będzie kontrolował Polaków i mówił, czy działają zgodnie z prawem. To jest taka nasza dzisiejsza rzeczywistość – mówiła Małgorzata Kidawa-Błońska.

Nie dajcie się szantażować 500 Plus

Wicemarszałek przypomniała też, że programy socjalne jak 500 Plus zostaną, ale podkreślała, że praca musi się w Polsce opłacać. – Niech nasza praca wreszcie się opłaca. Szanujmy ją. Człowieka pracy i jego zarobki stawiamy na pierwszym miejscu. To będzie nasz priorytet – mówiła.

Zapowiedziała też, że nie zostanie podniesiony wiek emerytalny.

Służba zdrowia do naprawy

Przypomniała też o programie naprawy służby zdrowia. – Wiem, że wielu ludziom, którzy widzą, co dzieje się dzisiaj w służbie zdrowia, trudno jest uwierzyć, że czas oczekiwania na SOR można skrócić do maksymalnie sześćdziesięciu minut! Uwierzcie, to naprawdę jest możliwe – mówiła Kidawa-Błońska.

O służbie zdrowia mówiła też Janina Ochojska, eurodeputowana KO, która zmaga się z rakiem piersi. Ochojska opowiadała, jak wygląda jej leczenie i dostęp do nowoczesnej medycyny. – Do każdego trzeba zapisać się osobno, trzeba pójść do innej kliniki. Jestem trochę uprzywilejowaną pacjentką, ale też siedzę w kolejkach. Patrzę na panie, które siedzą tam całymi dniami, widzę te same twarze, słyszę podobne opowieści – mówiła.

– Polska jest krajem chorym – uniesienie ogromu prac nad służbą zdrowia będzie wymagało od nas ogromnego wysiłku. I przede wszystkim ideowości – mówiła Janina Ochojska i dodała: – Ja swojej walki z chorobą jeszcze nie wygrałam, ale zapewniam państwa, że doprowadzę ją do końca. Wygram także walkę o program walki z rakiem.

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

Polska gospodarka jeszcze się trzyma nie wskutek dobrego zarządzania przez nieudaczników z nadania PiS, tylko dzięki pracy ponadmilionowej rzeszy „tanich” robotników – imigrantów ekonomicznych

Już myślałem, że prezes wszystkich prezesów niczym już nie jest w stanie mnie zaskoczyć. A jednak. Jarosław Kaczyński – niekwestionowany mistrz świata w wywracaniu faktów na lewą stronę i zdobywca czarnego pasa w sztuce naginania rzeczywistości do własnych potrzeb, powiedział na konwencji PiS w Nowym Sączu: „ci, którzy są naszymi konkurentami niezależnie od tego, co mówią, co obiecują, po prostu nie mogą i nie potrafią kontynuować naszego planu. Nie mogą, bo nie umieją, bo na to trzeba mieć kwalifikacje.”

Jarosław Kaczyński nie sprecyzował wyraźnie, który „nasz plan” ma na myśli. Bo projekty są dwa. Jeden zmierza do zagarnięcia mediów, pełnego podporządkowania sądownictwa władzy wykonawczej, zakneblowania opozycji i rozpoczęcia jawnych już rządów autorytarnych. Drugim programem machają na spotkaniach kandydaci PiS, zapewniając, że jest to realny, dokładnie policzony plan zapewnienia Polakom zdrowia, szczęścia, pomyślności w pracy zawodowej i w życiu osobistym. Jeśli Kaczyńskiemu chodziło o ten pierwszy projekt, zmierzający do zawłaszczenia Polski, to jego realizacja nie wiąże się z żadnymi kwalifikacjami, a wymaga jedynie specyficznych cech charakteru, silnego parcia konsumpcyjnego i zaniku hamulców moralnych. Co do drugiego planu natomiast – głoszenie, że zrealizować go mogą jedynie wykształcone i doświadczone kadry PiS, wygląda mi na werbalny przekręt roku.  Wszystkich obietnic zawartych w programie PiS nie jest bowiem w stanie zrealizować nikt na świecie.

Podczas procedowania każdego wotum nieufności funkcjonariusze PiS zapewniają, że minister, którego nierozumna opozycja chce odwołać, jest idealny i wręcz wymarzony, a jeśli potem sami go odwołują, to tylko dlatego, że znaleźli kogoś o jeszcze bardziej wymarzonych kwalifikacjach. – Od 30 lat nie było w Polsce władzy tak przygotowanej do rządzenia, jak obecna! – powiedział Kaczyński i w tej akurat sprawie trzeba się z nim zgodzić. Faktycznie, tak przygotowanej władzy, z takimi kwalifikacjami jak obecnie rządzący, jeszcze nie mieliśmy. W państwie PiS doświadczenie na stanowisku burmistrza prowincjonalnego miasteczka wystarczy, by kierować rządem. Technik ogrodnik to odpowiednie wykształcenie dla marszałka Sejmu. Perukarz teatralny zostaje szefem gabinetu premiera, a dowodzenie armią powierza się absolwentowi historii, autorowi pracy magisterskiej pt: „Hierarchia władzy a struktura własności ziemskiej w Tawantinsuyu (państwo Inków) w pierwszej połowie XVI w.”.

Można zrozumieć (chociaż nie wybaczyć), że w chwili objęcia władzy nowa ekipa nie dysponowała doświadczoną kadrą i musiała obsadzać stanowiska na chybcika, na ochotnika lub z łapanki. Ale nie można pojąć, dlaczego ten stan prowizorki kadrowej trwa już czwarty rok. Nic się nie zmienia od czasów, gdy zrujnowano wielki dorobek polskich hodowli koni arabskich, bo cenionych w całym świecie hodowców zastąpili ludzie bez doświadczenia, z nadania partii rządzącej. Nic się nie poprawiło, odkąd pomocnikowi aptekarza z małego miasteczka salutować musieli oficerowie, a żołnierze krzyczeli „czołem, panie ministrze!”. Nie poprawiło się nawet wtedy, gdy z politycznej areny zniknął autor chorych teorii spiskowych, król mitomanów, który rozbroił polskie wojsko i zniszczył wysoko ceniony przez sojuszników dorobek polskich służb wywiadowczych.

Polską rządzi człowiek, który swoje wizje realizuje wbrew prawu, sprawiedliwości i przyzwoitości, który szczuje Polaków na siebie nawzajem, śmieszy ich, tumani i przestrasza, a z opinią Europy nie liczy się już zupełnie, bo świata nie zna i znać nie chce. Polityka kadrowa Prezesa Wszechczasów to nieustanny ciąg wpadek, kompromitacji i afer. Premierem, czyli zarządcą majątku narodowego, ustanowił człowieka, który z własnego majątku nie potrafi się rozliczyć – notorycznego kłamczucha i konfabulanta, ale za to wiernopoddańczo przytakującego wszelkim pomysłom swego mocodawcy.  Mianowany przez prezesa prezydent kompromituje Polaków błaznując podczas oficjalnych spotkań, pokazując „zajączki” na oficjalnych fotografiach zbiorowych, parskając śmiechem z własnych żałosnych dowcipów, podpisując umowę międzynarodową w przyklęku na skraju biurka, obok rozpartego w fotelu partnera – prezydenta sojuszniczego kraju. Zarządzanie sprawiedliwością powierzył Kaczyński człowiekowi skompromitowanemu w poprzedniej kadencji, oskarżanemu o nadużywanie uprawnień, który tylko przypadkiem uniknął Trybunału Stanu. Ten minister ustanowił swoim zastępcą współautora wrednej zmiany w sądownictwie, który odejść musiał w niesławie, bo w wolnych chwilach kierował zorganizowaną grupą przestępczą, nękającą przyzwoitych sędziów za przestrzeganie zapisów Konstytucji. Jest jeszcze szef policji i specsłużb – skazany i wątpliwym prawem ułaskawiony. Wśród stanowiących prawo jest prokurator stanu wojennego, zatem „wybitnie kwalifikowany” do sterowania naprawą systemu prawa. Ostatnio wśród wykonawców prawa znalazł się człowiek związany z seks biznesem, sam manipulujący oświadczeniami majątkowymi, a wśród uprawnionych do oceny przyzwoitości zawodowej sędziów znaleźli się ludzie z zaplamionymi życiorysami i zwyczajni hejterzy, szczujący na kolegów.

Długa jest lista ludzi sprawujących obecnie ważne funkcje publiczne, których kwalifikacje formalne i moralne kompromitują PiS oraz Jarosława Kaczyńskiego osobiście. To nie tylko prezes NBP płacący horrendalne wynagrodzenie ładnym paniom za niewiadomą pracę, nie tylko prezes funduszu ochrony środowiska, który okazał się agentem SB, i nie tylko szef Komisji Nadzoru Bankowego zamieszany w wielomilionową propozycję korupcyjną. To setki, tysiące przykładów zdumiewających decyzji personalnych z całej Polski – takich jak choćby w Magurskim Parku Narodowym, gdzie na miejsce odwołanego dyrektora – szanowanego ornitologa, naukowca i długoletniego konserwatora przyrody – mianowano zapalonego myśliwego, szefa koła łowieckiego, który fotografuje się z upolowanym głuszcem – ptakiem pod ścisłą ochroną.

Wójt gminy Pcim okazuje się najlepszym kandydatem na szefa wielkiego kombinatu paliwowego. A pan premier zawiadamia radośnie, że „realizację wielkiego projektu dogonienia rozwiniętych państw zachodnich gwarantują świetnie wykształcone kadry”.  – To nowe kadry w gospodarce i administracji przyczyniły się do wielkiego wzrostu gospodarczego w ostatnich czterech latach – głosi propaganda PiS. W sprawie owego „wielkiego wzrostu” szanujący się ekonomiści wskazują, że to jednak nie Kaczyński załatwił dobrą koniunkturę światowej gospodarki. Fachowcy mówią też, że w gospodarce skutki zarządzania widoczne są dopiero po dłuższym czasie i efekty „dobrej zmiany” odczujemy w pełni dopiero za jakieś 2-3 lata. Dzisiaj obserwujemy dopiero pierwsze symptomy woluntarystycznej gospodarki: wzrost cen i inflacji.

Polska gospodarka jakoś się jeszcze trzyma MIMO „strategii odpowiedzialnego rozwoju”, i „piątki Morawieckiego”. Kołem zamachowym naszego rozwoju jest konsumpcja, która jednak wspomagać będzie gospodarkę tylko do wyczerpania zasobów beztrosko pustoszonej kasy państwa. Motorem wzrostu nie są hołubione przez rząd polskie spółki skarbu państwa, tylko znienawidzone przez Kaczyńskiego firmy z kapitałem zachodnim, które najwięcej eksportują i inwestują. Polska gospodarka jeszcze się trzyma nie wskutek dobrego zarządzania przez nieudaczników z nadania PiS, tylko dzięki pracy ponadmilionowej rzeszy „tanich” robotników – imigrantów ekonomicznych, których władza wpuściła po cichu, głośno pokrzykując, że nie wpuści do nas ani jednego, bo pełno wśród nich terrorystów, którzy ponadto roznoszą choroby i zarażają pasożytami.

O dalszych losach Morawieckiej Strategii Krańcowo Nieodpowiedzialnego Rozwoju zadecydują wyborcy, przekonywani usilnie, że wiedzie ona do krainy obowiązkowej szczęśliwości. Powinni jednak mieć świadomość, kto nas tam prowadzi.

Nieuk Morawiecki, szczucie na opozycję, Banaś jako pisowski banan

29 Wrz

Premier wykazuje totalny brak wiedzy o Katowicach, a więc mieście, z którego startuje w najbliższych wyborach do Sejmu. PiS-owski polityk wymyślił teraz nazwę nowej dzielnicy.

Na sobotniej konwencji PiS w Opolu Morawiecki mówił o tym, że górników postrzelonych w kopalni Wujek, przewożono do szpitala w „Ligacicach”. Problemem jest to, że takiej dzielnicy nawet nie ma.

Wpadkę premiera zauważył poseł Borys Budka, który podzielił się informacją z internautami. „Panie Premierze, w #Katowice nie ma takiej dzielnicy jak „Ligacice”. Może chodziło o Ligotę? A może o Bogucice? PS Jeśli mogę w czymś jeszcze pomóc w naszym okręgu, proszę pisać 😉” – napisał na Twitterze działacz Koalicji Obywatelskiej.

Mateusz Morawiecki próbował również nieudolnie popisywać się śląską „gwarą”. „Godka to niy gwara” – napisała wtedy Monika Rosa z Nowoczesnej.

„Śląskość” Morawieckiego została także zmasakrowana przez Łukasza Kohuta, europarlamentarzystę Wiosny. „Jest zwykłym spadochroniarzem startującym z regionu, z którym nie ma nic wspólnego. Jestem przeciwny przerzucaniu kandydatów pomiędzy województwami. To instrumentalne traktowanie wyborców” – przyznał polityk.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

Posłanka PO-KO, Ewa Lieder została na ulicy uderzona pięścią w twarz.

Szłam ulicą, to było ok. godz. 19, w okolicach dworca w Gdańsku i patrzyłam w telefon. Młoda kobieta, trochę wyższa ode mnie, wyciągnęła rękę i z całych sił uderzyła mnie pięścią w czoło. Pewnie celowała w nos” – opowiada polsatnews.pl Lieder.

Do incydentu doszło w czerwcu bieżącego roku. Posłanka uważa, że atak był związany z pełnioną przez nią funkcją, ale nie wyklucza również, że wpływ może mieć również jej uderzające podobieństwo do prezydent Gdańska, z którą bardzo często jest mylona.

To co najbardziej wstrząsnęło Ewą Lieder, to zupełny brak reakcji przechodniów na agresywne zachowanie młodej kobiety, która po zadanym ciosie spokojnie odeszła.

Do chwili obecnej posłanka nie zgłosiła zajścia na policję, jednak nie wyklucza, że to zrobi. „Nie zgłosiłam, bo nic poważnego mi się nie stało.ak powiedziałam o tym paru osobom, pani prezydent Dulkiewicz zaleciła mi, aby pomimo upływu czasu, jednak tę sprawę zgłosić. I zgłoszę, dla zasady.”

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

Włodzimierz Czarzasty zakpił z Mariana Banasia na weekendowej konwencji Lewicy. Przywódca SLD w pewnym momencie wyciągnął telefon i odegrał prześmiewczą scenkę, w której odgrywał rolę alfonsa z agencji towarzyskiej.

„Marian. Paolo dzwoni. Jak to, skąd dzwonię? Z burdelu dzwonię!” – mówił na scenie socjaldemokratyczny polityk, wzbudzając tym rozweselenie uczestników spotkania. Czarzasty nawiązał w ten sposób do skandalu wokół prezesa NIK Mariana Banasia i jego kamienicy, gdzie – według reporterów Superwizjera – wynajmowano pokoje „na godziny”.

Lider centrolewicy odniósł się również do przeszłości Banasia. Polityk przypomniał o tym, że Banaś pracował wcześniej w NIK, Krajowej Służbie Skarbowej i Ministerstwie Finansów.

Czarzasty nie ograniczył się do sypania żartami; polityk porównał program Lewicy z programem… Prawa i Sprawiedliwości. „Nam chodzi o to, by seicento wygrało z kolumną rządową. Im nie chodzi o uczciwych sędziów, ale o naszych sędziów” – wyznał socjaldemokrata.

Konserwatywne państwo dobrobytu to PiS. Nowoczesne państwo dobrobytu do Lewica. Chleb dają w jednym i drugim, ale wolność jest tylko w jednym państwie” – Czarzasty kontynuował ten wątek w swoim wystąpieniu.

Internauci skomentowali żart Czarzastego w równie komiczny sposób.  „Po prostu żyjemy w banasiowej republice” – napisał jeden z nich. Inne komentarze były równie zabawne, ale jednocześnie na tyle ostre, że nie nadają się one do opublikowania na portalu informacyjnym.

Pedagog hejtujący 16-letnią dziewczynę – do niedawna nie mieściło się to w głowie. Ale nastąpiła dobra zmiana.

Małopolska kuratorka oświaty Barbara Nowak zaatakowała na Twitterze działaczkę ekologiczną ze Szwecji Gretę Thunberg. „Wymyśl sobie problem. Wyjdź na ulicę i zacznij protestować. Zafunduj sobie tournee po Europie i umów na wizytę z kanclerz Niemiec. Niech o tobie piszą wszystkie znane tytuły i portale. To takie proste. Prawda?” – napisała Nowak.

Pomińmy tu samą istotę problemu klimatycznego, który środowiska nacjonalistyczne, religijne i konserwatywne z niewiadomych powodów  uznają za element podziału na lewicę i prawicę. Martwisz się globalnym ociepleniem – to znaczy, że jesteś z lewicy; prawicowiec nie wierzy w takie rzeczy i nie przejmuje się nimi. To oczywiście jakiś rodzaj ideologicznego zajoba, ale na chwilę od niego abstrahujmy. Znacznie ciekawszy jest bowiem aspekt profesjonalny.

Otóż, pani Nowak jest kuratorem. Pedagogiem. Wychowawcą młodzieży. Ba, nadzorcą wychowawców, oberwychowawcą. Jej zadaniem i powołaniem jest dbanie o rozwój uczniów, stwarzanie warunków i bodźców stymulujących młodych ludzi do zdobywania wiedzy, rozwijania talentów i do socjalizacji polegającej m.in. na wszechstronnym zaangażowaniu w różne aktywności na forum publicznym.

Jeśli nawet z punktu widzenia starszej generacji, którą reprezentuje Nowak, przesiąknięta młodzieńczym idealizmem aktywność 16-letniej Grety Thunberg wydaje się nieco naiwna i egzaltowana, to przecież taka jest natura młodości. Czy ktoś może wskazać w historii jakikolwiek ruch skupiający młodzież, który byłby bardzo wyważony i dojrzały?

