Archiwum | Kwiecień, 2019

Pedofilia polityków, nie tylko kleru. Czas obnażyć zbrodnie

30 Kwi

Ze zdumieniem i niedowierzaniem obserwuję informacje, które pojawiają się w mediach na temat afery pedofilskiej w domu publicznym na Podkarpaciu. Na szczęście nie jestem pełnomocnikiem ani byłego agenta CBA, ani pokrzywdzonych ani nikogo innego w tej sprawie, więc mogę się wypowiadać jako obywatel, a nie adwokat.

Czy myśmy wszyscy przez te ostatnie cztery lata tak zdziczeli, że gwałty na dzieciach organizowane przez służby specjalne (albo za ich przyzwoleniem) nas nie ruszają? Moja wiedza pochodzi wyłącznie ze źródeł medialnych, ale ponieważ nikt nikomu jeszcze procesu nie wytoczył, to mam podstawę sądzić, że prawdą jest iż od lat funkcjonował dom publiczny, który sprowadzał nieletnie dziewczynki z Ukrainy, które były gwałcone przez tysiące „Vipów”, w tym osoby z najwyższych kręgów władzy. Dodam że dla mnie jako obywatela współżycie seksualne nawet za zgodą osoby poniżej 15 roku życia, to zawsze gwałt, mimo że kategoria prawna jest nieco inna. Tak czy inaczej pedofile z najwyższych kręgów władzy (według publicznych oświadczeń b. agenta CBA, który miał dostęp do taśm z nagrywanymi politykami) używały tego domu publicznego. Jak wynika z informacji medialnych osoby te mogły być szantażowane tymi materiałami. Nadto wiemy, że kierownictwo służb próbowało w/w agenta CBA zmusić, czy przekupić, aby milczał o tym skandalu. Czyli służby specjalne chroniły osoby publiczne, które były odpowiedzialne za jedne z najbardziej odrażających przestępstw.

Czy może być coś bardziej szokującego? Dla mnie nie.

Co się z nami wszystkimi na Miłość Boską stało, że o tej sprawie nie huczą wszystkie media od rana do wieczora? Gdy przypomnę sobie jak reagowały media wobec seksafery w Samoobronie to muszę stwierdzić, że z naszym krajem przez te dwanaście lat stało się coś bardzo złego.

Gdzie demonstracje pod siedzibami służb domagające się pełnej listy „klientów” tego domu publicznego? Gdzie apele organizacji chroniących dzieci, kobiety i zwalczające handel niewolnikami? Gdzie głos organizacji religijnych? Gdzie wniosek o komisję śledczą? Gdzie działania prokuratury? Gdzie wyjaśnienia premiera? Gdzie zainteresowanie Prezydenta?

Przypomnę: według pojawiających się w mediach wiarygodnych informacji mamy do czynienia z wykorzystywaniem seksualnym setek dziewczynek przez osoby publiczne i to na przestrzeni wielu lat. Wykorzystywaniem nagrywanym, które może być źródłem szantażu przy którym dawne teczki SB, to zabawa w przedszkolaka. Właściciel teczki z nagranym np. posłem uprawiającym seks z 14-latką jest właścicielem tego posła. W sensie dosłownym. Może mu kazać się zrzec mandatu, głosować tak lub inaczej, zdradzić tajemnice państwową etc. Od niego bowiem zależy, czy dany człowiek pójdzie na dekadę do więzienia z piętnem pedofila, czy nie. Oprócz więc wątku obyczajowego i karnego mamy tutaj fundamentalne zagrożenie dla bezpieczeństwa Państwa.

Czy zebrała się w tej sprawie Rada Bezpieczeństwa Narodowego? Czy Pan Prezydent , który jak już wiemy sezon narciarski zakończył, zainteresował się tą fundamentalną kwestią? Może być tak, że najważniejsze dokumenty w Państwie trafiają np. do osoby szantażowanej? Czy samo zbadanie takiej możliwości nie powinno być obecnie priorytetem wszystkich służb?

Apeluję do wszystkich osób uczciwych, aby nie dopuściły do tego, aby ten chyba największy skandal naszych czasów zginął w tumanach mgły, która się rozciągnęła nad naszym życiem publicznym i nie pozwala dostrzec rzeczy najważniejszych.

*

„Rzeczpospolita” opublikowała nowe ustalenia ws. afery z Podkarpacia. Pojawiają się kolejne potwierdzenia tego, że w agencjach towarzyskich braci R. nagrywano VIP-ów. Samych taśm ma być blisko cztery tysiące.

Coraz więcej wskazuje na to, że sekstaśmy z podkarpackich agencji towarzyskich prowadzonych przez dwóch braci istnieją – donosi wtorkowa „Rzeczpospolita”. Wcześniej były to tylko doniesienia – m.in. byłego agenta CBA – a teraz pojawiają się nowe informacje.

Gazeta dotarła do zeznań Ukraińców, braci Jewgenija i Aleksieja R., a także ich pracowników. W trakcie śledztwa z 2015 roku zeznawali, że w pokojach prostytutek były kamery. „Rzeczpospolita” w kontekście braci R., którzy mieli mieć specjalne traktowanie w regionie za sprawą policjanta Centralnego Biura Śledczego Daniela Ś. przypomina reportaż Superwizjera TVN z 2017 roku.

Mieli kamerę zamontowaną w niektórych pokojach i tam panie przyjmowały panów z różnych urzędów

– relacjonował bohater reportażu (był świadkiem w sprawie przeciwko policjantowi Ś.). Dalej tłumaczył, że zasada była prosta – VIP-om odtwarzano te filmy, dzięki czemu bracia R. mieli „dodatkowe zabezpieczenie interesu”.

Samych taśm – o czym wcześniej nieoficjalnie informowano – ma być blisko cztery tysiące, a wśród nagranych mają być politycy, arcybiskup, wiceminister obrony czy szef jednej z komend policji.

Bracia R. i sprawa obywatelstwa

„Rzeczpospolita” w poniedziałek pisała też, że nie wiadomo, jak doszło do tego, że bracia R. otrzymali polskie obywatelstwo. Zwłaszcza że doszło do tego w czasie, gdy bracia R. handlowali ludźmi (ich ofiarą padło 250 kobiet).

Jeszcze 29 kwietnia Kancelaria Prezydenta nie chciała podawać szczegółów, dzień później już zmieniła podejście.

Okazuje się, że obywatelstwo otrzymał tylko jeden z braci i nie stało się to za kadencji zarówno Andrzeja Dudy, jak i Lecha Kaczyńskiego. Nie padła za to dokładna data, Kancelaria Prezydenta stwierdziła tylko, że obywatelstwo nadano mu „znacznie wcześniej”– co wskazywałoby na to, że jeszcze za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego.

Seksafera na Podkarpaciu – to warto wiedzieć:

Przed Muzeum Narodowym setki osób wzięły udział w proteście przeciw cenzurowaniu sztuki. „Bananowa rewolucja”, „Chcemy edukacji, nie indoktrynacji”, „Polska kolorowa, nie narodowa”, „Wolna sztuka” – skandowali uczestnicy. Podczas happeningu jedli też banany.

Bezpośrednim powodem akcji było usunięcie prac Katarzyny Kozyry i Natalii LL z ekspozycji Muzeum Narodowego przez dyrektora placówki prof. Jerzego Miziołka. Chodzi o instalacje wideo „Pojawienie się Lou Salome” (2005 r.) autorstwa Katarzyny Kozyry i „Sztuki konsumpcyjnej” Natalii LL z 1972 r., przedstawiającej kobietę jedzącą banana. Miziołek twierdził, że prace „rozpraszały młodzież”.

W poniedziałek w wydanym przez siebie oświadczeniu dyrektor Muzeum poinformował, że prace Natalii LL i Katarzyny Kozyry wrócą do galerii „do czasu rozpoczęcia prac rearanżacyjnych”. Tylko, że to oznacza, że będzie je można oglądać raptem przez tydzień – do 6 maja, bo wtedy właśnie rozpocznie się zmiana ekspozycji.

Podczas protestu wyczytano nazwiska uznanych polskich artystek współczesnych, których prace powinny znaleźć się w Muzeum Narodowym. – „Pamiętajcie, spotkamy się tu dzisiaj nie po to, żeby świętować, że przywrócono dwie prace do Muzeum Narodowego w Warszawie. Nie. Spotkaliśmy się tu po to, żeby wywalczyć nową, wspaniałą pracownię feministyczną w tym muzeum. Najlepiej całe skrzydło, które będzie poświęcone tylko pracom artystek. Starych i młodych” – mówiła do zgromadzonych przed bramą Muzeum Narodowego jedna z organizatorek protestu Joanna Drozda.

Głos zabrało również dwoje pracowników Muzeum Narodowego. – „Chcieliśmy w imieniu pracowników, którzy są tutaj z nami i tych, którzy nie mogli tu przybyć, serdecznie podziękować za waszą obecność. Za waszą troskę o wolność sztuki, za waszą troskę o autonomię instytucji kultury, a także o godność zawodu muzealnika. Od dłuższego czasu przeżywamy trudne chwile i bardzo potrzebujemy solidarności społecznej” – powiedzieli.

„Ta historia wywołała wielką falę myślenia o wolności sztuki i o cenzurze.  Sztuka nie może być pod presją żadnej cenzury. Nie w 2019 r. Nie jesteśmy 600-700 lat temu. To myślenie kruchciane, zamknięte, które by ograniczało sztukę jest nie do akceptacji. Myślę, że ta presja się powiodła. Ale być może trzeba ją utrzymać, żeby po zamknięciu Galerii Sztuki XX i XXI Wieku w Muzeum Narodowym, kiedy będzie ponownie otwierana, żaden element cenzurowania czegokolwiek w sztuce nie przyszedł nikomu do głowy” – powiedział obecny na demonstracji europoseł PO Michał Boni. W proteście uczestniczyli także odwołani przez ministra Piotra Glińskiego byli dyrektorzy Muzeum Narodowego Agnieszka Morawińska i Piotr Rypson.

Szybkość zmiany poglądów partii rządzącej i jej narracji na użytek zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego może być sztandarowym przykładem wyborczej manipulacji.

Politycy Prawa i Sprawiedliwości, którzy wyprowadzali flagi Unii Europejskiej teraz przekonują wyborców, jak ważne jest nasze członkostwo w europejskich strukturach.

Swoje spojrzenie na UE zmienił także prezydent Duda, o czym nie omieszkał poinformować Polaków w tekście napisanym specjalnie dla „Faktu”.

Głowa państwa, która zaledwie kilkanaście tygodni temu uważała, że Europa jest „wyimaginowaną wspólnotą, z której dla Polaków niewiele wynika i która powinna nas zostawić w spokoju„, teraz pisze tak: „podobnie jak miliony Polaków opowiedziałem się wtedy za szansą, jaką było nasze członkostwo w Unii. […] Zaangażowanie w budowę wspólnoty europejskiej płynie z naszego patriotyzmu, ale płynie też z naszego historycznego doświadczenia. […]

Możemy dziś z dumą powiedzieć: Europa to my, Unia Europejska to my.”  Do wyborców należeć będzie ocena, czy to godna podziwu przemiana, czy zwykła, zimna kalkulacja.

15 lat Polski w Unii Europejskiej ocenił w Radiu ZET Leszek Miller.

– Widzę same plusy. Nie ma żadnych minusów. Mówiliśmy o pieniądzach, ale proszę popatrzeć na sytuację obywateli RP w Europie. Mogą podróżować gdzie chcą, podejmować pracę gdzie chcą, osiedlać się gdzie chcą – powiedział.

Były premier odniósł się też do wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, który podczas ostatniej konwencji zapowiedział, że „Polska przyjmie euro, gdy gospodarką dogoni Zachód”.

– To baśń z mchu i paproci. Bez wejścia do strefy euro nigdy nie osiągniemy takiego poziomu, jak mają dzisiaj Niemcy – kwituje Miller.

Leszek Miller w rozmowie z Beatą Lubecką podkreśla, że z dziesięciu państw, które wchodziły do UE wraz z Polską, siedem jest już w strefie euro.

– Mają większy dochód narodowy na mieszkańca niż Polska. Opłacało się im wejść do euro – mówi Miller.

Jak dodaje, jutro premier Morawiecki spotka się z przedstawicielami krajow, które do strefy euro weszły.

– Siedmiu szefów rządów to premierzy krajów, które weszły do strefy euro. Ciekawe, jak premier będzie się czuł otoczony przez wilki z napisem „euro” – dodaje.

 Miejsce Polski w Unii jest wyrażone stosunkiem 27:1. Nie ma co upiększać. Polska jest na marginesie [UE -red.], negocjatorzy nie potrafią negocjować, są lekceważeni – ocenia Miller.

Uchwalona w kilkanaście godzin ustawa znosząca przepisy, na podstawie których Sąd Najwyższy i NSA zadały pytania TSUE prejudycjalne, czeka już tylko na podpis Andrzeja Dudy.

Na razie PiS zrezygnował z trzech innych wątków tej ustawy, w tym z ułatwienia sobie wyboru prezesów Sądu Najwyższego i ścigania sędziów. Ustawa działa wstecz: siedem dni od jej opublikowania toczące się na podstawie jej przepisów postępowania zostają automatycznie umorzone.

Pytania SN i NSA zmierzają do oceny prawomocności powołania i działania neo-KRS. Zostały zadane na tle odwołań sędziów od wyników konkursu przeprowadzanego przez nią na sędziów Sądu Najwyższego.

Wyrok TSUE spodziewany jest w czerwcu

PiS spieszył się, by z ustawą odbierającą prawo do odwołania kandydatom do SN zdążyć przed 14 maja, kiedy przed Trybunałem odbędzie się druga rozprawa w tej sprawie. Zapewne złoży wniosek o umorzenie postępowania, skoro w polskim prawie nie ma już przepisów, które były podstawą złożenia pytań.

Decyzja o tym, czy umorzyć postępowanie przed TSUE, nie jest automatyczna. Zależy od TSUE. Zasadą jest, że TSUE pyta o to podmiot, który wniósł sprawę. W tym wypadku zapyta autorów pytań prejudycjalnych w SN i NSA, czy odpowiedź nadal jest im potrzebna. Zważywszy że celem jest ocena prawomocności działań KRS, trudno sobie wyobrazić, by przestały potrzebować odpowiedzi.

Neo-KRS jest kluczowa dla planu PiS – kadrowego opanowania wymiaru sprawiedliwości – ponieważ to ona wybiera spośród kandydatów na stanowiska sędziowskie w sądach wszystkich rodzajów i instancji. Neo-KRS jest też ważna dla postępowań dyscyplinarnych służących do zastraszania niepokornych sędziów: kieruje wnioski do rzeczników dyscyplinarnych i – co ważniejsze – może uchwalać, jak należy rozumieć bardzo ogólne sformułowania kodeksu etyki sędziowskiej.

Na użytek postępowań wobec sędziów za założenie koszulki z napisem „KonsTYtucJA” czy inne publiczne prezentowanie tego napisu neo-KRS uchwaliła, że „zachowaniem mogącym podważyć zaufanie do niezawisłości i bezstronności sędziego” jest „publiczne używanie przez sędziego infografik, symboli, które w sposób jednoznaczny są lub mogą być identyfikowane z partiami politycznymi, związkami zawodowymi, a także z ruchami społecznymi, tworzonymi przez związki zawodowe, partie polityczne lub inne organizacje prowadzące działalność polityczną”.

Polskie sądy przed wyrokiem

Ustawa wprost sprzeczna z konstytucją

Odpowiedź TSUE na pytania prawne w sprawie neo-KRS jest też istotna dlatego, że usuwając te przepisy, PiS wywołał sytuację, która może być sprzeczna z art. 47 Karty Praw Podstawowych UE, czyli prawem do skutecznego środka odwoławczego w przypadku naruszenia praw gwarantowanych Kartą. Jednym z takich praw jest swoboda wykonywania zawodu.

To, co uchwalił PiS, jest wprost sprzeczne z konstytucją. Narusza zasadę równości wobec prawa i zakazu dyskryminacji (art. 32), równego dostępu do służby publicznej (art. 60), zasadę zaufania do państwa i prawa (art. 2 – przez niekorzystną zmianę sytuacji prawnej obywateli z mocą wsteczną) i prawo do zaskarżania wyroków i orzeczeń wydanych w pierwszej instancji (art. 78).

W tym ostatnim przypadku możliwe są wyjątki określone ustawą, ale muszą być zgodne z innymi zapisami konstytucji (np. z równym dostępem do służby publicznej czy równością wobec prawa), konstytucyjnie uzasadnione, proporcjonalne, nie naruszać istoty konstytucyjnego prawa i być niezbędne w demokratycznym społeczeństwie dla ochrony bezpieczeństwa czy porządku publicznego albo praw i wolności innych osób.

PiS twierdzi, że jego ustawa „wykonuje” wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 25 marca. W tym wyroku TK (w dobrozmianowym składzie, z dublerem sędziego) uznał, że neo-KRS powołano zgodnie z konstytucją. Ale tu ważniejszy jest inny wątek: orzekł – można się domyślać, że na użytek zablokowania wydania wyroku przez TSUE – że prawo odwołania się do NSA od wyniku konkursu do SN jest sprzeczne z konstytucją, bo „charakterystyka ustrojowa Naczelnego Sądu Administracyjnego nie predestynuje go do rozpatrywania spraw dotyczących uchwał Krajowej Rady Sądownictwa”.

Jednak po tym wyroku pojawiły się opinie prawników, że ponieważ sytuacja nierówności w prawie do odwołania jest sprzeczna z konstytucją, należy wyrok TK interpretować tak, że od konkursu do SN można się odwoływać, ale na zasadach ogólnych, czyli tak jak od wszystkich rozstrzygnięć KRS: do Izby Kontroli Nadzwyczajnej SN.

PiS, dla zablokowania wydania wyroku przez TSUE, chciał posłużyć się Trybunałem Konstytucyjnym, bo zapewne uznał, że będzie wyglądało bardziej elegancko, jeśli o wyeliminowaniu przepisu zdecyduje „niezawisły sąd”. Potem zobaczył, że mogą być problemy z jego interpretacją – więc wziął na siebie polityczną odpowiedzialność i uchwalił ustawę wprost odbierającą prawo do odwołania kandydatom na sędziów do SN.

Sędziowie będą mieli dyscyplinarki za wyroki

Teatr na użytek elektoratu

Szanse PiS na przekonanie TSUE i pytających sądów do poniechania sprawy są bardzo mizerne i chyba nie na to liczył, uchwalając tę ustawę. To raczej teatr na użytek wyborców PiS. Podobnie jak wniosek o wyłączenie od sądzenia tej sprawy przewodniczącego składu i prezesa TSUE Koena Lenartsa złożony przez przedstawiciela prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry na poprzedniej rozprawie – w marcu. PiS chce pokazać elektoratowi, że Trybunał Sprawiedliwości UE jest stronniczy, „polityczny”, a jego wyroki nie zasługują na szacunek – a więc też na ich wykonanie.

Ale jeśli TSUE orzeknie – co stanie się zapewne w czerwcu – i zakwestionuje neo-KRS, PiS będzie miał problem, bo odmowa wykonania wyroku TSUE oznacza naruszenie wprost traktatu o UE, a to ożywi oskarżenia o polexit, których się boi. Jeśli więc TSUE uzna powołanie neo-KRS i jej działalność za sprzeczne z prawem Unii, rząd będzie zapewne sytuację rozwadniał, jak długo się da.

Wyrokiem będą natomiast związani sędziowie – zarówno składy, które zadały pytania prawne, jak i wszyscy, którzy mają wykonywać decyzje neo-KRS. Na przykład prezesi SN, którzy już wyznaczyli neosędziów nominowanych przez neo-KRS do składów orzekających.

Z cyklu – jak łatwo można zniszczyć jedno z najpotężniejszych ministerstw. Bardzo trafna analiza.

Krótkie podsumowanie fachowości ekipy byłego szefa MON Antoniego Macierewicza wg. redaktora

.

 

Reklamy

Kaczyński, ludzik z PRLu

29 Kwi

„Rozumiem, że część Kościoła, w tym również hierarchów, czapkuje prezesowi Kaczyńskiemu i robi wszystko, żeby mu się przypodobać (…) Kościół, który się upartyjnia, przestaje być Kościołem Powszechnym-Katolickim” – można między innymi przeczytać w liście otwartym, jaki napisał poseł Krzysztof Brejza do biskupa Diecezji Włocławskiej.

Zamieszczony na Twitterze list jest reakcją posła PO na peany, które biskup wygłaszał z ambony pod adresem Jarosława Kaczyńskiego. Publikowane szeroko słowa duchownego wywołały lawinę oburzenia wśród internautów.

Swego zażenowania nie kryje także pochodzący z Inowrocławia poseł Brejza, zadając biskupowi istotne pytania: „Czym ksiądz biskup jest tak zachwycony? Demontażem konstytucji i instytucji odpowiedzialnych za funkcjonowanie demokratycznego państwa prawa? Zszarganą opinią Polski na arenie międzynarodowej? Szeregiem afer z działaczami PiS w roli głównej? Butą, pychą i arogancją działaczy PiS? Opłacaniem za publiczne miliardy medialnej machiny propagandy, nienawiści i pogardy?”

W alternatywnym kraju Kaczyńskiego lojalność wobec wodza i wierność jego ideom z powodzeniem zastępuje doświadczenie i kompetencje.

Ustawa, która z czwartku na piątek przemknęła przez parlament, umożliwiła dopuszczenie – a w domyśle także przeprowadzenie egzaminów maturalnych – bez udziału nauczycieli. Nic dziwnego, nauczyciele po prostu się nie sprawdzili. W najbliższym czasie należy oczekiwać, że w obficie dotowanej szkole dyrektora Rydzyka uruchomiony zostanie nowy wydział pedagogiczny, kształcący nauczycieli nareszcie dobrych i patriotycznych. Patriotycznych, czyli bardziej związanych z Kaczyńskim niż z Broniarzem i bardziej z Kościołem niż z ZNP, bo według prezesa ludzie kontestujący Kościół (a dokładnie ten jego odłam, który głosi, że sukces Kaczyńskiego jest sukcesem Kościoła) nie są prawdziwymi patriotami.

Ustawą, naprawiającą uprzednio naprawioną sytuację w oświacie, PiS zbudował sobie drogę do pacyfikowania dowolnego protestu każdej grupy zawodowej. Jak słusznie wskazywali posłowie opozycyjni, kiedy np. zastrajkuje personel medyczny, to w przychodniach przyjmować będą katecheci, a przygotowujących się właśnie do protestu pracowników socjalnych bez problemu zastąpią strażacy lub strażnicy więzienni.  Poprawiona ustawa oświatowa ma jednak tę zaletę, że poszerza granice wyobraźni Polaków, którym się zdawało, że nic ich już nie jest w stanie zaskoczyć. Ma też wadę, a mianowicie taką, że rozbudza złudne ambicje. Części wyborców wydaje się bowiem, że w kondominium Kaczyńskiego, budowanym na popękanych fundamentach szanowanego niegdyś państwa prawa, każdy może zastąpić każdego. Owszem, we współczesnej Polsce każdy może zostać kim chce, ale nie o jego chęci tu chodzi, bo w rzeczywistości każdy może zostać tym, kim chce prezes. Zmyłka polega na tym, że Kaczyński często przywołuje amerykański model równych szans dla wszystkich. Tyle że w USA każdy nauczyciel może być milionerem, jeśli tylko uprzednio zdecyduje się zostać pucybutem, a w Polsce nauczyciel, który chce przyzwoicie zarabiać, musi być entuzjastą PiS. A jeśli w rodzinie znajdzie się wyższy funkcjonariusz tej partii, to byle mierny prowincjonalny pedagog zostać może kuratorem, a nawet ministrem.

W alternatywnym kraju Kaczyńskiego lojalność wobec wodza i wierność jego ideom z powodzeniem zastępuje doświadczenie i kompetencje. Wzorem leninowskich kadr – nieważne co potrafią, ani skąd przychodzą, ważne, że są nasi. Prokurator stanu wojennego może dowodzić inwazją na konstytucyjnie niezależne sądy. Lustrację prowadzić mogą niezlustrowani funkcjonariusze PZPR. Odpowiedzialnym za bezpieczeństwo kraju można mianować mitomana, fantastę i autora spiskowych teorii, w które – jak sam przyznał – niespecjalnie wierzy. A premierem to już może zostać dosłownie każdy. Na przykład kierowniczka prowincjonalnego domu kultury z incydentalnym doświadczeniem na stanowisku burmistrza małego miasteczka. Albo notoryczny krętacz i kapuś szkalujący kraj, który ma reprezentować i promować, kłamca z sądowym patentem, serwujący światu brednie wyssane z brudnego palucha. Polskim sędziom odmawia szacunku i prawa wykonywania zawodu, przypisując im odpowiedzialność za historyczne przewiny poprzedników. Powiela opowiastkę swojego ministra o przywłaszczeniu kawałka wiertarki przez jednego niezrównoważonego w stanie spoczynku, co świadczyć ma o złodziejskich zapędach i konieczności wymiany wszystkich sędziów SN. Nie widzi śmieszności swojego rozumowania, które wskazuje na konieczność delegalizacji PiS oraz rozpędzenia parlamentu, bo przecież w obu tych formacjach bez trudu znaleźć można ludzi naruszających prawo.

W Polsce okupowanej przez PiS łamanie prawa stało się normą. Powiadają, że przyczyną jest przykład, który idzie z samej góry. W tej sprawie pewności nie mam, więc o naszym prezydencie powiem tylko tyle, że zazdroszczę Ukrainie, gdzie wyborcy nie lubią amatorszczyzny i głową państwa został tam komik w pełni profesjonalny.   A co do przyczyn bezprawia bliższy jestem opinii, że w Polsce upowszechnił się mafijny obyczaj przyjmowania w szeregi tych, którzy przejdą próbę drastycznego złamania prawa, żeby w razie czego mieć ich w kieszeni. A jeśli kandydat podczas tej próby wykaże się dodatkowo wrodzonym cynizmem i talentem w konstruowaniu obelg, to droga do zaszczytów staje przed nim otworem.

Ta myśl przychodzi mi do głowy, gdy słucham wypowiedzi Ryszarda Terleckiego – mistrza bezczelnej riposty. Ostatnio zapisał się w mojej pamięci oraz w protokole obrad Sejmu wykwintną obelgą pod adresem Joanny Scheuring-Wielgus. Pani posłanka zarzuciła szefowej MEN tchórzostwo, ponieważ ustawę oświatową prezentował minister Dworczyk, a minister Zalewska chowała się w tym czasie za plecami członków rządu. Prowadzący obrady wicemarszałek Terlecki niezwłocznie obsobaczył posłankę, zawiadamiając zebranych, że w Sejmie nie ma miejsca na chamstwo. Nikt jakoś nie spytał, co w takim razie robi na tej sali sam pan Terlecki?  Może zabrakło refleksu, a może parlamentarzyści przywykli już do grubiańskich ekscesów prowadzących obrady i nie dostrzegają, że nie od dzisiaj coś dziwnego dzieje się z marszałkami naszego parlamentu. Podczas tej samej sesji miła i wielce sympatyczna (zdaniem marszałka Terleckiego) Beata Mazurek starła się z posłanką PO Krystyną Skowrońską, przeganiając ją z mównicy i informując, że i tak ma dużo wyrozumiałości dla takich blondynek jak posłanka Skowrońska.

Jest taka wschodnia bajka o dobrych i mądrych królewiczach, którzy na żądanie ojca mieli sprawdzić się jako władcy, kolejno rządząc przez wyznaczony czas. Ale gdy tylko siadali na tronie, natychmiast głupieli, stawali się zarozumiali, wredni, brutalni i bezwzględni.  Okazało się, że to nie ich wina, bo tron został zaczarowany przez mściwego czarnoksiężnika, który postanowił przejąć władzę nad królestwem kompromitując wszystkich konkurentów i podburzając naród.   Jaki złośliwy gnom rzucił urok na fotel marszałka polskiego Sejmu – nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że ten czar jest potężny i wielce zaraźliwy , obejmujący paskudnym urokiem liczne stołki i fotele.

Andrzej Karmiński

P.S. Ktoś wie, gdzie się podziewa Kaczyński, gdy demonstracyjnie opuszcza posiedzenia sejmowe, lekceważąc podstawowe obowiązki posła? Może na Nowogrodzkiej jest jakaś sala tronowa, gdzie prezes w zaklętym fotelu pasjami snuje złowrogie plany przejęcia dożywotniej władzy absolutnej, siejąc w narodzie nienawiść do myślących inaczej i opluskwiając konkurentów…

>>>

Prof. Karol Modzelewski – historyk mediewista, dysydent, więzień polityczny, jeden z liderów opozycji demokratycznej w okresie PRL, twórca nazwy „Solidarność” – nie żyje. Miał 81 lat. Odszedł jeden z ostatnich wielkich autorytetów naszych czasów.

– „Postać wybitna. Człowiek – intelekt. Autorytet. Jeden z największych, polskich intelektualistów ostatnich 100 lat. Jeśli myślałem o tym czym może być moralność, to natychmiast przychodził mi do głowy profesor”; – „Powiedzieć, że odszedł ktoś ważny dla Polski, to nic nie powiedzieć”; – „Bez takich ludzi będzie łatwiej kłamać, omamiać, manipulować. Smutny wieczór dla wszystkich myślących ludzi”; – „Ludzie trzeźwo myślący utracili wybitną postać, zostały świetne dzieła i duża bibliografia, którą można pochłaniać. Karol Modzelewski – człowiek solidarności i Solidarności” – pisali internauci na Twitterze, żegnając profesora.

*

W normalnym kraju byłby zapewne wybitnym demokratycznym politykiem i publicznym intelektualistą. PRL zamykał go w więzieniach i wytrwale przez dziesięciolecia szkalował w mediach, utrudniając mu karierę naukową – którą wbrew swoim komunistycznym prześladowcom i tak zrobił, stając się jednym z najwybitniejszych specjalistów od wczesnopiastowskiego średniowiecza w polskiej historiografii.

Symbol wroga dla propagandy PRL

Karol Modzelewski życiorysem mógłby obdzielić kilka znakomitych osób. Urodził się w Moskwie w 1937 roku w rodzinie działaczy komunistycznych i pierwsze lata życia spędził w domu dziecka dla dzieci komunistów. Ojczym Modzelewskiego, Zygmunt, został w 1947 roku ministrem spraw zagranicznych PRL.

Sam Karol przeszedł bardzo szybko edukację, która z dziecka komunisty uczyniła dysydenta i jednego z głównych wrogów rządzącego PRL reżimu. W czasie Października 1956 roku jako 19-letni student obserwował z bliska przygotowania robotników fabryki FSO na Żeraniu do obrony przed sowieckimi czołgami, które miały iść wówczas na zbuntowaną Warszawę.

Z systemem zerwał w 1964 roku, kiedy wraz z Jackiem Kuroniem – również rozczarowanym komunistą – napisał „List otwarty do partii”, krytykę systemu PRL z perspektywy kogoś, kto szczerze wierzył w ideały socjalizmu. Został wyrzucony z partii, do której należał i z pracy na uniwersytecie oraz skazany na 3,5 roku więzienia. Wyszedł na kilka miesięcy przed buntem studentów w marcu 1968, po którym ponownie został skazany na 3,5 roku więzienia.

Był wówczas celem nieustannych ataków propagandy PRL. Duet „Kuroń i Modzelewski” był dla niej symbolem wroga.

Po wyjściu z więzienia poświęcił się pracy naukowej. Był uczniem prof. Aleksandra Gieysztora, wielkiego mediewisty, który nie opuścił swojego podopiecznego nawet w więzieniu. Modzelewski pracował w Instytucie Historii Kultury Materialnej PAN. Napisał opóźniony przez pobyty w więzieniu doktorat (1974) i obronił habilitację (1979). Specjalizował się w historii wczesnego średniowiecza; jego doktorat poświęcony był historii państwa pierwszych Piastów.

W 1980 roku zaczął działać w powstającej „Solidarności”; to on zaproponował nazwę dla związku. Szybko trafił do władz związku, był także jego rzecznikiem prasowym. W czasach stanu wojennego został internowany, a później uwięziony przez komunistyczne władze.

Człowiek lewicy

W latach 90. pracował jako naukowiec – to wówczas powstały jego najważniejsze prace poświęcone „barbarzyńskiej Europie” wczesnego średniowiecza. Działał także jako polityk: był senatorem w „kontraktowym” parlamencie (1989-1991), a później działaczem lewicowej i niekomunistycznej Unii Pracy.

Karol Modzelewski zawsze był człowiekiem lewicy.

Jako historyk stanął w rzędzie największych polskich badaczy średniowiecza – przewyższając zapewne swojego nauczyciela i mistrza Aleksandra Gieysztora. Jego książki o państwie wczesnych Piastów („Organizacja gospodarcza państwa piastowskiego X-XIII wiek”, Wrocław 1975) czy życiu społecznym wczesnego średniowiecza („Barbarzyńska Europa”, Warszawa 2004) należą dziś do klasyki. Młodsi historycy mogą polemizować z teoriami Modzelewskiego, ale pozostają one dla nich głównym punktem odniesienia.

Dwóch Ukraińców przez 13 lat prowadziło agencje towarzyskie na Podkarpaciu. W czasie, kiedy handlowali kobietami, dostali obywatelstwo RP z rąk prezydenta.

Seksbiznes braci R. latami był pod specjalną ochroną – nie tylko służb. Czy wyjaśnieniem są właśnie kompromitujące taśmy, o których istnieniu mówi były agent CBA? – ujawniamy drugie dno skandalu obyczajowego z Podkarpacia.

Międzynarodowy seksbiznes braci R. z Podkarpacia był wyjątkowo odrażający. Od ukraińskich sutenerów kupowali kobiety będące w trudnej sytuacji życiowej i materialnej. Ów „dług” musiały u R. odpracować.

Z ustaleń „Rzeczpospolitej” wynika, że choć o procederze od lat wiedziało rzeszowskie CBŚ (funkcjonariusze byli darmowymi klientami agencji), latami torpedowano rozbicie biznesu braci R., chociaż likwidowano ich konkurencję na Podkarpaciu. Obecna wiedza rzuca na sprawę nowe światło: czy powodem „bezradności” służb były – nawet rzekome – sekstaśmy z nagranymi VIP-ami?

Parasol ochronny nad Aleksiejem i Jewgienijem R. w Polsce sięgnął dalej niż ochrona służb. Obaj – jak ustaliliśmy – od 1998 do 2009 roku mieszkali w Polsce jako cudzoziemcy z tzw. kartą pobytu stałego. Za popełnianie przestępstw cudzoziemcom grozi deportacja. Jednak w tym samym czasie, gdy R. handlowali kobietami i zmuszali je do prostytucji, dostali z rąk prezydenta RP polskie obywatelstwo, choć powinni być wykluczeni z powodu zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa i porządku publicznego – opinię dla prezydenta RP musiały wydać w sprawie R. polskie służby – policja i ABW. Kancelaria Prezydenta Andrzeja Dudy odmówiła nam jakichkolwiek informacji w sprawie R.

Wiemy jednak, że w prowadzonym dziś ściśle tajnym śledztwie Prokuratury Krajowej w 2014 r. ABW interesowała się sprawą obywatelstwa dla braci R. W maju 2018 r. za handel ludźmi zostali skazani na symboliczne kary roku i półtora roku więzienia, a zarówno uzasadnienie, jak i śledztwo były „ściśle tajne”.

Kaczyński sra po butach na wieść o sukcesach Tuska

28 Kwi

„Przymila się Polakom i zamiast zachować neutralność nakazaną unijnym urzędnikom, zakłóca nam polskie święto 3 Maja, by robić sobie na Polsce, jak Timmermans, kampanię wyborczą. I znów traktuje Polskę przedmiotowo” – napisała na Twitterze Krystyna Pawłowicz, dowodząc natężenia niepokoju, jaki zapanował na prawicy po tym, gdy Donald Tuska zapowiedział swój wykład na Uniwersytecie Warszawskim w dniu 3 maja.

Były premier, szef Rady Europejskiej dwa tygodnie wcześniej powiedział, że jest bardzo dużo dobrych powodów, dla których trzeba się spotkać właśnie tego dnia. „I powiedzieć sobie parę poważnych słów na temat konsytuacji, miejsca Polski w Europie – jest to przecież też rocznica przystąpienia do UE – i o znaczeniu wolności, i o wolnych wyborach” – oznajmił Donald Tusk.

„Czekamy z niecierpliwością”, „Będziemy” – zareagowali z radością użytkownicy mediów społecznościowych. Nie wszyscy jednak…

Pierwsza oczywiście do ataku ruszyła PiSowska funkcjonariuszka Pawłowicz, ale zdecydowanie „przebił” ją prawicowy publicysta Marcin Rola. Stwierdził, że 3 maja to „świetna data, by tego człowieka zamknąć, wstępnie na 3 miesiące”. Dodał jeszcze, zwracając się do posłanki Pawłowicz: „Serio, dopuścicie do tego, by ubiegał się o fotel prezydenta RP?”

„Naród nie ma gender. I zawsze jest ubrany. Najlepiej w mundur…” – z kpiną skomentował internauta na Twitterze groteskowe uzasadnienie decyzji nowego dyrektora Muzeum Narodowego Jerzego Miziołka, o zasłonięciu prac Natalii LL „Sztuka konsumpcyjna” i Katarzyny Kozyry „Pojawienie się Lou Salome”. O tym w publikacji: „Ordynarny akt cenzury” w Muzeum Narodowym w Warszawie”.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Ocenzurowane wideo z dziewczyną jedzącą banany wywołało falę kpin i protestów w mediach społecznościowych.

„Dobrze, że stworzenie Adama znajduje się na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej bo p. Gliński kazałby mu fiutka zamalować” – zadrwił czytelnik pod artykułem w koduj24.pl.

W mig powstały na Facebooku dwa wydarzenia: „Jedzenie Bananów Przed Muzeum Narodowym” oraz „Narodowe jedzenie bananów”, którymi zainteresowały się już tysiące osób.

Organizatorzy tych protestów zapraszają na wspólną konsumpcję bananów przed muzeum wzorem kobiety z dzieła Natalii LL. W mediach społecznościowych ludzie wrzucają selfie z tymi owocami.

Do protestów dołączają się osoby znane ze świata filmu i kultury. Magda Cielecka zamieściła na Instagramie zdjęcie z bananem i podpisała: „No tylko w łeb”.

Akcja „Narodowe jedzenie bananów” rośnie lawinowo. Do akcji przyłączyły się również Karolina Korwin-Piotrowska, Matylda Damięcka i Andrzej Saramonowicz.

PiS-owski okupant jest zdania, że upokorzenie setek tysięcy tubylczych nauczycieli to wielkie zwycięstwo.

Zawieszenie (a być może zakończenie, bo nie wiemy jeszcze, czy we wrześniu uda się go wznowić) najdłuższego strajku szkolnego w polskiej historii jest oczywiście porażką nauczycieli i milionów ludzi, którzy poparli ich postulaty. Nie ma co jednak spuszczać nosa na kwintę, bo takimi porażkami wybrukowana jest droga prowadząca do ostatecznego zwycięstwa. A jeśli rządzący sądzą, że wielki „sukces” polegający na upokorzeniu setek tysięcy nauczycieli wzmacnia pozycję obozu władzy i jego notowania przed wyborami, to gratuluję talentów politycznych i zdolności przewidywania.

PiS po raz kolejny demonstracyjnie zachował się jak okupant, a nie demokratycznie wybrana władza kraju. Okupacja od demokracji różni się właśnie sposobem traktowania tych, którzy sprzeciwiają się woli rządzących. W demokracji przegrana mniejszość pozostaje współgospodarzem kraju, a jej pragnienia i aspiracje są w jakimś stopniu przez władze uwzględniane. Ta mniejszość ma nie tylko chronione konstytucją prawa, ale także swoje miejsce w przestrzeni publicznej. Jest traktowana przez rządzącą większość jak partner, którego zdanie trzeba czasem uwzględnić. Ten partner często jest prawdziwym utrapieniem, bywa wręcz nielubiany – ale trudno, jest i trzeba się z jego istnieniem liczyć.

W przeciwieństwie do tego władza okupacyjna nie liczy się z nikim ani niczym. Mieszkańcy podbitych terytoriów są upokarzani i muszą się w pełni podporządkować woli panujących. Nie są współgospodarzami ani partnerami. Ich pragnienia i aspiracje nie mają żadnego znaczenia, władza w ogóle nie bierze ich pod uwagę, stara się jedynie przy pomocy chwytów socjotechnicznych, opierając się na hojnie opłacanej i uprzywilejowanej grupie kolaborantów, kanalizować niezadowolenie i rozładowywać napięcia, by nie doprowadzić do wybuchu powstania.

Różnicę między tymi dwoma sposobami rozumienia i sprawowania władzy widać choćby na przykładzie telewizji publicznej. W czasach rządów demokratycznych, za poprzedniej ekipy, było w TVP także miejsce dla programu sztandarowego publicysty obozu krytycznego wobec władzy – Jana Pospieszalskiego. „To był tylko listek figowy” – głoszą propagandyści PiS, starający się wmówić obywatelom, że ich poprzednicy też traktowali media jak swoją własność i tubę propagandową. To oczywiście nieprawda, ale na chwilę przyjmijmy, że jest tak, jak mówią. W takim wypadku wypada zadać pytanie: „No dobrze, więc gdzie w dzisiejszej telewizji jest taki listek figowy?”. Dlaczego nie ma w niej ani jednego programu prowadzonego przez krytyka władzy?

Odpowiedź jest oczywista: bo to nie jest telewizja publiczna w państwie demokratycznym, lecz kanał przekazu zarządzeń i treści propagandowych kierowanych przez pisowskich konkwistadorów do ludności podbitych terytoriów.

PiS od samego początku ustawił się w roli okupanta, który narzuca swą wolę gorszemu sortowi Polaków. To dlatego opozycja w parlamencie praktycznie pozbawiona została prawa głosu, a za próby protestowania jej posłowie są karani dyscyplinarnie i pozbawiani wynagrodzeń. To dlatego władza od trzech lat kompletnie ignoruje wszystkie głosy sprzeciwu, nie zwraca uwagi na demonstracje i siłą łamie wszelki opór. Ustawia żelazne płoty i kordony policjantów, by miejscowa ludność nie zakłócała na Krakowskim Przedmieściu jej obrzędów i ceremonii. Militaryzuje i odbiera tubylczym samorządom place, by móc na nich postawić pomniki głoszące chwałę okupanta.

Ostatnim, jak na razie, akordem w tej okupacyjnej suicie jest upokorzenie nauczycieli, które wyraziło się nie tylko w kompletnym zignorowaniu ich postulatów i opluwaniu ich w TVP, lecz także w zorganizowaniu groteskowego „okrągłego stołu” na stadionie, z udziałem kolaborantów skupionych w związku „Solidarność” oraz wszelkiego rodzaju cudaków, dziwaków, małżeństwa Elbanowskich i Janusza Korwin-Mikke. Nie analizowałem szczegółowo listy zaproszonych, ale nie zdziwiłbym się, gdyby figurowali na niej Kaja Godek, najsilniejszy Polak Pudzian, człowiek-guma i Zenek Martyniuk.

Dziś władza święci triumf. Nauczyciele zostali upokorzeni, a ich opór złamany. Za zamkniętymi drzwiami gabinetów i komnat w pałacach słychać wiwaty i wystrzały korków z szampana.

O święta naiwności! Okupanci wszystkich epok zawsze uważają, że już zawsze będą panować nad podbitymi terytoriami. A potem są bardzo zdziwieni, gdy tubylczy lud wywozi ich na taczkach.

Standardy białoruskie Kaczyńskiego

27 Kwi

Czy Polacy są zadowoleni z trzech i pół roku rządów Prawa i Sprawiedliwości? O to swoich respondentów zapytali ankieterzy SW Research przygotowując sondaż dla serwisu rp.pl.

Okazuje się, że Polacy nie są już zadowoleni z rządów PiS. Trochę kłóci się to z sondażami wyborczymi…

Ponad połowa na „nie”

Większość ankietowanych – bo aż 56 proc. – negatywnie ocenia dziś trzy i pół roku rządów PiS, z czego aż 36 proc. bardzo negatywnie. Z kolei dobrą notę wystawia partii rządzącej i jej rządom 31 proc. badanych. Jednoznacznej odpowiedzi nie udzieliło 13 proc. przepytywanych. Tyle osób nie miało bowiem zdania w tej kwestii.

Kto nie lubi Jarosława Kaczyńskiego?

Okazuje się, że częściej negatywnie do PiS nastawieni są mężczyźni (57 proc.), osoby do 24 roku życia (62 proc.) oraz osoby o wykształceniu średnim i wyższym (po 57 proc.). Za partią rządzącą nie przepadają też osoby zamożniejsze, tj. badani o dochodzie netto powyżej 5000 zł (64 proc.). Co potwierdziły ostatnie wybory samorządowe, Jarosław Kaczyński i spółka pod górkę mają też w największych miastach. Tam nie popiera ich 67 proc. ankietowanych.

Najlepsze rządy w historii

W ubiegłym roku SW Research przygotowało też dla serwisu rp.pl badanie dotyczące najwyżej ocenianych rządów w historii III RP. Wyniki były zaskakujące. O ile popularność gabinetu ministrów Donalda Tuska (wysoko ceniło go aż 15 proc. ankietowanych) można tłumaczyć PR-ową sprawnością ex-lidera PO, dalsze miejsca mogły być zastanawiające i gryzą się z najnowszą sondą.

Kolejne dobrze oceniane rządy to bowiem aktualny rząd Mateusza Morawieckiego (8 proc.) oraz poprzedni rząd Beaty Szydło (7 proc.). Dopiero później znalazła się historyczna ekipa Tadeusza Morawieckiego (5,8 proc.). Krótki, ale istotny dla dziejów III RP, gabinet Jana Olszewskiego zyskał sympatię tylko 4%. Z kolei równie ważne rządy Leszka Millera docenia tylko 3,5 proc. Polaków. Reformator Jerzy Buzek, dziś święcący tryumfy jako lokomotywa wyborcza, jest pozytywnie oceniany jako premier przez 1,8 proc. ankietowanych. Najgorzej Polacy wspominają rządy Ewy Kopacz (0,7 proc.).

Co to oznacza?

Trudno jednoznacznie ocenić badanie. Niska nota dla rządów PiS kłóci się z obecnymi sondażami wyborczymi, pokazuje jednak też, że Polakom polityka socjalna przestała już wystarczać do cenienia obecnej władzy. Wysoka popularność Tuska pokazuje, że ma on wysokie szanse na prezydenturę. Dziwi też fakt, że PO w swoim marketingu politycznym tak rzadko wykorzystuje dziś zestawianie swoich rządów z rządem Morawieckiego. Może właśnie taka merytoryczna kampania pomogłaby Polakom ponownie zaufać Platformie?

Z drugiej strony zeszłoroczne badanie pokazuje, że Polacy nie cenią reformatorów i „historycznych” rządów. Gabinet Millera – pomijając aferę Rywina – zrobił dla Polski zdecydowanie zbyt wiele dobrego, by dziś tak źle go oceniać. Ojciec paru reform Jerzy Buzek też, jak widać, nie jest miło wspominany w roli szefa rządu. To niebezpieczna dla kraju lekcja dla kolejnego pokolenia polityków…

Pod osłoną nocy rządząca większość po raz kolejny nowelizowała ustawę o Sądzie Najwyższym. Oznacza to, że w ciągu niespełna półtora roku rządzący zdążyli zmienili ustawę o SN już osiem razy. Nowelizacja wyklucza możliwość wnoszenia odwołań od uchwał KRS z wnioskami o powołanie sędziów Sądu Najwyższego. – Idziecie na totalne zwarcie z Trybunałem Sprawiedliwości, z Unią Europejską. Z jednej strony zapewniacie, że jesteście ugrupowaniem proeuropejskim, demokratycznym, ceniącym wartości, na których Unia jest wybudowana, z drugiej krok po kroku wyciągacie cegły, na których opierają się filary zjednoczonej Europy – mówił podczas debaty w Sejmie Borys Budka z PO.

Kolejne zmiany pod osłoną nocy

Nowelizację PiS złożył tuż przed Wielkanocą, 18 kwietnia. Na wczorajszym posiedzeniu Sejm miał się nią zająć, ale niespodziewanie nowela spadła z porządku obrad, tylko po to, aby wrócić z autopoprawkami. PiS zrezygnował z części kontrowersyjnych zmian i w trybie ekspresowym przegłosował.

Zmiany, które zostały, dotyczą skarg odrzuconych kandydatów do Sądu Najwyższego. Część z nich złożyła skargi do Naczelnego Sądu Administracyjnego i to w tej sprawie SN zadał pytania prejudycjalne.

Obecnie zajmuje się nimi TSUE, a orzeczenie ma zostać wydane w ciągu najbliższych miesięcy. Jeszcze w  maju, przed wyborami do PE, rzecznik Trybunału przedstawi opinię, która prawdopodobnie będzie zgodna z późniejszym orzeczeniem.

TSUE bada m.in., czy wybrana przez polityków neo-KRS może stać na straży sędziowskiej niezawisłości i niezależności sądów oraz czy nową Izbę Dyscyplinarną SN nazwać można sądem w znaczeniu prawa europejskiego.

Konsekwencje nowelizacji

Zdaniem ekspertów nowelizacja ma przygotować pole pod niewygodne dla rządzącej większości orzeczenie TSUE. Przedstawiciele rządu będą mogli argumentować, że Trybunał nie ma podstaw do wydania orzeczenia, bo skargi w polskim porządku prawnym już nie istnieją.

Zmiany wywołają dodatkowo kolejne pole konfliktu z Brukselą, bo pozbawiają elementarnego prawa do odwołania się od decyzji.

– Jest środek nocy, a ci barbarzyńcy procedują zmianę ustawy o SN! I to taką, która zabiera prawo do sądu oraz unicestwia pytania prawne (prejudycjalne) zadane Trybunałowi w Luksemburgu. Choćbyście uchwalili, że w piątek jest czwartek, to i tak TSUE wyda wyrok! – skomentował nowelizację Michał Wawrykiewicz z inicjatywy Wolne Sądy.

Standardy białoruskie w Polskie

Tymczasem połowie Platformy Obywatelskiej zapytali Ministerstwo Spraw Zagranicznych o to, czy odnotowano w ciągu ostatnich 3 lat jakiekolwiek protesty w sprawie wprowadzanych zmian w systemie sądowniczym ze strony Białorusi i Rosji.

Pytanie o tyle zasadne, że zmiany, które wprowadza w sądownictwie rządząca większość, często porównywalne są do standardów wschodnich, krajów, w których panuje autorytarny model władzy, gdzie praworządność nie jest przestrzegana, podobnie jak trójpodział władzy.

– Z odpowiedzi jasno wynika, że MSZ nie odnotował jakichkolwiek protestów strony białoruskiej w sprawie naruszania trójpodziału władzy – mówił Krzysztof Brejza, pokazując pismo resortu spraw zagranicznych. Podobnie nie odnotowano sprzeciwu ze strony Federacji Rosyjskiej.

– Te dwa pisma są najlepszą pieczątką na tej „wschodniorządności” wprowadzonej przez PiS, ponieważ w tym samym czasie protestowały wszystkie państwa sąsiednie z Polską. Protestowali sędziowie z Niemiec, Czech, Litwy, Słowacji, sędziowie Trybunałów z Czech i Słowacji, protestowała Komisja Europejska. Świat Zachodu protestował, świat Wschodu milczał i akceptował, ponieważ jest to model kopiowany z Białorusi, Rosji i republik postsowieckich. W ten sposób dokonuje się Polexit – mówił w Sejmie Krzysztof Brejza.

Prokuratorski system sądownictwa

Posłowie tłumaczyli też, że obecnie, po reformach Prawa i Sprawiedliwości, Polska nie spełniłaby kryteriów kopenhaskich i tym samym nie zostałaby przyjęta do UE.

– Mamy czarno na białym, bo to przecież oficjalne dokumenty MSZ, które dowodzą, że te wszystkie organizacje, które mają w swoim statucie wpisaną praworządność, ochronę praw obywatelskich, demokratyczny ład prawny, wykluczają dziś polskie instytucje, jak chociażby neo-KRS – tłumaczył Andrzej Halicki.

Zdaniem opozycji to oznacza, że polskie sądownictwo jest wyłączne z europejskiego standardu praworządności i demokracji, a pochwała ze strony rosyjskiej dowodzi jasno, dokąd zmierza Polska pod rządami PiS.

– Prokuratorski system sądownictwa, a taki mamy w Polsce, to czysty PRL. Tak wyglądała pseudosprawiedliwość w latach 80. – mówił Halicki.

Szukacie hitlerowców wśród nauczycieli, a nie widzicie neofaszystów pod własnym nosem – mówił o politykach rządzącej większości na konwencji w Poznaniu lider Koalicji Europejskiej, przewodniczący PO Grzegorz Schetyna. Zapowiedział też wielki marsz organizowany przez KE w Warszawie 18 maja. – Chcemy innej Polski, Polski dla Kowalskiego, nie dla Kaczyńskiego. Wystarczy szanować ludzi, a kończy się złodziejstwa, kłamstwa i zawiść, zacznie się praca i rozsądek – mówił także.

Reprezentacja KO w Wielkopolsce

– Wystawiamy w Wielkopolsce bardzo silną reprezentację. To lista m.in. dwojga premierów. Za czasów Ewy Kopacz ratyfikowaliśmy konwencję antyprzemocową. Jest z nami też Leszek Miller, który naprawdę wprowadził Polskę do UE – mówił o w Poznaniu o lokomotywach listy wyborczej KE Grzegorz Schetyna.

Z wielkopolskich list startuje także szef regionalnych struktur PSL europoseł Andrzej Grzyb, poseł PO Jakub Rutnicki, były ambasador RP w Kanadzie Marcin Bosacki oraz adwokat, współtwórca stowarzyszenia Wolne Sądy Michał Wawrykiewicz.

Pełzający polexit

Grzegorz Schetyna, który przemawiał na konwencji jako pierwszy, sporą część wystąpienia poświęcił pozycji Polski w UE i polityce rządzącej większości. Jego zdaniem rządy PiS-u prowadzą do polexitu.

– Niektórzy łudzą się, że za rządów PiS Polska jest na marginesie Unii Europejskiej, ale to jeszcze nie jest polexit. To nieprawda. Nasz pełzający polexit trwa w najlepsze od czterech lat. PiS już nas wyprowadza z Unii Europejskiej – mówił Schetyna.

Podkreślał też, że za upartyjnianie sądów grozi nam wstrzymani środków z budżetu Unii, a projekt kolejnego budżetu jest dla Polski tragiczny, niższy od poprzedniego, wywalczonego przez koalicję Platformy i PSL o 25 mld euro. To jest cena za izolację Polski przez PiS – mówił lider PO.

Podkreślał też, że gdyby Polska dziś ubiegała się o członkostwo w UE, to nie weszłaby do wspólnoty. – Koalicja Europejska nie pozwoli na wyjście Polski z UE. Dzięki wsparciu Unii zwalczymy smog i zlikwidujemy węgiel jako paliwo do domów i mieszkań w ciągu najbliższej dekady – dodał Schetyna.

„Strajk nauczycieli nie poszedł na marne”

Lider PO odniósł się też do sytuacji w oświacie i zawieszonego dziś strajku nauczycieli.

– Czy rząd, któremu choć w najmniejszym stopniu zależałoby na edukacji, przyjąłby taką ustawę, jak w ostatni czwartek w Sejmie? Przecież cały proces legislacyjny trwał dosłownie parę godzin. Czy burmistrz ma wystawiać stopnie na świadectwach, czy prezydent ma wydawać świadectwa? Czy to jest rozwiązanie? To tak ma wyglądać system edukacji w Polsce? Serio? Taki macie pomysł na to? – pytał Grzegorz Schetyna.

– Zamiast poważnej, uczciwej rozmowy z nauczycielami propagandowa szopka na stadionie. Widzieliśmy to wczoraj. Tak nie postępuje europejski rząd. Oni już nawet nie udają, że chcą rozwiązać ten problem. Edukacja ich nie interesuje, bo tam nie mogą szukać dla siebie głosów. Szkoda im czasu na to. Dzieci i nauczyciele nie mają więc dla nich znaczenia – mówił lider PO.

– Chcę dziś powiedzieć nauczycielom: wasz protest miał sens, wasza determinacja zrobiła na nas wszystkich wielkie wrażenie. Uważnie słuchaliśmy tego, co mówiliście. Mamy największy szacunek dla was i waszej pracy. Zaraz po wyborach usiądziemy do poważnej, uczciwej rozmowy, ale już dziś bez warunków wstępnych mamy dla was propozycje, które spełnią wasze postulaty – mówił lider PO, po raz kolejny zapewniając nauczycieli, że gdy Koalicja Europejska wygra wybory, nauczyciele dostaną podwyżki, o które walczą.

W pisowskiej Polsce inteligencja powinna zniknąć i oddać pole „wykształciuchom” prezesa, bo dopóki będą widoczni w przestrzeni publicznej, dopóty prezes nie będzie mógł spać spokojnie.

Nie chcę dzisiaj odnosić się do zawieszenia strajku nauczycieli. Od wczoraj jest to temat wałkowany na okrągło przez publicystów, dziennikarzy, internautów. Każdego, kto uważa, że nie trzeba dobrze znać środowiska nauczycieli, by móc głosić swoje prawdy i oceniać. Nie o tym więc chcę pisać, jednak… właśnie strajk nauczycieli, reakcja rządu, stanowisko części obywateli, stały się dla mnie kropką nad „i”. Bo to nie o samych nauczycieli chodzi, ale o stosunek partii rządzącej do nas, inteligencji – ludzi, którzy stają się elementem zbędnym, niewygodnym, więc trzeba ich wyśmiać, zniszczyć, zastąpić produktem intelektualnym godnym życia w pisowskiej Polsce.

Dla prezesa PiS jesteśmy „wykształciuchami”. Wmawia się narodowi, że inteligencja, powstała po II wojnie światowej w czasach PRL, ma się nijak do etosu, wywodzącego się z tradycji. Prawdziwy przedstawiciel inteligencji to patriota, służący narodowi, dbający o tradycje narodowe, podnoszący poziom cywilizacyjny, troszczący się o sprawiedliwość społeczną. Taki typ wielkiego społecznika, żyjącego skromnie, dźwigającego na swych barkach odpowiedzialność za utrzymanie ciągłości narodowej. Po II wojnie światowej ta stara, dobra inteligencja została zepchnięta na margines i zastąpiono ją nową, pozbawioną szlacheckich korzeni, oddaną interesom klasowym i idei międzynarodowego proletariatu. Ot, taki przeskok, z etosu wywodzonego z tradycji w etos stricte ideologiczny. Ta nowa inteligencja, często wywodząca się ze środowisk chłopskich, robotniczych czy mieszczańskich, ma się nijak do tej, która wykrwawiała się w powstaniach, żyła na granicy ubóstwa, oddana całym sercem i duszą dobru Rzeczpospolitej.

Jaki z tego wypływa wniosek? Inteligencja, która kształciła się w czasach PRL, skażona systemem, nie jest tą prawdziwą inteligencją, która byłaby godna szacunku, która mogłaby stanowić autorytet dla dzisiejszego pokolenia Polaków. Taki właśnie przekaz puszcza pomiędzy lud prezes Kaczyński.

Ta nowa inteligencja nie ma racji bytu. To jakiś archaiczny produkt, skazany na wymarcie. To walka prezesa o przywrócenie miejsca inteligencji z odpowiednim drzewkiem genealogicznym, napuszoną legendą własnej wielkości i wartości. To jest właśnie ten myk, dzięki któremu prezes buduje podwaliny Homo PiSus, negując wszystko z poprzedniej epoki, byle tylko wyhodować takiego obywatela, takiego inteligenta, który będzie na obraz i podobieństwo wodza, który będzie posłuszny, oddany i wdzięczny.

Idąc tym tokiem rozumowania, można stwierdzić, że w czasach powojennych do 1989 roku inteligencja wykształcona na uczelniach PRL nie wniosła niczego w walkę o wolną, demokratyczną Polskę. Wielu, wielu przedstawicieli tej nowej inteligencji nic nie znaczy, nie ma prawa znaleźć się na kartach polskiej historii. Oni niczego dla Polski nie zrobili, ich osiągnięcia są nic niewarte, nic nie znaczą, są po prostu niczym. Są tylko kiepskim produktem PRL. Są tylko „wykształciuchami”, których należy wyeliminować z życia publicznego, szkalując ich, obrażając, negując.

Ciekawe, że sam prezes nie dostrzega własnej niekonsekwencji. Sam przecież otacza się ludźmi, którzy zasilili szeregi inteligencji, studiując na tych strasznych uczelniach PRL-u. Robiąc wtedy kariery naukowe, chętnie zlizując swój rozwój z ideologicznego stołu partii. Kaczyński skończył prawo i administrację w 1971 roku. Na tej samej uczelni i w tym samym czasie studiował m. in. Andrzej Rzepliński, „wykształciuch numer 1” według prezesa. Jan Żaryn ukończył historię w 1984 r., Andrzej Zybertowicz zdobył wyższe wykształcenie w 1977 r., Ryszard Czarnecki w 1986 r., Piotrowicz w 1976 r. Każdy z członków PiS, który chce się pochwalić wyższym wykształceniem, a jest już po 50–tce, zaliczył edukację w tym samym czasie, co i ci, tak dziś przez PiS, negowani.

O czym to świadczy? Odpowiedź dla mnie prosta. To właśnie prezes otoczył się „wykształciuchami”. To pojęcie idealnie pasujące do każdego, kto sprzedał etos inteligencji za partię i wodza, kto sprzedał się za marną miskę pisowskiej ideologii i demagogii. To pisowscy historycy, fałszujący polską historię. To prawnicy, stawiający prawo boskie nad ustanowionym, lekceważący Konstytucję i polskie prawo. Ot, chociażby taki magister Ziobro czy doktor Andrzej Duda, którzy uważają się za lepszych prawników od najwybitniejszych polskich autorytetów w tej dziedzinie. To lekarze, chowający uczciwość i etykę zawodową za klauzulą sumienia. Artyści, piewcy wodza, klepiący na miesięcznicach smoleńskich, wypchane po brzegi sztucznym patriotyzmem, wierszyki. Nauczyciele, którzy nad prawdziwą edukację stawiają produkcję wyrobów „prezesopodobnych”. Spece od ekonomii, finansjery, gospodarki, wbijający nam pisowską propagandę o sukcesie. To każdy, kto zaprzedał duszę PiS-owi, zapominając, że inteligencja jest motorem rozwoju społecznego, a tym samym postępu i przyszłości państwa.

A co na to lud? Ochoczo klaszcze w ręce, ciesząc się, że skończyła się epoka, w której poziom wykształcenia, dorobek naukowy, opinia w świecie, wielki szacunek tak wiele znaczyły. Ten lud uwierzył teraz, że moc jest z nim, że nie trzeba mieć odpowiedniej wiedzy czy wykształcenia w danej dziedzinie, by wypowiadać swoje zdanie, by oceniać, komentować i negować. Prawda jest tylko jedna – ich własna i nieważne, że często ten lud nie ma pojęcia, o czym w ogóle mówi. Ważne, że prezesowi to odpowiada, że pogłaszcze po główce.

Ten lud pokazał swoją wiarę podczas strajku nauczycieli, plując, hejtując, wyśmiewając i obrażając tych, którzy wychowują i edukują ich dzieci. Tak jak i ta partia udowodniła właśnie teraz, że jednym z jej celów jest walka z inteligencją. Tą inteligencją, która śmiała nie zachwycić się prezesem. Kara musi ją spotkać: wczoraj prawników, sędziów, artystów, literatów, dziennikarzy, dzisiaj nauczycieli, a jutro całą resztę. Oni muszą zniknąć i oddać pole „wykształciuchom” prezesa, bo dopóki będą widoczni w przestrzeni publicznej, dopóty prezes nie będzie mógł spać spokojnie. Nie zrealizuje do końca swego snu o potędze…

Macierewicz z Tworek, Kaczyński z Nowogrodzkiej. Zadanie intelektualne: jak takie pokraki doszły do tak ogromnej władzy?

26 Kwi

„Jarosław Kaczyński zobowiązuje się zapłacić na rzecz Geralda Birgfellnera kwotę 50 tys. zł wraz z odsetkami ustawowymi za opóźnienie od dnia 21 marca 2019 r. do dnia zapłaty, w terminie 7 dni od zawarcia ugody tytułem zwrotu nienależnego świadczenia, które przyjął od Geralda Birgfellnera w gotówce w dniu 7 lutego 2018 r.” – takiej treści ugodę sądową zaproponował prezesowi PiS Gerald Birgfellner i oddał sprawę w ręce wymiaru sprawiedliwości.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza” austriacki biznesman Gerald Birgfellner złożył do sądu wniosek o wezwanie Jarosława Kaczyńskiego do dobrowolnego zwrotu 50 tys. zł.

Pieniądze, które wcześniej przekazał prezesowi PiS, miały być zapłatą dla księdza z fundacji Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Po duchownym ślad wszelki zaginął, a prezes z uporem nie odbiera listów poleconych z wezwaniem do zwrotu pieniędzy.

Na wezwanie sądu prezes PiS będzie musiał się już stawić. Jeśli tego nie zrobi, sąd może zaocznie nakazać mu zwrot pieniędzy.

W piśmie, które w czwartek złożył do sądu pełnomocnik Austriaka mec. Roman Giertych pisze, że 50 tys. zł, które Birgfellner miał przekazać Kaczyńskiemu, jest „świadczeniem nienależnym” i jako takie podlega zwrotowi.

Ponadto, Birgfellner – zdaniem adwokata – „pozostawał w błędnym przekonaniu, że zapłata jest konieczna do uzyskania podpisu pod uchwałą, od której podjęcia uzależniona była realizacja inwestycji”.

Giertych zwraca uwagę na to, że biznesmen „jest obcokrajowcem, nie zna polskiego prawa ani statutu fundacji Instytut im. Lecha Kaczyńskiego, stąd nie miał świadomości, że nie istniał żaden stosunek zobowiązaniowy, w ramach którego byłby on zobowiązany do zapłaty kwoty 50 tys. zł za podpis członka organu fundacji”.

Mylił się ten kto sądził, że Antoni Macierewicz wygodnie usadowił się już w swojej „szafie” i zgodnie z PiSowskim „protokołem” do wyborów będzie siedział cicho. Niestety! Były szef resortu obrony nie powstrzymał się i zabrał głos w sprawie strajku nauczycieli.

„Próba ataku na państwo polskie, próba zasłaniania się uczniami, czynienia tarczy z uczniów, z młodzieży w walce z państwem, to coś zupełnie niebywałego, coś, czego nigdy w przeszłości nie było i mam głęboką nadzieję, że nigdy więcej się nie powtórzy” – zagrzmiał były minister w feliet

„Ci nauczyciele, których jeszcze moje pokolenie pamięta, którzy potrafili przeciwstawić się komunizmowi, którzy potrafili przeciwstawić się demoralizacji moralnej, ale także atakowi na polskość, na formację niepodległościową, Kościół katolicki, na to wszystko, co jest dla Polski i dla polskości najważniejsze, ci sami nauczyciele, czy też kierownictwo, bo mówimy tylko i wyłącznie o kierownictwie ZNP, stali się jakby przedłużeniem czasów komunistycznych, przedłużeniem działań wymierzonych w polskość” – powiedział Antoni Macierewicz.

Stał się tym samym jednym z najbrutalniejszych i niesprawiedliwych krytyków zrywu polskich pedagogów – po Patryku Jakim, który wcześniej porównał ich do żołnierzy Wehrmahtu. Wiceminister co prawda później wycofał swoją inwektywę, ale… obraźliwe słowo padło, panie Jaki i raczej będzie zapamiętane.

Oświatowy „okrągły stół” to stół-atrapa, stół-dekoracja, służący pozorowaniu dialogu.

Lubimy sobie pogadać. Wprawdzie z tygodnia na tydzień staliśmy się europejską Doliną Krzemową (pan premier wcale się nie pomylił, bo część Polski właśnie zasypał piasek znad Sahary), ale zanim zaczniemy się w świecie kojarzyć z półprzewodnikami, słyniemy głównie meblarstwem. Owszem, chodzi tylko o stoły i do tego jedynie te okrągłe, ale za to na tym polu skutecznie konkurujemy w świecie nawet z IKEĄ. Choć „okrągły stół” to wynalazek brytyjski, Lech Wałęsa odebrał go królowi Arturowi i teraz stół bez kantów stanowi w świecie symbol polskiej pokojowej rewolucji, przeprowadzonej samą siłą słowa, siłą mądrego kompromisu osiągniętego w dialogu.

To nie przypadek. „Długie, nocne Polaków rozmowy” mamy w narodowym genotypie i może dlatego częściej „lejemy wodę” niż przelewamy krew. Toteż partia aktualnie rządząca, która zresztą sztukę przelewania z pustego w próżne opanowała do perfekcji, w obliczu buntu elit gorszego sortu też postanowiła się odwołać do narodowej tradycji „przegadywania” problemów i zaprosiła buntowników do dialogu przy „okrągłym stole”.

Ale – jak to ona (partia, znaczy) – zrobiła to po swojemu, jako że skupia w swoich szeregach zwolenników szczególnego rodzaju dialogu. Wewnętrznego, mianowicie. Od przejęcia władzy mówią oni głównie sami do siebie. Niektórzy uważają, że to objaw zaburzeń kognitywnych, ale chodzi raczej o to, że nie ma sensu gadać z gorszym sortem.

O szczegółach konstrukcji nowej wersji „mebla” opowiedział w programie red. Piaseckiego Jacek Sasin. „Stół” ma więc stanąć na stadionie, bo dyskusja o stanie edukacji ma być powszechna i demokratyczna. Pan poseł określił plotkę o kilku tysiącach uczestników „rozmowy” jako „fejk njusa”, ale potwierdził, że do udziału w debacie zaproszono… każdego, kto się zgłosi.

I to jest pierwsza, a też chyba najważniejsza różnica między „stołami”. Bo przy tamtym pierwszym zasiedli wyłącznie starannie wybrani „decyzyjni” przedstawiciele różnych środowisk oraz najlepsi eksperci reprezentujący wszystkie strony dialogu. Tutaj natomiast o przyszłości polskiej szkoły mają rozmawiać wszyscy chętni. Zwłaszcza ci, co to „nie wiedzą, więc się wypowiedzą”. Bo – jak argumentował pan poseł – sprawa dotyczy nas wszystkich.

Demokracja to – jak wynikło z wypowiedzi pana posła – „demo – racja”. Większość ma władzę, to i większość ma… rację! No, fakt. Jak to czytać po polsku… A wiadomo, że w partii aktualnie rządzącej z językami obcymi jest tak sobie. A już z łaciną, to w ogóle…

Przekonanie, że wszyscy znają się w Polsce na wszystkim świadczy zresztą o wyjątkowym szacunku władzy dla Narodu i uznaniu jego zbiorowej inteligencji, co daje się zresztą obserwować od początku rządów PiS. I tak, na przykład, ekspertem w podkomisji smoleńskiej został jeden pan, który się na lotnictwie zna, bo „dużo latał samolotem”. W charakterze pasażera, ale zawsze. A całkiem niedawno na dyrektora szpitala awansował inny pan, który doskonale rozumie problemy służby zdrowia, ponieważ „dużo chorował”. Wracając zaś do edukacji, to cała reforma oświaty została w dużej mierze oparta na pomysłach pewnej sympatycznej pary, której kwalifikacje polegają na posiadaniu kilkorga dzieci.

No, ale – na przykład – resortem sprawiedliwości rządzi dziś skromny magister prawa, a inna pani magister rozstawia po kątach profesorów belwederskich w Trybunale Konstytucyjnym… Oboje państwo uczą też podstaw prawa międzynarodowych ekspertów i przeróżne gremia, od Komisji Weneckiej po Europejski Trybunał Sprawiedliwości, no bo skoro wygrali wybory, to przecież… mają rację. „Demo – racja” rządzi!

Skoro zaś władza ma zastąpić wiedzę, to naród może sobie dyskutować do woli. Może gadać do upojenia, bo w tym momencie chodzi już tylko o samo… gadanie.

Nowy „okrągły stół” ma być – z założenia – stołem ze sklejki. Stołem-atrapą. Stołem-dekoracją, służącym do pozorowania dialogu. Przecież wszystkim i tak wiadomo, że władza nie zamierza spełnić żadnego z postulatów zbuntowanych „belfrów”. Nie zaprosi też żadnych ekspertów gorszego sortu, a jeśli nawet, to przecież nie zamierza ich słuchać. No i żadne rozwiązania wypracowane w takich warunkach też nie będą dla nikogo wiążące.

Rządzący i tak wiedzą wszystko najlepiej. Decyzje natomiast, co do reform w oświacie, już zostały podjęte, i to bynajmniej nie przez panią minister od oświaty. W tej sytuacji „okrągły stół” bis zapowiada się na klasyczny dialog „dziada z obrazem”.

Dorwać Tuska, zrobić nauczycieli w bambuko, zaprowadzić państwo katolicko-narodowe. Oto PiS

25 Kwi

Na Nowogrodzkiej odbyła się burza mózgów, w efekcie której prezes zlecił swoim ludziom – odpowiedzialnym za edukację – sformułowanie na piśmie propozycji dla nauczycieli. W największy skrócie oznaczają one powrót do wcześniejszej emerytury i dobrowolnego wyboru czasu pracy. Ma to w efekcie doprowadzić do „bezbolesnego” zwiększenia pensum.

Punktem wyjścia w tym planie jest zwiększenie czasu pracy – nawet do 24 godzin tygodniowo. Jednocześnie, na rok lub dwa, proponuje się przywrócenie w Karcie Nauczyciela przepisu, który pozwoliłby nauczycielom odejść na wcześniejszą emeryturę po 30 latach pracy, w tym 20 lat w oświacie (z tzw. kredą), niezależnie od wieku. Eksperci z PiS szacują, że z takiego rozwiązania mogłoby skorzystać ok. 100 tys. nauczycieli.

Autorzy PiSowskiej oferty, nie są nieświadomi faktu, że jeśli nauczyciele skorzystaliby z niej, to najczęściej odchodziliby ci najbardziej doświadczeni, a więc najlepiej zarabiający. Lukę po nich można by było wypełnić młodymi pedagogami wchodzącymi do zawodu oraz tymi którzy zdecydowaliby się na zwiększenie pensum w zamian za wyższe wynagrodzenie – przekonują. Na dodatek takie rozwiązanie byłoby bezkosztowe dla samorządów.

PiS liczy, że możliwość większych zarobków skusi zwłaszcza młodych, dopiero wchodzących do zawodu pedagogów. Docelowo ma to doprowadzić do wygaszenia 18-godzinnego pensum. Rozwiązania takie miałyby wejść w życie w ciągu najbliższego roku lub dwóch lat.

Sławomir Broniarz, szef ZNP, przestrzega jednak, że dłuższa praca wcale nie oznacza lepszych zarobków. PiS jest innego zdania. Nauczyciele na zasadzie dobrowolności będą więc decydować, jak długo i za ile chcą pracować – uważają rządzący.

ZNP krytykuje zmiany proponowane przez decydentów. Jak przekonuje prezes związku Sławomir Broniarz, nie ma stanu wyjątkowego, który usprawiedliwiałby wprowadzanie zmian w przepisach bez konsultacji społecznych. „Zgodnie z logiką nowego prawa wystawianiem ocen równie dobrze mogłyby się zająć komputery” – ocenił Broniarz.

Szef RE został wezwany na przesłuchanie przed komisję śledczą ds. VAT. Jej przewodniczący Marcin Horała z PiS narzeka jednak na brak osobistego kontaktu z szefem Rady Europejskiej i byłym premierem Polski. – „Zazwyczaj staramy się nawiązać kontakt nieformalny ze świadkami, żeby uzgodnić jakiś termin, w którym świadek zadeklaruje, że będzie. W przypadku pana Donalda Tuska, pomimo kilku prób kontaktu ze strony biura komisji nie udało się, więc w końcu wysłaliśmy wezwanie na 29 maja” – stwierdził poseł. Jak czytamy w portalu NaTemat, podobno przewodniczący Rady Europejskiej korespondencję odebrał.

Potwierdzenie czy Donald Tusk zamierza się stawić przed komisją we wskazanym terminie, jeszcze nie nadeszło. Natomiast Horała zaznaczył, że końcówka maja to specjalnie wybrany termin, który ma wytrącić argument walki wyborczej za pomocą przesłuchania przed komisją śledczą.

Termin terminem, ale komisja raczej sporo ryzykuje zapraszając Donalda Tuska. Dlaczego? Przypomnijmy: jego ostatnie przesłuchanie przed jedną z założonych przez PiS komisji śledczych zakończyło się spektakularnym blamażem Małgorzaty Małgorzata Wassermann, która przesłuchiwała byłego premiera w sprawie afery Amber Gold. – Odradzałbym zapraszanie mnie na komisje. Po co psuć nastrój przesłuchującym? Te komisje są ewidentnie przygotowywane przez PiS dla udowodnienia politycznych tez. Nie wiem, dlaczego PiS chce zaryzykować walkę, nawet nie ze mną, ale z faktami” – mówił wówczas Donald Tusk.

To także zniszczenie demokracji w Polsce i wykopanie nas ze struktur europejskich.

Grzegorz Schetyna ponownie wezwał Jarosława Kaczyńskiego do debaty o pozycji Polski w Europie. Szef Platformy Obywatelskiej podstawę rozmowy zawarł w trzech pytaniach, które definiują dzisiejszą sytuację kraju w Unii Europejskiej. I nie jest to definicja, która musi się prezesowi PiS podobać. Schetyna pyta, czy standardy demokratyczne przestaną być łamane, te są bowiem warunkiem członkostwa w europejskiej wspólnocie. Dwa następne pytania są trudniejsze, ale i one muszą być zadane: czy PiS potrafi odzyskać pieniądze, które zostały przegrane w dotychczasowych negocjacjach nad przyszłym budżetem UE oraz – czy Kaczyński zerwie sojusze z siłami, które dążą do rozbicia Unii od środka.

Nie są to pytania wydumane ani politycznie konfrontacyjne. Wynikają z utraconej przez PiS pozycji Polski w Europie. Stajemy się krajem coraz bardziej marginalnym. I o to może chodzić Kaczyńskiemu – wówczas rządzić autorytarnie jest o wiele łatwiej, gdyż nie ma nacisków zewnętrznych.

Można się spodziewać braku odpowiedzi Kaczyńskiego na debatę. Wszak nie staje do żadnych rozmów tete-a-tete ze swoimi największymi przeciwnikami od 12 lat, kiedy to został zapytany o cenę jabłek – nie wiedział nawet, czy kupuje się je w sklepie.

Ponadto Schetyna jest depozytariuszem opozycji w kraju i to o możliwościach niebagatelnie dużych. Mianowicie szef PO odpowiada za zdecydowaną większość Polaków, za tych, którzy nie głosowali na PiS. Dzisiaj opozycja jest nawet silniejsza, lecz ciągle grozi jej rozproszenie. Warto mieć zanotowane w tyle głowy, że na PiS głosowało tylko 19 procent wszystkich dorosłych Polaków.

O to toczy się ta polityczna gra. Schetynie udało się stworzyć szeroką Koalicję Europejską na eurowybory. Czy ta formuła przetrwa do wyborów krajowych, a może powinna być rozszerzona bądź radykalnie zmodyfikowana? Sondaże dotyczące wyborów do krajowego parlamentu wskazują, że opozycja zjednoczona we wspólnym froncie jest w stanie odsunąć PiS od władzy.

I tak – sondaż z panelu Ariadna wskazuje, że PiS pozostałby u władzy, gdyby obok Koalicji Europejskiej oddzielnie startowała Wiosna Roberta Biedronia. PiS uzyskałby 33 proc. poparcia elektoratu, KO – 29 proc., zaś Wiosna 10 proc. Zupełnie inne nastroje byłyby, gdyby Schetyna wraz z Biedroniem zwarli szyki, uzyskaliby wspólnie 36 proc., a PiS tylko 31.

Wezwanie Schetyny do debaty zawiera jedną ukrytą myśl, która zwraca uwagę na Biedronia – mianowicie szef PO uważa, że „nie potrzeba do (debaty z Kaczyńskim) osób trzecich”. Osoba trzecia – Biedroń – też zgłosiła się do rozmowy z Kaczyńskim. Szef Wiosny uzyskał odpowiedź w tej kwestii od Beaty Mazurek: „no dobra, pośmialiśmy się”.

Kaczyński śmieje się z Biedronia na Nowogrodzkiej albo na Żoliborzu. Do „debat” wysyła swoich sprawdzonych „zwycięzców”, jak Beatę Szydło, która niedawno odniosła „sukces” ze strajkującymi nauczycielami i podpisała porozumienie z nauczycielską Solidarnością w osobie Ryszarda Proksy.

I jako Proksa może być potraktowany Biedroń. Kaczyński na przykład zechce delegować do rozmów z nim Mateusza Morawieckiego, który nie ma żadnych uprzedzeń, aby kłamać w żywe oczy. W rozgrywaniu i szczuciu prezes PiS jest mistrzem. Ale wszystkie atuty są w rękach opozycji. Za PiS stoi tylko 19 proc. wszystkich Polaków.

Oby nie okazało się, że nadal obowiązuje jedno z najbardziej znanych powiedzeń o Polakach, że „i przed szkodą, i po szkodzie głupi”. Druga kadencja PiS u władzy to zniszczenie demokracji w kraju, zaprowadzenie autorytaryzmu katolicko-

Państwo wyznaniowe PiS (2)

24 Kwi

Jesienne wybory parlamentarne na wiele lat określą kierunek, jaki obierze nasz kraj w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Wszyscy już wiemy, jaka jest alternatywa – konsekwentne utrwalanie kołtuństwa, państwa wchodzącego z butami do naszego życia, opresyjnego fiskusa, niewydolnej służby zdrowia i oświaty podlane sosem fałszywego patriotyzmu i rozdawnictwa pieniędzy albo powrót na drogę europejskości, z odpowiedzialnie prowadzoną polityką wewnętrzną, przywrócenie Polski do grona liczących się graczy na arenie międzynarodowej i traktowanie wszystkich obywateli z należytym im szacunkiem, niezależnie od poglądów czy stylu życia. O tym wszystkim zdecydujemy już tej jesieni. Nic więc dziwnego, że zarówno rządzący, jak i opozycja pracują nad strategiami na najbliższych kilka miesięcy. O tym, który scenariusz może dać demokratycznej opozycji największą szansę na sukces pisze dziś Paweł Wiejas z Wirtualnej Polski, przytaczając wyniki sondażu na panelu Ariadna.

Okazuje się bowiem, że kluczowa z punktu widzenia odsunięcia PiS od władzy może być decyzja Roberta Biedronia i jego Wiosny. Gdyby w jesiennych wyborach do krajowego parlamentu partia byłego prezydenta Słupska startowała oddzielnie, zwycięzcą wyborów zostałby PiS. Na partię Kaczyńskiego i jego koalicjantów (Zbigniew Ziobro, Jarosław Gowin) zagłosowałoby 33 proc. ankietowanych. Na Koalicję Europejską pod przewodnictwem Grzegorza Schetyny głos oddałoby 29 proc. uczestników badania, Wiosna zebrałaby 10 proc. głosów, a Kukiz’15 6 proc. Inne partie i koalicje nie dostałyby się do parlamentu.

Zupełnie inaczej rozkładałoby się poparcie Polaków, gdyby Wiosna stała się częścią szerokiej koalicji partii opozycyjnych. Taki rozwój sytuacji zmartwiłby większość wyborców Prawa i Sprawiedliwości (52%) i w zasadzie nie ma im co się dziwić. Koalicja Europejska z Wiosną zebrałaby bowiem 36 proc. głosów, a PiS 31 proc. Z kolei Kukiz’15 mógłby liczyć na 7 proc. głosów. Inne partie i koalicje znalazłyby się pod progiem wyborczym.

Czy taki scenariusz jest w ogóle realny? Póki co wydaje się, że nie, tym bardziej że Robert Biedroń konsekwentnie woli skupiać się na atakowaniu właśnie Koalicji Europejskiej i korzystać z faktu, że nachalna propaganda mediów propisowskich unika ataków na jego partię. Niewątpliwie decydujący wpływ na decyzję lidera Wiosny będą jednak miały ostateczne wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego. Jeśli zaliczy spektakularną klęskę, może się nie odważyć zaryzykować samodzielnego startu także jesienią.

Wystawiany emigrującym Polakom dokument ma zawierać „najważniejsze modlitwy i prawdy wiary”. Cel wydania? „By Polacy emigrujący z Ojczyzny do zateizowanych krajów zachodnioeuropejskich nie ulegli tamtejszym lewicującym modom intelektualnym, ale pozostali wierni Bogu i Polsce”. To jeszcze nie wszystko. Minister Szczerski liczy, że Polska będzie dla Europy tym samym, czym był Noe, dla ludzi żyjących przed biblijnym potopem.

Swoje przemyślenia w zakresie migracji i dokumentu na drogę profesor Krzysztof Maria Szczerski, jeden z najważniejszych intelektualistów „dobrej zmiany” w kwestiach polityki europejskiej, i szef gabinetu prezydenta RP, zawarł w opasłym tomie „Utopia europejska. Kryzys integracji i polska inicjatywa naprawy”, wydanym w 2017 roku przez wydawnictwo „Biały Kruk”.

To właśnie na stronach tego wolumenu zgłasza postulat wprowadzenia „paszportu katolickiego” . „Dlatego chciałbym zaproponować podjęcie prac nad przygotowaniem swego rodzaju „Paszportu katolickiego”. Z lektury przemyśleń ministra można się dowiedzieć, że oprócz wspomnianych już modlitw katolicki paszport miałby zawierać „informację o wspólnotach katolickich, duszpasterstwach czy o polskich misjach działających w zachodniej Europie”. Minister Szczerski tłumaczy nawet cel takiego ekwipunku. „By Polacy emigrujący z Ojczyzny do zateizowanych krajów zachodnioeuropejskich nie ulegli tamtejszym lewicującym modom intelektualnym, ale pozostali wierni Bogu i Polsce”. Polak emigrujący za Odrę ma bowiem wyjeżdżać z „jasnym przesłaniem”. Jakim, że ma nieść ze sobą światło wiary dla siebie, dla swojej przyszłej rodziny i dla otaczających go ludzi”.

Szczerski, który boleje nad faktem, że Polskę opuściło miliony młodych ludzi, znalazł też sposób, by demograficzną porażkę przekuć w wyznaniowy sukces. Według niego: „idea reewangelizacji Europy” może być realizowana przez rodaków, niosących „ogień wiary”. To zadanie dla Kościoła i państwa, bo przecież „młodzi obywatele, którzy wybiorą się na emigracyjną tułaczkę” zabiorą za sobą „i polskość”.

Po nas choćby i potop

Szczególna misja polskich imigrantów jest konieczna, bo według ministra Szczerskiego kondycja dzisiejszej Europy jest kiepska. Trawi ją potop, czas więc pomyśleć o polskim Noe, który uratuje Stary Kontynent. „W naszych czasach rodzinę patriarchy i jego samego musi zastąpić grupa społeczna lub cały naród. […] Im szybciej rozpoznamy wśród nas Noego budującego arkę, tym lepiej, tym mniej szkód”. Jak wynika z lektury dzieła ministra, Szczerski jest święcie przekonany, że Polacy mają misję. Pisze, że odnosi wrażenie, że „wiele krajów czeka na nas, czeka na ojczyznę św. Jana Pawła II, by wskazała na nowo drogę”. I dodaje, że do zbawienia Europy ma nas do tego predestynować „nasz potencjał terytorialny i ludnościowy”.

Trudno nie doszukać się tu zatem nawiązań do mesjanistycznych koncepcji o wyższości moralnej i duchowej Polaków, które w XIX wieku udzielały się Andrzejowi Towiańskiemu i zostały opisane przez Adama Mickiewicza. Znać w tej koncepcji też zapowiedź świętej Faustynyktórej rzekł Jezus: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje”.

Minister Szczerski na poważnie

Można oczywiście pomysły ministra Szczerskiego traktować jako nieco megalomańskie i abstrakcyjne. Sęk w tym, że ich autor to przecież szef gabinetu Prezydenta R.P., kilkukrotnie przymierzany do funkcji Ministra Spraw Zagranicznych. Ministra należy też wymienić obok profesorów Ryszarda Legutki oraz Zdzisława Krasnodębskiego jako najważniejszych ideologów „dobrej zmiany” w kwestiach związanych z polityką europejską. Zresztą pomysły ministra Szczerskiego na reformę unii są obecne w wypowiedziach najważniejszych osób w polskiej polityce.

Znajomo brzmi choćby idea „reewangelizacji Europy” o której mowa w „Utopii”. Nie tak dawno premier Mateusz Morawiecki stwierdził, że chcemy Europę z powrotem rechrystianizować, bo niestety w wielu miejscach nie śpiewa się kolęd, kościoły są puste i są zamieniane na muzea. I kto jeśli nie Polacy mogą to zmienić?

A Andrzej Duda? Kiedy w czasie Forum Polsko-Niemieckiego w Berlinie prezydent stawiał sobie pytanie „Dlaczego na przykład w sklepie nie można w tej chwili kupić już zwykłej żarówki” internauci mieli ubaw, obwołując go „Oświeconym prezydentem” oraz „Światłością narodu”.

Tymczasem myśl tę prezydent Duda zapewne zaczerpnął ze dzieła Szczerskiego, według którego ta niedobra Unia Europejska „ciągle czegoś zabrania lub coś zakazuje. Nie wolno pomóc jakiejś gałęzi przemysłu, nie wolno palić w piecach węglem, nie wolno wkręcać tradycyjnych żarówek itd., itd.”