Archiwum | Maj, 2019

Korupcja PiS na wybory parlamentarne

31 Maj

W czwartek w Sekretariacie Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie odbyła się konferencja „Jan Paweł II: fundamenty demokracji”.

W spotkaniu wzięli udział m.in. kardynał Stanisław Dziwisz, Marek Kuchciński, Jacek Czaputowicz i Piotr Gliński. Politycy wykorzystali okazję do mówienia o demokracji, której zasady sami nagminnie łamią.

Wspierając te zmiany Jan Paweł II mówił nam, jak budować sprawiedliwe państwo, jak utrwalić związki polityki z etyką. Konsekwentnie uświadamiał, że demokracja musi mieć aksjologiczny fundament (…), że demokracja bez wartości łatwo przemienia się w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm” – mówił marszałek Kuchciński.

List do uczestników spotkania skierował również premier Mateusz Morawiecki. „Jak wielkiej odwagi i jak wielkiego wizjonerstwa potrzeba, by w takim momencie przynosić nadzieję odmiany. A to właśnie wtedy Jan Paweł II uczył nas na nowo rozumieć, czym naprawdę jest społeczeństwo i co naprawdę znaczy być wolnym obywatelem” – przyznał szef rządu.

Mało kto się spodziewał, ile zimnej kalkulacji kryje się w przedwiosennej zapowiedzi Kaczyńskiego o rozszerzeniu programu 500+. Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach, a zabieg jest prosty: słowa prezesa padły w lutym, odpowiednia ustawa została podpisana dopiero w maju, zacznie obowiązywać dopiero od 1 lipca, i nikt nie powiedział, że rodzice dostaną pieniądze w tym samym miesiącu.

Portal INNPoland wskazuje na świadomy „podtekst” tej operacji, czyli bliskość jesiennych wyborów parlamentarnych i sugeruje, że dokument został przygotowany w taki sposób, aby wypłacenie pieniędzy było możliwe nawet z pewnym opóźnieniem.

Rachunek wydaje się prosty i dla rządzących wielce opłacalny. INNPoland zwraca uwagę, że jeżeli PiS będzie zwlekał np. do września, to rodzice chwilę przed wyborami otrzymają kwotę z wyrównaniem od 1 lipca. W takim przypadku na dziecko przypadnie 1500 zł danego miesiąca. To może zrobić oczekiwane wrażenie.

Gdy na początku stycznia 2018 roku poseł Platformy Obywatelskiej Krzysztof Brejza ujawnił sprawę systemowego obchodzenia limitów wynagrodzeń w rządzie Beaty Szydło, partia rządząca popadła w niemały kryzys wizerunkowy. W końcu zamiast obiecywanego umiaru i pokory, z polityków Zjednoczonej Prawicy wyszła zwykła pazerność na publiczne pieniądze i traktowanie swojej pracy jako niebywałej okazji do tego, by się porządnie “nachapać”. Przypomnijmy, wskutek szeregu interpelacji poselskich posła PO ujawniono, że oprócz wysokiej przecież pensji członków rządu (od 7 – 11 tys. złotych), zaraz po przejęciu władzy wprowadzono niezwiązany z żadnymi efektami pracy dodatek (nagrodę), podnoszący wynagrodzenie o ok. 30%. W 2017 r. pula wyniosła 6 mln zł i objęła 151 osób. Wśród nich: 22 ministrów (na czele z Beatą Szydło – 65 tys. zł), urzędnicy Kancelarii Prezydenta, wiceministrowie, wojewodowie.

Gdy badania opinii publicznej pokazały, że sprawa mocno obciąża obóz władzy, do akcji najpierw wkroczyła premier Szydło, grzmiąc z mównicy do posłów opozycji, że “te nagrody im (ministrom i wiceministrom) się po prostu należały”, a potem sam prezes PiS Jarosław Kaczyński, który arbitralnie zarządził przekazanie pobranych z kasy ministerstw nagród na funkcjonowanie “Caritas”. Za niewywiązanie się z tego polecenia miały delikwentów spotkać surowe kary ze strony kierownictwa partii. Po kilku miesiącach w PiS uznano sprawę za zamkniętą, a w połowie maja rzeczniczka partii Beata Mazurek poinformowała opinię publiczną, że nagrody zostały zwrócone.

Jestem przekonana, że informacje, które zostały nam przekazane są wiarygodne. Jestem też przekonana, że jeśli zwrócicie się do Caritasu, to taką informację dostaniecie. (…) Poza jedną osobą, z którą nie ma kontaktu i trzema, które nie są czynnymi politykami – nagrody zostały zwrócone – powiedziała wówczas na specjalnie w tym celu zwołanej konferencji prasowej.

Dziś jednak wielce prawdopodobne jest to, że w zdecydowanej większości nienależnie pobrane pieniądze z nagród pozostały na kontach ministrów i wiceministrów. Sprawę opisuje dzisiejsza “Gazeta Wyborcza”. Jak pisze dziennik, do dzisiaj tylko siedmiu ministrów oficjalnie twierdzi, że nagrody wpłacili na Caritas: minister sportu Witold Bańka, szef MON (wcześniej MSWiA) Mariusz Błaszczak, wicepremier Jarosław Gowin, Mateusz Morawiecki (w gabinecie Szydło wicepremier, minister finansów), minister energii Krzysztof Tchórzewski, minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Oddali między 82 tys. (Błaszczak) a 70 tys. (Tchórzewski).

Poseł Brejza sprawy nie odpuścił i zgodnie z sugestią Beaty Mazurek zwrócił się do regionalnych oddziałów Caritasu o potwierdzenie dokonania darowizn. Okazało się, że jedynie trzy takie darowizny potwierdziły, choć jedynie przekazanie przez niektórych ministrów jedynie części z pobranych nagród. Mimo deklaracji ze strony polityków partii rządzącej i podkreślania na każdym kroku kwestii wiarygodności tej ekipy, strona rządowa nie przygotowała ani nie opublikowała listy członków rządu, którzy takich zwrotów dokonali.

Należało potraktować kampanię i wyborców z szacunkiem, odwiedzając osobiście każdy powiat i miasteczko oraz słuchać ludzi.

„Marzy ci się nowoczesność, a tymczasem nie masz nawet…” – była kiedyś taka reklama. Wtedy, za AWS-u, wszyscy się z niej śmiali, a przecież okazała się prorocza. Bo KE „nie miała nawet”… ochoty porządnie zająć się własną kampanią wyborczą.

A też się jej „marzyła nowoczesność”. To ona miała być ta niby „do przodu”. „Europejska” taka. Z politowaniem popatrująca na „zacofany”, „tradycyjny”, „wsiowo-małomiasteczkowy” elektorat przeciwnika. A tu tymczasem okazało się, że to sama KE nie potrafi korzystać z nowoczesnych narzędzi prowadzenia polityki. Bo jak się w naszych czasach wygrywa wybory? Otóż… naukowo! Są na to algorytmy, którym Ameryka „zawdzięcza” prezydenta Trumpa, a Brytyjczycy Brexit.

W nowoczesnej kampanii wyborczej wszystko, naprawdę wszystko, w tym programy, kandydaci, sposób prowadzenia kampanii czy hasła wyborcze, to teraz pochodna skomplikowanych analiz naukowych i konkretnych, ściśle przestrzeganych procedur z tychże analiz wynikających. Nigdy odwrotnie. Na potrzeby kampanii wykorzystuje się też – znowu w sposób starannie przemyślany – nowoczesne narzędzia komunikacji, zwłaszcza internet. To – wydawałoby się – abecadło współczesnej polityki, ale w takim razie nad Wisłą partia z nazwy „progresywna” powierzyła to zadanie… „analfabetom”. No, niestety…

Zupełnie inaczej podeszła do wyborów „siermiężna intelektualnie” formacja pana prezesa. Wbrew wszelkim pozorom, wyraźnie stosowanym wyłącznie dla medialnego kamuflażu, okazał się on nie tylko świetnym biznesmenem, ale też politykiem doskonale obeznanym ze współczesnymi metodami skutecznego uprawiania tego zawodu. Talent talentem, ale wiedza to podstawa, toteż w kampanii pracowali dla niego sprawdzeni analitycy, spin-doktorzy i piarowcy z USA oraz Wielkiej Brytanii i – co ważne – ich sugestie potraktowane zostały poważnie. W kraju, w którym „antyproceduralizm” to jeden z „21 grzechów głównych”, partia uchodząca za „zacofaną” zdecydowała się ściśle przestrzegać procedur. I porzuciła tradycyjne polskie „jakoś to będzie” na rzecz starannego planowania i ścisłej przedwyborczej dyscypliny. Toteż ma wyniki!

Nowoczesne naukowe narzędzia wpływu społecznego to bowiem instrumenty, dzięki którym można teraz wygrać wszystko. Inna sprawa, że dawniejsze metody uprawiania polityki też ciągle mogą mieć skuteczne zastosowanie. Niedostatki w wyposażeniu wciąż może zrekompensować tradycyjna pracowitość i poważne traktowanie elektoratu.

Jak dowiodła mało komu dotąd znana Elżbieta Łukacijewska, jedna z cichych bohaterek tych wyborów, mandat europosła dla KE można było wywalczyć nawet w takim bastionie PiS, jak Podkarpacie! Wystarczyło potraktować kampanię i wyborców z szacunkiem, odwiedzając osobiście każdy powiat i miasteczko i słuchając ludzi. Tylko tyle, ale dla naszych „progresywistów” nawet to się okazało nadmiarem fatygi.

Podobnie Bartosz Arłukowicz. Dzięki intensywnym podróżom po swoim okręgu wyborczym zwyciężył na głosy z samym Joachimem Brudzińskim, za którym stał nie tylko prezes i jego partia, ale też funkcja ministra oraz wszystkie media publiczne. Można? Można! I to nawet bez angielskich algorytmów i spin-doktorów z amerykańskiego importu.

Sama „Gazeta Wyborcza” oraz panowie Sekielscy i Piątek nie dadzą rady wygrać żadnych wyborów. Żeby się nie wiem, jak się starali, niestety. A i „nowoczesny” elektorat KE też pokpił sprawę i nie poszedł głosować, demonstrując, gdzie tak naprawdę ma tę odmienianą przez wszystkie przypadki „demokrację”, o którą ponoć tak zawzięcie „walczy”.

W tej sytuacji trzeba skończyć z mitem nowoczesnej Koalicji Europejskiej i oddać sprawiedliwość i prawo do rządzenia partii pana prezesa. A też wyrazić szacunek dla elektoratu PiS-u, który poszedł głosować, ponieważ pierwsza zasada demokracji brzmi: „nieobecni nie mają racji”. No i chyba czas skończyć z oskarżeniami o „dyktaturę” i „autorytaryzm”, bo w opisanym kontekście to brzmi raczej żałośnie.

Wtedy Tomasz Piątek złożył zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez byłego szefa MON. Dziennikarz zarzucił Macierewiczowi przekroczenie uprawnień przez zarzucenie mu czynów, których nie popełnił. W sierpniu 2018 roku prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa, uzasadniając, że działania Macierewicza nie były zabronione. Piątek złożył zażalenie na tę decyzję, a do jego wniosku przychylił się Sąd Rejonowy dla m.st. Warszawy. Sąd uznał, że złożenie zawiadomienia przez ministra przeciwko dziennikarzowi może odstraszyć media od debaty publicznej na temat działalności Macierewicza i nakazał prokuraturze ponownie zająć się sprawą. Zdaniem sądu przedstawiciele władzy powinni być powściągliwi i dysponować dowodami, a nie opierać się na przypuszczeniach.

10 maja prokuratura umorzyła śledztwo. „Analiza zgromadzonego w sprawie materiału dowodowego w świetle art. 231 kk i art. 234 kk wykazała, iż nie doszło do realizacji znamion czynów zabronionych wskazanych w zawiadomieniu o przestępstwie” – poinformował nas we wtorek rzecznik prokuratury Łukasz Łapczyński.

Pełnomocnik Piątka mec. Łukasz Chojniak tuż po otrzymaniu pisma z prokuratury złożył zażalenie do sądu. Jeżeli ten uchyli decyzję prokuratury, a prokuratura znów umorzy śledztwo, Piątek zapowiada, że złoży prywatny akt oskarżenia przeciwko byłemu szefowi MON. – Ja na pewno tej sprawy nie zostawię. Będę robił wszystko, żeby Antoni Macierewicz stanął przed sądem i odpowiedział na moje pytania – podkreśla dziennikarz.

W październiku 2018 roku Piątek opublikował kolejną książkę o byłym szefie MON: „Macierewicz. Jak to się stało”, a w maju br. o obecnym premierze: „Morawiecki i jego tajemnice”.

Pokonać PiS

30 Maj

Historyk idei, prof. Marcin Król podczas rozmowy w „Faktach po Faktach” w TVN ocenił, że dziś – nie tylko w Polsce – „mamy do czynienia ze schyłkiem” pewnej epoki – tzw. demokracji proceduralnej. „To był najwspanialszy okres w ludzkich dziejach, nie było nigdy lepiej ludziom”. Jednak „w pewnym momencie wszystko się kończy” – stwierdził. „To, czego zawzięcie broni Koalicja Europejska, czyli to co ja nazywam demokracją proceduralną, to przez pewien długi czas wspaniale działało w Europie”. Oznaczało bowiem „więcej pieniędzy, swobodniej, więcej opieki, mniej głodu”. Jak zauważył, „to było zrozumiałe przez traumę powojenną. Wszyscy chcieli bezpieczeństwa, spokoju, opieki, braku głodu, braku bezrobocia” – ocenił. Jednak teraz „to się kończy. Oczywiście, jak szybko będzie się kończyć, to tylko wróżka może powiedzieć, ale będzie się kończyć” – uważa prof. Król.

Pytany, dlaczego więcej osób zaufało ludziom Jarosława Kaczyńskiego, prof. Król odparł: – „Ja bym to w jednym zdaniu powiedział: jak się chce uwieść, to trzeba mieć albo seksapil, albo pieniądze. PiS miało pieniądze, Koalicja Europejska nie miała seksapilu. Więc czym miała uwieść? Brak propozycji programowych jest naprawdę dojmujący”. Jak dodał, „do tego doszedł element nudy”. – „Jak słucham polityków, to przestaję natychmiast. Po pierwsze, polszczyzna doprowadza mnie do straszliwej irytacji, a po drugie, nuda. Bo oni mówią w kółko to samo. Nuda to jest zabójcza rzecz. Igrzyska są niezbędne” – przyznał. Powiązał to z faktem, że Koalicja Europejska świadomie nie obiecywała szczególnie wiele swoim wyborcom. Tymczasem „w czasach upadku polityki racjonalnej” było to nie najlepsze rozwiązanie. Polska nie jest jednak odosobniona z tym problemem.  „Myślę, że cała Europa na to zachorowała. Nudne stały się Niemcy, straszna nuda panuje w Austrii, ale nawet we Francji – ocenił prof. Król. – Mamy do czynienia z czymś, co jest zjawiskiem po prostu schyłkowym”.

Jak zaznaczył rozmówca TVN, „70 lat trwała wspaniała demokracja proceduralna, u nas o wiele krócej”. Zdaniem profesora, „za późno (dla Polski – red.) przyszedł 4 czerwca i wygranie rozmów przy Okrągłym Stole”. Gdyby to było 20 lat wcześniej, trafilibyśmy na wspaniałą europejską koniunkturę, a trafiliśmy na początek zmierzchu, który „nastąpił wyraźnie w 2008 roku i to nie z powodów gospodarczych, tylko wszystko razem zaczęło się przechyla. Dzisiaj jest tak, że w żadnych kraju nie ma już stabilnej sytuacji politycznej. Nie można ludziom cały czas dawać chłodu, ludzie coraz bardziej w Europie pragną uczuć gorących w polityce. Polityka ma być czymś, co nas pociąga, a nie czymś, co nami z cicha steruje” – mówił. Prof. Król wysoko ocenił natomiast wspólnotowe doświadczenie Polski z czasów Solidarności („Jeżeli chcemy budować wspólnotę, to fenomenalnym tego przykładem była Solidarność”), a które „zostało pominięte” i niestety niedocenione.

Profesor Król odniósł się również do obecnej sytuacji w Kościele. Zapytany, czy zgadza sie z tezami z wystąpienia redaktora naczelnego „Liberté” Leszka Jażdżewskiego, który 3 maja na Uniwersytecie Warszawskim przed szefem Rady Europejskiej Donaldem Tuskiem, mówił między innymi, że „Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi wciąż skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy, stracił moralny mandat do tego, aby sprawować funkcję sumienia narodu”.Profesor przyznał, że „znacznej mierze, niestety” zgadza się z Jażdżewskim. – „Tylko bardzo wyraźnie chciałbym rozdzielić dwie rzeczy: Kościół i religię – zaznaczył. – Porażka Kościoła jest w tej chwili niesłychanie trudna do odrobienia, nie wiem jak to się uda Kościołowi, nie będę doradzał. Trzeba odnowy totalnej” – powiedział. Jednak, jak dodał, „to nie oznacza, że zmniejsza się rola potrzeby religii”. – Religia jest niezbędna w naszym życiu. (…) Dlatego, że wszyscy mamy jakąś potrzebę elementarnego kodeksu moralnego, tylko bardzo nieliczni z nas potrafią ten kodeks znaleźć w sobie”– podkreślił rozmówca TVN. Według profesora, „niemal każdy z nas ma poczucie sił metafizycznej istniejącej”. – Organizacja tego świata przez religię będzie postępować. O ile jestem pewien zmierzchu Kościoła w tej chwili, to jestem też przekonany o wzroście roli religii. To są dwie niezależne siły” – ocenił.

Prof. Król ubolewa nad zjawiskiem zaniku klasy średniej, jako tej która decydowała o konsumpcji, o wartościach – wymieniał. – To powoduje, że istotne kiedyś dla klasy średniej sposoby życia, ideały, wzory, zostały zarzucone. Przychodzą ludzi zupełnie nowi – powiedział. Zdaniem profesora, właśnie dlatego „świat w tej chwili przestaje się przejmować biednymi”. Jego zdaniem obecnie „polskiego inteligenta czeka 20 ciężkich lat”. – „Ale nie dlatego ciężkich, że będzie rządził PiS, tylko dlatego, że będzie chaos – podkreślił. – „Anglia pokazuje co się staje, kiedy kraj się rozpada. Polska się też tak rozpadnie. Czeka nas straszliwy chaos, a na ogół ludzie nie lubią chaosu. To będzie miało polityczne konsekwencje, ponieważ zaniknie poczucie bezpieczeństwa. Zanik poczucia bezpieczeństwa, który nastąpi bardzo niedługo, będzie przekładał się na radykalne nastroje także po lewej i po prawej stronie” – podsumował gość „Faktów po Faktach”.

Co dalej?
Jest to pytanie, które stawiają sobie ludzie zatroskani tym co się stało, bo te wybory przegrała przede wszystkim Polska. Coraz bardziej prawdopodobny staje się scenariusz miękkiej uprawomocnionej wyborczym mandatem dyktatury. Nasz kraj może dołączyć do takich państw jak Węgry, Białoruś, a nawet Turcja czy Rosja. Różnice będą ilościowe. Tam też wyborów się nie fałszuje, ale reżimu przy pomocy kartki wyborczej zmienić się nie da chyba, że w nadzwyczajnych okolicznościach, których nikomu nie życzę.
Oznacza to pod wieloma względami sytuację podobną jak w PRL. Jako wieloletni emigrant wewnętrzny i więzień polityczny dobrze wiem co to oznacza. Ten koszmar jak każdy system autorytarny kiedyś się kończy, ale koszty z reguły są bardzo wysokie. Dlatego najważniejszym pytaniem dla demokratycznej opozycji jest – co dalej?

Bojkot politycznych instytucji pisowskiego państwa to minimum, które może zrobić każdy. Bronić tych obszarów, które jeszcze są niezależne, głównie samorządowych. I opozycja jeśli chce marzyć o zwycięstwie musi pozbyć się Schetyny, którego wyrzucenie, a w każdym razie pozbawienie decydującego wpływu na kampanię wyborczą oznacza minimum szans na zwycięstwo. Schetyna – powtarzam uparcie i od dawna – jest gwarantem pisowskich rządów, nie wiem świadomie czy nie, ale działa tak aby PiS nie utraciło władzy. Razem z otaczającą go kliką lizusów i nieudaczników Schetyna robi wszystko, aby pozostać liderem opozycji. Bredzi o poszerzaniu koalicji i „szukaniu rozwiązań” (miał na to cztery lata), naprawdę chodzi o przeczekanie fali krytyki. Z nim klęska jesienią jest pewna, bez niego prawdopodobna. Oznacza ona wyeliminowanie p. Schetyny z polskiej polityki to zawsze coś, ale dla Polski stanowczo cena zbyt wysoka.

Moim zdaniem liderem opozycji powinien zostać najpopularniejszy obecnie (sondaże) polityk opozycji Władysław Kosiniak-Kamysz i warto poszerzyć koalicję o polityków o chadeckich rodowodach i poglądach, fachowców, społeczników, zasłużonych w walce o demokrację, samorządowców. Nie warto angażować się w rozliczanie kampanii, to do niczego nie prowadzi i kto ma rozstrzygać? Porażka wyborcza jest faktem, jeśli Schetyna nie odejdzie należy budować koalicję bez niego. I należy zostawić w spokoju Biedronia. To nie przez niego PiS wygrało wybory. Gdyby nie Wiosna nie wiadomo czy wynik generalny w PE byłby tak dobry. Polska wprowadziła 25 zwolenników Unii do 26 lub 27 przeciwników. To nie jest katastrofa dla Unii, która te wybory wygrała, przegrała głównie Polska i tradycyjnie już Węgry. Ale przecież nie takie katastrofy przeżył nasz kraj. Czasami najciemniej jest przed świtem.

Od ogłoszenia wyników wyborów do PE aż do teraz nie byłem w stanie siąść i wyrazić swoje emocje. Zaraz po ogłoszeniu wyników kupiłem sobie butelkę czystej i wypiłem w ciągu następnej doby, tak, że żona musiała mnie rozbierać do snu. Teraz dopiero dotarło do mnie wszystko – wyniki, implikacje, napłynęły możliwe konsekwencje na jesień, która zapowiada się zbyt gorąco, by myśleć o tym na wiosnę. 6 punktów procentowych, które otrzymałem, nie wystarczy nawet, żeby porządnie się upić – ale jak się nie ma, co się lubi…

Teraz PiS nabrał nowego wiatru w żagle; wie, że na jesieni rozstrzygnie się jego być, albo nie być; że jeżeli przewali te wybory, to nigdy już tak ulubionej władzy niemal absolutnej nie odzyska, więc tylko rażący błąd będzie w stanie odwrócić tendencje.

Film Sekielskich był przereklamowany – nie liczy się, ile ma wyświetleń, tylko kto go wyświetla. Jeśli wśród tych 20 milionów widzów są influencerzy, to znaczy, że byli zbyt cicho. W mediach są rozsiane jednostki i ludzie – węzły, którzy mają gęstą sieć społeczną i wpływ realny na to, co myślą ich obserwujący. Oczywiście, że wśród tak licznej publiczności musieli być owi ludzie – słupy, ale nie spełnili swej roli. W wielu kościołach nie odczytano listu biskupów, którzy odnieśli się, za późno jak zwykle, tak do filmu, jak przede wszystkim problemu pedofilii.

Jeśli Koalicja Europejska się rozpadnie, to bardzo trudno będzie zmontować na jesień nową. Jeżeli partie centrolewicowe pójdą osobno, na pewno przewalą te wybory, tu nie mam złudzeń. Straszenie PiS-em nie działa – gwoli prawdy, daleko im do faszyzmu i jest to raczej tylko faszyzm w koncepcji gospodarczej, podobnej nieco do narodowego socjalizmu, a nie w nadbudowie ideologicznej. Oczywiście, przymykają oczy na wybryki skrajnej prawicy, ale po klęsce tej ostatniej, nie mają już młodzieżowego zaplecza – pielgrzymki faszystów na Jasną Górę się skończą. PiS wie, że suweren nie lubi skrajności, tak jak nie lubi jej statystyka – wygrywają najczęściej partie oscylujące wokół centrum z odchyleniem w prawo bądź w lewo, ale nie skrajne.

Porażka Ruchu Palikota powinna była dać do myślenia Biedroniowi, ale nie dała – społeczeństwo w kryzysie będzie się trzymać blisko KK, bo to jedyna instytucja, która się nie zmienia i daje w ten sposób złudzenie stabilności, solidności i nawet skandale pedofilskie tego nie zmienią. Daleko nam do Irlandii, gdzie KK niemal upadł, czy do Hiszpanii, niegdyś bastionu katolicyzmu, teraz niemal z pustymi kościołami. Polska miała papieża i nawet jeśli to nie jego robota, to w każdym razie KK ma mocną pozycję mimo wszystko. A mówiąc serio – granie na nucie antyklerykalnej niewiele daje. Ostrzegałem, że problem KK to nie tylko jego skandale w przestrzeni publicznej, ale pokryte rdzą dogmaty, których nie ruszymy bez porządnej wiedzy i oczytania w różnych mądrych pracach.

Oby teraz nie zaczęło się szukanie winnych porażki KO, bo to najgorsze, co koalicja mogłaby zrobić; oczywiście, należy usiąść i zastanowić się, co poszło nie tak, ale bez oskarżania kogokolwiek – zawinili wszyscy, także ja, nie starając się wyraźnie artykułować swojego stanowiska. A co poszło nie tak? Otóż problemem poprzednich rządów było niedostrzeganie socjalnych kłopotów Polaków – większość z biednych, z małych ośrodków, ze wsi, z Polski południowo-wschodniej głosowała nie przeciw KO, ale za świadczeniami, które im dała – było, nie było – partia Kaczyńskiego. Oni zagospodarowali sferę pozostawioną przez liberałów “niewidzialnej ręce rynku”, a to w świetle historii ekonomii nie działa. Ani całkowity interwencjonizm państwa, ani całkowity liberalizm wolnorynkowy nie sprawdzają się. Co się sprawdza? Cóż, swobody gospodarcze nie mogą promować tylko bardziej zaradnych, bo o tym, kto jest zaradny decyduje tyle zmiennych, że nie sposób zliczyć. I ludzie podświadomie czują, że nie jest sprawiedliwy nierówny start w życiu, jaki jest faktem. Nikt nie jest winny, że rodzi się w biednej rodzinie i niczyją zasługą nie jest, że rodzi się superinteligentnym, przystojnym macho albo kobietą sukcesu. Ludzie nieświadomie chcą, aby w razie czego ktoś im pomógł – na wolnym rynku, jeszcze ledwo wschodzącym, każdy dba o własne interesy, więc ludzie chcą, aby był dobry wujek w postaci państwa, które pomoże, a jeśli nie pomoże ofiarowanie wędki, to nie zawaha się nawet dać po prostu rybę. Nie każdy, kto otrzyma wędkę, zaraz coś złowi – jeszcze trzeba ludziom pokazać, jak łowić, gdzie i kiedy. Pewna nuta pogardy dla tych, którym gorzej w życiu poszło, istnieje i jest wyczuwalna wśród tych, którzy jeszcze wierzą w wolny rynek i jego niewidoczną rękę.

PiS postawiło na mocny program socjalny, co się bardzo ludziom biednym i średnio sytuowanym podoba. A w sferze ideologii gra na najczulszej nucie Polaków, czyli nucie kościelnej.

Jakoś tak jest, że ilekroć ktoś próbuje zrobić porządek z religią, nigdy mu się to nie udaje. Sfera uczuć religijnych – co pokazały quasi-profanacje wizerunku częstochowskiego – nie podpada pod rozum, który nie potrafi ich okiełznać. Emocje religijne – co z kolei pokazywały miesięcznice pod pałacem – biorą zawsze w tłumie, w stadzie górę. Religii nie da się racjonalnie opisać, zbadać – można albo ją przyjąć w całości i tak robi większość, albo kryć się ze swymi poglądami, albo ignorować, czyli zająć się czymś innym.

Straszenie LGBT również pomogło, ale nie tak, jak ryba dla Kowalskiego i nie tak, jak granie na emocjach zbiorowych oraz zarządzanie strachem przed “nachodźcami”. Ale znowu: lustrzane demonizowanie przez opozycję wszystkich decyzji tej władzy nie spełnia warunku racjonalności. Nie jest bowiem możliwe, aby przez cztery lata PiS podejmował same złe decyzje. Inna sprawa, że jedna zła decyzja w kluczowej kwestii unieważnia dziesięć dobrych w mniej istotnych sprawach.

Jeśli na jesieni mamy zamiar wygrać te wybory, trzeba przestać uprawiać politykę negatywną i przejść do konstruowania realnej, mocnej alternatywy dla tej władzy. Nie wystarczy krytyka, zwłaszcza ad personam i wyłącznie destruktywna. Musimy mieć wizję. Całkiem nową, ale zarazem zakorzenioną w jeszcze głębszych warstwach świadomości społecznej wizję kraju. Podpowiadam: Polska “złotego wieku”, okres renesansu i odrodzenia, czasy jagiellońskie – tolerancja, wielokulturowość i świecka nauka, czasy, kiedy na Wawelu montowano “Zygmunta”. Oby wybił nam tym razem zwycięstwo.

Przegrana Koalicji Europejskiej nadal jest obiektem analiz i jak okazuje się, głównym problemem opozycji była… niska mobilizacji jej elektoratu.

„Gazeta Wyborcza” przypomniała dziś przedwyborczy sondaż Kantar. Wynikało z niego, że KE wygrałoby z PiS jednym punktem procentowym. Nawet zakładając, że wynik byłby  trochę inny, wątpliwe, by różnica wyniosła tyle, ile ostatecznie zobaczyliśmy w poniedziałek.

„Po zapoznaniu się z tabelami wyników “Wyborcza” zauważa, że 56 proc. uprawnionych do głosowania województw popierających Koalicję deklarowało udział w wyborach, podczas gdy w województwach popierających PiS udział zapowiadało 45 proc.” – czytamy na łamach Onetu.

I faktycznie – frekwencja w województwach “propisowskich” wyniosła 45 proc. Niestety zawiodły regiony “prokoalicyjne”, gdzie zamiast 56 proc.  do urn poszło tylko 44 proc.

Największy problem KE

Głównym problemem KE jest więc… jej elektorat, który chętnie deklaruje swój udział w wyborach, ale ostatecznie w dniu wyborów omija lokale wyborcze szerokim łukiem.

“Odwrotnie wyborcy PiS: zaniżony wynik Prawa i Sprawiedliwości w exit poll Ipsos (42,4 proc. przy rzeczywistym rezultacie 45,38 proc. – red.) tłumaczył tym, że wyborcy PiS ukrywali przed ankieterami fakt, że tak właśnie głosowali” – podaje “GW”.

Jak więc opozycja powinna zmobilizować swoich ludzi? Na to pytanie powinni odpowiedzieć specjaliści – zespół złożony z socjologów oraz ekspertów ds. PR i marketingu politycznego. Ponoć z ich pomocy korzysta od lat PiS. Zresztą – jak wczoraj pisała „GW” – w sztabie partii rządzącej dokładnie analizowano, w które powiaty politycy ugrupowania powinni się udać. Pytani o podobny schemat działania działacze KE, wzruszali ponoć ramionami.

Obecnie liderzy opozycji twierdzą, że przygotowują się do jesiennej kontrofensywy i analizują popełnione błędy. Wynik np. Bartosza Arułkowicza pokazał, że działacze KE mogli uzyskiwać lepsze notowania u wyborców.

Ostateczne starcie

Jaki wynik zobaczymy jesienią? Czy KE pokona ostatecznie PiS? Przed opozycją bardzo ciężkie chwile (zwłaszcza w kontekście niezadowolenia wynikiem PSL). Najtrudniejszym jej zadaniem będzie jednak pełna mobilizacji jej zwolenników. W tym tkwi klucz do sukcesu…

Jesienią wygramy!

29 Maj

Przegrana zawsze boli. Jednak mimo bólu do jesiennych wyborów musimy udowodnić, że nie jesteśmy „lemingami”. I w momencie najważniejszej próby nie podążymy w przepaść – chaotycznie i w rozproszeniu, do czego zachęca nas Jarosław Kaczyński, jego propagandyści, a także głupcy (często o nieskazitelnie „dobrych intencjach”), jakich nie brakuje w żadnym obozie, a więc także i w naszym – pisze Cezary Michalski

Skokiem w przepaść byłoby zniszczenie Koalicji Europejskiej – jedynej siły, która w tych wyborach oparła się PiS-owi i zdołała zebrać blisko 40 procent głosów. Koalicję Europejską trzeba wzmocnić, poszerzyć (raczej o część elektoratu Roberta Biedronia, niż o samego Naczelnego Narcyza III RP, który już publicznie odmówił udziału w negocjacjach dotyczących wspólnej listy opozycji w jesiennych wyborach).

Oczywiście trzeba zdiagnozować i naprawić błędy.

Trzeba przełożyć istniejący program Koalicji Europejskiej – ofertę dla edukacji, służby zdrowia, polskich przedsiębiorców prywatnych – na swego rodzaju „500 plus” dla nauczycieli, dla lekarzy i pielęgniarek, dla drobnych i średnich przedsiębiorców, dla młodych ludzi wchodzących na rynek pracy

albo naprawdę chcących się uczyć („naprawdę”, czyli uzyskując dobre oceny, zdając egzaminy i kończąc studia w terminie, a nie traktując z pozoru „łatwe” humanistyczne kierunki jako przedłużenie młodości na koszt rodziców i – no bo czemu nie – na koszt państwa, czyli innych młodszych i starszych Polaków).

Transferom socjalnym PiS-u trzeba przeciwstawić bardziej konkretną i obrazową – bo na poziomie „teoretycznego programu” ona istnieje i była przedstawiana na konwencjach, w dokumentach PO i KE – wizję ładu społecznego i gospodarczego, w którym ludzie nie są karani za przedsiębiorczość, naukę i pracę, nie traktuje się ich jak złodziei albo dojne krowy, ale gdzie państwo – poprzez ład podatkowy i prawny – motywuje ludzi chcących uczyć się, pracować i podejmować biznesowe ryzyko.

I trzeba się pogodzić z tym, że na razie nie uda się przekroczyć rowu z płonącą naftą, jaki wokół swojego elektoratu wykopał, wypełnił i podpalił Jarosław Kaczyński za pomocą „jarkowego” i prawicowej wojny kulturowej. Gdzie

nawet pedofilia w Kościele stała się narzędziem mobilizacji klerykalnego i eurosceptycznego elektoratu prawicy (bo to są „nasze patologie”, a „naszych patologii” trzeba bronić albo przynajmniej trzeba je bagatelizować, gdyż one są częścią „naszego suwerennego stylu życia”).

Do walki trzeba mieć armię

Czeka nas żmudna walka, raczej „krew, pot i łzy”, niż łatwe zwycięstwa w atmosferze ogólnego uznania i medialnego poklepywania po policzkach i plecach. Ale aby walczyć, trzeba mieć armię, sztab i dowódcę. Przeciwnik też to wie, dlatego od pierwszych godzin po wyborach do boju ruszyły PiS-owskie trolle (z niewielką, ale bardzo dobrze słyszalną pomocą głupców w obozie liberalnym), domagając się tylko jednego: zniszczenia Koalicji Europejskiej i pozbawienia jej lidera (Grzegorza Schetyny) lub grupy liderów (ludzi z PO, SLD, Nowoczesnej, PSL), którzy zdecydowali się na koalicję i nadal chcą jej bronić.

Pominę głupców, trendziarzy i toksyczne resztki po klęsce populistycznej lewicy. Ale dlaczego rozbicie KE stało się priorytetem Jarosława Kaczyńskiego przed jesiennymi wyborami do polskiego parlamentu? To raczej oczywiste.

Rozbicie Koalicji Europejskiej to gwarantowana większość konstytucyjna prawicy i totalne zniszczenie wszelkie politycznej opozycji wobec PiS. No bo nie było i nie ma po stronie opozycji żadnej alternatywy organizacyjnej dla KE. PSL poza koalicją to PSL całkowicie włączone do PiS-u.

Na tej samej zasadzie, na której od czterech lat PiS absorbuje lokalny aparat ludowców prostym szantażem: „przechodzicie do nas i zachowujecie pracę w państwowych agencjach obsługujących wieś albo próbujecie zachować niezależność wobec naszej władzy, a wtedy wy i wasze rodziny zdechniecie z głodu, a ci spośród was, którzy oprą się szantażowi finansowemu, zostaną rozwaleni przez służby Mariusza Kamińskiego”). SLD poza koalicją to SLD pod progiem wyborczym i nieistniejące. Nowoczesna poza koalicją, podobnie. Nawet PO poza koalicją to partia, która samodzielnie nie zdoła zagrodzić Kaczyńskiemu drogi do konstytucyjnej większości.

Kaczyński wie doskonale, że w przypadku rozbicia Koalicji Europejskiej będziemy mieli w Polsce „węgierski scenariusz”, w którym partia władzy wyposażona w pisaną pod dyktando wodza ustawę zasadniczą nie tylko totalnie zmarginalizuje opozycję polityczną zorganizowaną w partie, ale zniszczy także społeczeństwo obywatelskie wraz ze wszystkimi jego instytucjami. Mówiąc językiem Kaczyńskiego, partia władzy po rozbiciu opozycji politycznej „wymieni społeczne elity” na elity pisowskie (zamiast dobrego dyplomu czy ciekawego CV dysponujące legitymacją partii rządzącej). „Wymieni je” nie tylko w państwowych mediach czy na państwowych urzędach – co już widzieliśmy i znamy konsekwencje – ale także w sądach, w mediach prywatnych, w prywatnym biznesie.

A wówczas Polacy staną się niewolnikami rządzącej prawicowej monopartii, tak jak niewolnikami swoich monopartii są Rosjanie czy Węgrzy.

Na razie jest tak, że oni mają połowę Polski, my mamy połowę Polski. Jesteśmy podzieleni frontami kulturowymi, społecznymi. Oni swoją połowę zmobilizowali bardziej, niż my swoją połowę. Wyposażyli w prawicowe „media tożsamościowe”, czyli narzędzia bezwzględnej i jednolitej propagandy. Podczas gdy my ciągle mamy „liberalne media” – pluralistyczne, rządzące się czasem modami, czasem oportunistyczne, rządzące się prawami komercji.

Nasza reprezentacja polityczna musi zrobić ze sobą porządek, zacisnąć zęby, naprawić błędy, a wspólne listy wyborcze budować w taki sposób, żeby do opinii publicznej docierała tylko „zgoda”, a nie narcyzmy, egoizmy, ambicje poszczególnych osób.

Ale to od nas wszystkich zależy, czy jesteśmy przygotowani na Churchillowskie „krew, znój, pot i łzy”.

Biedroń dał Kaczyńskiemu zwycięstwo

Robert Biedroń wypełnił w tych wyborach swoje zadanie. Tym zadaniem nie była walka o głosy „niegłosujących” czy „socjalnych wyborców prawicy”, bo nigdzie tam się Biedroń nie przebił. Kanibalizował wyłącznie głosy oddane w wyborach samorządowych na Koalicję Obywatelską. Ale

wypełnił swoje faktyczne zadanie, którym od samego początku było zagwarantowanie Jarosławowi Kaczyńskiemu kilkuprocentowego zwycięstwa nad opozycją i odebranie zjednoczonej opozycji wystarczającej liczby wielkomiejskich liberalnych głosów, żeby nie mogła minimalnie wygrać lub choćby zremisować z PiS-em.

Liderzy Koalicji Europejskiej już w czasie wyborczego wieczoru zaprosili Biedronia do negocjacji na temat poszerzenia wspólnego frontu opozycji przed jesiennymi wyborami. On jednak zaproszenie odrzucił udając, że 6 procent głosów (nie tak daleko od wyborczego progu) jest wielkim sukcesem stworzonej przez niego formacji, mimo że jeszcze przed miesiącem występował w mediach opowiadając, że jest pierwszą siłą opozycji i „ewentualnie zrobi kiedyś Grzegorza Schetynę swoim wicepremierem”.

Biedroń nauczył się narcyzmu w Ruchu Palikota, od swego dawnego lidera. Jednak Janusz Palikot poza narcyzmem miał determinację i twardość, których Robert Biedroń nie posiada wcale. Dlatego Ruch Palikota jako świeża inicjatywa zdobył w pierwszych swoich wyborach ponad 10 procent głosów, co pozwoliło mu przez kolejne cztery lata walczyć o życie. Biedroń zaczął od minimalnego przekroczenia wyborczego progu i nie sądzę, by „dożył” jesieni. Jeśli jednak „dożyje” – na tych samych głosach, wyszarpanych liberalnemu centrum – Jarosław Kaczyński wygra także jesienne wybory, bo

przy liczeniu głosów metodą D’Hondta każdy głos oddany na partię Biedronia (o ile pójdzie ona do jesiennych wyborów osobno) będzie oznaczał głos przewagi nad opozycją zdobyty przez Kaczyńskiego za friko.

Co zostało po lewicy

Blisko dziesięć procent głosów Konfederacji i Kukiza pokazuje, że skrajna prawica, skrajny nacjonalizm, a nawet elementy neofaszyzmu, mają się w Polsce dobrze. Hodowanie ich przez PiS na publicznych pieniądzach, na etatach w państwowych mediach i spółkach Skarbu Państwa (a nawet w Narodowym Banku Polskim, gdzie Adam Glapiński, oprócz asystentek, zatrudnił także młodzieńców ze stażem w Młodzieży Wszechpolskiej i ONR) – przyniosło efekty, choć niekoniecznie takie, jakich się spodziewał po swojej inwestycji Jarosław Kaczyński.

Martwi jednak fakt, że skrajna prawica ma w Polsce większe rezerwy głosów, niż jakakolwiek lewica. Po definitywnej klęsce w tych wyborach Adriana Zandberga jedyna lewica, która politycznie przeżyła, to SLD i Barbara Nowacka w Koalicji Europejskiej. Zandberg poległ pod Biedroniem i muszę przyznać, że po raz pierwszy jest mi go żal. On był przynajmniej realnym lewicowcem. Nawet jeśli nie była to wyczekiwana przeze mnie socjaldemokracja, ale lewicowy populizm, to jednak

Adrian Zandberg był twardym ideowym wkładem w polską politykę. I trochę szkoda, że wykończył go akurat Biedroń, który na jego tle jest bezbarwnym korporacyjnym produktem, mydełkiem Fa zawiniętym w PR-owe sreberko przez specjalistę od reklamy i politycznego doradztwa Jakuba Bierzyńskiego.

Bierzyński wcześniej pracował dla neoliberała Ryszarda Petru, ale kiedy Petru utonął, z równym entuzjazmem i podobnymi metodami „lokował na rynku” Wiosnę, więc o lewicowości tej formacji lepiej nie wspominajmy.

Nie z PiS, ale ktoś z Platformy, bądź innej partii dostanie w Unii bardzo ważne stanowisko. Nie dla ancymonków Kaczyńskiego

29 Maj

Przewodniczący PO Grzegorz Schetyna odbył rozmowę z Donaldem Tuskiem. Obydwaj politycy rozmawiali o przyszłości Polski w Unii Europejskiej.

Politycy spotkali się na posiedzeniu władz chadeckiej Europejskiej Partii Ludowej (jej członkami jest PO i PSL). Posiedzenie miało miejsce przed szczytem Unii Europejskiej.

Tusk i Schetyna rozmawiali o wynikach wyborów do Parlamentu Europejskiego i możliwych rotacjach w Komisji Europejskiej. W trakcie rozmowy Tusk pochwalił Koalicję Europejską i rezultat, który ugrupowanie otrzymało w wyborach.

Bardzo ważne będzie to nowe rozdanie w Europie, by wskazać kandydata na przewodniczącego Komisji Europejskiej, kierownictwa we frakcji EPL w Parlamencie Europejskim” – mówił Grzegorz Schetyna.

Do kolejnego spotkania polityków dojść ma w 30. rocznicę wyborów z 4 czerwca 1989 roku. „Będziemy się widzieć 4 czerwca i wtedy będziemy mogli spokojnie rozmawiać. A na razie wszystko to, co w polityce europejskiej jest najważniejsze – podsumować kampanię wyborczą, wyniki wyborów i zastanowić się jak najlepiej można zorganizować miejsce Polski w PE, bo PiS będzie w głębokiej opozycji, w ugrupowaniu populistycznym” – zadeklarował przewodniczący PO.

Schetyna nie wyklucza, że któryś z polityków PO lub PSL może objąć kluczowe w Unii Europejskiej stanowisko.

 

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. PiS wygrało wybory do Europarlamentu, więc już politycy partii rządzącej wiedzą, kto zasługuje na objęcie stanowiska przewodniczącego PE.

To oczywiście Beata Szydło, którą poparło najwięcej Polaków. Krystyna Pawłowicz pisze na Twitterze „Polka, Beata Szydło, była premier, zdobyła najsilniejszy mandat demokratycznych wyborów do Parlamentu Europejskiego – około 500 tysięcy głosów – powinna być forsowana przez nas na przewodniczącą tego Parlamentu” i nawołuje, by ten pomysł poparły Węgry i Włochy.

Pani Pawłowicz przeoczyła pewien istotny fakt. Owszem, wygrana partii rządzącej i byłej premier może robić wrażenie, jednak PiS nie będzie miało zbyt wiele do powiedzenia w Europarlamencie. Zasili on prawdopodobnie szeregi eurosceptycznej frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, a to zaledwie 62 członków na 751. Tak więc jest ich niewielu, a do tego nie mają umiejętności, która pozwoliłaby im zbudować koalicję, zdolną do rządzenia Unią.

Wynik wyborów w całej Europie wyraźnie pokazuje, kto będzie miał rzeczywisty wpływ na decyzyjność Unii. Decydujący głos będzie należał do chadeków z Europejskiej Partii Ludowej i lewicy z Postępowego Sojusz Socjalistów i Demokratów, a wspomogą ich liberałowie z ALDE oraz Zieloni.

W tej sytuacji marzenia, by postawić eurosceptyczkę Beatę Szydło, która nagle przeszła metamorfozę i pokochała UE, na czele tej organizacji, to tylko mrzonka. Swoje zdanie w tej sprawie mają internauci, którzy twierdzą, że „w PE pis to margines. W dodatku z nikim nie pogadają w kuluarach bo nikt z nich nie włada angielskim. Okopią się na poboczu, czasem wyskoczą z czymś kompromitującym i tyle” czy też „jadą nie pracować i cokolwiek robić posługując się językiem brukselskim. Oni jadą po szmal dla siebie”.

Prof. Marcin Matczak o wypowiedziach polityków PiS i sympatyzujących z nimi publicystów po wyborach europejskich.

Z niedzielnych wyborów wyciągam tylko jeden wniosek: zwyciężają ci, którzy głosują, a nieobecni nie mają racji.

Skuteczność jest w polityce jedynym miernikiem sukcesu. Kropka. I ten test oblali nie tylko politycy opozycji, ale i ich wyborcy. Trudno mi wprost wyrazić, jak bardzo szanuję wyborców PiS za to tylko, że poszli i zagłosowali na polityków, których poglądy podzielają.

Ci z państwa, którzy czytają mnie od dawna wiedzą, że daleko mi do znanego z opisów socjologicznych przeciętnego zestawu opinii zwolennika PiS, co nie zmienia faktu, że, jak pokazały niedzielne wybory, to oni właśnie, a nie wyborcy opozycji, mają tę największą z politycznych mądrości, pozwalającą zrozumieć, że ich głos ma wielką moc. „Tacy mądrzy ci wyborcy opozycji” – chciało mi się powiedzieć w poniedziałek rano – „a nie rozumieją, że trzeba głosować”.

Cóż, wyszło szydło (a w świetle rekordowego wyniku byłej premier, to nawet i Szydło) z worka: w ostatecznym rozrachunku nie liczą się efektowne pochody i żarliwe marsze w „w obronie” lub „przeciw”,  święte oburzenie i głosy rozpaczy, wiece, chorągiewki, marsze i spacery – ale wyłącznie jedna jedyna rzecz. Czy poszedłeś w niedzielę 26 maja do urny i zagłosowałeś? Bo to właśnie niedzielne wybory były wymarzoną okazją do demonstracji dla wszystkich, którym nie podobają się rządy PiS. I w przeciwieństwie do demonstracji poprzednich – ta jedna mogła być skuteczna. Nie była, bo nie wszystkim się chciało.

A ja czytam i czytam od poniedziałku rano teksty pełne niewysłowionej pogardy dla zwolenników PiS. „Idioci”, „złodzieje”, „dali się przekupić”, „ignoranci”, „sprzedali swój kraj”. Były prezydent, Bronisław Komorowski ocenił, że na PiS głosują ludzie… którzy nie płacą podatków. Nie przeczytałam natomiast ani jednego prawdziwie analitycznego i autokrytycznego tekstu zwolenników opozycji. Nie widziałam cienia poważnej refleksji nad lenistwem i postawą własnego środowiska. Mieć do przeciwnika i oponenta pretensje, że jest lepszy, bardziej pracowity i lepiej rozumie zasady gry, to zaiste ciekawa postawa!
No sorry Winnetou, takie życie.

Kiedy to powiedziałam (a powiedziałam w Onet rano) zalała mnie fala hejtu: że jak mogę, że Polska w żałobie, że kim się niby zachwycam, fanatykami, którzy dają się przekupić za własną kasę (tu wyzwisk pod adresem wyborców PiS ciąg dalszy), że za taką skuteczność, to my dziękujemy….

Cóż, ci, którzy śledzą moje teksty od dawna, wiedzą, że nigdy nie zachwycałam się ani nacjonalistami ani populistami i zawsze będę uważać, że populizm, ksenofobia i idolatria, wyrządzają każdemu krajowi, w którym się zagnieżdżą  niepowetowane straty… Trudno jednak nie widzieć, że wybory wygrywa się nie samymi ideałami czy wzniosłymi zasadami, ale przede wszystkim ciężką, konsekwentną orką, pracą u podstaw, pracą aż do wyczerpania oraz mobilizacją i dyscypliną. Nie tylko po stronie polityków, ale i wyborców.

Źródeł porażki opozycji nie należy też szukać w przysłowiowej już „sile narracji PiS” ani słynnym „geniuszu politycznym” Jarosława Kaczyńskiego, bo ani ta narracja taka świetna, ani z Kaczyńskiego żaden geniusz. Przegrywał i wygrywał wiele razy, jak każdy inny polityk w Polsce.

Źródła porażki opozycji tkwią w samej opozycji i jej wyborcach i tu nic się nie zmieni bez porządnego rachunku sumienia i przewietrzenia własnych  głów.
W zbyt wielu miejscach w Polsce posłowie Koalicji Obywatelskiej skupiali się na dołożeniu koledze z tej samej listy, zamiast walczyć z PiS. W zbyt wielu miejscach mówili do już przekonanych. Zbyt mało nowych twarzy, młodych pracowitych ludzi, wysyłali do mediów (bo naprawdę nie wystarczy wciąż tych samych, osiem na krzyż gadających głów), zbyt słabą i niewidoczną prowadzili kampanię.

Wewnętrzne wojenki, podcinanie sobie wzajemnie skrzydeł, małostkowość, niechęć do przewietrzenia kierownictwa partii, otaczanie się przez liderów starymi, przegranymi działaczami, zamiast młodych, świeżych, pracowitych liderek i liderów, ignorowanie wewnętrznych partyjnych badań i oczekiwań ludzi, przekonanie o własnej nieomylności – oto przyczyny zguby po stronie polityków. Po stronie zbyt wielu wyborców niestety lenistwo i brak świadomości i dyscypliny.

I jeśli nic się nie zmieni…. No to nic się nie zmieni. I nawet nie będzie można powiedzieć, że to wina PiS – bo będzie to wyłączna własna wina obozu demokratycznego.

Dług Publiczny 1 bln. 57 mld zł. ukryty; 4bln. 808 mld zł. Prawdziwe zadłużenie ok 300%. W ciągu 3 M-scy 2019r. wzrósł ok. 27 mld zł. Przeczytajcie to wszystkie owce, barany , nieuki. Za wyborczą kiełbasę zapłacimy my, nasze dzieci i wnuki.

>>>

Z kupionym zwycięstwem PiS jest jak z kupionym prawem jazdy, które doprowadzi do katastrofy

28 Maj

Patryk Jaki zapowiedział w TVP info, co niebawem zrobi prokuratura z internetowymi stronami, na których kwitnie satyra z PiS i jego polityków.

Minister jest przekonany, że przeciwnicy PiS wciąż mają przewagę w mediach i dodał, że są też „nowe przewagi w mediach społecznościowych”. – Instytucjonalne przewagi, nieuczciwe, uważam. To nielegalne finansowanie kampanii wyborczej, prokuratura się za to naprawdę weźmie – zapowiedział w rozmowie z Magdaleną Ogórek, dziwnie „zapominając” o działalności TVP (w tym programu, w którym gościł) i „instytucjonalnej przewagi” rządu, w którym zasiada.

„Ja też już sobie obiecałem, że po kampanii weźmiemy się za takie rzeczy jak „Sok z Buraka”. To się teraz skończy. Ja chwilę odpocznę i się tym naprawdę zajmę” – zapowiedział.

Czyżby zdecydowane zwycięstwo Zjednoczonej Prawicy dawało zdaniem wiceministra sprawiedliwości mandat, by ukrócić „nieprawomyślną działalność”?

„Budowanie, a nie rozbijanie jest wartością; gdybyście mieli się podzielić, to zastanówcie się trzy razy, czy na pewno podzieleni macie pomysł na zwycięstwo. Nie warto marnować tego wielkiego wysiłku. Nawet, jak z moimi dziećmi rozmawiam, to nie jest łatwo dokonać wyboru koalicji, w której jest tyle odcieni i pomysłów na Polskę. Trzeba uszanować determinację, wolę i odwagę tych milionów ludzi głosujących na tę Koalicję. Byłbym ostrożny na miejscu ich liderów przed podjęciem kroków” – powiedział dziennikarzom w Brukseli przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

„Moją pierwszą radą do polityków w Polsce, szczególnie opozycyjnych, jest to, by starali się o sobie mówić pozytywnie. Zrobili wielki wysiłek. Nie ma miejsca na euforię, ale wykonali kawał dobrej roboty. To, co jest niezbędne, by myśleć o zwycięstwie, to szukanie ludzi nie tylko w dużych miastach i partiach, ale wyjść daleko szerzej” – stwierdził były polski premier.

Analizował też powody wygranej PiS. – Wynik KE jest wysoki, wyższy niż wskazywały na to badania, natomiast wynik PiS-u jest wyraźnie lepszy niż można było się spodziewać. Obóz rządzący bardzo skutecznie użył narzędzi przekonywania Polaków: polityka socjalna, czasem wręcz takie bezpośrednie prezenty tuż przed wyborami. Dzisiaj sytuacja gospodarcza pozwala na taką politykę, a PiS korzysta z tego pełnymi garściami. Opozycja nie ma na to szans, nie ma tych narzędzi ani mediów publicznych. Media publiczne to ukierunkowana i agresywna propaganda rządowa” – stwierdził Tusk.

Skomentował też głosy polityków PiS na swój temat, o czym w artykule „Beata Szydło: „Czas Donalda Tuska w polskiej polityce się skończył”. – „Sygnały ze strony PiS, że „już po Tusku”, traktuję jako mało elegancki, ale wciąż komplement, że mają ze mną problem” – stwierdził. Zapytany o plany na przyszłość, Tusk odparł: – „Jestem absolutnie przekonany, że wielu Polaków ma jakieś oczekiwania, jeśli chodzi o moją aktywność. Kalendarz jest dość precyzyjny. Moja kadencja dobiega końca po wyborach parlamentarnych – to określa moją rolę w tych wydarzeniach. Nie będę się narzucał z rolą czy radą, jeśli ktoś uzna, że nie jestem pomocny”.

W skali kontynentu pisopodobni przegrali. PiS w Polsce w zasadzie nie wygrał, tylko zwycięstwo kupił. Ich wygrana jest tyle warte co kupione prawo jazdy czy matura.

Będą rządzić w Parlamencie Europejskim ze swoimi niemymi w większości kukłami? Tak jak do tej pory. Stronie demokratycznej udało się wprowadzić kilka wspaniałych osób. Co zdziałają? Same nic, ale w sojuszu z innymi progresywnymi partiami w Europie sporo.

Musimy mieć świadomość, że wyniki wyborów pokazują, że jesteśmy odległą europejską prowincją, która w większości ciągle ma problem ze zrozumieniem swojej sytuacji i woli głosować na mity o własnej potędze niż tę potęgę współtworzyć razem z resztą naszego kontynentu.

Dziś wygrała w Polsce korupcja, pedofilia i głęboka wiara w kościół. Wygrała także obywatelskość, wiara w postęp, Polskę i jej mieszkańców. Nawet jeśli te siły postępowe zdobyły mniej mandatów, to udało im się wprowadzić do Europarlamentu ludzi mądrzejszych, którzy będą gwarantować, że przetrwamy do wyborów, po których będziemy mogli rozliczyć kaczystów z tego, co Polsce zrobili.

Po politycznym i ekonomicznym przyłączeniu Polski do Unii pozostaje nam zadanie najważniejsze. Musimy przystąpić do Unii Europejskiej mentalnie. To prawdopodobnie najtrudniejsze zadanie, ale osiągniemy to z takimi Postaciami jak europosłowie KE i Wiosny, którzy będą reprezentować Polaków w Brukseli i pomimo pisowskich europosłów, którzy w stolicy zjednoczonej Europy reprezentują partię braci Kaczyńskich.

Europejczykiem nie jest się dlatego, że się mieszka w Europie, ani dlatego, że ma się konto w euro. Europejczykiem jest się dlatego, że chce się nim być.

W 1992 r. wyrokiem Sądu Najwyższego Amerykanie znieśli ciszę wyborczą, bo uznali, że narusza gwarantowaną w konstytucji wolność słowa i swobodę wypowiedzi. Rok wcześniej cisza wyborcza wprowadzona została w Polsce. Służyć miała niczym niezmąconej refleksji nad właściwym wyborem najlepszych kandydatów. Gdyby ten cel był naprawdę realizowany, optowałbym za tygodniowym, albo i miesięcznym zakazem wyborczej agitacji.

Niemal każdy Polak pytany, jaki powinien być kandydat do Europarlamentu, odpowie bez wahania, że musi być wykształcony, znający zachodnie języki, lojalny wobec swoich wyborców, oraz na tyle kulturalny i przyzwoity, żeby już więcej nie kompromitował nas chamskimi wypowiedziami, pijackimi ekscesami czy przekrętami w obliczaniu diet i kosztów podróży. Takich ludzi chcemy widzieć w Brukseli przed wyborami. Ale potem dostajemy do ręki arkusz wyborczy i wielu zakreśla krzyżykiem nazwisko kogoś, o kim doskonale wie, że wykształcenie ma bardzo średnie, w języku obcym potrafi najwyżej kupić paczkę Marlboro, lojalny jest wyłącznie wobec kierownictwa swojej partii, a jego moralne kwalifikacje charakteryzują liczne przypadki naginania faktów, wciskania ciemnoty i odwracania kota ogonem.

Odpytywani podczas kampanii o znajomość języków obcych odpowiadają najczęściej, że radzą sobie nieźle, albo że właśnie odświeżają sobie język, lub że akurat kończą intensywny kurs. W praktyce większość kandydatów jedynie „słyszało wiele dobrego” o angielskim, francuskim, czy niemieckim. Fatalnie wypadł sprawdzian znajomości języków obcych przeprowadzony wśród kandydatów do Europarlamentu przez radio RMF.  Spośród kilkunastu regionalnych kandydatów odpytanych przez „Gazetę Lubuską” tylko jeden władał angielskim w stopniu umożliwiającym konwersację. „Gazecie Pomorskiej” udało się znaleźć na swoim terenie raptem dwóch kandydatów władających językiem zachodnim. Nie lepiej było w innych regionach, może poza Warszawą i kilkoma dużymi miastami. Ale kwalifikacje językowe to ani jedyny ani najważniejszy problem polskiej reprezentacji w UE.

Obok ludzi wybitnych, polityków zasłużonych dla Polski i doświadczonych w międzynarodowych relacjach, reprezentować nas będą w Brukseli także funkcjonariusze partyjni, wysłani tam zarówno w nagrodę za dotychczasowe zasługi, jak i wypchnięci na boczny tor, przesunięci z państwowych stanowisk, gdzie narobili szkód, do których wstyd się teraz przyznać.  Oni czują się jak ambasadorzy delegowani do obcego kraju, którzy wobec tamtejszych władz reprezentować muszą nasze polskie interesy, sprzeczne z unijnymi. I niestety – będą się bardziej rzucać w oczy, niż ci, dla których tamtejsze władze są jak najbardziej tutejsze, dla których jest oczywistością, ze rozbudowanie i wzmacnianie wspólnoty europejskiej to jak najbardziej polski interes.

Nasi unijni przyjaciele nie zobaczą jednolitej polskiej reprezentacji gotowej do pracy nad realizacją wspólnych europejskich celów. Nie zobaczą, bo poprzedzać ją będzie chmara harcowników wywijających szabelkami, wykrzykujących niezrozumiałe hasła i zrozumiałe epitety. Są wśród nich ochotnicy – misjonarze, gotowi „rechrystianizować” Europę, czyli zapewne przyklejać trony do ołtarzy, walczyć o dotacje i przywileje dla wyłącznie katolickiego Kościoła i chronić jego hierarchów.  Są detaliści, którzy poszli do Brukseli po proszek do prania, który powinien być taki sam jak u nas, i są pragmatyczni hurtownicy, którzy wiedzą, że unijne dotacje dla Polski kiedyś się skończą, więc póki co trzeba brać, ile się da, albo jeszcze więcej, nawet kosztem innych, biedniejszych krajów, bo to się Polsce po prostu należy.  Żaden z nich nie chce i nie potrafi rozmawiać w sposób cywilizowany i przyjazny, bo ich formacja zmilitaryzowała słownik, umundurowała go i wysłała na wojnę z wrogami zaczajonymi na nas w Brukseli. Chcieliby Unii krytej gontem, podobnej do Polski z ich marzeń: siermiężnej, zapyziałej, zamieszkałej przez lud ciemny, prosty i posłuszny.  Ludzie, którzy nie potrafią żyć swoim życiem, więc żyją cudzym, będą w imieniu Polski formułować tezy rodem z naszego ciemnogrodu. W imię swoich wartości włazić będą do cudzych głów, a w trosce o wypaczoną moralność – do europejskich sypialni i dziecięcych pokoi.

Świat pełen jest ludzi nawiedzonych, zawodowych zbawiaczy, ogarniętych swoją misją lub manią. Wśród europarlamentarzystów wszystkich krajów znaleźć można ludzi o krańcowych poglądach. Ale nie mam wątpliwości, że wśród polskich kandydatów wystąpiła zdecydowana nadreprezentacja politycznej ekstremy. Tej, która pcha się do Unii tylko po to, by ją opluwać i szkalować, a w końcu zdemolować – za unijne pieniądze, rzecz jasna. Wśród polskich kandydatów szczególnie donośnie rozbrzmiewały deklaracje, że oto idziemy do Brukseli po to, by Unię wykiwać, oszukać, wykorzystać, albo przechytrzyć.

Powyższe refleksje naszły mnie podczas głębokiej ciszy wyborczej, gdzie w ukryciu pisałem niniejszy felieton. Nie sugeruję w nim, kto wygra wybory, bo nie mam miliona na grzywnę. Nie optuję za żadnym ugrupowaniem ani nie wymieniam nazwy żadnej partii, bo nie mam nawet 5 tysięcy na zbyciu.  To tylko, zgodna z intencją ustawodawcy, niczym niezmącona refleksja nad właściwym wyborem najlepszych kandydatów. Dopowiedziałbym tylko, że Europejczykiem nie jest się dlatego, że się mieszka w Europie, ani dlatego, że ma się konto w euro. Europejczykiem jest się dlatego, że chce się nim być. Ja na przykład chcę.

Głosującym na PiS nie przeszkadzają patologiczni kłamcy

27 Maj

Nie potwierdziły się wyniki pierwszego sondażu powyborczego IPSOS: główni wygrani politycy PiS – kilka procent w górę. Wiosna, Konfederacja i Koalicja Europejska – w dół.

Prawo i Sprawiedliwość – 45,57 proc. Koalicja Europejska 38,29 proc., Wiosna – 6,04 proc., Konfederacja – 4,55 proc, Kukiz’15 – 3,7 proc., Lewica Razem – 1,2 proc., inne – 0,4 proc.

„Dostaliśmy najbardziej wiarygodny sondaż jakim są wybory” – powiedział w Poranku Wyborczym w Gazeta.pl były prezydent Aleksander Kwaśniewski i doradził przegranym szybkie wyciągnięcie wniosków z niedzielnych wyborów.

„PiS wygrał wybory, które nie są ich ulubionymi wyborami, udało się im bardzo mocno zmobilizować elektorat, to szczególnie widać po frekwencji na wschodzie, w pisowskich województwach”.

Były prezydent uważa, że PiS winno podziękować socjologom, „bo ta armia socjologów musiała tam pobadać. To straszenie, choć mało subtelne, było bardzo konsekwentne. Kaczyńskich straszył, że KE zabierze to, co im daliśmy, że wprowadzą euro, że pójdą na jakieś tam LGBT, oni atakują nasz ukochany Kościół, chcą oddać majątek Żydom, itd. To są kanony, których nie wymyślił PiS” – powiedział Aleksander Kwaśniewski.

Jednocześnie były prezydent stwierdził, że Koalicja Europejska ma duże szanse przetrwać, ale musi zwyciężyć rozum, a nie emocje.

„Najtrudniejsze zadanie teraz jest przed Grzegorzem Schetyną, żeby wytłumaczyć swoim mocno rozczarowanym kolegom, że PO miała 19 mandatów, a dziś będzie miała 14 może 15 swoich. Z drugiej strony musi walczyć o utrzymanie KE, bo jeżeli ta się rozsypie, to [tak, jak] Węgrzy mają teraz Orbana na wieki wieków, tak my będziemy mieli PiS na długo. To marzenie Kaczyńskiego, żeby opozycja była rozdrobniona” – ostrzegał były prezydent.

Wartość kleru

26 Maj

Kuria w Poznaniu nie zgadza się na ujawnienie materiałów ws. byłego księdza oskarżonego o molestowanie seksualne. Duchowni powołują się na tajemnicę zawodową, z której zostali zwolnieni w ubiegłym roku.

W sprawie chodzi o byłego duchownego katolickiego z Chodzieży. Mężczyzna miał dopuścić się czynów pedofilskich względem ministranta. Media informowały o sytuacji już w 2017 roku.

Wikary z Chodzieży po ujawnieniu skandalu był przenoszony do kolejnych parafii. Po kolejnej przeprowadzce został w końcu przeniesiony do stanu świeckiego. Postępowanie w jego sprawie umorzono, gdyż śledczy nie znaleźli żadnych dowodów, które miałyby świadczyć o winie oskarżonego.

Obecnie wznowiono postępowanie. Mężczyzna, który miał paść ofiarą wikariusza, deklaruje, że ksiądz nie tylko go molestował, ale również wpędził w alkoholizm. Duchowny początkowo przyznał się do nadużyć względem mężczyzny, jednak później wszystkiemu zaprzeczył.

Postępowanie mogłoby ruszyć do przodu, gdyby nie to, że poznańska kuria konsekwentnie odmawia udostępnienia akt dotyczących wikarego z Chodzieży.  W grudniu 2018 roku prokuratura zwolniła arcybiskupa Stanisława Gądeckiego i podległych mu księży z obowiązku dochowania tajemnicy służbowej. Pomimo tego duchowni dalej odmawiają współpracy, a nawet zgłosili zażalenie na działania prokuratora.

Arcybiskup Gądecki deklarował, że po ujawnieniu nowych skandali, Kościół jeszcze surowiej zwalczać będzie panujące w nim zjawisko pedofilii. Cóż, między deklaracjami a czynami jest spora przepaść…

Nieistniejąca kronika nieistniejącego Kpinomira posłużyła abp Jędraszewskiemu do uzasadnienia tezy o jedności narodu, państwa i Kościoła.

To będzie opowieść o Marku Jędraszewskim, zastępcy przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, arcybiskupie metropolicie krakowskim, a uprzednio łódzkim, profesorze nauk teologicznych i profesorze nadzwyczajnym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Proszę jednak Szanownych Czytelników o chwilę cierpliwości i skupienia. Zanim do Jędraszewskiego dojdziemy, musimy trochę cofnąć się w czasie i kilka słów powiedzieć o człowieku, który Polskę ochrzcił w roku 966.

Co pisał Kpinomir

Mieszko I był wojem chwackim i jurnym. Jak podaje Gal Anonim, przed przyjęciem chrześcijaństwa i ślubem z Czeszką Dobrawą miał siedem żon, których imiona do niedawna były nieznane. Dopiero w 2016 r. zajmujący się Polską i żyjący tu amerykański historyk Philip Earl Steele ujawnił je w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej”. Na trop naprowadziło go odkrycie sensacyjnego dokumentu, o którym tak opowiada:

„Tytuł po łacinie brzmi: ‘Vita Mesconis’ – czyli ‘Żywot Mieszka’. Autorem tekstu jest ksiądz, który przybył w orszaku Dobrawy do Wielkopolski w roku 965, gdy Czeszka miała poślubić Mieszka I. Nazywał się on wtedy Kpinomir i służył Dobrawie w roli adiutor fidei, czyli był jej spowiednikiem. Ksiądz Kpinomir pozostał w Gnieźnie ok. 12 lat, do przedwczesnej śmierci Dobrawy w 977 r. – po czym wrócił do Pragi. Dzieło o Mieszku trafiło do Klasztoru na Břevnovie, pierwszego u Czechów. Biblioteka klasztorna była w zdolnych rękach przeora Rechotosława, który schował ‘Żywot’ w specjalnej skrzynce w murze. Dzięki niemu tekst zachował się do naszych czasów”.

Odkrycie tego dokumentu pozwoliło ustalić, jak nazywały się pogańskie żony założyciela państwa polskiego. Steele opowiada na łamach „Rzeczpospolitej”: „Były to najpiękniejsze białogłowy z najważniejszych grodów. Mieszko nie żądał córki pana grodu, ale raczej najpiękniejszej młodej damy w grodzie. ‘Uroda, nie urodzenie – podaje Kpinomir – była najważniejsza dla niego’. Otrzymał po jednej żonie z Poznania, Kalisza, Giecza, Grzybowa i Kruszwicy – nawet znamy ich imiona: Całusława, Biustyna, Błogomina, Udowita i Pieściwoja. Natomiast z Gniezna Mieszko dostał dwie bliźniaczki: Rębichę i Pępichę”.

Jak podaje za Kpinomirem Steele, „na początku Mieszko chciał uczynić Dobrawę pierwszą wśród sobie równych (prima inter pares), ale odrzuciła ona tę ofertę. Ostatecznie Mieszko się jej poddał. Kpinomir pisze, że Dobrawa była w jego oczach piękniejsza od innych żon; że Mieszko znalazł w niej mocniejsze oparcie i głębsze zrozumienie; i przede wszystkim, że Mieszko uwierzył w jej obietnice, iż Bóg chrześcijański go pobłogosławi i że światłość niebiańska nawiedzi królestwo polskie”.

Rewelacje zawarte w wywiadzie zatytułowanym „Zapiski Kpinomira. Życie erotyczne Mieszka I” mogą budzić pewne podejrzenia, jednak sprawę ostatecznie wyjaśnia podpis pod tekstem: „Rozmawiał 1 kwietnia 2016 r. Philip Earl Steele”. Amerykański historyk rozmawiał sam ze sobą, a tekst rzekomego wywiadu ukazał się 1 kwietnia 2016 r. W prima aprilis.

Abp prof. Jędraszewski: Taka właśnie jest Polska

Publikacja przeszłaby pewnie bez większego echa, gdyby nie prof. abp Jędraszewski. W roku 2017 ukazał się kolejny numer niezwykle poważnego naukowego kwartalnika pt. „Łódzkie Studia Teologiczne” wydawanego przez Wyższe Seminarium Duchowne w Łodzi. Dla podkreślenia rangi publikacja nosi też angielski tytuł „Łódź Theological Studies Quarterly”, a wszystkie polskojęzyczne artykuły opatrzone są streszczeniami po angielsku.

Numer 2 kwartalnika z 2017 r. otwiera artykuł abp. Marka Jędraszewskiego zatytułowany „Chrzest Polski” („The Baptism of Poland”). Przy nazwisku autora podano nazwę jego macierzystego Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, a przypis informuje, że tekst jest opracowaniem wykładu, jaki abp prof. Jędraszewski wygłosił 18 października 2016 r. w siedzibie Biblioteki Polskiej w Paryżu.

W artykule tym abp Jędraszewski głosi pochwałę symbiozy Kościoła, państwa i społeczeństwa, stwierdzając w końcowym akapicie: „Raz jeszcze wracamy do tej szczególnej jedności dziejów Kościoła, narodu i państwa w Polsce. Kiedy w tym roku uroczyście przeżywamy 1050. rocznicę Chrztu naszej Ojczyzny, pragniemy z dumą powiedzieć: taka właśnie jest Polska i jako taka w imię europejskiej tolerancji pragnie być rozumiana i uszanowana”.

W artykule czytamy: „Właśnie poprzez rodzinę zaczyna się prawdziwa rewolucja obyczajowa, znajdująca swój fundament w chrześcijaństwie. Była to rewolucja, której na sobie doświadczył także sam Mieszko I. Przed przyjęciem chrztu był bowiem zmuszony oddalić siedem żon, które dotychczas posiadał. Według Kpinomira, spowiednika Dobrawy, który w kronice zatytułowanej Vita Mesconis – Żywot Mieszka – przekazał nam nawet ich imiona, Mieszko I podjął decyzję o ich oddaleniu na skutek zabiegów swojej nowej czeskiej małżonki”.

Arcybiskup niechcący zdemaskował źródła ideologii katolicko-narodowej

Czytelnik przeciera oczy ze zdumienia. Primaaprilisowy żart amerykańskiego historyka posłużył abp Jędraszewskiemu (profesorowi!) jako uzasadnienie rzekomo naukowych tez. Nieistniejąca kronika nieistniejącego Kpinomira ma być argumentem w artykule publikowanym w ponoć poważnym kwartalniku akademickim, w którego stopce aż roi się od utytułowanych księży profesorów, z ks. prof. dr hab. Pawłem Bortkiewiczem (nadwornym autorytetem Radia Maryja) na czele. Ci wszyscy profesorowie nie byli w stanie poznać się na żarcie, który bez trudu wyłapałby w miarę bystry licealista. To oczywiście rzuca światło na ich kwalifikacje i jaskrawo ukazuje, ile naprawdę warte są w ich przypadku tytuły naukowe.

A może to nie tylko kwestia kompetencji, ale także obyczajów panujących w hierarchicznej społeczności kościelnej? Tu nikt nie ma śmiałości krytycznym okiem spojrzeć na tekst człowieka wyższego rangą. No bo skoro sam arcybiskup tak napisał, to mamy do czynienia z prawdą objawioną i niepodważalną.

Co gorsza, sprawa demaskuje też poziom etyczny i rzetelność abp Jędraszewskiego jako naukowca – w bibliografii zamieszczonej pod artykułem nie ma żadnej wzmianki o primaaprilisowym artykule z „Rzeczpospolitej”, wymieniony jest tylko tytuł książki amerykańskiego historyka Philipa Steele’a „Nawrócenie i chrzest Mieszka I”. Jednak w tej książce Steele o żadnym „Kpinomirze” nie pisze.

Na koniec warto też jednak wyrazić radość – w sumie bardzo dobrze się stało. Wpadka abp Jędraszewskiego naocznie ukazuje, jakie są faktyczne i naukowe podstawy tez formułowanych przez ideologów głoszących hasło „Bóg, honor, ojczyzna” i zmierzających do podporządkowania obywateli państwu, a państwa Kościołowi.