Zapalczywi i naiwni byli młodzi ludzie skaczący na ulicach przeciw projektowi ustawy ACTA, egzaltowani byli odziani w kolorowe kamizelki hipisi skandujący „Мake love, not war”, niewyważeni byli młodzi idealiści, którzy w 1830 r. wyszli ze Szkoły Podchorążych, by wzniecić powstanie listopadowe. Taka po prostu jest natura młodzieńczego idealizmu.

Dla wychowawcy ważna powinna być nie treść postulatów, lecz sam fakt zaangażowania w sprawy publiczne. Powinien się cieszyć, że jego wychowanek chce zmieniać świat, uczestniczyć w życiu społecznym, kształtować rzeczywistość. Każdy wychowawca wie, że musi swoich podopiecznych w tym kierunku popychać, zachęcając ich do angażowania się różne aktywności społeczne i stawiając im za wzór właśnie takie osoby jak Greta Thunberg. To elementarz warsztatu zawodowego.

Czy można sobie wyobrazić pedagoga, ba, oberpedagoga!, hejtującego 16-letnią dziewczynę angażującą się w sprawy publiczne, podcinającą skrzydła jej rówieśnikom, szydzącą z ich idealizmu? Do niedawna nie mieściło mi się to w głowie. Jednak w 2015 r. w Polsce nastąpiła „dobra zmiana”, która do różnych godności i stanowisk wyniosła takie postacie jak małopolska kuratorka Anna Nowak.

Problemem kadr PiS-u jest bowiem nie tylko polityczne i ideologiczne zacietrzewienie, lecz przede wszystkim brak kompetencji, skrajny nieprofesjonalizm, żenująca amatorszczyzna. Bo przecież nie o jedną Annę Nowak tu chodzi.

Oto fotel prezesa Trybunału Konstytucyjnego zajmuje magister Przyłębska, która w sądzie w Poznaniu została uznana za nienadającą się do orzekania. Zwierzchnikiem słynnej na cały świat stadniny zostaje człowiek, pod którego rządami konie padają, a uczestnicy aukcji uciekają, gdzie pieprz rośnie. Ministrem oświaty zostaje ignorantka, która demoluje szkolnictwo, a następnie ucieka do europarlamentu, pozostawiając po sobie dymiące zgliszcza. Szefem parlamentu przez kilka lat jest technik ogrodnictwa, który potrafi posługiwać się sekatorem, lecz nie laską marszałkowską. W armii przez długi czas panoszy się aptekarz, niejaki Bartłomiej Misiewicz, któremu mają oddawać honory generałowie.

Jakość kadr PiS-u celnie scharakteryzował szef państwowego funduszu nadzorującego Stocznię Szczecińską i Stocznię Remontową Gryfia, a zarazem szef Polskiej Żeglugi Morskiej Paweł Brzezicki, opisując w wewnętrznym biuletynie perypetie z budową promów: „Instytucje wybrane do realizowania tego projektu – choć mają wysokie mniemanie o sobie – tak naprawdę są zbyt słabe, by budować statki. Są słabe po wielokroć – mają zbyt mało pieniędzy, a pracujący tam trzydziestolatkowie mają zbyt mało wiedzy na temat budowy statków i generalnie shippingu”.

To najlepsza charakterystyka „dobrej zmiany”: zbyt mało wiedzy i wysokie mniemanie o sobie. Ignorancja i arogancja.

Małgorzata Kidawa-Błońska – miodzio. Nasza lepsza twarz

28 Wrz

Jeśli ktoś uważał wybór Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na twarz kampanii Koalicji Obywatelskiej za kontrowersyjny, dziś musi zmienić zdanie. Kandydatka na premiera z ramienia PO i sojuszników cieszy się sporą popularnością w gronie elektoratu.

Tak przynajmniej wynika z sondażu Instytutu Badań Pollster, przeprowadzonego na zlecenie Super Expressu. “Wygląda na to, że wyznaczenie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej jako kandydatki Koalicji Obywatelskiej na szefową rządu było strzałem w dziesiątkę – czytamy w sobotnio-niedzielnym wydaniu “Super Expressu”.

Taką premier chcemy?

Instytutu Pollster wykazał w badaniu, że na Kidawę-Błońską jako premiera chce głosować aż 20 proc. ankietowanych, zaś na Grzegorza Schetynę – 2 proc. “To prawdziwy nokaut” – twierdzą dziennikarze “SE”.

Jakby emocji było za mało, po chwili dodają: “Nie dość, że Kidawa-Błońska miażdży Schetynę, to jeszcze wytrwale goni Mateusza Morawieckiego. W naszym sondażu różnica między nią a obecnym szefem rządu wynosi 4 pkt proc”. Według Instytutu Pollster Mateusza Morawieckiego w roli szefa rządu widzi nadal 24 proc. badanych. Z kolei aż 28 proc. osób właściwie nie wie, kto miałby być premierem kolejnego gabinetu.

Sam Schetyna twierdzi, że Kidawa-Błońska jest lepszą kandydatką na premiera. – “Zapewne przyjdzie nam zawiązać koalicję z innymi partiami. Małgorzata jest najlepszym politykiem do prowadzenia takich rozmów. Lepszym ode mnie” – powiedział Schetyna i te słowa przytacza teraz “SE”.

Z kolei politolog prof. Rafała Chwedoruka dodał, że “elektorat Platformy był zawsze na tle innych partii elektoratem sfeminizowanym, więc w naturalny sposób kobieta, na dodatek rozpoznawalna, budzi z góry zaufanie”. Dodatkowo według niego: “sama Kidawa-Błońska jest osobą rzadziej obecną w konfliktach politycznych niż Schetyna– dopowiada Chwedoruk.

Badania zrealizował Instytutu Badań Pollster w dniach 24-25 września na próbie 1101 dorosłych Polaków.

Czy opozycja wygra wybory?

Czy więc opozycja wygra wybory i Kidawa-Błońska stanie na czele nowego rządu? Sondaże sugerują sukces PiS. Szansą KO jest jednak wejście do Sejmu dostatecznej liczby nie tylko jej posłów, ale też tych z Lewicy czy PSL. Czy tak się stanie i PiS straci władzę? Do wyborów pozostały dwa tygodnie.

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

– „Chcę Polski uczciwej, czystej i dumnej, chcę Polski takiej jak Wawel, a nie jak kamienica prezesa NIK Mariana Banasia. My pragniemy Polski uczciwej, w której uczciwość i prawo są na pierwszym miejscu, tymczasem mamy podejrzany hotel na godziny, oszustwa podatkowe i bezczelne okradanie państwa” – powiedziała Małgorzata Kidawa-Błońska z PO. Kandydatka Koalicji Obywatelskiej na premiera wzięła udział w konwencji w Krakowie.

Kidawa-Błońska mówiła, że właśnie w Krakowie – „w miejscu dawnej polskiej chwały najlepiej widać dzisiejszą zapaść”, do której doprowadziły rządy PiS. – „Zawsze na tle wielkości wyraźna jest małość, na tle honoru – bezwstydność, na tle prawdy – kłamstwo. Różnica pomiędzy Polską naszych marzeń a Polską obecnie rządzących jest taka sama, jak między siedzibą królów polskich a słynną już niestety kamienicą prezesa NIK” – powiedziała.

– „Widzimy obwieszonych złotem gangsterów, którzy są za pan brat z prezesem NIK, siedzą w domu schadzek, czują się bezkarni, a za chwilę ich kumpel będzie kontrolował Polaków i mówił czy działają zgodnie z prawem” – mówiła Kidawa- Błońska. Pytała, czy „człowiek ze złotym sygnetem na każdym palcu ma stać ponad prawem zwykłych ludzi”. – „Tacy ludzie mają nam mówić jak żyć, decydować co jest uczciwe i wyznaczać standardy? Ja się na taką Polskę nie godzę” – zaznaczyła kandydatka KO na premiera.

Podkreśliła, że w Polsce za rządów PiS „afer jest mnóstwo, że aż trudno je spamiętać, a bezczelność i arogancja wylewają się z ekranów każdego dnia”. – „Afera Srebrnej, hejterzy w Ministerstwie Sprawiedliwości, szumidła w Komisji Nadzoru Bankowego, latający marszałek, SKOK-i, działki kościelne premiera – rośnie kasta nietykalnych, do której należą coraz bardziej podejrzane postacie, a publiczne pieniądze stają się niestety partyjne” – wyliczała Kidawa-Błońska.

Według kandydatki KO na premiera, nasze państwo coraz bardziej przypomina kraje Ameryki Łacińskiej, a nie demokrację europejską. – „Czasami mam wrażenie, jakby ekipa oszustów napadła na bank i tylko co jakiś czas wysypywała trochę pieniędzy przez okno, by odwrócić uwagę i zyskać trochę na czasie. Na dłuższą metę żadne państwo tego nie wytrzyma; to prędzej czy później musi skończyć się katastrofą, nie wolno nam się do tego przyzwyczajać, nie wolno nam porzucić marzeń o pięknej, silnej i uczciwej Polsce ” – mówiła Kidawa-Błońska.

Więcej >>>

Jak to w polityce bywa kandydaci różnych partii, nie rzadko startują z regionów, w których postrzegani są jak spadochroniarze. Tak jest w przypadku kandydatów PiS w Puławach. Panowie Jan Kanthak i Tadeusz Cymański, obaj z Pomorza, zorganizowali przed bramą Zakładów Azotowych w Puławach konferencję prasową.

To spotkanie zakłóciła zbulwersowana kandydatka Koalicji Obywatelskiej do Sejmu Marta Wcisło. – „Przyjeżdżacie do Puław z Pomorza. Obiecujecie mieszkańcom różne rzeczy, a za ich plecami wysyłane są pieniądze z Zakładów Azotowych, mieszkańców, którzy tu pracują, do Tarnowa i Polic. Za rządów PiS doszło do tego, że pozycja tych zakładów została tak zdyskredytowana, że nie mają przedstawiciela w zarządzie i radzie nadzorczej. A Puławy stały się dojną krową” – podkreśliła Marta Wcisło.

Kandydatka KO do Sejmu zarzuciła Kanthakowi i Cymańskiemu, że przyjechali tu uprawiać politykę. Na koniec wręczyła im po bilecie PKP do Tarnowa oraz życzyła powodzenia. Apelowała również do wszystkich kandydatów i posłów, by Puławy odzyskały swoją wiodącą rolę.

Martę Wcisło poparł prezydent Lublina. – „Trudno się nie zgodzić z Martą Wcisło, bo w ostatnich czterech latach sytuacja ZA Puławy z pewnością się nie poprawiła, a troska o gospodarkę Lubelszczyzny powinna być troską wszystkich. Tymczasem partia rządząca zachęca do głosowania na kandydatów, którzy nie mają nic wspólnego z naszym regionem – napisał na Facebooku Krzysztof Żuk.

Kandydat PiS Jan Kanthak jednak obiecuje, że zrobi wszystko, by sytuacja puławskich zakładów nie uległa pogorszeniu. – „Najważniejsze jest to, aby ten zakład się dalej rozwijał z troską o swoich pracowników i aby dywidendy i całe zyski tu wypracowywane trafiały na rzecz Lubelszczyzny. To ważne, by księgowość i audyt istniejący w Puławach, nie został przeniesiony poza województwo lubelskie” – mówił Jan Kanthak.

– „W związku z kampanią kłamstw pisowskiej TV występuję z pozwem wobec C. Gmyza. W ubiegłym tygodniu skierowałem pozew do sądu wobec S.Pereiry. Dość tego festiwalu pomówień. Będę żądał zadośćuczynienia na WOŚP. Niech przynajmniej potrzebujący coś z tego mają” – poinformował na Twitterze Krzysztof Brejza. – „Obu panów informuję, iż dostają ode mnie bana. Bana za kłamstwa i pomówienia. Za hejt i brak kultury” – dodał poseł PO.

Cezary Gmyz jest korespondentem TVP w Berlinie. Samuel Pereira kieruje portalem TVP Info, a wcześniej był w tym kanale wiceszefem publicystyki.

Krzysztof Brejza i jego najbliższa rodzina od lat są atakowani przez TVP kierowaną przez Jacka Kurskiego. Pisaliśmy o tym wielokrotnie, choćby w artykule „Aferę Piebiaka trzeba przykryć czymś na Brejzę; robi się pokazówkę”.

– „Brawo! Nie możecie pozwolić sobie na ten spektakl kłamstw i pomówień!”; – „Słowa uznania. Jedynie dobry kierunek do walki z oszustami”; – „Popieram i powodzenia życzę. Musi tylko Pan uważać, aby szybciej na Caritas nie wpłacili i zamietli pod dywan, jak to mają w zwyczaju” – komentowali internauci.

Dodajmy, że pozew złożyła także matka Krzysztofa Brejzy. „Nie damy się tej haniebnej nagonce” – Brejzowie pozywają pracowników TVP”.

Gdzieś giną głosy tych duchownych, którzy uważają, że instytucja kościelna nie powinna angażować się w politykę

Miłość PiS i Polskiej Instytucji Kościelnej ma się świetnie. Jak to śpiewano w Kabarecie Starszych Panów, „jeśli kochać, to nie indywidualnie”, tak i tutaj kochają się zbiorowo, na dobre i na złe, czyniąc z tegoż kochania narzędzie walki politycznej, wzajemnych korzyści i zysków. Wydaje się, że jedno bez drugiego nie przeżyje, więc właśnie „wespół w zespół” dbają o swój interes, co wyraźnie zahacza już o jakąś formę sekty narodowej i fanatyzmu.

Polskim duchownym już zupełnie pomieszało się w głowach. Bez zastanowienia brną w realizację marzenia o Polsce wyznaniowej, Polsce będącą wyspą chrześcijaństwa. A PiS? PiS na wszystko się zgodzi i to nie z miłości do Boga, ale z miłości do władzy. W końcu, kto załatwi prezesowi takie wsparcie, tyle głosów,  jak nie kumple w sutannach?

Trwa kampania wyborcza i rozejrzyjmy się wokół siebie. Na kościelnych ogrodzeniach wiszą plakaty kandydatów PiS do Sejmu i Senatu. Nawet płotek okalający kapliczkę św. Anny przy ul. św. Rocha na Grabówce dumnie prezentuje pana Giżyńskiego. W Rzeszowie parafia pw. Matki Boskiej Saletyńskiej jest tak obklejona przyjaciółmi z PiS, że już prawie samego kościoła nie widać, a kolejne banery zdobią parafie praktycznie w całej Polsce.

W Jedlińsku nieopodal Radomia ksiądz podczas mszy przekazał mikrofon Markowi Suskiemu, który odczytał list Morawieckiego do narodu. Ryszard Czarnecki produkował się w kościele na Dolnym Śląsku, Bartosz Kownacki w oratorium przy kościele Jezuitów w Bydgoszczy, a wraz z nim „gwiazda” PiS-u czyli Krystyna Pawłowicz. W Łodzi było bardziej przyzwoicie, bo w katedrze nie oddano głosu kandydatowi partii rządzącej, ale za to zasypano ławy kościoła jego ulotkami. Księża dbają też o odpowiednią frekwencję, gdy kandydaci ich ukochanej partii mają ochotę się wypromować i pod szyldem „SOS dla polskiej rodziny” anektują salki katechetyczne na swoją kampanię. O tych spotkaniach informuje regularnie strona internetowa Radia Maryja.

Niektórzy księża są wręcz nadgorliwi i uważają, że same banery czy też spotkanie z ukochanym kandydatem PiS-u to jednak trochę za mało. Trzeba bardziej wzmocnić wiarę w partię swoich owieczek, lekko je nastraszyć, wyłożyć bez ogródek, co i jak, by im się potem przy urnach nic nie pomieszało. Stąd oświadczenie, że głos oddany na PO jest grzechem, które wygłosił ksiądz kościoła w Radawie. Ostrą agitację prowadzi też od lat proboszcz rzeszowskiego kościoła pw. Matki Boskiej Nieustającej Pomocy.

Nie odpuszcza też Radio Maryja i Telewizja TRWAM. 8 września zainicjowały one ogólnopolską akcję „Modlitwa i post”, która potrwa do dnia wyborów. Już ponad 10 tysięcy Polek i Polaków modli się i pości w intencji wygranej prezesa i jego partii. Ojczulek Rydzyk zachęcał do udziału w niej, przypominając, że to „jest modlitwa o dobre wybory, żeby wybrać ludzi wierzących, którzy będą dbali (o Polskę) po katolicku, po chrześcijańsku. Wybierajcie takich ludzi. Modlimy się o takich ludzi i zwycięstwo dobra w naszej ojczyźnie. Można się jeszcze zapisywać. Post o chlebie i wodzie”.

Odbiorcami „dobrej nowiny”, a tak naprawdę świadomej i bezczelnej indoktrynacji stały się również dzieci. To właśnie ich usiłował przerobić biskup Antoni Długosz w programie „Kropelka radości”, zachwalając rządy PiS-u, miłość władzy do rodziny i dzieciaczków. Aż ma się ochotę walnąć pięścią w stół i wrzasnąć, „kończ waść, wstydu oszczędź”, ale wiadomo, że to nic nie pomoże.

Gdzieś giną głosy tych duchownych, którzy uważają, że instytucja kościelna nie powinna angażować się w politykę. Hierarchowie zapomnieli też, że artykuł 1 Konkordatu wyraźnie mówi, iż „Rzeczpospolita Polska i Stolica Apostolska potwierdzają, że Państwo i Kościół katolicki są — każde w swej dziedzinie — niezależne i autonomiczne oraz zobowiązują się do pełnego poszanowania tej zasady we wzajemnych stosunkach i we współdziałaniu dla rozwoju człowieka i dobra wspólnego”. To nic nieznaczące drobiazgi, niewarte uwagi. Liczy się przecież tylko jedno. Kasa, wyraz szczęśliwości na okrągłych z dobrobytu buźkach duchownych, wpędzanie Polski w wyznaniowy kanał. Liczą się te wypasione samochody, kapiące bogactwem rezydencje i spełnione sny o potędze.

Nie ma co ukrywać, Polska Instytucja Kościelna sprzedała się za dobra doczesne, tracąc całkowicie swoje duchowe powołanie. Ośmieszyła się, zdradziła wszystkie wartości, tak cenne i pozwalające na rzetelne prowadzenie swoich owieczek. Polska Instytucja Kościelna to dzisiaj żałosna marionetka w rękach mamony. A Polacy jej wierni? Cóż, tutaj powstrzymam się od oceny, bo nie chcę nikogo obrażać.

Panie Banaś, czas zmniejszyć lukę VAT – owską. PiS na pewno w tym pomoże.

Nocnik Jadwigi Staniszkis, w którym zamieszkał Jarosław Kaczyński

27 Wrz

Komitet Inicjatywy Obywatelskiej chce powołania komisji, która wyjaśni przypadki pedofilii w polskim Kościele. Dziś w Sejmie – na ręce marszałek Witek – złożony został wniosek o zarejestrowanie komitetu. Stworzyli go m.in. Jolanta Banach, Barbara Labuda, Piotr Bauć, Michał Wojciechowicz.

Od dnia zatwierdzenia komitetu przez marszałek Sejmu będzie on miał trzy miesiące na zebranie 100 tys. podpisów pod projektem ustawy o Komisji Prawdy i Zadośćuczynienia ds. wyjaśnienia pedofilii w Kościele katolickim. Jeśli zbiórka się uda, projekt będzie rozpatrywany przez przyszły Sejm.

– „Obywatelski projekt komisji ds. pedofilii różni się od rządowego tym, że odnosi się do problemu ukrywania pedofilii w Kościele – podkreśliła koordynatorka projektu Jolanta Banach. – „Wprowadza mechanizmy i sposoby, dzięki którym Kościół i jego władze będą musiały współpracować z organami państwa, wydawać dokumenty kościelne. Będziemy mogli skutecznie przeciwdziałać ukrywaniu przypadków nadużyć seksualnych przez duchownych. Krótko mówiąc, nie będzie można przenosić księży, dopuszczać księży po wyrokach do pracy z młodzieżą albo z dziećmi. A ci, którzy będą to robić, będą podlegali karze” – dodała.

Ofiara księdza pedofila – w myśl projektu – otrzyma także wsparcie prawne. Nie będzie musiała wydawać własnych pieniędzy na prawników.

Banach skrytykowała powołaną głosami PiS państwową komisję „do spraw wyjaśniania przypadków czynności skierowanych przeciwko wolności seksualnej i obyczajności wobec małoletniego poniżej lat 15”. – „Znając sojusz ołtarza i tronu możemy się spodziewać, że komisja rządowa nie wyjaśni żadnych przypadków związanych z ukrywaniem nadużyć seksualnych popełnianych przez osoby duchowne” – powiedziała Banach w rp.pl.  

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

Ludzie utożsamiają władzę z bezkarnością i nadużyciami i przyzwyczaili się do tej destrukcji w tzw. demokracji, bo to, co się dzieje, trudno dziś nazwać demokracją. Myślę, że społeczeństwo jest znużone, ale też przestraszone, bo zaczyna zdawać sobie sprawę, że coraz więcej zależy od władzy, więc wolą siedzieć cicho – mówi prof. Jadwiga Staniszkis, socjolog. – Myślę, że możemy mówić o jakiejś formie autorytaryzmu, bo władza Jarosława Kaczyńskiego czy poszczególnych szefów partii koalicji rządzącej jest duża, ale w ramach tego autorytaryzmu jest anarchia – to rozkład prawa, moralności i instytucji. To obraz bardzo pesymistyczny – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Czy była pani zszokowana tym, co ujawniono o szefie NIK-u?

JADWIGA STANISZKIS: Nie zdziwiło mnie to, bo po tej władzy można się wszystkiego spodziewać. Poza tym mamy negatywną selekcję do władzy, więc takie są też tego efekty.

KAŻDA KADENCJA MIAŁA SWOJE AFERY, ALE W TEJ MÓWIMY PRAWIE WYŁĄCZNIE O AFERACH, NIE MA NICZEGO POZYTYWNEGO. PIS NIE ZDAJE SOBIE SPRAWY, JAKI SKONCENTROWANY, NEGATYWNY WIZERUNEK TWORZY SIĘ WOKÓŁ NIEGO, BO JEST PRZYZWYCZAJONY DO TAKIEGO DZIAŁANIA.

Co do pana Mariana Banasia, to moim zdaniem jest on powiązany ze służbami specjalnym i ma w związku z tym dużo więcej informacji o poszczególnych posłach, także we własnym środowisku, i dlatego może sobie pozwolić na więcej, mówiąc delikatnie.

Co to mówi o naszym państwie?
Wystarczy popatrzeć na to, co jest w telewizji, żeby zorientować się, że w polityce są ciągle te same twarze i te same osoby. W partii rządzącej nie ma już żadnej sensownej wizji modernizacji, inwestycji, tylko funkcjonuje ona od skandalu do skandalu. Tam widać myślenie w kategoriach indywidualnych, własnych karier.

TO OGROMNA DEMORALIZACJA.

Myślę, że możemy mówić o jakiejś formie autorytaryzmu, bo władza Jarosława Kaczyńskiego czy poszczególnych szefów partii koalicji rządzącej jest duża, ale w ramach tego autorytaryzmu jest anarchia – to rozkład prawa, moralności i instytucji. To obraz bardzo pesymistyczny.

Pesymistyczny dla władzy, dla obywateli?
Dla Polski.

Czy sprawa Mariana Banasia obciąża premiera?
Pan Banaś ze względu na swoje powiązania ze służbami ma możliwość wpływania na decyzje innych, być może nawet szantażem, i może w ten sposób dużo osiągnąć. Nie wiem, jakie są jego relacje z premierem, ale widać, że umie dużo uzyskać dla siebie, zatem

PODEJRZEWAM, ŻE MA PEWIEN KAPITAŁ W ZANADRZU I TO GO WYRAŹNIE USTAWIA W POLITYCE.

Czy to znaczy, że naszą polityką rządzą służby?
Może nie całą polityką, ale poszczególnymi karierami tak. Z drugiej strony polityką rządzi demoralizacja.

Jarosław Kaczyński skomentował sprawę Banasia jako atak na tego, który walczył z mafią VAT-owską. To dobra strategia?
To pozytywna dla Banasia interpretacja, że walczył z przestępcami, i to oni stworzyli w telewizji taki obraz, który prowadzi do wniosków, o których mówiłam.

To kolejna afera z udziałem polityków PiS-u. Czy to może zagrozić słupkom poparcia? Na razie partia trzyma się mocno.
Jak widać, poparcie na razie nie zmniejsza się, bo ludzie są przyzwyczajeni, że władza oznacza, i to na różnych poziomach, korupcję, egoizm, nepotyzm. Są przez to bardziej tolerancyjni dla takich nagannych zachowań. Dużo bardziej niż ja.

JEŻELI TO NIE WPŁYNIE NA WYNIKI WYBORÓW, TO BĘDZIE TO WYRAŹNY SYGNAŁ TEGO, CO DZIEJE SIĘ W SPOŁECZEŃSTWIE. Z DRUGIEJ STRONY TEGO TYPU DEMORALIZACJA IDZIE Z GÓRY I TRUDNO SIĘ DZIWIĆ, ŻE OPINIA PUBLICZNA TAK REAGUJE CZY WŁAŚNIE NIE REAGUJE.

Ludzie utożsamiają władzę z bezkarnością i nadużyciami i przyzwyczaili się do tej destrukcji w tzw. demokracji, bo to, co się dzieje, trudno dziś nazwać demokracją. Myślę, że społeczeństwo jest znużone, ale też przestraszone, bo zaczyna zdawać sobie sprawę, że coraz więcej zależy od władzy, więc wolą siedzieć cicho.

Polska nie jest krajem demokratycznym?
Chociażby ze względu na kontrolę nad mediami można mieć tu wątpliwości. O niezależności mediów trudno mówić, a wiemy, że w dużej mierze to media wypływają na wynik wyborów.

Czy opozycja ma szanse zmobilizować tę część, która nie chodzi na wybory?
Opozycja ciągle nie jest tak atrakcyjna jak by mogła być. Powinna zmienić sposób dyskusji przed wyborami. Mówić, jakie są perspektywy rozwoju, jakie czekają nas dylematy, ile pieniędzy wymagają inwestycje i jakie powinny być. Dawać Polakom nadzieję na przyszłość, bo

TO, CO SIĘ DZIEJE W TEJ CHWILI, TO ŻYCIE Z DNIA NA DZIEŃ I TOLEROWANIE DESTRUKCJI.

Czy Małgorzata Kidawa-Błońska jako kandydatka na premiera zamiast Grzegorza Schetyny to dobry pomysł?
Ja znam Grzegorza Schetynę i przyznam, że go lubię, co prawda od wielu lat się nie widzieliśmy. Cenię go także jako polityka. Ma w sobie pokłady i powinien bardziej merytorycznie przedstawiać wizję Polski. Pani Kidawa-Błońska jest sprawnym politykiem, ale wolę Schetynę.

PiS-owi udało się przeforsować odwołanie wiceprezesów NIK-u. Rządzący śpieszyli się z dymisjami przed odejściem Mariana Banasia na urlop. Dymisje poprzedziła burzliwa dyskusja podczas posiedzenia komisji i podwójne głosowanie. Pierwsze, nie po myśli rządzących, zostało bezpardonowo powtórzone. Wieczorem marszałek Sejmu Elżbieta Witek powołała nową wiceprezes NIK-u Małgorzatę Motylow.

Bez Banasia NIK i tak dla PiS-u

Sejmowa komisja ds. kontroli państwowej zaopiniowała odwołanie trojga wiceprezesów Najwyższej Izby Kontroli – powołanych przez poprzedniego prezesa Krzysztofa Kwiatkowskiego: Ewy Polkowskiej, Wojciecha Kutyły oraz Mieczysława Łuczaka. Jej opinia była konieczna, aby dokonać zmian na stanowisku wiceprezesa.

Komisja rekomendowała na nowego wiceprezesem Małgorzatę Motylow. Ostateczną decyzję wieczorem podjęła marszałek Sejmu Elżbieta Witek. Oznacza to, że w NIK władzę pełnić będzie osoba związane z PiS-em, mimo afery Banasia.

Przymusowy urlop za kontakty z gangsterami

Po doniesieniach medialnych o “kamienicy na godziny” należącej do Mariana Banasia, prowadzonej przez krakowskiego gangstera, szef NIK-u zdecydował udać się na bezpłatny. Oficjalny powód to kontrola jego oświadczenia majątkowego prowadzonego przez CBA, które ma się zakończyć dopiero po wyborach 13 października.

Wynik musi być nasz

Podczas posiedzenia sejmowej komisji, która zajmowała się wnioskiem o odwołanie jednej z wiceprezes, doszło do remisu – 4 członków komisji wniosek poparło, 4 było przeciw.

Przewodniczący komisji, Wojciech Szarama z PiS, zarządził wobec wyniku przerwę, aby na komisję mogli dojechać pozostali członkowie z obozu rządzącego, po czym poddał wniosek powtórnie pod głosowanie.

Co ciekawe, przedstawiciel Biura Analiz Sejmowych nie stwierdził niczego gorszącego w takim procedowaniu. Stwierdził nawet, że posłowie powinni “głosować do skutku”.

– Jestem absolutnie zdumiony, bo wyszło na to, że mamy tutaj do czynienia z konklawe. Jesteśmy kolegium kardynałów, którzy zostaną zamknięci, aż nie wyrażą swojego stanowiska. Dochodzi tutaj niestety do jakiejś przesady czy paranoi – komentował sytuację na komisji poseł opozycji Ryszard Wilczyński z PO-KO.

Wcześniej posłowie opozycji wnioskowali o odroczenie obrad komisji do czasu zakończenia działań CBA wobec Banasia. Wnosili także o odroczenie posiedzenia komisji do czasu przybycia Mariana Banasia i złożenia wyjaśnień.

Mateusz Morawiecki nie ma sobie równych w przejęzyczeniach i w przekręcaniu cytatów. W kategorii przeinaczania faktów też zresztą przoduje, o czym świadczą dwa wyroki sądowe na jego koncie za kłamstwa podczas poprzednich kampanii wyborczych.

W kampanii przed obecnymi wyborami parlamentarnymi Morawiecki bierze oczywiście czynny udział. Tym razem jego wystąpienie poświęcone było polskim jabłkom. – „Dacie wiarę, że apostoł Morawiecki wspomniał o mgle i kasztanach, chwaląc polskie jabłka? Ja nie wiem, co ja uważam” – napisał na Twitterze Stefan Skrupulatny i dołączył film z nagraniem przemowy premiera.

Morawiecki usiłował zacytować popularną niegdyś piosenkę, ale jabłka pomyliły mu się z kasztanami, a zamiast przymiotnika „mdły” pojawiło się „mgły”. W tzw. międzyczasie mówił też o… grawitacji, a na koniec zakrzyknął: „Niech żyją polskie jabłka”…

Przypominamy więc, jak naprawdę brzmi ten fragment piosenki, śpiewanej przez Halinę Kunicką: „Świat nie jest taki zły/ Świat nie jest wcale mdły/ Niech no tylko zakwitną jabłonie”. Autorką tekstu jest Agnieszka Osiecka.

– „Ten człowiek klepie, co popadnie, co Mu ślina na język przyniesie. Śmiałbym się, gdybym się nie wstydził za Niego”; – „Co oni z tą mgłą w tym PiSie?”; – „Jeszcze powinien dodać pancerną brzozę i już byłby skrót raportu komisji smoleńskiej”; – „Może chciał powiedzieć, że najlepsze polskie jabłka rosną na Placu Pigalle?”; – „Producenci jabłek w Polsce na pewno płakali ze wzruszenia. Sokiem jabłkowym oczywiście” – komentowali internauci.

To matematyka, ze swoim upartym „dwa plus dwa jest cztery”, najbardziej psuła dotąd szyki panu prezesowi i jego ministrom

Wszyscy podejrzewają, że to przez historię, ale tak naprawdę chodzi chyba głównie o matematykę. To – zdaje się – właśnie ze względu na nią Jarosław Gowin ogłosił kilka dni temu przełom kopernikański w podległym sobie ministerstwie. Zostanie ono poddane reformie „porządkującej” zawód naukowca, po której polska nauka, owszem, nadal poszukiwała będzie prawdy oraz nowych rozwiązań technologicznych. Niemniej samowola naukowców zostanie ukrócona, a wolność badań powiązana z odpowiedzialnością. Ponieważ w nowo powstającym KPNP (Katolickim Państwie Narodu Polskiego) prawda prawdą, ale między Bogiem a prawdą, najważniejsza ze wszystkiego jest… racja stanu!

Kto będzie orzekał, „co jest prawdziwe, to prawdziwe, a co się zdaje, to się zdaje”, minister nie był łaskaw wyjaśnić, ale to chyba oczywiste samo przez się, że „Stan” to w tym przypadku drugie, dla niepoznaki wymawiane z angielska imię prezesa Jarosława. I to jego racja będzie tu rozstrzygająca.

Ta reforma rzeczywiście była już pilnie potrzebna, bo o ile w spornych kwestiach historycznych partia aktualnie rządząca ma na usługach IPN i profesora Zybertowicza, to na fachowców od liczenia „dobra zmiana” nie za bardzo może liczyć. Już choćby ze sztuką współczesną idzie łatwiej, bo nikt suwerenowi nie wmówi, że „białe jest białe”, ale w przekonywaniu elektoratu, że 27 to mniej niż 1 nawet minister Sasin wypada mało wiarygodnie. Toteż wbrew wszelkim pozorom to właśnie ona, matematyka, ze swoim upartym „dwa plus dwa jest cztery”, najbardziej psuła dotąd szyki panu prezesowi i jego ministrom.

Wszystkim znane są wysiłki Nowogrodzkiej w przeprowadzaniu dowodu wyższości jednostki nad dwudziestką siódemką. A przecież każdy kolejny dzień kampanii wyborczej ujawnia kolejne pułapki zastawiane na przedstawicieli władzy przez bezduszną arytmetykę.

Jedyna słuszna partia zapowiedziała – na przykład – że w cztery lata zbuduje sto tysięcy mieszkań. A tu suche liczby pokazują, że powstało ich… sto razy mniej. Niespełna tysiąc. No, niestety. Zaś konfrontacja „samochód elektryczny rodzimej produkcji kontra rzeczywistość” wypadła jeszcze gorzej, bo sto tysięcy do zera. Dla rzeczywistości.

A tu trzeba by jeszcze pilnie przekonać publiczność TVP, że 2,6 miliona złotych to mniej, niż 35 tysięcy. Wiadomo, że te miliony, przez zapomnienie pominięte w deklaracji majątkowej szefa NIK, to drobiazg po prostu. Każdy mógł przeoczyć. To znaczy – każdy prominentny aktywista partii rządzącej. A że niejaki Nowak Sławomir miał na karku prokuratora za niewpisany zegarek i się sam do dymisji z powodu tego zegarka podał, to wiadomo – frajer z PO. Kolejny dowód, że się „platfusy” nie nadają do robienia polityki.

Teraz mamy zupełnie inne standardy, ale jakby nie liczyć, taka zapomniana stodoła ministra Szyszki, zapodziane udziały w działce z domem ministra Dworczyka czy właśnie przypadkiem pominięta kamienica szefa NIK warte są jednak trochę więcej, niż ów nieszczęsny zegarek Nowaka, co rodzi wredne insynuacje niejakiego Brejzy i w ogóle – rejwach na opozycji. I to się musi szybko zmienić.

Tym bardziej, że pan prezes powinien jeszcze pilnie dostarczyć dowodu na to, że 36 to mniej, niż 33. I że te 33 to – jak był to łaskaw ująć – „znacząca większość” z setki obietnic wyborczych jego partii z poprzedniej kadencji. Bo nieprzychylni obecnej władzy rewidenci (z Bożej łaski, a jednak nihiliści) policzyli, że ze stu takich zapowiedzi spełnionych zostało 33. Podczas gdy niespełnionych – 36.

No, ale teraz po reformach ministra Gowina, kiedy nadrzędnym kryterium weryfikacji prawd naukowych stanie się „racja stanu”, wszystkie aksjomaty arytmetyki stracą znaczenie. Matematyk zaś, o ile nie zechce podzielić losu niepokornych sędziów i utracić liczydła i zarękawków, będzie musiał skonsultować rozwiązanie działania „2+2” ze swoim rzecznikiem dyscyplinarnym, który zdecyduje o wyniku zgodnym z aktualną racją stanu. Nabór na liczne stanowiska dla takich rzeczników trwa od początku kadencji, a właściwa odpowiedź na pytanie, „ile jest 2 plus 2” brzmi – „a ile ma być?”.

Buraki PiS

26 Wrz

Politycy PiS zaatakowali profil społecznościowy – SOK Z BURAKA krytykujący ich rządy. Jest to reakcja na pisowskie afery związane z hejtem w ich obozie.

Rządzący zareagowali na artykuł Sieci w którym czytamy, że zarządzający Sokiem z Buraka pracuje w warszawskim ratuszu.

– Powszechnie uważa się za stronę z memami, żartami związanymi z polityką. Ale do śmiechu jest tam tylko tym, którzy nienawidzą PiS, uwielbiają PO, nie przeszkadza im knajacki język publicznej debaty i nie silą się na weryfikowanie prawdziwości tego, co czytają. Bo Sok z Buraka to mieszanka drwin, manipulacji i kłamstw – opisuje propisowska gazeta.

Patryk Jaki postanowił zawiadomić prokuraturę. – Warszawski ratusz wycofał się z obietnic wyborczych. Nie było pieniędzy na żłobki, czy niepełnosprawnych, ale znalazły się pieniądze dla osoby, która organizuje Sok z Buraka, największe fekalia, ściek, fabrykę fejków w internecie, finansowaną z pieniędzy warszawiaków. To jest coś nieprawdopodobnego. Jutro skieruję zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa – używania pieniędzy publicznych do zorganizowanego hejtu na wielką skalę – zapowiedział europoseł PiS.

– „Sok z Buraka” to internetowa fabryka hejtu i nienawiści, której machina w sposób obrzydliwy dehumanizuje polityków Prawa i Sprawiedliwości oraz osoby wspierające Rząd RP. Administracja tego profilu posługuje się dezinformacją i fake newsami. „Sok z Buraka” powinien po prostu zniknąć – wypowiada się wiceminister cyfryzacji Adam Andruszkiewicz.

– Uprzejmie informuję, że ratusz Warszawy nie posługuje się mową nienawiści. Jesteśmy i będziemy konsekwentni w walce z hejtem. Proszę wybaczyć, ale nie będę odnosić się do propagandowych akcji osób, które same celują w posługiwaniu się manipulacją – skomentował rzecznik prezydenta Warszawy Kamil Dąbrowa, który poinformował także, że opisany przez „Sieci” Mariusz Kozak-Zagozda jest zatrudniony przez miasto na umowę zastępstwo, ale trudno powiedzieć, czy będziemy kontynuować współpracę, musimy przeanalizować i podsumować dotychczasowe pół roku”.

Kozaka-Zagozda miał zakupić domenę w 2014 roku. Jak deklaruje pozbył się jej w 2017 roku.

Jan Szyszko nie daje o sobie zapomnieć… Były minister środowiska w rządzie Beaty Szydło postanowił odnieść się do zagrożeń dla klimatu. Krytykował też działalność 16-letniej aktywistki ekologicznej Grety Thunberg i innych młodych ludzi, którzy niedawno przeprowadzili w miastach całego świata Młodzieżowy Strajk Klimatyczny.

W wywiadzie dla Radia Wnet Szyszko wygłosił taką oto opinię: – „Dwutlenek węgla jest gazem życia. Przez niego powstaje drewno, pokarm. Bez niego nie ma życia na świecie. To powinien wiedzieć każdy uczeń szkoły podstawowej”.

– „Profesor-głuptas nie wspomniał tylko, że przyroda potrzebuje tylko określonej ilości dwutlenku węgla w atmosferze…. jego nadmiar jest zbrodniczy…”; – „Może Pan spróbuje wdychać CO2 zamiast tlenu i zobaczy, czy rzeczywiście jest tak wspaniale?; – „Za takie opinie Szyszko powinien mieć stan oskarżenia, za lekceważenie faktycznego zagrożenia, o wycince kilkusetletnich dębów nawet nie wspomnę”; – „Ignorancja tego gościa jest dramatyczna. Wstyd, że ktoś taki był ministrem. Nikodem Dyzma przy nim to tuz intelektu” – komentowali internauci wypowiedzi Szyszki.

A co miał do powiedzenie o Grecie Thunberg i Młodzieżowym Strajku Klimatycznym? – „Serdecznie jej współczuję. To dziewczę na pewno oszukano, to dziewczę chyba nie wie, co mówi, bo jest ciężko, aby w tym wieku rozumieć dokładne meandry polityki i gospodarki – one się tu nawzajem łączą. I to samo było w Warszawie niedawno, jechałem na spotkanie do Pałacu Staszica, gdzie nie mogłem się dostać, gdyż młodzież spontanicznie w wieku kilkunastu lat protestowała przeciwko temu, że Polska ma węgiel kamienny i go używa, a chyba nie wiedzieli w gruncie rzeczy, co tak naprawdę mówią” – stwierdził były minister środowiska.

Swoją drogą, można odnieść wrażenie, że atakowanie Grety Thunberg staje się powoli jednym z ulubionych zajęć prawej strony sceny politycznej. Przypomnijmy choćby nasz artykuł „Internauci do Barbary Nowak: „Aż dziw bierze, że jest pani kuratorem oświaty”.

PAD: Nie mamy właściwie takich tematów, w których nie mielibyśmy wspólnego stanowiska z Trumpem

– Nie mamy właściwie takich tematów, w których nie mielibyśmy wspólnego stanowiska. Ja bardzo lubię słuchać też opinii pana prezydenta Donalda Trumpa na różne kwestie właśnie związane z wielką polityką światową – mówił prezydent Andrzej Duda w rozmowie z Michałem Adamczykiem w programie „Gość Wiadomości” TVP Info, pytany czy były takie momenty, że była różnica zdań, że nie mieli wspólnego stanowiska podczas spotkania w cztery oczy.

Syn Mariana Banasia, prezesa NIK, a wcześniej ministra finansów w rządzie PiS, przez kilka lat prowadził własne biznesy. Zawodowa kariera Jakuba Banasia nabrała przyspieszenia w listopadzie 2017 r., kiedy zaczął pracować w państwowych spółkach Skarbu Państwa – poinformowały „Fakty” TVN.

Najpierw trafił do Polskiej Grupy Zbrojeniowej, podległej ministrowi obrony narodowej. Był tam dyrektorem, a po pięciu miesiącach został doradcą zarządu. Po kolejnych kilku miesiącach został pełniącym obowiązki prezesa w podległej PGZ spółce Maskpol, produkującej sprzęt dla wojska. Tam też nie zagrzał długo miejsca i „przerzucił” się na bankowość. Obecnie jest dyrektorem i pełnomocnikiem zarządu w państwowym banku Pekao S.A.

Dziennikarka „Faktów” chciała się dowiedzieć, na jakich zasadach Jakub Banaś został zatrudniony w każdej ze spółek? W odpowiedzi Pekao S.A. i PGZ poinformowały o „ochronie danych osobowych” i tajemnicy przedsiębiorstwa „co do sposobu i technik rekrutacji”.

– „Uważam, że mamy do czynienia z takim nepotyzmem, w którym wysoko postawiony ojciec załatwia pracę synowi, a ten syn nie ma najmniejszych kompetencji do tego, żeby od razu zaczynać karierę od kierowania firmą” – powiedział „Faktom” Tomasz Siemoniak z PO.

Problemu nepotyzmu nie dostrzega natomiast szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk. – „Nie mam wiedzy na temat kariery syna pana Banasia. Natomiast sam fakt tego, że dziecko jakiegoś polityka pracuje w spółce Skarbu Państwa, wydaje mi się, że jest niewystarczające, żeby stawiać taką tezę” – stwierdził Dworczyk.

Tacy właśnie jesteśmy: mówimy o wolności, ale kiedy trzeba zastosować ją w praktyce, wrzeszczymy, tupiemy i gotowi jesteśmy ukamienować każdego, kto myśli inaczej.

Nie mamy pojęcia, czym jest wolność, nie czujemy jej, nie rozumiemy, że przychodzi nie pod postacią kwiecistych sztandarów i romantycznych haseł, ale jako „człowiek, z którym się nie zgadzamy” i o którym myślimy „po co on/ona aż tak prowokuje?”. Wrzeszczymy jak obdzierani ze skóry za każdym razem, gdy wolność trzeba dać sobie i innym i gdy ktoś korzysta z niej w sposób, który nam się nie podoba.

Klaudia Jachira, kandydatka PO na posłankę z Warszawy, stanęła ostatnio przed pomnikiem żołnierzy AK z transparentem „Bób, hummus, włoszczyzna”. Obrazek prowokacyjny, bo nad jej głową mogliśmy przeczytać „Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Ja odebrałam ten happening jako ostrą, ale uzasadnioną w świetle tego, co wyprawiają różni politycy z Bogiem i Ojczyzną na ustach kpinę z hipokryzji, z ludzi mających gęby pełne frazesów o wartościach (które zresztą wcale nie każdemu muszą być drogie, bo przecież nie ma takiego obowiązku), na co dzień poniżających, oczerniających i okradających innych. (Na marginesie i dla jasności: gdyby nawet kpina Jachiry była nieuzasadniona, to też ok, bo w końcu satyra i dowcip uzasadnione być nie muszą).

I co? I rozpętało się polskie dulskie, bogoojczyźniane piekło. „Jachirę usunąć z list!”, „Przez takich jak Jachira KO przegra!”, „Jak śmiała!” i oczywiście – „Idiotka!”, „Kretynka!” i takie tam chrześcijańskie, katolickie epitety, pełne miłości bliźniego.

Klaudię Jachirę podziwiam od dawna jako nieustraszoną, samotną satyryczkę, pozytywnie zakręconą. Nie wiem, jaką byłaby posłanką i nie jest to moja sprawa, ale wiem jedno: ma prawo do własnej ekspresji, także takiej, która mi i wszystkim innym się nie podoba. Także, a może przede wszystkim takiej, która uraża czyjeś uczucia. (Nigdy zresztą nie sądziłam, żeby rzeczy i ludzie naprawdę wielcy mogli zostać „obrażeni”, przeciwnie, uważam, że im rzecz mniej ważna i rozdęta, tym łatwiej o obrazę, a prawdziwa wielkość satyry i kpiny, nawet najgłupszej, się nie boi, bo jakżeby mogło być inaczej?)

Wolność to nie teoria, to praktyka, to działanie. To rozumienie, że inni mają prawo postępować w przestrzeni publicznej jak uważają za stosowne, oni, a nie ty, dopóki nie łamią prawa. I choć niektórym trudno to pojąć, nic bardziej nie służy demokracji i debacie publicznej.

Odwrotnie: stawiam tezę, że im bardziej ktoś obraża czyjeś „święte” rzekomo uczucia, tym lepiej robi to świadomości społecznej, bo pobudza myślenie i pozwala spojrzeć na „świętości” z innej perspektywy.

W Polsce to teza rewolucyjna, dlatego na jej uzasadnienie przytoczę fragment orzeczenia amerykańskiego Sądu Najwyższego w jednej z najsłynniejszych amerykańskich spraw sądowych, dotyczących wolności słowa – Hustler Magazine versus Jerry Falwell. „Istotą ochrony wolności słowa (…) jest uznanie fundamentalnej wagi, jaką ma dla społeczeństwa swobodna wymiana idei i opinii na wszelkie tematy leżące w sferze publicznego zainteresowania. Aby swobodny przepływ opinii był możliwy, ludzie muszą mieć możliwość swobodnego wyrażania swoich poglądów bez obawy, że narażą się przez to na odpowiedzialność prawną. Należy więc chronić także wypowiedzi wynikające z niskich pobudek, chronić też ekspresję głęboko obraźliwą dla niektórych ludzi lub nawet dla większości członków społeczeństwa. Fakt, że społeczeństwo może uznać jakąś wypowiedź za obraźliwą nie jest dostatecznym powodem, by jej zakazać. Przeciwnie, jeśli to opinia wyrażona przez autora jest czymś, co wywołuje obrazę, to jest to właśnie powodem do tego, by zapewnić jej konstytucyjną ochronę. (…) Pojęcie „obraźliwości” w politycznym i społecznym dyskursie cechuje się nieuchronną podatnością na subiektywne interpretacje, co sprawiałoby, że przysięgli mogliby nakładać odpowiedzialność w oparciu o własne poglądy lub poczucie smaku, lub – co też jest możliwe – w oparciu o ich niechęć wobec konkretnej wypowiedzi”.

A przecież my w Polsce to właśnie robimy! Ciągle nakładamy na innych sankcje ze względu na własne poczucie smaku, jesteśmy na własnym punkcie przeczuleni i drażliwi, a później płaczemy, że nie ma świeżych nowych liderów, że młodzi nie chcą iść do polityki, że duszno i że inteligencji „trudno się oddycha!”. Po czym idziemy tłuc mentalnym młotkiem każdego, kto nie mieści się w naszych ramach pojmowania świata i „dobrego smaku”.

Nie można mieć wszystkiego. Nie można mieć wolności i jednocześnie gwarancji, że niczyje uczucia nie zostaną urażone, że wszyscy będą się ze sobą zgadzać (swoją drogą, jakie to byłoby koszmarne, zabijające umysł i cholernie nudne) i posuniętej do absurdu poprawności politycznej. Jeśli chcecie wolności, poluzujcie warkoczyki i nabierzcie dystansu, nie nadymajcie się jak purchawki i nie czujcie „obrażeni” i mentalnie zgwałceni za każdym razem, kiedy ktoś powie lub zrobi coś, czego wy byście nie powiedzieli lub nie zrobili.

Chyba że chcecie mieć kraj ciasnoty umysłowej, ludzi myślących tak samo, bojących się własnego cienia i autocenzurujących z obawy przed „zgorszeniem”.

Banaś, Suski, Brudziński. Pisowskie barany beczą, to ich głos intelektualny

25 Wrz

Nielogiczne? Nie martwcie się. Jeżeli PiS wygra wybory, to takie informacje nie będą Was więcej niepokoić. Po prostu nie będzie miał kto o tym informować. #wolneMedia

Jachira: Zdaję sobie sprawę, że tylko dzięki takim osobom jak ja, Kaczyński przegra

– Zdaje sobie sprawę, że tylko dzięki takim osobom jak ja, Kaczyński przegra. Muszę [być pewna siebie], bo gdybym w to nie wierzyła, to bym tego nie robiła. Wszystko co robię, to robię to, w co wierzę – stwierdziła Klaudia Jachira w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu Zet.

– Prowadzę bardzo aktywną kampanię. Codziennie jestem na ulicy. Cały czas rozmawiam z ludźmi i naprawdę wierzę w to, że my jesteśmy w stanie wygrać i uważam że tylko mocny przekaz, który pokazuje całą obłudę obecnej władzy… Po prostu marzę o wolności, o tym, żeby każdy w moim, naszym kraju mógł żyć tak, jak chce – dodała.

Jachira: Gombrowicz też byłby hejtowany tak samo, jak ja teraz

– Uważam że nigdy w swoich filmikach nie przekroczyłam granicy, którą bardzo często przekracza obecna władza. Co więcej, uważam że jest to mocno gombrowiczowskie to, co robię. Myślę, że Gombrowicz też byłby hejtowany tak samo, jak ja jestem teraz – stwierdziła Klaudia Jachira w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu Zet.

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

– „Odnośnie Mariana Banasia powiem tyle: Nie mam pełnego zaufania do służb. Ani wtedy, ani dzisiaj. Dlatego że tam jest jeszcze mnóstwo ludzi z poprzedniej ekipy” – napisał na Twitterze Marek Suski. W tak zadziwiający sposób szef gabinetu Mateusza Morawieckiego skomentował aferę z udziałem prezesa NIK.

Wpis Suskiego komentowali dziennikarze. – „Szef Gabinetu Premiera RP pisze oficjalnie cztery lata po przejęciu władzy, że nie ma zaufania do służb bezpieczeństwa państwa podległych premierowi” –  napisał Bartosz Węglarczyk z Onetu. – „Rozumiem, że to nieporadnie sformułowany apel o dymisję szefa służb” – to opinia Wojciecha Szackiego z „Polityki”.

– „Czyli mówicie Suski, że w służbach jest syf, a PMM mianując Kamińskiego ministrem, ten syf wzmaga? Czy to w innym rządzie się dzieje?”; – „I to te pełowskie służby sfałszowały jego oświadczenia majątkowe i podstawili mu do wynajęcia kamienicy gangsterów”; – „Wygląda na to, że w obecnej sytuacji, zaufaniem do służb mogą pochwalić się wyłącznie sutenerzy z Krakowa” – brzmią komentarze pod wpisem Suskiego.

Internauci nawiązywali oczywiście do poprzednich wypowiedzi, z których zasłynął Suski: – „Caryca” na tropie kolejnego spisku?”; – „Od pewnego czasu myślę, że ten oto Pan zbijałby kokosy na własnym talk show/reality show. Nazwać ‚Caryca mówi’, no byłby hit!”; – „Najważniejsze, że w Radomiu będzie duże lotnisko i warszawiacy będą mogli latać na południe Europy”; – „Caryca nie ma zaufania do Ochrany….świat się kończy….kometa nadlatuje….piekło zamarza…dinozaury szykują się na śmierć…ze śmiechu…”.

Przypomnijmy tylko, że koordynatorem służb w rządzie PiS od 4 lat jest Mariusz Kamiński. A CBA, które od pół roku zajmuje kontrolą oświadczenia majątkowego Mariana Banasia, kieruje  Ernest Bejda, bliski współpracownik Kamińskiego.

Aleksandra Dulkiewicz była gościem radia TOK FM. Ciekawa rozmowa, dotycząca trudnych spraw dzisiejszej Polski.

Pani prezydent odniosła się do nieustającego ataku na Gdańsk w mediach publicznych. Jak przyznaje, widzi dwa powody takiej nagonki. Po pierwsze, w Gdańsku nigdy nie wygrał przedstawiciel PiS-u, co dla obecnej władzy jest nie do przejścia. Po drugie, Gdańsk to kolebka Solidarności, symbol walki o wolną Polskę, a to bardzo nie na rękę tym, którzy robią wszystko, by zmienić historię, wymazać z niej rzeczywistych bohaterów, zamienić ich na swoich.

Zastanawia się też nad pewnym paradoksem, bo przecież nikt kiedyś by nie pomyślał, że Lech Wałęsa, będzie broniony przez lidera Lewicy, Włodzimierza Czarzastego, a tak mocno piętnowany przez swoich kolegów, którzy wraz z nim budowali tę wolną Polskę. Jak widać, dzisiaj wszystko jest możliwe.

Aleksandra Dulkiewicz skomentowała też zamieszanie wokół Centrum Solidarności. Nie ukrywa, że to ewidentnie „próby dzielenia społeczeństwa i pisania historii na nowo. Pod płaszczykiem obrony polskości, szukają tego, co nas różni. W efekcie tej dyskusji jednak coraz więcej ludzi przychodzi oglądać wystawę w ECS. Przychodzą i pierwsze co widzą, to suwnica Anny Walentynowicz. Pytają więc: o co PiS chodzi?”.

Pytana o plany na przyszłość, przyznała, że przez najbliższe 4 lata będzie, tak jak się zobowiązała, działała na rzecz swojego miasta, zachowując przy tym jego otwartość i respektując te zasady, które leżą u podstaw dobrze rozumianej wolności.

Powodzenia pani Prezydent

Zbliżające się wybory to świetny czas na podsumowanie 4-letnich rządów PiS. Takiego zadania podjął się Michał Wróblewski na portalu wp.pl i trzeba przyznać, że zrobił to bardzo sprawnie.

Odniósł się do wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z 18 września, który z dumą podkreślał, że „Myśmy przed wyborami, ale także w trakcie kadencji, wiele obiecali i każdy musi powiedzieć, że przynajmniej miażdżąca większość tych obietnic została wykonana”. Pan prezes całkowicie minął się z prawdą. Na 100 złożonych obietnic jego partia zrealizował 33, 4 weszły w życie ze znacznym opóźnieniem, 25 zostało częściowo zrealizowanych, 2 zamrożone, a 36 obietnic utknęło gdzieś, w niepamięci.

Portal DEMAGOG przygotował raport dotyczący właśnie tych obietnic. Z jednej strony autorzy raportu zebrali „setkę, w naszej ocenie, najistotniejszych obietnic złożonych przez kluczowych polityków Zjednoczonej Prawicy w trakcie kampanii wyborczej, a także już podczas samych rządów. Zależało nam na tym, aby obejmowały one zróżnicowane tematy, aby odnosiły się one do rozmaitych, ale za każdym razem istotnych z punktu widzenia obywateli, dziedzin życia. W przypadku obietnic zrealizowanych, interesowała nas nie tylko sama droga ich realizacji, ale także – ich namacalne efekty, ocena zmian, które zostały w ich wyniku wprowadzone w życie”, z drugiej zaś odnieśli się do exposé wygłoszonych przez premier Beatę Szydło i premiera Mateusza Morawieckiego oraz deklaracji innych polityków partii rządzącej.

Pod lupą znalazła się służba zdrowia, w której mimo obietnic, nie zlikwidowano NFZ i nie skrócono kolejek do lekarzy. Nie zrealizowano obietnicy darmowych leków dla kobiet w ciąży, a kondycja finansowa szpitali woła o pomstę do nieba.

Kompletną klapą okazał się Program Mieszkanie Plus. Miało być 100 tysięcy mieszkań, a do tej pory zakończono budowę 867 i kolejne 663 mieszkania są w trakcie budowy.

Nie wprowadzono zerowego VATu na ubranka dziecięce, bonu na zajęcia sportowe i kulturalne dla młodzieży, darmowego wstępu do muzeum czy darmowych posiłków w szkołach.

Zrezygnowano z utworzenia Narodowego Forum Przedsiębiorców, Narodowego Instytutu Wychowania, Programów Szkolnych i Podręczników, Ministerstwa Integracji Europejskiej, Centrum Współpracy Polska-Wschód ani województwa warszawskiego.

Pomysł nowego finansowania mediów publicznych poszedł do lamusa, podobnie jak dekoncentracja mediów, głośno zapowiadana ustawa „anty-fake news” czy reprywatyzacyjna.

Nie zapominajmy też o tym, że nie obniżono VAT-u do 22%, nie wprowadzono premii za szybkie urodzenie drugiego dziecka, nie zwiększono nakładów na naukę i inwestycję, nie skrócono czasu oczekiwania na rozprawę sądową, nie zakazano hodowli zwierząt futerkowych. Mimo obietnic, nie zlikwidowano gabinetów politycznych, a zatrudnienie w państwowej administracji znacznie wzrosło. Nadal ludzie pracują na umowach śmieciowych, nawet w ministerstwach, A frankowicze poszli całkowicie w zapomnienie.

No tak… miał być wprowadzony pakiet demokratyczny, a nastąpiło ostre ograniczenie praw opozycji w Sejmie i utrudnienie pracy dziennikarzom. Miała być Polska praworządna i sprawiedliwa, a to, co serwuje nam Jarosław Kaczyński znacznie odbiega od tej obietnicy. Prezes PiS próbuje zaklinać rzeczywistość, konfabuluje, patrząc Polakom w oczy, ale fakty mówią swoje. Kaczyński nie rozumie, że nie da się zbudować władzy na długie lata, opierając się na gołosłownych obietnicach i mamieniu społeczeństwa. Przyjdzie czas, że jego partia zostanie rozliczona za każde, niezrealizowane zobowiązanie i będzie to na pewno bardzo bolało…

Strach jest rzeczą naturalną, wszyscy się boimy, ale to nie powód, żeby się poddawać i składać broń.

Myśl irlandzkiego filozofa Edmunda Burke’a: „Aby zło zwyciężyło, wystarczy, żeby dobrzy ludzie nic nie robili”, jak ulał pasuje do naszej rzeczywistości. W Polsce jest sporo dobrych ludzi, ale… są ogarnięci strachem. Tak naprawdę Kaczyński nic nie musi robić, nie musi ani śledzić, ani karać, ani prześladować, wystarczy, że wszyscy myślą, że właśnie to będzie robił i już blady strach pada na wszystkich.

W mediach publicznych spędziłam prawie całe swoje dorosłe życie, poza stanem wojennym i rządami PiS-u. Znam ludzi z mediów publicznych, nie tylko z Warszawy i nie tylko z radia. Więcej niż połowa moich znajomych straciła pracę. Pozostali się męczą i żyją w strachu. Myślę, że mało kto z Was może sobie ten strach wyobrazić.

Spotkałam ostatnio kogoś z dawnych przyjaciół z Trójki (nie mogę nawet zdradzić płci ani tematu rozmowy) i ta osoba spontanicznie opowiedziała mi kilka bulwersujących historii z życia Programu 3. W pewnym momencie jednak powiedziała z przerażeniem w oczach: błagam, ale nie opisuj tego, oni od razu się zorientują, że wiesz to ode mnie… Inna osoba, o czym już kiedyś wspominałam, wolała, żebym dzwoniła na tzw. tajny numer, a nie służbową, radiową komórkę.

link do zrzutki: https://zrzutka.pl/rk6643

Muszę jednak przyznać, że w Trójce są osoby, które się nie boją albo przełamują strach. Jest ich niewiele, ale są. Do nich zaliczyć można bez wątpienia Wojtka Manna czy Piotra Bukartyka (więcej nie wymienię, bo mógłby to być pocałunek śmierci). O każdej z tych osób myślę ciepło i życzę wytrwałości.

Spotkałam też dziennikarkę wyrzuconą z TVP. Ucieszyła się, pytała, co robię. Opowiedziałam jej o naszej aukcji. Powiedziała, że chciałaby mieć udział w naszych działaniach i dać sukienkę, którą zaprojektował dla niej jeden z największych polskich projektantów, a którą ona miała tylko dwa razy na wizji. Ucieszyłam się. Zapytałam, czy mogę ujawnić jej nazwisko. Zastanowiła się i stwierdziła, że jednak nie. Po chwili dodała, że z takim trudem zdobyła obecną pracę, że nie może ryzykować i nie może jej stracić, bo nie stać jej na bezrobocie.

Zadzwoniłam do kolegi z pewnej rozgłośni regionalnej Polskiego Radia i opowiedziałam mu historię z sukienką. Powiedział, że nie dziwi się, bo oni (czyli władza) są mściwi i skrupulatni w polowaniu. Jeden nierozważny ruch i po robocie. Kolega sam wprawdzie jest wyrzucony, ale jego żona ciągle pracuje. Opowiada mi, że zna przypadek, kiedy komuś nie przedłużono umowy, bo był za aktywny na Facebooku. No więc „musimy z czegoś żyć. Lepiej do nas nie dzwoń”.

Powtarzam sobie: „Aby zło zwyciężyło, wystarczy, żeby dobrzy ludzie nic nie robili”. Rozumiejąc myśl Edmunda Burke’a zastanawiam się nad sobą.

No nie, ja i moi koledzy robimy portal. Ktoś powie, a co to takiego. No, faktycznie, są ludzie, którzy robią więcej. Nawet spotkałam takie osoby w sobotę na Kongresie Kobiet.

Większość pewnie o nich nawet nie słyszała. A są w naszym kraju takie dziewczyny jak Gabriela Lazarek, która codziennie stoi na cieszyńskim rynku, sama z transparentem, opluwana, zaczepiana, walczy o wolność i prawa człowieka. Albo Klementyna Suchanow, pisarka, redaktorka, tłumaczka, ciągana po warszawskich brukach przez policjantów, która po interwencji policji podczas manifestacji w obronie niezależnych sądów trafiła do szpitala, gdzie w trybie pilnym przebyła operację kręgosłupa.

Te wspaniałe kobiety mówiły na Kongresie, że nie wolno się bać, że właśnie służby wybierają sobie osoby bardziej podatne na gnębienie, czyli bardziej strachliwe i co jakiś czas wyciągają kogoś i rozpoczynają operację kompromitowania i niszczenia. Ale mówiły też, że jeśli ty jesteś odważny, to służby zaczynają się ciebie bać.

Oczywiście rozumiem strach, sama się boję. Boję się, kiedy dostaję wezwanie do zapłacenia np. 100 tys. zł za napisany na naszym portalu tekst, który wg wzywającego obraża go. I co z tego, że ja wiem, że napisaliśmy prawdę i że mamy na wszystko dowody i wierzymy, że sądy są jeszcze niezależne, to i tak się boję. Boje się pozwów, szykan, boję się kar finansowych.

Przypominam sobie wtedy, co powiedziała Suchanow, że służby wybierają osoby bardziej podatne na gnębienie i że właśnie jestem to ja. Bo na przykład wzywający nie wzywa w tej sprawie „Gazety Wyborczej”, bo wie, że tam jest sztab mądrych prawników, ale wzywa nas, bo my ich nie mamy. Wtedy myślę, że nie mogę się dać zwariować i próbuję się nie bać.

Ale boję się też, choć trochę inaczej, kiedy nie mogę zapłacić minimalnych honorariów naszej dziennikarce, bo na koncie jest pusto, a ona odważna, waleczna, nękana w sądzie przez różnej maści faszystów, w przerwach na dializy (3 razy w tygodniu) pracuje ze zdwojoną siłą, bo jej renta to kilkaset złotych.

Niepokoję się też, kiedy dzwonię do znanych ludzi, których znam z radiowego, ponad trzydziestoletniego stażu dziennikarskiego, i proszę o jakieś „fanty” na aukcję, żeby utrzymać nasz portal, bo nie wiem, jak zareagują. A może oni też się boją i nie wiedzą, jak mi odmówić, a może się wściekną i będą na mnie krzyczeć?

W końcu biorę się w garść. W sprawach sądowych pomoże mi świetna prawniczka, nie dość, że rewelacyjna zawodowo, to słynąca z usług „pro bono” Sylwia Gregorczyk – Abram. Odważna do bólu. Jaki cud, że ją poznałam.

Wesprą nas również tak wielcy ludzie jak Krystyna Janda czy Wojciech Malajkat. Mam nadzieję, że będę mogła kiedyś dołożyć się do ich pomników. Jestem zbudowana.

Za chwilę będę dzwoniła do innych znanych ludzi, którzy coś mi dadzą na aukcję, będę śledziła, jak ona przebiega, ile osób jest w naszej grupie na Facebooku i czy coś przybywa na zrzutce. Strach jest rzeczą naturalną, wszyscy się boimy, ale nie pękamy.

Będziemy walczyć, a Wy pomóżcie nam przetrwać. Zapraszam na aukcję

Nasze aukcje znajdziesz tutaj: https://www.facebook.com/groups/koduj24/

Każda transakcja pomoże naszemu portalowi. Dziękujemy tym wszystkim, którzy już nam pomagają. Zaproście do nas swoich znajomych. Do naszej grupy na Facebooku zapraszamy wszystkich, a szczególnie tych, którym zależy na wolnych mediach.

Nie bójmy się!!!

Marian Banaś, pisowski wzorzec

24 Wrz

>>>

Powołany przez posłów PiS prezes Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś jutro wystąpi z wnioskiem do marszałek Sejmu o bezpłatny urlop do czasu dogłębnego wyjaśnienia sprawy przez CBA. O tej decyzji poinformował w TVP Info.

Sprawa ma związek z wyemitowanym w TVN 24 reportażem, z którego wynika, że były minister finansów i nowy szef Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś pominął w oświadczeniu majątkowym istotne informacje. A w kamienicy, której do niedawna był właścicielem, wynajmowano pokoje na godziny.

Centralne Biuro Antykorupcyjne poinformowało, że od kwietnia kontroluje oświadczenia majątkowe obecnego prezesa NIK Mariana Banasia. Dziwnym trafem ta kontrola ma się zakończyć w drugiej połowie października, czyli już po wyborach.

W Internecie pojawiły się pierwsze komentarze, dotyczące decyzji szefa NIK. – „Pan Banaś mówi, że jutro wystąpi do Pani marszałek o urlop bezpłatny, dopóki CBA nie zakończy kontroli, bo takie są standardy w PiS. Pan Banaś mówi, że ta kontrola CBA to potrwa jeszcze pare tygodni i wszystko będzie dobrze. I pan Banaś nie pozwoli, żeby szargać jego dobre imię”; – „Poszedł chyba sygnał z Nowogrodzkiej”; – „Czyli jak będzie niewygodny to na dodatkowym posiedzeniu Sejmu już po wyborach klepną nowego prezesa NIK”.

– „Trzydzieści lat temu poznałem pana z AK, z Kedywu, z którym się zaprzyjaźniłem jeszcze w latach Solidarności, w latach ’80. Ten pan był samotny, zaprzyjaźniliśmy się i w 2007 roku, prawie po 30 latach, w umowie dożywocia przekazał mi starą kamienicę, którą ja wyremontowałem” – tak w TVP Info Marian Banaś opowiadał o tym, jak stał się posiadaczem domu w Krakowie. Według „Superwizjera” TVN, w tejże kamienicy wynajmowane były pokoje na godziny.

Dziennikarze TVN sugerowali, że Banaś wynajął dom osobie, mającej powiązania ze światem przestępczym. – „Widywałem go jedynie jak sprawdzałem stan mojej nieruchomości” – mówił Banaś. Dodał, że miesiąc temu „udało mu się wreszcie sprzedać kamienicę”.

– „Drugi Rydzyk. A żołnierz AK to długo żył po przekazaniu kamienicy czy przekazał wziął i umarł?” – skomentował jeden z internautów. To oczywiście aluzja do opowieści najbardziej znanego polskiego redemptorysty, który miał dostać dwa samochody od bezdomnego pana Stanisława z Warszawy, który krótko potem zmarł („Rydzyk chwali się autami od bezdomnego”).

Większość internautów też miała wątpliwości co do tłumaczeń Banasia: – „Ma 2 domy (200 i 50 m kw.), 3 mieszkania (76, 71 i 40 m kw.), 7 000 m kw. gruntów rolnych. To wszystko też od żołnierzy AK?”;

– „Ja w latach 90 zaś poznałem krakowskiego kataryniarza. Powiedział mi, że jego pradziadem był Krak i że Wawel jest jego. Przekazał mi zamek na łożu śmierci w 2009 r. Także ten… zamykam niedługo muzeum w zamku i się wprowadzam”; – „Panu Banasiowi daty sprawiają jak widać problemy. Nie w 2007, a w 2001 roku spisano umowę dożywocia. I jak tu wierzyć w całą resztę. Jak żyć?”.

Nie milkną echa bulwersującej sprawy: „To funkcjonariusz Straży Marszałkowskiej groził śmiercią Lubnauer”. Głos w sprawie postanowił – niestety – zabrać Marek Kuchciński. – „Chodzą słuchy, że jako marszałek Sejmu zatrudniłem strażnika… 19 lat temu” – napisał na Twitterze.

Przypomnijmy więc, że to na mocy zarządzenia Marka Kuchcińskiego z 22 maja 2018 roku „w sprawie norm oraz warunków dostępu do wyposażenia i uzbrojenia przysługującego funkcjonariuszom Straży Marszałkowskiej” dostali oni prawo „do noszenia broni palnej z wprowadzonym nabojem do komory nabojowej”. Innymi słowy – gotowej do oddania strzału.

– „Strażnik groził śmiercią tej, którą powinien chronić. Naprawdę wspaniały powód do żartów”; – „A pan dał mu pan broń do ręki! Jakim trzeba być prymitywem umysłowym, by w tej sprawie nie widzieć hejtu, groźby karalnej, zagrożenia dla zdrowia i życia posłanki ze strony pracownika Straży Marszałkowskiej(!), kt. (powtórzę) pan uzbroił, a tylko to, kiedy ów był zatrudniony?”; – „Słynął pan z milczenia w stosunku do dziennikarzy spoza mediów PiS-u. Warto, aby również w tej sprawie pan zamilknął” – komentowali internauci.

 „Idealny temat na heheszki – dozbrojony przez exmarszałka globtrotera strażnik wyzywa posłankę i grozi jej śmiercią. Exmarszałek uważa to za zabawne? Odleciał…” – podsumowała Barbara Nowacka.

Dodajmy jeszcze, że zmieniona nawet została treść przysięgi funkcjonariuszy tej służby: „Doczekaliśmy się prywatnej armii. Straż Marszałkowska przysięga wierność PiS”.

 

Cztery tysiące i ani grosza mniej – postanowione. W końcu pan prezes zapowiedział przecież wyraźnie, że już za chwilę Polska będzie krajem dobrobytu.

Już kiedyś zresztą była i to całkiem niedawno, ale potem przyszła „złodziejska transformacja” i owszem – ten i ów doszedł do pieniędzy, uwłaszczając się na przykład na wydawnictwie prasowym wyposażonym z działkę, na której wkrótce powstaną Dwie Wieże. Ale większość dostała po „kuroniówce” i świadectwie udziałowym.

Kiedyś to co innego. Ojczyzna rosła w siłę, awansując na szóstą (czy tam siódmą) potęgę gospodarczą na świecie. Reporterzy nie nadążali za potokami surówki i strumieniami małych Fiatów, zjeżdżających z taśm montażowych wprost pod nowe mieszkania Kowalskich w blokowiskach z wielkiej płyty. No i – zupełnie inaczej niż teraz – wszyscy Polacy zarabiali miliony. Więc teraz rząd, choć może niewiele, bo podnoszenie Polski z ruiny swoje kosztuje, nie będzie przecież skąpił rodakom marnych czterech tysięcy.

Podwyżka ma dotyczyć wyłącznie sektora przedsiębiorstw (pomijając oświatę, służbę zdrowia czy administrację publiczną), co nie kosztuje państwa ani złotówki. Pan prezes rozdaje hojnie kasę wyjętą cichcem z kieszeni przedsiębiorców. Oczywiście – bez pytania ich o zdanie. Po co zresztą miałby pytać skoro – jak sam kiedyś powiedział – jeśli przedsiębiorca nie jest w stanie dostosować się do warunków gospodarczych, to widać nie nadaje się do biznesu. Więc podwyżka płacy minimalnej to przy okazji – zdaje się – nowa wersja zapowiadanego od jakiegoś czasu „testu przedsiębiorcy”.

No, ale nie ma się co rozczulać nad kapitalistą krwiopijcą, skoro o dobro zwykłego człowieka tu chodzi. O ludzi ciężkiej pracy, za niechlubnych rządów liberałów i lewaków sponiewieranych wynagrodzeniem poniżej połowy średniej krajowej tylko dlatego, że nie mają talentu do biznesu ani mgr przed nazwiskiem, nie pobrali kredytów, nie pozakładali start-upów ani nie pokończyli uniwersytetów. A ponieważ za pensję minimalną haruje niemal 20 procent wszystkich pracujących, pochylenie się nad ciężkim losem robotników niewykwalifikowanych i dołożenie im po dwa tysiące daje też nadzieję na szybkie i niebagatelne poszerzenie elektoratu.

Ten patent już świetnie sprawdził się na Śląsku, gdzie pensje górnicze, trzynastki, czternastki i deputaty mają się nieźle, pomimo trwałego deficytu kopalń, bo też nie o jakiś tam węgiel tu chodzi, ale o poszanowanie dla tradycji i szacunek dla człowieka ciężkiej pracy. Natomiast co do węgla, to już od dawna sprowadzamy go w dużych ilościach z całego świata. Ostatnio nawet z Mozambiku. Oczywiście, można by już dawno temu zamknąć nierentowne kopalnie i zainwestować w energię odnawialną, ale co (i zwłaszcza – za ile) robiliby wtedy górnicy? I na kogo – w tej sytuacji – by głosowali?

Nie da się ukryć, że ludzi ciężkiej, znojnej roboty jest w Polsce najwięcej. I że każdy z nich dysponuje kartką wyborczą. W tej sytuacji rachunek jest prosty – w dziedzinie struktury zatrudnienia należy kultywować solidne peerelowskie tradycje. Im więcej machających łopatą za cztery tysiące na miesiąc, tym bliższa wizja kolejnych kadencji partii aktualnie rządzącej!

I niech tak zwana inteligencja, pracująca za nędzne grosze, pomstuje. Niech jęczy mieszczaństwo i płaczą przedsiębiorcy. Niech wreszcie mają za złe robotnicy wykwalifikowani, których pensje nie urosną szybciej niż cała gospodarka. Teraz będą zarabiali niewiele (o ile w ogóle) więcej, niż operatorzy miotły czy łopaty, jak za „dyktatury proletariatu”, którą niektórzy z nas pamiętają zresztą doskonale.

Okazuje się, że uprzywilejowanie „szkół branżowych” w reformie oświaty to nie był przypadek, ale starannie przemyślana strategia. To po prostu fabryki nowego elektoratu pracujące na kolejne kadencje partii aktualnie rządzącej.

Tylko więc patrzeć, a wrócą czasy jak ze starego dowcipu, z jeszcze peerelowskim rodowodem:

Przychodzi baba do lekarza, umyć okno w gabinecie.

Lekarz: – Ile się należy?

Baba: – Trzysta złotych.

Lekarz: – Ile? Ja za wizytę domową z dojazdem do pacjenta biorę 150!

A Baba mu na to: – Też tyle brałam, jak jeszcze byłam lekarzem.

Żenujący Duda, antychrześcijański Kaczyński. Obronić nasz kraj przed nieukami, miernotami i aferzystami na najwyższych stanowiskach

23 Wrz

Podczas wrześniowej konwencji w Lublinie Jarosław Kaczyński stwierdził, że poza Kościołem chrześcijańskim jest tylko wszystko niszczący nihilizm.

O komentarz do słów prezesa został poproszony prymas Polski abp Wojciech Polak, który był gościem konferencji „TworzyMy pokój. Wiara w demokracji – czas wyzwań”, jaka odbyła się w Muzeum Historii Żydów Polski Polin.

Nie jest to absolutnie stanowisko Kościoła katolickiego w Polsce ani w ogóle stanowisko Kościoła katolickiego. Gdyby tak było, to moja obecność tutaj byłaby co najmniej dziwna. Uważam, że to jest wypowiedź, która nie ma nic wspólnego z nauczaniem Kościoła. To może być pogląd, wizja kogoś, kto ją wypowiada” – powiedział prymas Polak.

Śmierć Dawida Kosteckiego >>>

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

Oczywiście przy pomocy kartki wyborczej bronimy Polskę przed rządami pisowców. Na razie jeszcze przy pomocy kartki wyborczej, obawiam się, że jeśli oni wygrają to następna obrona będzie możliwa już tylko na ulicach i w masowych protestach. Bronimy Polskę i Polaków przed umieraniem na SOR-ach, przed brakiem lekarstw, lekarzy, pielęgniarek, szpitali, przed koszmarem w edukacji, zniszczeniem środowiska, mordowaniem zwierząt i ich katowaniem, trującymi fabrykami, piecami, grzejnikami, przed rządami ignorantów, nieuków i idiotów.

Bronimy przed policją polityczną, która aresztuje, przesłuchuje, podsłuchuje i prześladuje ludzi niezgadzających się na pisowską dyktaturę, kłamstwo i obłudę odrażającego reżimu, prokuraturą na usługach polityków, biorącą wspólnie z pisowską policją polityczną i reżimowymi mediami aktywny udział w szkalowaniu i opluwaniu przeciwników „dobrej zmiany”.

Bronimy nasz kraj przed nieukami miernotami i aferzystami na najwyższych stanowiskach, przed systemem, gdzie przeciwnik PiS-u jest niszczony i szkalowany na podstawie kłamliwych zarzutów, a zwolennik jest chroniony wobec „domniemania niewinności” i prawa do obrony, gdzie udokumentowane w mediach przypadki kumoterstwa, nadużywania stanowisk, powiązań ze światem przestępców, sutenerów, łapownictwa, korupcji, wątpliwych oświadczeń majątkowych najwyższych urzędników pisowskiego państwa są w nieskończoność „wyjaśniane” przez pisowskie instytucje.

Nie zgadzamy się na zamianę ministerstw mediów i różnego typu organów pisowskiej władzy w zbiorowe hejtowanie ludzi, których najcięższym przestępstwem jest niepodzielanie pisowskiej ideologii wyznawanej przez miernoty, które dorwały się do rządów.

Walczymy z fałszowaniem historii, tworzeniem kultu fałszywych bohaterów, a niszczeniem bohaterów rzeczywistych walki o Wolną Polskę jak Lech Wałęsa, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek, Władysław Bartoszewski, a także z wprowadzaniem cenzury, polityką kulturalną polegającą na promowaniu pisowskich miernot i wazeliniarzy, finansowaniu propisowskich instytucji, nacjonalistów i religijnych fanatyków, kosztem rozwoju autentycznej twórczości i uniwersalnych wartości.

Nie zgadzamy się na bezmyślną i narażającą Polskę na utratę niepodległości politykę zagraniczną polegającą na niszczeniu naszych relacji z Unią Europejską aż do wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej, z szukaniem sojuszników wśród nacjonalistów i dyktatorskich reżimów, a niszczeniem dobrych relacji z naszymi tradycyjnymi sojusznikami, jakimi są europejskie demokracje, takim przykładem głupiej szkodliwej i bezmyślnej polityki jest między innymi absurdalne żądanie „reparacji wojennych” od Niemiec.

Bronimy Polskę przed wykorzystywaniem Kościoła i religii do politycznych celów pisowskiego reżimu, przed finansowaniem z pieniędzy podatników rozpolitykowanych księży używających religii do walki o władzę i budowania finansowego imperium czego przykładem są między innymi tzw. „dzieła” Tadeusza Rydzyka.

Walczę o to, o co walczę mniej więcej od 50 lat, czyli o niepodległą demokratyczną wolną Polskę, najpierw idąc przez więzienia, areszty śledcze, podziemie, obozy internowanych, uliczne protesty, z reżimem komunistycznym, potem przez 25 lat tę demokrację starałem się zabezpieczyć i umacniać jako parlamentarzysta, ale robiłem to, jak widać nieskutecznie, za słabo, może źle i dziś czasami nawet z tymi samymi, już bardzo nielicznymi ludźmi co dawniej i oczywiście wieloma nowymi niepamiętającymi tamtej niewoli, walczę z pisowską dyktaturą o wolną Polskę.

Propisowski myśliciel p. Nalaskowski napisał w reżimowej gazecie o demonstrantach żądających tolerancji: „nieszczęśnicy, których dopadła tęczowa zaraza, obleśne, grube baby, wędrowni gwałciciele” – to tylko niektóre sformułowania, za co został słusznie zawieszony przez rektora UMK w prawach wykładowcy. Niestety rektor przestraszył się swojej odwagi i w/w przywrócił. Wywołał jednak falę niesłychanej w swej zajadłości reakcji pisowców. Odezwali się też dyżurni pisowcy w liście otwartym:

„W dobie nadzwyczajnej „czujności” i presji rewolucyjnej na reprezentantów konserwatyzmu kulturowego skutecznie chronieni są przed adekwatną reakcją rektorów autorzy brutalnych wypowiedzi „postępowych”, np. profesorowie: Jan Hartman, Magdalena Środa, Stefan Niesiołowski czy dr Leszek Jażdżewski.Takie przejawy nierównego traktowania, a de facto dyskryminacji i represji przywodzą na pamięć przerażające przykłady z epoki minionych totalitaryzmów.”

Jednym słowem p. Nalaskowski przedstawiciel „konserwatyzmu kulturowego” jest prześladowany jak w czasach nazizmu i komunizmu, a chamstwo, które zaprezentował to „protest” (z użyciem środków ekspresji stosownych do rangi problemu). Wywód autorów tego listu jest mętny, a język bełkotliwy, nie warto przytaczać nazwisk, to zawsze prawie te same. Na razie stosują słowne środki „ekspresji” inne myślę będą stosować już inni pisowcy politycy.

Ci, którzy myślą, mową i uczynkiem ostentacyjnie kpią z podstawowych reguł prawa, wiary i obyczajów, którzy najbardziej szkodzą swojej społeczności, najgłośniej dzisiaj domagają się odszukania i ukarania wrogów Polski, Kościoła i Rodziny

Coraz donośniej brzmią głosy ludzi niespokojnych o los polskiego Kościoła. Chodzi im o to, że nasz Kościół został podstępnie napadnięty i ostatnio atakowany jest coraz gwałtowniej, bez najmniejszego powodu. Jednak, kto napadł i kto dąży do zniszczenia katolickiej wspólnoty, dokładnie nie wiadomo. Ogólnie mówi się o potworze Gender i złowrogiej ideologii LGBT, ale tak naprawdę żadnego z tych napastników nie widziano z bliska i nikt z oblężonych nie wie, ani czym są w rzeczywistości, ani jak naprawdę wyglądają. Pewien szeregowy poseł, który oświadczył na konwencji w Pułtusku, że „trzeba bronić polskiej duchowości, moralności i tradycji, a ona jest atakowana, jest atakowany Kościół, w sposób wręcz brutalny”, dojrzał wśród oblegających krwiożercze watahy nihilistów. Okazało się, że gruchnął jak łysy gołąb o parapet , ponieważ po pierwsze nihiliści występują w naszej przyrodzie tak rzadko, że właściwie powinni być już pod ochroną, a po drugie nie zwykli oni walczyć ani z czymś, ani o coś, bo po prostu mają w pompie ogólnie przyjęte normy i wartości.

Kto zatem atakuje Kościół? Kim konkretnie są napastnicy – tak groźni, że do obrony przed nimi wzywany jest cały naród? Oblężeni wskazywali dotąd rozmaitych agresorów, ale szybko wychodziło na jaw, że oni wcale nie walczyli z Kościołem, a jedynie z jego grzechami i grzesznymi przedstawicielami. Intensywne poszukiwania wrogów Kościoła trwają wciąż w prawicowych mediach, ale dotychczas udało się tylko pomówić o agresywne zachowania kilka rodzin, które przyszły do proboszcza dokonać apostazji oraz odnaleźć kilkoro pijanych i paru niezrównoważonych psychicznie, którym było akurat obojętne, gdzie się znajdują i kogo obrażają. Nie zidentyfikowano dotąd nikogo, w miarę trzeźwego i przy zdrowych zmysłach, kto chciałby zniszczyć Kościół lub zmusić rodaków do porzucenia swojej wiary. Dlaczego? Może dlatego, że wrogów Kościoła nie szukano tam, gdzie szukać należało.

Spoglądając na pole walki z Kościołem, dostrzec można niewielką grupę hierarchów nawołujących do obrony atakowanego Kościoła, karny hufiec uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy jednej partii i spory tłumek wzmożonych obrońców wiary – utożsamianej przez nich z polskością, godnością, wolnością i dowolną inną wartością. Wokół tych obrońców wiary zgromadzeni są ludzie, których w żaden sposób nie da się nazwać napastnikami. Można ich natomiast nazwać Kościołem, bo przecież polski Kościół, to nie hierarchowie ani partyjni ochroniarze obowiązkowej wiary, tylko 32 miliony statystycznych wiernych (minus ci, którzy z wygodnictwa lub obawy przed presją środowiska katolikami są tylko formalnie). Prawdziwym Kościołem jest bowiem wspólnota ludzi połączonych kanonami wiary, których starają się przestrzegać według ustalonych reguł i zasad. Kto jest przeciwnikiem tej wspólnoty? Nie od razu ten, kto nie przestrzega obowiązujących nakazów. Żaden Kościół nie składa się z samych świętych i nie wystarczy być grzesznikiem, by stać się wrogiem Kościoła. Groźnym przeciwnikiem jest natomiast ten, kto te kanony burzy, publicznie je kwestionuje, łamie podstawowe zasady i reguły, posługuje się wiarą dla własnych korzyści, traktuje wspólnotę instrumentalnie, oszukuje ją, zwodzi i bałamuci.  Teraz jesteśmy już bliżej prawdziwych wrogów Kościoła. Kto nim jest? Zapewne ten, kto reguły obowiązujące we wspólnocie fałszuje, zawłaszcza, zamienia na swoje, a już z pewnością ten, kto podstawowy nakaz wiary katolickiej zamienia w nienawiść do bliźniego swego. Można w tym miejscu wymienić wiele nazwisk.

Trudno jest kochać politycznego przeciwnika, niełatwo go lubić czy choćby akceptować, ale wystarczy nie obrzucać go kalumniami, hejtem, kłamliwymi obelgami. W polityce pewnie nie da się posługiwać wyłącznie prawdą, ale nieustanne głoszenie fałszywych świadectw przeciw swoim bliźnim jest bez wątpliwości kpiną z prawa bożego, nie wspominając o prawie ziemskim, zawłaszczonym przez obecnie rządzących. Nazywanie kłamstwa prawdą jest wyraźnym aktem wrogim wobec wiary, nakazującej życie w prawdzie. Prawdziwą agresją na Kościół jest jednak nazywanie „dobrą zmianą” demolowania demokracji, praworządności i gospodarki. Budzi to skojarzenia z systemami totalitarnymi, gdzie wszelkie opresje serwowane są narodowi „dla dobra narodu”.  I tu dopisać można kolejne nazwiska wrogów Kościoła.

Dla katolika korzyść własna nie jest celem życia. Dla wroga Kościoła bogiem jest mamona. Żądza zysku jest dla niego motywacją naturalną, usprawiedliwianą argumentem, że pieniądze „po prostu się należą”.  Przekręty ludzi władzy usprawiedliwia bezkarność. PiS coraz swobodniej płynie pod prąd nakazów wiary.  Fałsz nie jest tam grzechem, tylko narzędziem politycznym. Odstępcy głoszą, że wolno mówić fałszywe świadectwo przeciw bliźniemu swemu, jeśli tylko bliźni zagraża narodowym interesom, zdefiniowanym rzecz jasna przez PiS. Mają zatem prawo zastraszać i zmuszać „niewiernych” do przestrzegania reguł nieznanych cywilizowanym społeczeństwom, ośmieszających zdrowy rozsądek i sprzecznych z nakazami wiary katolickiej, którą na zewnątrz wyznawcy nowej religii gorliwie demonstrują.  W tym miejscu wpisać można sporo nazwisk.

Katolik – człowiek ułomny jak każdy, przyznaje się do grzechu, żałuje, postanawia poprawę, naprawia wyrządzoną krzywdę. Wróg Kościoła ukrywa grzechy, grzeszników oraz dokumenty dowodzące grzechu. Człowieka, którego skrzywdził nazywa oszczercą, a wykorzystane seksualnie dzieci wspólnikami w grzechu. Dla przykrycia czynionego przez siebie bezprawia wróg Kościoła gotów jest nawet wymyślić nieistniejące zagrożenia i oskarżyć niewinnych o niepopełnione czyny.  Z łatwością można w tym miejscu dopisać niejedno nazwisko.

Nie po raz pierwszy w historii diabeł ubrał się w ornat i ogonem na mszę dzwoni. Jarosław Kaczyński zawzięcie broni atakowanego przez siebie Kościoła. Dla niego mamy w tym kraju jedynie wybór między Kościołem a nihilizmem – i będzie się przy tym upierał wbrew kategorycznej opinii prymasa Polak, że ”nie jest to absolutnie stanowisko Kościoła katolickiego”. Będzie się też upierał, że „kto spojrzy na historię Polski, wie, że nie ma silnej Polski bez Kościoła”, jakby nie wiedział, że w rzeczywistości Watykan potępiał Konstytucję 3 Maja, powstanie listopadowe, powstanie styczniowe – jak wszystkie inne ruchy, które uważał za radykalne i godzące w europejskie monarchie. Biskupi nie kwestionowali praw Rosji, Prus i Austrii do rządzenia zagrabionymi terenami Polski i zachęcali Polaków do lojalności wobec okupacyjnej władzy, a w kościołach organizowano modły za obcych monarchów… Takie były czasy i taki interes Watykanu. Dziś prezes staje na uszach, żeby zafałszować historię organizacji, którą traktuje jak podporządkowanego sojusznika.  – Kto podnosi rękę na Kościół, chce go zniszczyć, podnosi rękę na Polskę! – grzmi Kaczyński, który powinien w tym miejscu swoją dłoń podnieść w górę.

Wbrew ewangelicznym nakazom separacji ołtarza od tronu, na przekór encyklikom oraz lekce sobie ważąc papieskie wskazania, część hierarchów i szeregowych przedstawicieli Kościoła połączyła się z partią rządzącą nierozerwalnym uściskiem. W kampanii wyborczej widać to gołym okiem. To już nie incydentalne występy proboszczów, mrugających do parafian „sami wiecie, na kogo trzeba głosować”, to już nie są zawoalowane wskazówki biskupów, że „katolik głosuje na katolika” i nie zabawne pląsy niemal całego rządu oraz partyjnej wierchuszki na imieninach najbogatszego biznesmena w Toruniu. Dzisiaj na ogrodzeniach wielu kościołów ostentacyjnie wiszą banery kandydatów PiS. W kościołach rozkładane są ich ulotki. Hołubiony przez część hierarchów o. Rydzyk bez żenady patronuje ogólnopolskiej akcji postów i modłów w intencji zwycięstwa partii Kaczyńskiego. A powołany z rekomendacji PiS do Rady Polityki Pieniężnej prof. Eryk Łon apeluje o wypędzenie z wyższych uczelni ekonomicznych „złego ducha kosmopolityzmu i zwyrodniałego ducha internacjonalizmu”. W katolickich mediach przeciwnicy kandydatów PiS wymieniani są często z nazwiska jako „opętani przez diabła zwolennicy homozwiązków, poliamorii, kazirodztwa i prostytucji”.  Przedstawiciele władz, często rozmodleni na kościelnych imprezach, szczują na przeciwników politycznych słowami: „zaraza”, „komuniści”, „potop szwedzki”, „pedofile”, „onaniści”;  konkurencyjny program nazywają „obłąkańczym” i „zagrożeniem dla demokracji”, a w obronie Kościoła zamierzają „roztrzaskać glinianego idola LGBT”. Takie słowa mówi się dziś już ot tak, prosto w mikrofon, bez kominiarki.

W państwie PiS, które broni atakowanego Kościoła, nienawiść – największy wróg Kościoła – nie musi się już kryć. Wycieka z ekranów telewizorów, wylewa się na ulice, pełznie w narodowych marszach, bełkocze na rządowych wiecach, na partyjnych konwencjach i w sejmowych ławach. Wróg Kościoła może opluwać konkretnych ludzi, albo całe środowiska nazywać „tęczową zarazą”, zyskując poklask innych wrogów Kościoła. Można odnieść wrażenie, że jeszcze trochę, a zapłoną stosy.

***

Ktoś zapyta – dlaczego prawdziwi wrogowie Kościoła tak długo byli anonimowi? Odpowiedź jest prosta dla każdego, kto słyszał o metodzie złodziei krzyczących dla odwrócenia uwagi: „łapać złodzieja!”. Ci, którzy myślą, mową i uczynkiem ostentacyjnie kpią z podstawowych reguł prawa, wiary i obyczajów, którzy najbardziej szkodzą swojej społeczności, najgłośniej dzisiaj domagają się odszukania i ukarania wrogów Polski, Kościoła i Rodziny – trzech filarów opresyjnego państwa PiS. Filarów fałszywie zdefiniowanych przez człowieka, dla którego Polska jest ukradzioną zabawką, Kościół użytecznym wspólnikiem w osiągnięciu i sprawowaniu władzy absolutnej, a rodzina nieznanym tworem, przydatnym do objawiania ludowi wizerunku człowieka z zasadami, władcy przyzwoitego i troszczącego się o poddanych.

Burdel PiS płonie

22 Wrz

Do tych zaskakujących i bulwersujących informacji dotarł Superwizjer, program telewizji TVN. Jeśli okażą się prawdą, w obozie PiS czeka nas nowy skandal obyczajowy.

O co dokładnie chodzi? Lub o kogo? Okazuje się, że były minister finansów i nowy szef Najwyższej Izby Kontroli może być zamieszany w seksaferę.

Polityk-sutener

Jak poinformował widzów Superwizjer TVN, Marian Banaś, dziś stojący na czele NIK ex-szef resortu finansów, czerpie zyski z wynajmowania pokoi w pensjonacie, gdzie organizowane są erotyczne schadzki. Szef NIK jeszcze nie odniósł się do tych zarzutów, ale jak zapewnił m.in. portal money.pl wkrótce to zrobi.

Cały wstrząsający materiał dziennikarzy TVN-u zostanie wyemitowany dzisiaj, czyli w sobotę 21 września. W samej zapowiedzi reportażu można usłyszeć sugestię że Marian Banaś jest ponoć powiązany z gangiem sutenerów, a w pensjonacie spotykają się “niewierni małżonkowie, prostytutki” oraz jest on związany z „szarą strefą seksbiznesu”. Pojawia się tam też stwierdzenie, że Banaś zarabia na wynajmie pokoi na godziny.

Jak na razie NIK, jak i jej prezes, milczą w tej kwestii i nie komentują afery. Oświadczenia mamy spodziewać się jednak w najbliższym czasie. Takie zapewnienie otrzymał portal money.pl od „ważnego pracownika Izby”. Ponoć z jego punktu widzenia, zarzuty Superwizjera wydają się “absurdalne”

Seks-afery w polityce

Seks-afery zniszczyły już karierę niejednemu politykowi. Najsłynniejszym przykładem jest historia z Andrzejem Lepperem, Anetą Krawczyk i innymi posłami Samoobrony.

Pewne kontrowersje dot. seks-taśm pojawiły się w czasie tej kadencji w kontekście marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego. Chodziło ponoć o video, na którym widać polityka uprawiającego seks z ukraińską prostytutką. „Nagranie jest dobrej jakości. Prawdopodobnie zostało sporządzone w agencji na tzw. Zameczku pod Rzeszowem. To znany, oddalony kilkadziesiąt kilometrów od miasta zespół pałacowy, z luksusowymi pokojami. Dziewczyna na nagraniu ma blond włosy, mogła nosić perukę z jasnymi włosami. Wygląda co najwyżej na 15 lat. Kamera została sprytnie umieszczona, zamontowana prawdopodobnie w ścianie – na wysokości łóżka. Z takiej perspektywy jest nagranie. Trwa kilkanaście minut” – mówił wp.pl oficer znający kulisy sprawy.

Seks zatopi PiS?

Czy więc nowa afera zatopi PiS? Zgodnie z nowymi badaniami… nie. Okazuje się, że Polacy przymykają oczy na większe czy mniejsze afery związane z politykami, jeśli tylko ci drudzy hojnie obdarzają ich socjalem. Tak wynika z ostatnich analiz zachowań wyborczych. Smutne, ale czy prawdziwe? To pierwsze – na pewno. Drugie? Przekonamy się 13 października.

Obejrzałem reportaż i mimo późnej pory spieszę z życzliwą radą, bo czasem pierwsza reakcja decyduje o wszystkim, a sprawa wygląda bardziej niż dramatycznie.

Pozornie wynajmowanie pokoi na godziny przez szefa NIK za pośrednictwem gangsterów może wydawać się niestandardowym sposobem zarabiania kasy przez najważniejszego kontrolera w kraju. Poranny przekaz dnia musi być więc spójny.

Prezes NIK prowadzi szacowny przybytek, który jest solą w oku elit. Odpoczywają w nim bowiem robotnicy, którzy zmęczeni budową elektrycznych samochodów i miliona mieszkań muszą przytulić gdzieś swoje głowy, a ponieważ nie stać ich na całą dobę, to odpoczywają na godziny.

Są to wszystko osoby niezwykle pobożne, którym nawet do głowy nie przyjdzie, aby wykorzystać cenny czas na jakieś bezeceństwa. To tylko w głowach liberalnych dziennikarzy takie godzinne pokoje kojarzą się z jakimiś ekscesami. Lustra w pokojach natomiast służą do tego, aby po zasłużonym odpoczynku synowie ludu pracującego mogli właściwie przejrzeć swój strój, czy jest schludny dostatecznie, zanim wrócą do pracy. Natomiast obecność gangsterów w tym szlachetnym pensjonacie ma związek z miłosiernym sercem naszej władzy, która nawet osobiście włącza się proces resocjalizacji bandytów i więźniów (nawet czasem rząd sprawdza zakończenie procesu resocjalizacji na miejscu, jak było to w przypadku wizyty urzędników MS w celi Kosteckiego…). Zresztą ich drobne winy (wymachiwanie nożami, czy bójka z rannym policjantem) miały miejsce, gdy wymiar sprawiedliwości jeszcze nie rozumiał tak jak teraz, że wina jest rzeczą względną i czasem drobne naruszenia prawa (oszustwa, korupcja, bójki, pedofilia, morderstwa) mogą być odpuszczone o ile sprawca wspiera władzę, a nie przeszkadza.

Tak więc wytłumaczenie gotowe, a jutro tylko trzeba ludzi przekonać, że to był atak polityczny.

PS

W „Karierze Nikosia Dyzmy” była scena jak przejechanie kobiety na pasach po pijaku było zbyt słabym hakiem, aby dopuścić sprawcę do urzędu premiera. Ale ta historia na NIK starczyła…

Polska Żegluga Morska potrzebuje nowych promów – i potrzebuje ich już teraz. Dalsze wstrzymywanie inwestycji godzi nie tylko w armatora, ale również w żywotne interesy naszego kraju i jego gospodarki” – napisał komisarz PŻM Paweł Brzezicki w artykule, który ukazał się w Biuletynie Informacyjnym Polskiej Żeglugi Morskiej „Bryza”. Artykuł przeznaczony do tzw. „użytku wewnętrznego” w grupie PŻM, przedstawia kulisy budowy promu w Szczecinie i jednocześnie obnaża całą związaną z tym akcję propagandową PiS.

Nie od dziś wiadomo, że Polska potrzebuje nowych promów we flocie rodzimych armatorów, aby nie stracić rynku na rzecz obcych firm przewozowych. Jeśli by do tego doszło, to straci cała gospodarka żyjąca z eksportu i importu na rynki skandynawskie, bo „cały korytarz transportowy zostanie przesunięty na linię Szwecja – porty niemieckie”.

Komisarz Polskiej Żeglugi Morskiej, Paweł Brzezicki, który jednocześnie kieruje, będącym pod kontrolą skarbu państwa, Funduszem Rozwoju Spółek, przedstawił kuriozalne wręcz działania rządu opóźniające słynną już budowę promu dla polskiego armatora.

W opinii Brzezickiego jesteśmy już co najmniej trzy lata do tyłu ze względu na bardzo pracochłonny projekt, którego koncepcje wciąż ulegają zmianom. Brzezicki wylicza także bardzo szczegółowo koszt budowy promu.

Według niego to wydatek rzędu 700 milionów złotych, jednak cały mechanizm finansowania to wielokrotność tej kwoty. „Pierwsze 700 mln to koszty stoczni (materiały, robocizna itd.). Drugie 700 mln zł potrzebne jest do tego, by stocznia przedstawiła armatorowi gwarancje zwrotu zaliczek w przypadku niepowodzenia całego przedsięwzięcia. Trzecie 700 mln zł musi mieć armator. Oczywiście, kiedy budowa kończy się powodzeniem, w grze pozostaje tylko to ostatnie 700 mln zł.” – pisze Brzezicki, informując przy tym, że Fudusz Rozwoju Spółek dysponuje w chwili obecnej kwotą 200 milionów zł.

Interesujące jest to, że jak informuje Brzezicki, armator nie musiałby czekać na wsparcie państwa, bo „do PŻM ustawia się cała kolejka stoczni zagranicznych, żeby to właśnie u nich zbudować ro-paxa i oferując przy tym finansowanie na poziomie 80 proc. wartości projektu.” Dlaczego więc nie skorzystać z takiej oferty? W opinii Pawła Brzezickiego winę ponosi obecny rząd, który za wszelką cenę chce zbudować prom pod kontrolą państwowych instytucji.

Mamy więc do czynienia z kuriozalną sytuacją: z jednej strony odmawia się armatorowi samodzielnego prawa decydowania o własnych inwestycjach i wyboru stoczni, która wspomnianego ro-paxa mogłaby zrobić najszybciej i najtaniej, z drugiej zaś strony instytucje wybrane do realizowania tego projektu – choć mają wysokie mniemanie o sobie – tak naprawdę są zbyt słabe, by budować statki. Są słabe po wielokroć: mają zbyt mało pieniędzy, a pracujący tam trzydziestolatkowie mają zbyt mało wiedzy na temat budowy statków i generalnie shippingu, wreszcie – i to chyba jest najgorsze – mają zbyt mało wiary, że budowa takiego statku w Szczecinie w ogóle jest możliwa” – ostro podsumowuje sytuację Brzezicki, dla którego budowa promu w Szczecinie powinna wykraczać poza partyjne rozgrywki, bo sprawa dotyczy ważnej sfery polskiej gospodarki.

czyli jak pan Prezes zdemaskował wewnętrzną ohydę Donalda Tuska i odkrył kalkulator.

– Nawet nie wiedziałem, że są takie urządzenia, które pokazują, co człowiek ma w środku – powiedział pan Prezes, z wysokości drabinki omiatając wzrokiem partyjnych towarzyszy zgromadzonych w jego gabinecie.

Świdrujące spojrzenie jego mądrych oczu przeszyło ich na wylot. Nieomal fizycznie czuli wewnętrzne mrowienie, gdy jego źrenice kierowały się w ich stronę. Wiedzieli, że nic się przed nim nie ukryje. Pan Prezes docierał do najgłębszych zakamarków ich wnętrza, znał ich najtajniejsze myśli, egzystencjalne rozterki, a nawet sercowe sekrety.

Marek Suski wypiął pierś i wysunął się do przodu. Od stóp do głów wypełniała go bezgraniczna miłość do pana Prezesa i bardzo chciał, by ukochany przywódca to zauważył.

– Proszę się nie rozpychać – powiedział zirytowany Marek Kuchciński. On też był przepełniony podobnymi uczuciami i nie lubił, gdy inni go zasłaniali.

Jedynie Zbigniew Ziobro starał się trzymać z tyłu i jeszcze zasłaniał się teczką. Zawsze tak robił i to było źródłem licznych komentarzy i plotek w partyjnych szeregach. „Co się pan tak kryje i zasłania? – pytali go koledzy. – Chce pan coś ukryć przez panem Prezesem?”.

– Ależ skąd! – odpowiadał Ziobro ze śmiechem, lekceważąco machając ręką. – Po prostu wrodzona skromność nie pozwala mi afiszować się miłością do pana Prezesa. Szczere uczucie nie potrzebuje rozgłosu.

Tymczasem świdrujące spojrzenie pana Prezesa zatrzymało się na Mateuszu Morawieckim, który od czasu wyprodukowania miliona elektrycznych samochodów cieszył się w partii opinią eksperta od nowoczesnych technologii. Koledzy często przychodzili do niego, by zasięgnąć rady w kwestiach technicznych. Prosili go o pomoc w różnych trudnych kwestiach: jak użyć maszynki do mięsa, jak ściągnąć z internetu przebój Zenona Martyniuka, czym skleić kadłub lodołamacza itp.

– Czy takie urządzenia, które pokazują, co człowiek ma w środku, są duże? – zapytał pan Prezes.

– Różnie – odparł Morawiecki. – Niektóre całkiem spore, a inne mniejsze.

– A czy jakaś fabryka mogłaby zrobić takie całkiem małe, które można by nosić schowane w kieszeni jak dyktafon? – dopytywał pan Prezes.

– No nie wiem… – zawahał się Morawiecki. – Nie zastanawiałem się nad tym. Pewnie by się dało.

– Wspaniale! – wyraźnie ucieszył się pan Prezes. – I można by np. nagrać i pokazać narodowi wnętrze Tuska?

Zgromadzeni wyraźnie się ożywili. Teraz do nich dotarło, do czego zmierza pan Prezes. Oczyma wyobraźni ujrzeli Polskę oklejoną od morza do Tatr plakatami ukazującymi wewnętrzną ohydę Donalda Tuska.

– Tylko tu mógłby być problem z RODO – powiedział Jarosław Gowin, który jak na inteligenta przystało, zawsze dzielił włos na czworo i miał pełno obiekcji. – Chyba nie wolno pokazywać, co człowiek ma w środku, bez zgody samego zainteresowanego.

– Ale wcale nie musimy tego pokazywać oficjalnie – powiedział Ziobro. – Mała Emi wrzuci to na Instagrama i Twittera.

– Hurra! Wspaniale! – zgromadzeni zaczęli wiwatować. W uniesieniu chwycili się za ręce, utworzyli koło i odtańczyli taniec zwycięstwa. To już jest ostateczny koniec Platformy! Pokażemy narodowi jej wewnętrzną obrzydliwość, całą tę zgniliznę, moralną gangrenę toczącą jej przywódców.

– A ile będzie kosztować taka kampania? – zapytał minister finansów i wyjął kalkulator.

– Niedrogo – uspokoił go Ziobro. – Parę honorariów autorskich, trochę premii kwartalnych, plus oczywiście koszt wyprodukowania urządzeń. Ale na pewno zmieści się pan w budżecie.

Minister zaczął stukać w klawisze.

– A co to takiego? – zainteresował się pan Prezes. Jego chłonny umysł zawsze był spragniony nowinek.

– To? Kalkulator do liczenia – odparł minister finansów.

– Coś takiego! – zdumiał się pan Prezes. – Nawet nie wiedziałem, że są takie urządzenia, które same liczą.

– Nie jest to absolutnie stanowisko Kościoła katolickiego w Polsce, ani w ogóle stanowisko Kościoła katolickiego – tak słowa Jarosława Kaczyńskiego skomentował prymas Wojciech Polak.

Komentarz dotyczył słów prezesa PiS, które padły podczas konwencji partii rządzącej w Lublinie.

– Chrześcijaństwo jest częścią naszej tożsamości narodowej. Kościół był, jest dzierżycielem jedynego powszechnego systemu wartości. Poza nim mamy tylko nihilizm – mówił wówczas Kaczyński.

Prymas Wojciech Polak brał udział w konferencji „Tworzymy pokój. Wiara w demokracji – czas wyzwań”, która odbyła się w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN.

Pytanie o to, czy słowa Kaczyńskiego są tożsame z oficjalnym stanowiskiem Kościoła katolickiego w Polsce zadał sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku prof. Mirosław Wyrzykowski.

Sędzia dodał, że Kaczyński mówił o nihilizmie poza Kościołem na początku września, a nikt z kościelnych hierarchów się do tej wypowiedzi nie odniósł.

– Absolutnie to nie jest wizja Kościoła, która jest związana z Kościołem katolickim. Mogą być to poglądy, co do poglądów nie będę dyskutował z takimi czy innymi osobami, natomiast co do wizji na pewno nie. Nie mam żadnych wątpliwości – powiedział prymas.

Dodał też, że opinia Kaczyńskiego nie jest stanowiskiem Kościoła, bo gdyby tak było, jego obecność jako prymasa na konferencji w Muzeum POLIN  „byłaby co najmniej dziwna”.

Gówniane państwo PiS i Kaczyńskiego

21 Wrz

Bardzo często gołym okiem widać, że PiS prowadzi podwójną grę. Ona jest dosyć prosta i zrozumiała, ale nie dla wyznawcy PiS i odbiorcy telewizji Kurskiego. Wszak nie przypadkowo Kurski zauważył, że ciemny lud to kupi: no i regularnie prezes sprzedaje, a lud kupuje.

Przykładów wciskania kitu jest moc. Przez cztery ostatnie lata politycy PiS podgrzewali temat reparacji wojennych, jakie obiecali Polakom otrzymać od Berlina. Ostatnio ze wzmożoną siłą i Morawiecki i Kaczyński wykorzystywali niezabliźnione rany po II wojnie światowej, by zaprezentować się Polakom jako obrońcy narodowych interesów. Tymczasem w rzeczywistości nic w tych sprawach nie zrobili. Ale się do tego nie przyznawali.

Aż tu jeden funkcjonariusz Jacek Sasin coś przebąknął, jakby miał zadanie przygotować lud, że te reparacje wojenne od Niemców to był tylko żart.

Taki wniosek można wysnuć po lekturze wywiadu Sasina dla Rzeczpospolitej. Polityk pytany jak wyglądają rozmowy ze stroną niemiecką o reparacjach mówi wprost – „Formalnie takich rozmów w tej chwili nie ma. (…) Podnosimy ten temat w sferze publicznej, ale nie jest to temat, który funkcjonuje w oficjalnym obiegu relacji polsko-niemieckich” – opisuje stan gry na dzień 20 września 2019 roku.

Czyli wystąpienia Morawieckiego i Kaczyńskiego to świadomy blef stworzony na krajowe podwórko?

Niestety tak, dzisiaj wiemy, że rząd nie wysłał nawet żadnego oficjalnego pisma do Berlina, ani nie poruszano tej sprawy podczas licznych spotkań ze stroną niemiecką. Chociaż, dwa tygodnie temu pojawiły się w prasie przecieki, że Warszawa może oczekiwać od rządu niemieckiego w ramach odszkodowań budowy sieci szpitali, metra lub domów opieki nad seniorami, to niestety jest pewne, że Angela Merkel nic na ten temat nie wie.

Tymczasem podwójna gra toczy się dalej. Po latach opowiadania historyjek o potrzebie osłabienia wpływów niemieckich w UE, PiS te wpływy wzmocnił. Dziś, mimo głoszenia propagandowych historyjek, widać, że ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego wchodzi w jakieś personalne układziki ze stroną niemiecką, a poparcie Ursuli von der Leyen na przewodniczącą Komisji Europejskiej jest tego namacalnym przykładem. Jednak do suwerena nie docierają te informacje. PiS bardzo zgrabnie akceptację dla von der Leyen przykrył Fransem Timmermansem.

Ciemnemu ludowi można wcisnąć wszystko, a opowiadanie bajek i mitów to specjalność partii rządzącej.

Pogram Koalicji Obywatelskiej – tutaj >>>

Andrzej i Agata Dudowie postanowili posprzątać las. Zaopatrzyli się w czarne worki, założyli rękawiczki i ruszyli… w otoczeniu gromady ochroniarzy szukać śmieci. Nie zapomnieli zawiadomić mediów, żeby uwieczniły te „heroiczne” wyczyny.

Na swoim profilu na Twitterze też się pochwalił: – „W ramach „Sprzątania Świata”, wraz z Leśnikami, Harcerzami, Uczniami, Studentami i Żołnierzami „SprzątaMY” śmieci w lasach Nadleśnictwa Ostrów Mazowiecka. Zachęcam Was wszystkich do spaceru przez las z workiem na śmieci. Niech po waszym spacerze las będzie piękniejszy” – napisał Duda.

– „Kilkadziesiąt ludzi, a tylko 2 osoby sprzątają. Wszyscy samochodami tam przyjechali… Czyli spaliny. Wszystko tylko dla paru zdjęć. Więcej szkody niż zysku. Ciekawe, czy śmieci zostały podrzucone, aby było co sprzątać…”; – „Żenująca pokazówka”; – „Te śmieci wyglądają jakby ktoś celowo podrzucił. W środku lasu rzadko śmieci są… Jak leżą to przy drogach…”; – „Swoją drogą, to jest tak głupie. Andrzej i Agatka ładują po lesie z workami, a obok gromada ochroniarzy pilnuje sprzątających. Zapewne jakiegoś dorodnego promocyjnego śmiecia przyniesiono, żeby go wrzucić przed kamerę”.

Komentarze dotyczyły także wycinania drzew w Puszczy Białowieskiej za czasów ministra Jana Szyszki. – „To ciekawe. Do tej pory PiS rozwiązywał ten problem wycinając las”; – „O, pan prezydent łaskawie sprząta to, czego PiS (jeszcze) nie wycięło? Urocze…”; – „Panie prezydencie, szkoda, że nie pojechał Pan do Białowieży, kiedy szaleńcy z PiSu Puszczę masakrowali. Bieganie po lesie z ochroniarzami i uśmiechanie się do kamery jest żenujące”.  

– „W czarnym worku na śmieci, z którym chodzi po lesie Andrzej Duda, powinny wylądować wszystkie podpisane przez niego nielegalne ustawy” – podsumował Tomasz Lis z „Newsweeka”.

Budżet Polski to nie worek bez dna – za obietnice wyborcze partii rządzącej zapłacimy wszyscy.

Odnoszę wrażenie, że ta kampania wyborcza przejdzie do historii jako symbol szczytowego populizmu. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by społeczeństwo było tak ładowane obietnicami, tak łudzone dobrobytem i potęgą jak właśnie teraz.

No to popatrzmy, czym karmi nas PiS, wierząc, że już jesteśmy kupieni. Kontynuacja 500 Plus na każde dziecko, PIT 37 – 0% do 26 roku życia, Trzynastka dla seniorów, obniżka PIT-u z 18 do 17%, przywrócenie połączeń autobusowych, program 300 Plus jako wsparcie dla uczących się do 24 roku życia, podwyżka pensji minimalnej do 2600 zł w styczniu 2020, do 3 tys. zł  i do 4 tys. zł na koniec 2023 roku, dwie Trzynastki w 2021 roku, zniesienie immunitetu sędziów, prokuratorów i posłów, wzrost poziomu życia, 19 tys. nowych punktów z bezpłatnym WiFi, wprowadzenie ustawy o zawodzie dziennikarza, która ugotuje tych niepokornych, karty pracy dla aktorów, kontynuacja Mieszkania Plus i na Start, dopłaty do hektara dla rolników, stworzenie funduszu modernizacji placówek służby zdrowia, fundusz inwestycji w obwodnice, fundusz inwestycji w edukację. Do tego w pakiecie prezes dorzuca jeszcze walkę o wolność Polski, obronę wolności słowa i wolności mediów.

Trzeba przyznać, że tym sposobem PiS postawił partie opozycyjne pod ścianą. Teraz i one ścigają się w licytacji, kto da więcej, kto lepiej zaspokoi obywateli i tak zrobiły nam się niezłe igrzyska. Naród tylko przeciera oczy z niedowierzaniem i tupiąc niecierpliwie nóżkami oczekuje na dalsze propozycje, bo to, co już zapowiedziane, to wciąż mało, mało, mało…

Mnie marzyłaby się jeszcze dopłata do wyjazdów wakacyjnych dla seniorów, usługi domowe lekarzy w przypadku, gdy nie chce mi się iść do przychodni, bo np. boli mnie noga lub po prostu leniwa jestem. Darmowe leki wspomagające chęć rzucenia palenia, dofinansowanie tzw. zakupów eko, ze 4 przejazdy taksówką w miesiącu na koszt państwa, opłacenie kursów dla rodziców, którzy chcą wychować potomstwo na wartościach chrześcijańskich, ale ich za dobrze nie znają, miesięczne utrzymanie finansowe osobistego doradcy prawnego  nawet, gdy jest on tylko w stanie gotowości, leki na telefon, talony na ciuchy dobrych firm, kasa na kieszonkowe dla dzieciaczków. Nie zapominam też o ulgach i formach finansowego dopieszczenia tych, którzy do tej pory nic od państwa nie dostają, a przecież zasuwają jak mrówki i swoimi podatkami finansują realizowane już obietnice PiS. Czy i oni nie powinni załapać się na jakieś ulgi mieszkaniowe, korzystne kredyty itp.? Są młodzi, mają po 30 lat i nieco więcej i im też się coś należy, prawda?

Ech, mogłabym tak jeszcze długo i dużo, bo nie odbiegam od statystycznego Polaka i ułańska fantazja ma się we mnie świetnie. Jednak, mimo że zawsze warto się pośmiać, podejdźmy jednak do sprawy poważnie. Problemem bowiem nie są obietnice same w sobie, ale odpowiedź na pytanie, skąd wziąć na to wszystko kasę. Skąd, jeśli ponoć to rozdawnictwo nie będzie skutkowało podwyższeniem podatków, opłat za rachunki, pogorszeniem jakości życia? No właśnie, odpowiedź nasuwa się sama.

Budżet Polski to nie worek bez dna. Nie da się tylko rozdawać kasy, trzeba ją też umiejętnie gromadzić, a część oszczędzać na czasy, gdyby rąbnęła nas jakaś duża katastrofa czy kryzys gospodarczy. Tylko ktoś bardzo naiwny, nie mający podstawowej wiedzy, może uwierzyć, że pieniędzy na wszystko wystarczy i my jako naród nawet nie odczujemy, że one tak sobie lekką ręką są rozdawane. Tylko naiwny uwierzy, że wystarczy ściągać to, co się fiskusowi i tak należy i będzie super. Nic bardziej mylnego.

Popatrzmy, złożone przez PiS obietnice to koszt ok. 40 mld zł, a te wyliczenia nie obejmują tych, co to dopiero się pojawiły w ostatnim miesiącu. Wiele z nich nie znalazło się w projekcie budżetu na 2020 rok. PiS liczy, że wystarczy kasa z uszczelnionego systemu podatkowego, dobra koniunktura gospodarcza, wzrost inwestycji, zachęta do rozwoju przedsiębiorstw i będzie dobrze. Nie jestem ekonomistą, nie znam się na tym, ale prowadząc od lat gospodarstwo domowe wiem, że to jak liczenie gruszek na wierzbie. Wiem, że nie można rozdysponować pieniędzy na różne cele opierając się tylko na tym, że coś mi skapnie, więc się uda. Podobnie jest i w przypadku budżetu państwa. Liczyć na to, co spłynie ewentualnie do kasy to pewien rodzaj naiwności.

Wszystko więc wskazuje na to, że takie gadanie, iż PiS nam da, jednocześnie nie odbierając, to wielki pic. Już dzisiaj dowala nam drożyzna w sklepach, przedsiębiorcy ledwo dyszą, krążą plotki o podwyżce opłat za prąd, co pociągnie za sobą kolejne podwyżki. Mówi się o większej akcyzie za papierosy, obłożenie większym podatkiem cukru i napojów słodzących, niby to w trosce o zdrowe społeczeństwo, ale pewna jestem, że chodzi tu o wyciągnięcie z nas większej kasy. Wprowadza nowe rozwiązania emerytalne w postaci PPK, ale wiedząc, że PiS posiada niezwykłą lekkość w dostosowywaniu istniejącego prawa do potrzeby chwili, czy możemy ufać, że nagle jakąś nocą wypracowaną ustawą nie zmieni zasad i nie położy łapy na naszych pieniądzach? Słyszymy o zniesieniu limitu 30-krotności składek na ZUS i jestem przekonana, że to nie koniec.

Nie dajmy się nabrać. Obietnice obietnicami, ale nieźle za nie zapłacimy. Wszyscy.