Ksiądz pedofil, Kuchciński, bezprawie PiS

30 Lip

Katarzyna założyła profil na Facebooku i opisuje jak krzywdził ją Roman B. Do niedawna był jeszcze księdzem. Wystąpił ze stanu kapłańskiego po tym jak sprawa została nagłośniona przez media. Jako pierwsza historię ujawniła Justyna Kopińska w Dużym Formacie.

„Jest tu sama prawda, nawet jeśli przytłaczająca i męcząca, ale tak wygląda ta prawda. Tak wygląda moje życie. Przykro mi” – pisze Katarzyna. W kolejnych postach opowiada o tym jak przez dwa lata była więziona przez księdza Romana B.

Był bardzo agresywny. Ciagle zły. Nie podobało mu się wszystko, to jak siedzę, stoję, gdzie patrze. Wiecznie uważał, że go nie słucham. Kiedy przebywał w mieszkaniu ze mną na Rugiańskiej, nie wiedziałam, jak mam siedzieć, gdzie mam siedzieć, co mam ze sobą robić, żeby tylko nie był zły. Denerwowałam go sobą. Potrafił siedzieć na fotelu i czytać jakiś modlitewnik, po czym nagle potrafił podnieść głowę do góry i zaczynał na mnie krzyczeć, że mam się wynosić i to już, do drugiego pokoju, że mam zejść mu z oczu. Wstawałam i szłam bez słowa.

W tym mieszkaniu były dwa pokoje. Większy i mały, w którym on mieszkał jak był dzieckiem. Jego mama mieszkała w tym większym w którym ja przebywałam. W dużym pokoju było łóżko, szklany stół, fotel i meblościanka. Ogromnie długie, grube zasłony. Kazał mi je w większości mieć zasłonięte. 
Mała łazienka z wanną. Nienawidziłam się w niej kąpać zwłaszcza, kiedy był w tym mieszkaniu, bo zawsze siadał w łazience obok wanny i patrzył, jak się kąpie, czasami kazał mi powtarzać jedną czynność wiele razy i mówił mi, ile mogę nalać wody, z reguły mogłam tylko po kostki, żeby nie było dużych rachunków. Szybko robiło mi się zimno. Siedząc tak gadał różne głupoty. Któregoś razu dał mi maszynkę do golenia i powiedział, że mam go ogolić, tylko tak, żeby go nigdzie nie skaleczyć, pamiętam, że nie chciałam i tak się bałam, że ręce trzęsły mi się tak, że nie mogłam tej maszynki utrzymać. Nie potrafiłam zrobić tego tak, ja chciał ale też go nie skaleczyłam, na moje szczęście, bo zapewne bym dostała lanie.

Po takiej kąpieli mnie wycierał ręcznikiem i zaprowadzał do pokoju. Jeśli nie kąpał się tego dnia ze mną to szedł po mnie się kąpać i tak też było tego dnia. Podał leki i kazał się położyć do łóżka. Oprócz sutanny miał tylko kilka rzeczy. Bardzo mało. Praktycznie zawsze chodził w tym samym. Nigdy nie zapomnę niebieskiego polara. Miał go na sobie nawet w trakcie procesu Sądowego karnego, kiedy go przywozili z więzienia. Był obleśny. ohydny. Miał ohydny zapach potu. Nigdy też nie zapomnę jego ohydnych krótkich włosów i skóry, która mu się zawsze na tej głowie łuszczyła i używał do mycia głowy szamponu dla dzieci. Kiedy wrócił tego wieczoru z łazienki powiedział że chce mnie nasmarować całą oliwką i też to zrobił, robił to bardzo często. Tak samo często gwałcił mnie różnymi przedmiotami.

Noc była koszmarna ale nie chcę opisywać szczegółów, są zbyt drastyczne. Następnego dnia jak zwykle pojechał do Stargardu na msze a miał przynajmniej jedną dziennie do odprawienia albo w zależności od dnia miał zajęcia w szkole, w której uczył. W Katolickim Liceum . Ja idąc do łazienki zobaczyłam u siebie ja zwykle jakiegoś siniaka czy zadrapanie. Najbardziej nienawidziłam tych na twarzy. Kiedy zauważyłam, że takie mam to z reguły przez kilka dni nie spoglądałam w lusterko. Bałam się tego widoku. Kiedy mówiłam mu, że mam siniaka albo że coś mnie boli to mówił, że mogłam się nie bronić, tylko one pojawiały się również wtedy, kiedy się nie broniłam.

Pamiętam, jak złamał mi rękę i wróciliśmy do domu. Miałam wtedy założony gips, ta ręka tak potwornie bolała więc płakałam z bólu a on mówił, że mam nie przesadzać, że szybko się zagoi. Tak naprawdę on się cieszył, bo wiedział, że będę od niego zależna. Że ciężko będzie mi w pierwszych dniach cokolwiek samej zrobić, że będę musiała go o coś prosić a on to lubił, kiedy go prosiłam, i miał rację, nawet ubrać było mi się cieżko, więc prosiłam go o pomoc. Na tym gipsie napisał mi napis Markerem „ Bóg jest dobry”. Chce mi się rzygać jak sobie o tym przypomnę. I wiecznie włączał piosenkę -„ Mateo- przyjaciela mam”. Aż się teraz popłakałam jak sobie przypomniałam, ile razy kazał mi słuchać tej piosenki i jak często wtedy myślałam sobie, że nienawidzę Pana Boga za to co mi robi jego wysłannik, że ten cały jego Bóg nie istnieje, bo gdyby był to by mi się coś takiego nie stało. Jak było mi wtedy źle. To potwornie boli kiedy wracam myślami do tamtego czasu, kiedy leżałam na tym łóżku całe dnie z tym gipsem. Byłam taka mała, chuda, wystraszona, obolała, sama. Każda godzina trwała tam wieczność.

Często sobie zadaje pytanie, jak ja to wszystko przeżyłam?

Jest 23.00, słyszę jak idzie po klatce i przekręca się klucz w drzwiach. Kładzie na przedpokoju sutannę, ściąga koloratkę, przychodzi do pokoju i pyta: śpisz? (…) Przyszedł, położył się obok i gwałcił mnie kilka godzin z przerwami… Nie byłam w stanie się bronić, moje szarpanie, kopanie nic nie dawało a jedynie się wściekał i był jeszcze brutalniejszy. Ważyłam ok. 40 kg, a on ważył ponad 100 kg, miał 196 cm wzrostu, ja byłam małą dziewczynką. Rano wstał, ubrał się i pojechał na mszę którą miał na 6.00, zamknął drzwi…” – opowiada Katarzyna i dodaje: „Piszę o tym pierwszy raz w życiu publicznie i jest to dla mnie bardzo trudne”.

Kobieta pisze, że takich dni i nocy było wiele. Ksiądz gwałcił ją wielokrotnie, także różnymi przedmiotami. Zdarzało się, że ją głodził przez kilka dni nie przywożąc jedzenia. Powykręcał klamki z okien, by nie mogła wezwać pomocy.

Zmusił do aborcji

„Kiedy usiadłam, zaczął mnie wszędzie dotykać i powiedział: ‚Mała, przytyłaś ostatnio i wymiotujesz. Tylko nie mów, że jesteś w ciąży? Jeśli jesteś to albo usuniesz albo cię wywiozę za granicę’. (…) Potem zabrał do znajomej ginekolog. Weszliśmy do gabinetu, pani doktor kazała mi usiąść na fotelu, on stał obok. Podała mi jakiś lek i pamiętam dopiero moment jak obudziłam się na plebanii w Stargardzie, on siedział wtedy przy komputerze i coś pisał, a mnie tak bardzo bolało całe podbrzusze, miałam spodnie brudne od krwi. Zaczęłam płakać i mówiłam mu, że bardzo boli, że nie mogę wstać. Powiedział, że dostałam leki przeciwbólowe i ból minie. Długo później krwawiłam. Następnego dnia po aborcji dalej mnie gwałcił” – pisze Katarzyna.

I dodaje: „Nie pozwolił mi nawet odpocząć, nie pozwolił, żeby rany się zagoiły. To był taki ból, że myślałam, że umieram i chyba nawet chciałam umrzeć. To był moment w którym marzyłam, żeby mnie zamordował. Żebym nie musiała już cierpieć”.

Trauma na zawsze

Od tamtych dramatycznych wydarzeń minęło kilka lat. Katarzyna jest już dorosłą osobą, ale do tej pory walczy z traumą. Pomaga jej blog, którego niedawno zaczęła pisać: „Zabił mnie za życia, a dostał tak niski wyrok. Ktoś za wyłudzenie od kogoś pieniędzy albo kradzież czy cokolwiek innego dostaje więcej lat więzienia” .

„Nienawidzę siebie i swojego ciała. Nie mogę na siebie patrzeć. Jestem nikim. Czuję się nikim. Zabił we mnie wszystko: dzieciństwo, pasje, marzenia, uśmiech, duszę, sens życia, życie. Zabił mnie za życia. Ja nie żyję. Ja wegetuję. Cierpię” – dzieli się swoimi emocjami kobieta. Przyznaje, że blog pokazał jej, iż nie jestem sama i otrzymuje dużo wsparcia od czytelników. Nadal ma jednak momenty załamania: „Staliście się dla mnie bardzo ważni i to dzięki temu blogowi i wam miałam motywację, żeby w ogóle wstać z łóżka. A spędziłam w nim większość życia. Pojawiło się jakiś sens, jakieś światło… Jednak nie dałam sobie rady. Przepraszam”.

Milion za krzywdy

17 września Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy wyrok niższej instancji, zgodnie z którym Towarzystwo Chrystusowe, do którego należał były już ksiądz Roman B., ma zapłacić milion złotych odszkodowania. Sąd przyznał także Katarzynie, która była gwałcona przez duchownego, dożywotnią rentę.

W 2008 r. ksiądz Roman B. wykorzystał trudną sytuację rodzinną pokrzywdzonej i namówił ją do opuszczenia rodzinnego domu. 13-letnia wówczas Katarzyna zamieszkała w internacie w innym mieście. Wtedy rozpoczął się jej dramat.

– To nie była szkoła z internatem, tylko puste mieszkanie jego matki – opowiadała dziewczyna. – (…) Był silny, ważył sto kilogramów. Krzyczałam, błagałam, by przestał. (…) Zaczął zmuszać mnie do brania leków. (…) Byłam otępiała, senna. (…) W kolejnych dniach zaczął mnie bić, poniżać, groził, że mnie zabije. (…) Często zabierał mnie na plebanię w Stargardzie. Jedliśmy obiad z księżmi, a potem brał mnie do swojego pokoju. (…) Księża się nie dziwili, że śpię u niego – mówiła podczas procesu.

Duchowny został prawomocnie skazany na cztery lata więzienia i otrzymał czteroletni zakaz wykonywania zawodów związanych z nauczaniem dzieci. Po wyjściu z więzienia ksiądz Roman trafił do domu księży emerytów prowadzonego przez Towarzystwo Chrystusowe w Puszczykowie. Od niedawna nie jest księdzem.

Jeśli prawdą są informacje, że z rządowych przelotów przysługujących wyłącznie czterem najważniejszym osobom w państwie korzystały same dzieci marszałka, sprawę powinny badać nie media, ale prokuratura.

Status lotów HEAD nadaje się lotom z prezydentem RP, marszałkiem Sejmu, marszałkiem Senatu i premierem. Nie mogą być to członkowie rodzin najważniejszych osób w państwie, chyba że towarzyszą VIP-owi w oficjalnej delegacji w której zaproszona jest np. małżonka marszałka czy premiera. 23 loty od stycznia do czerwca tego roku na linii Rzeszów-Warszawa oczywiście takimi delegacjami nie są, choć Kancelaria Sejmu usilnie stara się do tego nas przekonać.

Sprawa jest znacznie poważniejsza i nie dotyczy tylko ordynarnego nadużywania władzy przez marszałka, ale szeregu osób, które naginały prawo by spełnić jego życzenie lub rozkaz. Głowa samego marszałka, o której tak dużo mówi opozycja, nie wystarczy.

O tym że z wojskowego Gulfstreama G550 na lotnisku w rzeszowskiej Jesionce wysiadały czasem same dzieci marszałka mówią dziennikarzom oburzeni pracownicy, którzy obsługiwali te loty. Jeśli to prawda nie mówimy już o aferze wizerunkowej, ale o przestępstwie, za które grozi nawet osiem lat więzienia. Rodzinne loty o statusie lotów specjalnych nie mieszczą się w żadnych kanonach, a kwestia wysokich kosztów są najmniejszym z problemów.

Prokuratura powinna zbadać kto komu wydawał takie polecenia i czy fałszowano dokumenty wpisując lot HEAD marszałka Sejmu, z którego korzystała wyłącznie córka, 19-letni synowie czy żona? Dlaczego realizowano taki lot, łamiąc prawo i procedury? 15 tys. zł za 23 loty na linii Rzeszów-Warszawa według stawek PLL LOT mogą nie wystarczyć. 

Prokuratura powinna wezwać na świadków pracowników lotnisk, ochronę SOP, szefa tej formacji, dyrektora lotów wojskowych przy MON i zapytać jak zlecano taki lot, kto o tym decydował i kto był na pokładzie. Ważne byśmy się także dowiedzieli od kiedy rodzina Kuchcińskiego korzysta z takich przywilejów i czy 23 loty na tej linii nie były elementem większej całości.

Kiedy Bogdan Klich, minister obrony rządu PO-PSL latał wojskową CASĄ, choć mógł, do domu w Krakowie omal nie stracił stanowiska. Opozycja (PiS) chciała ukrzyżować premiera Donalda Tuska, że rządowym embrarerem podróżował (sam) do rodzinnego Gdańska na weekendy generując ogromne koszty. Tusk przesiadł się więc do rejsowych samolotów.

Jak widać rząd Prawa i Sprawiedliwości nie wyniósł z tego żadnego morału dla siebie. Premier Beata Szydło do krakowskich Balic (najbliższe lotnisko do jej rodzinnych Brzeszcz) przylatywała wojskową CASĄ, będącą na wyposażeniu Sił Zbrojnych RP, gdzie czekała na nią kolumna rządowego BOR z limuzynami. Dwa dni przed przylotem Szydło CASA przylatywała z pilotem i BOR w ramach tzw. oblotu komisyjnego, a więc sprawdzała warunki.

Sprawa wyszła na jaw po wypadku w Oświęcimiu, kiedy okazało się, że kierowca audi z Szydło na pokładzie, który uderzył w skręcające seicento ma przekroczony czas pracy. Z Warszawy funkcjonariusze BOR wyjechali już bowiem o 7 rano by czekać na premier Szydło w Balicach. Jak tłumaczyło nam wtedy Centrum Informacyjne Rządu samolot C-295, którym premier Szydło latała „jest wykorzystywany do przewozu VIP na podstawie przydzielonego limitu nalotu dyspozycyjnego ministra MON.

Przyciśnięta do muru KPRM podała, że w ciągu dwóch lat sprawowania urzędu Szydło skorzystała z CAS-y na loty do domu aż 77 razy. Godzina lotu CASĄ kosztuje 5,7 tys. złotych (dane za 2010 r.).

Kilka miesięcy później rząd PiS za pół miliarda złotych kupił dwa Gulfstreamy G550, którymi tak ochoczo lata dziś marszałek Sejmu z rodziną.

Po informacjach Radia ZET o tym, że marszałek Sejmu Marek Kuchciński latał rządowymi samolotami wraz z rodziną, Jarosław Kaczyński prawdopodobnie zamierza skończyć z takimi incydentami raz na zawsze. W jaki sposób? – Uważamy, że trzeba się liczyć z oczekiwaniami społecznymi i w związku z tym zwróciłem się do ministra obrony i szefa Kancelarii Premiera, bo tutaj mogę działać tylko jako szef partii, ale poproszę o to także prezydenta, żeby zwrócił się do szefa swojej kancelarii, aby odpowiednie przepisy regulujące te sprawy zostały stworzone – wyjaśniał w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej, w typowym dla siebie języku Kaczyński.

– Czyli żeby poza lotami służbowymi, jak w przypadku, gdy prezydent leci z pierwszą damą, w tych innych, nieformalnych okolicznościach, kiedy to rodzina korzysta z przelotu, żeby odpowiednia kwota o wartości ceny biletów rejsowych była płacona – dodał szef PiS.

Jarosław Kaczyński nie byłby jednak sobą, gdyby ze sprawy nie próbował zrobić oręża przeciw opozycji. – Podkreślam, że marszałek nie uczynił niczego, co byłoby sprzeczne z prawem albo z praktykami, które miały miejsce poprzednio – powiedział. Dodał, że poprzednie ekipy rządzące korzystały z lotów na pozór służbowych, „a w praktyce były to loty turystyczne”. Także wicepremier Jacek Sasin w rozmowie z Polsat News w poniedziałek zwrócił uwagę, że nie ma żadnych regulacji, które mówiłyby, kto i na jakich zasadach może latać z VIP-ami.

Tymczasem skarcony Kuchciński – zamiast podać się do dymisji – „w zamian” za 23 „rodzinne” loty wpłacił pieniądze na cele charytatywne: 5 tys. zł na Klinikę Budzik działającą przy Centrum Zdrowia Dziecka oraz 10 tys. zł na Caritas Polska.

Raczej trudno doszukać się w tym hojnym geście dobrowolności. Po prostu Kaczyński osobiście zdecydował, że marszałek Sejmu ma pokryć koszty przelotów swojej rodziny rządową maszyną.

Po raz kolejny „lekarstwem na kłopoty”, związane z nadużyciem stanowiska (słynne „nam się to po prostu należy”) staje się akcja charytatywna. Szlaki przetarł poprzedni skład rządu PiS, pod batutą Beaty Szydło. Takie pomysły sprawiają, że sfera życia publicznego w Polsce coraz bardziej osuwa się w rejony religijno-metafizyczne, które z nowoczesnym funkcjonowaniem państwa mają raczej mało wspólnego.

Sąd nakazał ujawnienie list poparcia kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa. Decyzji sprzeciwił się PiSowski przewodniczący Urzędu Ochrony Danych Osobowych – Jan Nowak.

UODO – przed udostępnieniem nazwisk kandydatów – chce sprawdzić, czy upublicznienie danych sędziów jest zgodne z obowiązującą ustawą o ochronie danych osobowych i ustawodawstwem Unii Europejskiej. Kancelaria Sejmu do czasu zbadania sprawy przez UODO, nie może upublicznić list.

Pismo UODO wpłynęło do Kancelarii Sejmu w dniu 29 maja br. „Postanowienie Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych zostało wydane w związku z postępowaniem wszczętym przez Prezesa z urzędu na podstawie nowej ustawy o ochronie danych osobowych, która weszła w życie 25 maja 2018 r. Tego samego dnia zaczęło też obowiązywać unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO)” – czytamy w piśmie opublikowanym na stronie Centrum Informacyjnego Sejmu.

Postanowienie UODO ma charakter tymczasowy i obowiązuje jedynie do czasu wydania decyzji kończącej w tej sprawie. „Kancelaria Sejmu będzie oczekiwać na wydanie przez Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych ostatecznej decyzji o dopuszczalności ujawnienia danych osobowych sędziów” – dowiadujemy się z oficjalnej strony Sejmu RP.

Jeszcze wczoraj, dyrektor CIS Andrzej Grzegrzółka deklarował, że nazwiska kandydatów do KRS ogłoszone zostaną 30 lipca. Jak widać, przyjdzie nam jeszcze na to poczekać.

Kancelaria Sejmu nie ujawni list poparcia dla kandydatów do neo-KRS mimo wyroku NSA sprzed dwóch tygodni. Z kłopotu wybawił ją Jan Nowak, wieloletni polityk i radny PiS, od kwietnia prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

To kolejna odsłona bitwy o ujawnienie list poparcia, które muszą być mocno kompromitujące, skoro PiS broni ich jak niepodległości. Tym bardziej że wybory za pasem.

Strasburg zajmie się sędziami usuniętymi z KRS

Polityk PiS chce być supersądem

Gry polityczne, żeby nie wiem jak żenujące, to nic szczególnego. W tej sprawie mamy jednak rzecz wyjątkową: oto organ państwa uznaje się za uprawniony do zbadania legalności prawomocnego wyroku sądu. Wbrew konstytucji i wszelkim międzynarodowym standardom.

„29 lipca 2019 r. do Kancelarii Sejmu wpłynęło postanowienie Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych zobowiązujące Kancelarię Sejmu do powstrzymania się od upublicznienia lub udostępnienia w jakiejkolwiek formie danych osobowych sędziów, zawartych w wykazach osób popierających zgłoszenia kandydatów do KRS” – poinformowało Centrum Informacyjne Sejmu.

Prezes Nowak nie powołuje się na żaden przepis pozwalający UODO badać legalność sądowych wyroków. Swoje kompetencje wywodzi z tego, że zajmuje się ochroną danych i wykonaniem unijnego rozporządzenia RODO. Tyle że zgodność ujawnienia list z tym prawem badały już i wojewódzki, i Naczelny Sąd Administracyjny. UODO nie jest żadnym supersądem czy kolejną instancją w tej sprawie. Podlega wyrokom sądów jak każdy organ i każdy obywatel. Jeśli chciał wyrazić przed sądami swoje zdanie w tej sprawie – wystarczyło zgłosić opinię przyjaciela sądu. Ale sąd tą opinią nie byłby związany, bo prawo mówi, że sąd jest „najwyższym biegłym”.

Prezydent Duda: Sądy mają robić, „co ludzie chcą”

Szydło, Duda i Nowak

UODO jest już trzecim w czteroletnich rządach PiS organem, który uznaje się za uprawniony do badania ostatecznych orzeczeń sądów. Pierwsza była premier Beata Szydło, która uznała kilkanaście wyroków Trybunału Konstytucyjnego za niewiążące „opinie wydane przy kawie i ciasteczkach” i odmówiła ich publikacji. Potem prezydent Andrzej Duda zignorował prawomocne postanowienia NSA wstrzymujące nominacje sędziów do Sądu Najwyższego. Teraz Jan Nowak odpowiada na oczekiwanie swojej partii i będzie badał wyrok NSA. Prawdopodobnie przynajmniej do wyborów.

Można, oczywiście, złożyć doniesienie do prokuratury o przekroczeniu uprawnień przez UODO i niedopełnieniu obowiązków przez marszałka Sejmu, ale prokuratura zrobi z tym to, co każe partia rządząca, czego nie raz już dała dowody. Odtworzyliśmy PRL, z fasadowością jego instytucji kontrolnych i partyjną nomenklaturą posadowioną na strategicznych lub/i intratnych stanowiskach.

Jest jeszcze możliwość zaskarżenia przepisu ustawy o dostępie do informacji publicznej, na którym oparł się NSA, do Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej. Tam zaś też się zejdzie. Wreszcie TK uchyli przepis, jak było z przepisem kodeksu wykroczeń, na podstawie którego łódzkiego drukarza uznano winnym bezzasadnej odmowy usługi. Albo go odpowiednio zinterpretuje. A wtedy Kancelaria Sejmu wniesie do sądu sprawę list na nowo, wskazując, że znikła podstawa prawna wyroku.

Trybunał Sprawiedliwości: Polskie przepisy sprzeczne z prawem Unii

Nadzieja w sygnalistach

Listy poznamy, jeśli znajdzie się jakiś sygnalista, który je ujawni. I narazi się na odpowiedzialność karną, bo w Polsce prawo nie chroni sygnalistów.

Zasada: „nie mam pańskiego płaszcza i co mi pan zrobi”, po raz kolejny się sprawdza. Prawo pięści przed prawem stanowionym. Bezprawie ubrane w kostium prawa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: