Z życia pasqud (2): Inflacja i drożyzna. Patryk Vega ściąga majtki Kaczyńskiemu

27 Czer

Rosnące w tym roku ceny stają się z miesiąca na miesiąc coraz ważniejszym elementem debaty publicznej. Inflacja na poziomie 2,3%  oraz wzrost cen samej żywności o 5% już stały się paliwem dla przeciwników rządu. Choćby dziś PO zorganizowała konferencję prasową poświęconą rosnącym cenom, na co odpowiedzią opozycji miałoby być przyjęcie po wyborach pakietu ustaw zwiększających dochody emerytów i rencistów, których budżety domowe najmocniej dotyka sklepowa drożyzna. Choć PiS tego typu obietnicami nie musi się przejmować, ponieważ ma niepodważalną wiarygodność we wdrażaniu programów socjalnych, to jednak same podwyżki będą groźnym dla władzy źródłem niezadowolenia społecznego. Jest to szczególnie ważne, ponieważ obecne podwyżki mogą być ledwie wstępem do poważniejszego kryzysu.

Obecne rosnące ceny żywności są pokłosiem tak zeszłorocznego, jak i tegorocznego nieurodzaju. Jednak żniwa dopiero przed nami, a panująca fala upałów sieje spustoszenie w uprawach. Jak donosi RMF FM, tegoroczne zbiory z powodu niekorzystnej pogody mogą być mniejsze nawet o połowę. Takie obawy wysnuwają względem choćby zbiorów kukurydzy zapytani o zdanie rolnicy. Bez zmiany pogody jeszcze gorzej rysuje się sytuacja z pszenicą. Jak relacjonuje rozmówca RMF FM:

Kukurydza powinna mieć już półtora metra, do dwóch. Teraz ma może 60 centymetrów. Jeśli deszcz spadnie, to jeszcze może ją uratować. W gorszej sytuacji jest pszenica i wszelkie zboża siane na wiosnę. Mają katastrofę bez wody, bez rosy. 50 procent strat to minimum. Jestem skłonny powiedzieć o 70 procentach, zbiór będzie znikomy”,

Prognozą tego, co nadchodzi, mogą być ceny tegorocznych warzyw, które są droższe nie jak ogół żywności o 5%, ale o ponad jedną piątą.

Na tym problemy się nie kończą, ponieważ tegoroczne anomalie klimatyczne miały osiągnąć takie rozmiary, że u wielu rolników nawet przez upał spadła produkcja mleka.

Wspomniane ceny zbóż mają znaczenie jednak nie tylko w kontekście cen np. pieczywa. Nieurodzaj oznacza bowiem drastyczny wzrost cen pasz, a one przełożą się długoterminowo na podbicie cen mięsa.

Chciałoby się powiedzieć, że jest to efekt zdarzeń losowych, które są poza naszą kontrolą. Niestety obecne kłopoty rolników wynikają wprost z globalnego ocieplenia. To jednak nie zwolni także dzięki postawie naszego rządu, który choćby na dniach zawetował założenia nowej unijnej polityki klimatycznej, stając ponownie po stronie lobby węglowego.

Jeśli czarny scenariusz się spełni i dojdzie do tak dużego nieurodzaju, to rządzący będą mogli się jednak przekonać, że tak jak zyskiwali punkty dzięki międzynarodowej koniunkturze, tak teraz będą mogli zacząć płacić za kaprysy klimatu. Uderzenie w portfele obywateli szczególnie z grup przychylnych dobrej zmianie będzie wyzwaniem, z którym Nowogrodzka musi się zmierzyć. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że dotknięci suszą rolnicy będą oczekiwali pomocy państwa. Jeśli to zawiedzie, to jesienne wybory na wsi mogą rozegrać się zupełnie nieprzewidywalnie.

Rząd szykuje rekordowo wysokie składki ZUS. W przyszłym roku osoby prowadzące działalność gospodarczą zapłacą składki o prawie 10 proc. większe, niż w roku bieżącym, a to oznacza, że co miesiąc do ZUS-u będą musieli przelać pawie 1500 zł, niezależnie od dochodów. Eksperci alarmują – to hodowanie szarej strefy. – W przypadku małych czy mikroprzedsiębiorców ta waloryzacja może rzeczywiście stać się czynnikiem wypychającym do szarej strefy. To boli, trzeba temu przeciwdziałać – mówi dr Wojciech Nagel, ekspert BCC do spraw ubezpieczeń społecznych i pracy, członek rady nadzorczej ZUS

Jest drogo, będzie drożej

Składki na ZUS w 2020 r. wyniosą 1430 zł.

Rada Ministrów przyjęła niedawno założenia do projektu budżetu na rok 2020. Wynika z niego, że średnie wynagrodzenie wyniesie w przyszłym roku 5227 zł, a to od tej kwoty wyliczana jest podstawa składek oprócz składki zdrowotnej.

W przyszłym roku suma składek na ubezpieczenie społeczne wyniesie 1069,14 zł (o 94,5 zł więcej niż obecnie). Do tego dojdzie wyższa składka zdrowotna, która obecnie wynosi 342,32 zł. Składka zdrowotna co roku wzrasta o ok. 30 zł.

1430 zł zapłaci każdy przedsiębiorca niezależnie od tego, ile zarabia. Oznacza to, że mała firma czy osoby na jednoosobowej działalności zarabiające nawet 3-4 tys. będą musiały odliczyć prawie 1500 zł.

Premier szumnie zapowiadał wprowadzenie mniejszego ZUS-u dla małych firm, co w końcu z początkiem roku zostało wprowadzone. Niestety, ku rozczarowaniu drobnych przedsiębiorców „mniejszy ZUS” okazał się iluzją. Przy zarobku rzędu 4400 zł ZUS w 2019 roku zmniejszył się o 90 zł.

Morawiecki: My obniżamy podatki

Jeszcze w listopadzie 2017 roku premier Morawiecki w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” zapewniał: – Nie planujemy podwyżki podatków, my je obniżamy.

Tymczasem od początku rządów PiS w 2015 roku składka do ZUS z 1095,4 zł wzrosła do 1316,97 w 2019 roku. W przyszłym, 2020 roku to będzie już 1500 zł.

Eksperci alarmują, że takie działanie może spowodować powiększenie szarej strefy, a sama podwyżka składki nic nie da, bo ZUS ciągle więcej wydaje, niż dostaje wpłat ze składek. – Mam stały nadzór nad funduszami jako delegat przedsiębiorców z BCC i widzę, że mimo rekordowych wpłat stopień wydolności nie podwyższa się, bo są bardzo duże wydatki. W przypadku małych czy mikroprzedsiębiorców ta waloryzacja może rzeczywiście stać się czynnikiem wypychającym do szarej strefy. To boli, trzeba temu przeciwdziałać – mówi w rozmowie z nami dr Wojciech Nagel, ekspert BCC do spraw ubezpieczeń społecznych i pracy, członek rady nadzorczej ZUS.

JUSTYNA KOĆ: Rząd tłumaczy wzrost składki efektem wzrostu gospodarczego, opozycja uważa, że konsekwencją będzie wypchnięcie części przedsiębiorców do szarej strefy. Kto ma rację?

DR WOJCIECH NAGEL: Problem jest bardziej złożony. Musimy pamiętać, że system ubezpieczeń społecznych jest deficytowy właściwie od początków transformacji. Wydolność funduszu sięga 70 proc., czyli, upraszczając, fundusz ubezpieczeń społecznych, jak i wypadkowy, chorobowy, rentowy, bo te udziały także będą podwyższane, są funduszami, które nie osiągnęły większej wydolności, pomimo rekordowych wpłat. To oznacza, że

na 100 zł wydawanych z FUS 70 zł wpływa od obywateli, przedsiębiorców, pracowników itd., a 30 zł trzeba pokryć z budżetu. W związku z tym trzeba dokonywać waloryzacji tych wpłat, co jest rzeczą przykrą, bo tworzy napięcia, jeśli chodzi o funkcjonowanie przedsiębiorców, ludzi, którzy prowadzą działalność gospodarczą.

Ja reprezentuję przedsiębiorców, ale trzeba patrzeć na też na ich racje jako przyszłych emerytów. Mam stały nadzór na funduszami jako delegat przedsiębiorców z BCC i widzę, że mimo rekordowych wpłat stopień wydolności nie podwyższa się, bo są bardzo duże wydatki. W przypadku małych czy mikroprzedsiębiorców ta waloryzacja może rzeczywiście stać się czynnikiem wypychającym do szarej strefy. To boli, trzeba temu przeciwdziałać.

To może warto ograniczyć wypłaty? Jeżeli cześć przedsiębiorców ucieknie do szarej strefy, to wpłaty będą znowu mniejsze.
Czasem jest tak, że jest się ofiarą własnego sukcesu. W założeniach do budżetu rząd przyjął, że przeciętne wynagrodzenie wzrośnie o 500 zł, z 4700 zł do 5200 zł, a to przeciętne wynagrodzenie jest podstawą do wyliczania składki ZUS dla przedsiębiorców. Zatem skoro płaca rośnie, to rosną też składki, tu działa mnożnik.

Problem widzę gdzie indziej.

Mamy bardzo rozpędzoną gospodarkę i parametry ekonomiczne rosną, a te, co powinny spadać, jak bezrobocie, to spadają. Pytanie, co się stanie, kiedy ta dobra koniunktura się spowolni. To nie będzie jeszcze przyszły rok, ale prawdopodobnie 2021. Gdy wejdziemy w osłabienie koniunktury i te wskaźniki zaczną się zachowywać odwrotnie, czyli bezrobocie będzie rosnąć, a wzrost płac będzie spadać, to wtedy może się okazać, że mamy problem.

To może rząd powinien ograniczyć wydatki?
Absolutnie tak i o tym mówią też inni ekonomiści. Jeżeli mamy dobrą koniunkturę, to powinniśmy zbierać nadwyżki na czas gorszej koniunktury. To, co może niepokoić, to fakt, że w okresie najlepszej koniunktury od czasu transformacji mamy cały czas deficyt budżetowy na poziomie około 3 proc. Ten deficyt w ogóle nie powinien w takiej formule wystąpić, tylko powinniśmy mieć nadwyżkę. W dobrych czasach trzeba zbierać, a nie mnożyć wydatki. Proszę sobie wyobrazić, co się może stać, gdy na te wydatki zabraknie pieniędzy.

Mówi pan o 500 Plus?
Mam na myśli głównie skutki finansowe obniżenia wieku emerytalnego. Pojawiło się 500 tys. nowych emerytów, to osłabiło rynek pracy. Wydatki związane z trzynastą emeryturą, która moim zdaniem, jeżeli miałaby być kontynuowana, to wyłącznie dla osób o najniższych dochodach. Nie widzę żadnego powodu, żeby ktoś, kto ma 1900 zł emerytury, był tak samo traktowany, jak ktoś, kto ma 10 000 zł i więcej świadczenia.

Ogólnoeuropejskie zasady polityki społecznej mówią, że zasada solidarności powinna przede wszystkim obejmować tych, którzy są najbiedniejsi i wymagają wsparcia.

Czy gdyby rząd nie zdecydował się na obniżenie wieku emerytalnego, to ta sytuacja byłaby lepsza?
Przede wszystkim na rynku pracy mielibyśmy kilkaset tysięcy więcej pracowników. Warto utrzymać zasadę tzw. kotwicy budżetowej, bo ona naprawdę ma sens.

Czy zatem zaczyna nam grozić scenariusz grecki?
Nie. Grecja była państwem, które systemowo okłamywało instytucje europejskie, a Grecy jako obywatele systemowo okradali państwo. Z tej spirali wieloletnich dwóch kłamstw powstało to 300 mld euro zadłużenia. Pamiętajmy też jednak, że Grecja była w strefie euro, więc na ratowanie jej zrzucili się ci, którzy tworzą tę strefę. Można zatem powiedzieć, że Grecja w tym sensie była w lepszej sytuacji, bo my mamy walutę krajową.

Nie spodziewam się do 2021 roku włącznie trudności, natomiast bardziej niepokoi mnie to, co będzie się działo potem. Efektem obniżenia wieku emerytalnego będzie wyprowadzanie z rynku pracy kolejnych roczników i to jest dla gospodarki niekorzystne. Nie mamy wiedzy, jaka część z nich pracuje i będzie pracować, bo można na razie łączyć świadczenie z pracą, ale podejrzewam, że niestety niewielka.

Trzeba pobudzać aktywizację zawodową i zachęcać do oszczędzania na przykład w PPK, rekomenduję zachowania obliczone na dobrą przyszłość.

Obecna władza w pewien sposób pogodziła się z tym, że centralnie jest niezdolna do realizowania bardziej złożonych, skomplikowanych projektów i reform. Przyjęła założenie, że jedyne, co jest w stanie robić, to prosta redystrybucja pieniędzy z kieszeni do kieszeni. Notabene władza centralna robi to, bazując na sile samorządu – mówi dr hab. Dawid Sześciło, prawnik, autor raportu „Polska samorządów. Silna demokracja, skuteczne państwo” Fundacji Batorego. – Pamiętajmy, że program 500 Plus jest realizowany przez samorządy i to, że udało się ten program wprowadzić bez żadnych technicznych i administracyjnych potknięć, to w dużej mierze ich zasługa – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Pana analiza jest na absolutnej kontrze do tego, co chce obecna władza. Dlaczego?

DAWID SZEŚCIŁO: Prace nad raportem zaczęliśmy w 2015 roku, jeszcze przed wyborami. Odbywały się wówczas uroczyste obchody 25-lecia reaktywacji samorządu w Polsce; naszym zdaniem oprócz tej celebry zabrakło dyskusji, co dalej. Samorząd można uznać za największy sukces reformowania państwa przez ostanie 30 lat. To nie tylko moja opinia, jest także potwierdzana międzynarodowymi badaniami i opiniami samych obywateli i obywatelek.

Wskaźniki zaufania do władz samorządowych i samorządów biją rekordy i są dużo lepsze, niż do władzy centralnej.

Potem w nowej kadencji parlamentu okazało się, że doszła nam jeszcze jedna cegiełka w naszej pracy – zaczęliśmy się zastanawiać, jak jeszcze wzmocnić samorząd, który mógłby odciążyć państwo, które sobie nie radzi z różnymi zadaniami, jak chociażby ochrona zdrowia, edukacja czy transport publiczny, mieszkania.

Ostatnie 4 lata dodały jeszcze jeden wątek: jak zabezpieczyć samorząd przed władzą, która ma wyraźnie zakusy do tego, aby samorządom zabierać kompetencje, zasoby, pieniądze, i by spychać na samorząd zadania bez narzędzi ich realizacji.

Przyznać muszę, że generalnie samorządom żadna władza centralna nie była zbytnio przychylna. Zazwyczaj samorządy były traktowane jako sposób na decentralizację problemu bez decentralizacji pieniędzy. Najlepszym tego przykładem jest ochrona zdrowia, gdzie samorząd musi utrzymywać na powierzchni większość szpitali publicznych, podczas gdy 95 proc. pieniędzy w systemie pozostaje pod kontrolą władzy centralnej i Ministerstwa Zdrowia. Samorządy mogą jedynie prosić o pieniądze.

Od kilku lat obserwujemy, jak władza rozbija samorząd, jego kompetencje i przeprowadza pełzającą centralizację. Samorządu warto bronić, bo to jeden z głównych czynników sukcesu naszego państwa w ostatnich 30 latach. Niezauważany i niedoceniany.

Pewnie ta debata toczyłaby się dalej na uniwersytetach, gdyby nie 4 czerwca i samorządowcy, którzy sami organizowali obchody pierwszych częściowych wolnych wyborów. To wydarzenie uświadomiło, jak ważne są samorządy?
Zawsze marzyłem, żeby dyskusja o samorządzie toczyła się na pierwszych stronach gazet, ale mam wrażenie, że zamiast dyskusji mamy chaos informacyjny. W jednym momencie pojawiły się aż 3 zupełnie odrębne koncepcje: to jest nasza inicjatywa, 21 tez samorządowców i inicjatywa tzw. Inkubatora Umowy Społecznej, czyli „zdecentralizowana RP”. W normalnej rzeczowej debacie publicznej mielibyśmy dyskusję o tym, co je różni, co nadaje się do użytku. Tymczasem jest inaczej.

Słyszymy o rozbiciu dzielnicowym i wywłaszczeniu Polaków poprzez podatek katastralny czy o demontażu państwa. Rozumiem, że nie o to wam chodzi?

Skala absurdalnych zarzutów w tej debacie jest rzeczywiście czymś, co jest dla mnie absolutnie wstrząsające. Nie spodziewałem się, że można tak przeinaczać treść projektów.

Obserwujemy też łączenie tych projektów w jedną całość, jakoby miały powstawać razem, co jest absolutną nieprawdą. Nasza propozycja charakteryzuje się detalicznym, kompleksowym podejściem, z kolei propozycja samorządowców to 21 dość ogólnych haseł.

Obie propozycje zakładają większą decentralizację, na którą dziś rządzący nie mają najmniejszej ochoty. Zatem po co?
Przypomnę może historię, jak samorząd powstał. W latach 80. PRL-owskiej beznadziei była grupa ekspertów, naukowców związanych z opozycją demokratyczną, która nie bacząc na to, że ich propozycje nie mają szans natychmiastowej realizacji, podjęła pracę, licząc na to, że w którymś momencie to okno historycznej możliwości się otworzy i będą mogli idee przekuć w rzeczywistość. Będę się zatem sprzeciwiał twierdzeniom, że taka praca dziś nie ma sensu. Trzeba ją wykonywać, bo nigdy nie wiemy, kiedy otworzy się możliwość realizacji takich pomysłów. Gdy to nastąpi, dobrze mieć pakiet przemyślanych i opracowanych rozwiązań, a zadbać o dobro samorządu.

Dobro samorządu, czyli dobro kraju? Bo dobro samorządu może się kojarzyć z utrzymaniem ciepłych posadek.
Mnie nie interesuje, kto, gdzie i jak długo jest na fotelu wójta, burmistrza czy prezydenta. Postulujemy natomiast zwiększenie bezpośredniej obywatelskiej kontroli nad poczynaniami lokalnych władz np. poprzez przyznanie grupom obywateli możliwości zaskarżania wszystkich decyzji, uchwał samorządowych do sądu czy stworzenie instytucji lokalnego rzecznika praw mieszkańców, który byłby odpowiedzialny za wykonywanie kontroli nad władzami lokalnymi.

Dla nas samorząd to samorząd mieszkańców

i nie zależy nam, aby w jakikolwiek sposób zabezpieczyć tych samorządowców, których mamy. Proponujemy wręcz rozwiązania, które obecnym samorządowcom podobać się nie muszą. Zwiększenie obywatelskiej kontroli czy jawności samorządów poprzez wprowadzenie obowiązku publikacji informacji o wynagrodzeniach w spółkach komunalnych czy publikowania rejestrów umów, które zawiera samorząd. Wiadomo, że te propozycje z entuzjazmem władz się nie spotkają, ale naszym zdaniem są potrzebne jako idee samorządzenia się swoimi sprawami.

Wśród państwa propozycji znalazłam „1 proc. dla samorządu”. Wzorem 1 proc. dla organizacji pozarządowych można będzie odpisać z PIT-u 1 proc. dla samorządu. Skąd taki pomysł?
Pamiętajmy, że dziś samorządy na każdym poziomie mają zagwarantowany udział w podatku PIT, gromadzonego od mieszkańców danego samorządu. Gmina dostaje 38 proc. PIT. Chcemy dać mieszkańcom możliwość wypowiedzenia się również w ten sposób, czy ufają władzy lokalnej – może bardziej niż centralnej, bo może skuteczniej rozwiązuje ich problemy – i dania sygnału, że chcemy, aby więcej pieniędzy zostało w gminie zamiast wędrować do centralnego worka. Ten

1 proc. to dobry początek, ale może z czasem warto by umożliwić mieszkańcom, aby zostawiali więcej w lokalnym budżecie.

Samorządowcy dziś często finansują „pomysły” rządu. To trzeba zmienić w pierwszej kolejności?
Samorząd powinien być miejscem, gdzie rozwiązujemy problemy, na które głucha jest władza centralna i to nie tylko obecna. Obawiam się, że jeśli chodzi o ochronę zdrowia czy politykę mieszkaniową, to żadna z wiodących sił politycznych nie ma i nie miała do zaoferowania wiarygodnej i spinającej się ze sobą propozycji. Zróbmy więc to w swojej gminie i wszystkim wyjdzie nam to na dobre. Wtedy państwo będzie mogło zająć się sprawami, z którymi nie jest w stanie poradzić sobie samorząd, a tych spraw jest także dużo. Obecna władza w pewien sposób pogodziła się z tym, że centralnie jest niezdolna do realizowania bardziej złożonych, skomplikowanych projektów i reform. Przyjęła założenie, że jedyne, co jest w stanie robić, to prosta redystrybucja pieniędzy z kieszeni do kieszeni. Notabene to też władza centralna robi, bazując na sile samorządu. Pamiętajmy, że program 500 Plus jest realizowany przez samorządy i to, że udało się ten program wprowadzić bez żadnych technicznych i administracyjnych potknięć, to w dużej mierze zasługa samorządów. Przecież ten program mogła realizować administracja centralna i w wielu państwach odbywa się to za pomocą np. ZUS-u.

W Polsce rząd wynajął niejako samorządy, wyraźnie ufając im bardziej niż sobie.

Podobnie reforma edukacji…
To też bardzo dobry przykład pokazujący, że nieważne, jak trudne warunki stworzy i jak bardzo uprzykrzy życie i zepsuje szkołę, to i tak samorządy sobie poradzą. Szkoda tylko, że to nie miało sensu.

Cały raport Fundacji Batorego do przeczytania TUTAJ.

Komentarze 2 to “Z życia pasqud (2): Inflacja i drożyzna. Patryk Vega ściąga majtki Kaczyńskiemu”

  1. --- 28 czerwca 2019 @ 05:03 #

    Reblogged this on Xerofas i skomentował(a):
    Pisowskie pasqudy zainicjowały inflację i drożyznę. Witajcie rodacy w PRL bis.

Trackbacks/Pingbacks

  1. Kaczyński przed sąd. Kolano nie przeszkadza stanąć, a o zdrowie niech zadba Bozia – Xerofas - 28 czerwca 2019

    […] Depresja plemnika […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: