Archiwum | Marzec, 2019

Brunatny Kościół, Brexit i pisowskie pacyfikowanie strajku nauczycieli

31 Mar

Krzysztof Pieczyński (Polska Laicka) w swoim najnowszym felietonie na temat Kościoła katolickiego w kontekście krytykowania karty LGBT oraz wspierania polskich neofaszystów. przez instytucję z Watykanu.

„Kościół w imię ewangelizacji mordował i torturował z zimną krwią. Dzisiaj w imię ewangelizacji gwałci, kradnie, kłamie i znów, jak to było w przeszłości, brata się z faszystami. W przeszłości papieże potępiali każdy zryw wolnościowy Polaków bredząc o ewangelii, tak jak to robią dzisiaj. Łamią strajk nauczycieli i protestują przeciwko karcie LGBT, ponieważ jest im odbierana przyjemność wprowadzania dzieci do ich pedofilskiego rzemiosła. Powołują się przy tym na ewangelie.

Wszystkie cierpienia, które przez osiemnaście wieków Kościół Katolicki  zadał ludzkości były i są przedmiotem czerpania z nich przyjemności. Gdyby ludzie kościoła nie czerpali przyjemności z mordów, tortur i gwałtów, to by tego nie robili. Świat jest pełen nienawiści i przemocy z powodu religii. Religie kształtują świat od tysięcy lat i dopóki będą miały wyznawców, ludzkość nie pozna swojej dobrej strony, a każda próba humanizacji zostanie stłumiona. Jeżeli religie różnych maści zaczną ze sobą współpracować to będzie koniec wolności, matrix. To, że się nawzajem tępią walcząc o wpływy, chroni nas przed zamienieniem świata w jeden wielki zakon, w którym ludzie nie mają żadnych praw, giną w tysiącach i są przedmiotem handlu, jak w czasach niewolnictwa. Oficjalnie są wysyłani na pogłębioną ewangelizację i mają wolny wybór zgodny ze swoim sumieniem. Takie brednie głoszą od wieków. To jest jedyna niewolnicza organizacja działającą jawnie. Kościół jest obozem, w którym kobiety, dzieci, młodzi ludzie są przedmiotami seksualnych korzyści dla wyżej stojących w hierarchii. Jak to jest możliwe, żeby niewolnictwo nie było karane? Jak to jest możliwe, żeby taka potworna sekta utrzymywała stosunki dyplomatyczne z rządami wszystkich krajów?

Dlatego tak jest, że ta sekta stworzyła taki świat. Stworzyła go dla siebie. Wystarczy powołać się na ewangelie i wszystko staje się możliwe. Każda zbrodnia, każde łajdactwo i kolaboracja z każdą władzą. Jeśli kk sam ustanawia prawa, wówczas kolaboracja po prostu staje się rządzeniem. Kościół w jakimś stopniu sprzeciwiał się komunie, bo ta nie dawała mu władzy i przywilejów, a tylko o to mu chodziło. Odzyskać wszystko z nawiązką. I odzyskał. Czemu? Bo jesteśmy słabi, głupi, zniewoleni, leniwi. Bo ewangelizacja uczyniła z Polaków naród nietwórczy, zawistny, małostkowy. Potencjał odbicia się od dna wciąż istnieje. Potencjał, by piękni ludzie, szlachetni dawali przykład do naśladowania, a nie zakłamana, pedofilska sekta złodziei uczyła Polaków moralności tylko dlatego, że powołuje się na ewangelie.

Tak jak kiedyś kk został zmuszony przez postępową ludzkość do zaprzestania tortur i holokaustu na rdzennych ludach, tak samo dzisiaj został zmuszony do zajęcia się sprawą pedofilii. To nie od ludzi kościoła wypłynęła zmiana, to myśmy ich do tego zmusili. Żadna zmiana w działaniach kk nie miała i nie będzie miała miejsca, gdyż oni wciąż uważają, że ludzie są ich trzodą, ich własnością” – pisze aktor i aktywista obywatelski Krzysztof Pieczyński. 

No i doczekaliśmy się brunatnego kościoła katolickiego. Nie wiem jak państwo katolicy, ale ja bym, w tym momencie najpóźniej, z tej organizacji wystąpiła – komentuje publicystka Eliza Michalik.

Od lat alarmuję, że Polska brunatnieje. To kolejny dowód. Skrajna prawica stosuje „marsz przez instytucję”, jest osłaniana przez PiSowski aparat państwa, powoli opanowuje pozycje w Kościele. Skutki będą dla Polski opłakane – mówi były szef MSWiA Bartłomiej Sienkiewicz.

Dlaczego Wielka Brytania nie potrafi wyjść z Unii Europejskiej?

Więcej >>>

Więcej >>>

Mamy nagrania z tajnego spotkania władz PiS!

Z dwóch niezależnych źródeł otrzymaliśmy taśmy z nagraniem nocnej partyjno-rządowej narady najważniejszych funkcjonariuszy PiS. Głównym tematem tajnego spotkania na Nowogrodzkiej była sytuacja w oświacie.  Niestety otrzymane nagrania wymagają czasochłonnej obróbki, ponieważ w sali konferencyjnej panował nieopisany zamęt i trudno jest zidentyfikować autorów poszczególnych wypowiedzi. Uznaliśmy jednak, że ze względu na ważką treść nie powinniśmy zwlekać do czasu uporządkowania zapisu i przydzielenia wypowiedzi odpowiednim dyskutantom. Nie czekając również na wyczyszczenia taśm z onomatopeicznych dźwięków i usunięcie niecenzuralnych słów, już dziś publikujemy najistotniejsze naszym zdaniem opinie, wygłoszone podczas tej narady. Wypowiedzi te zmuszeni byliśmy poddać niewielkim skrótom i pewnej obróbce stylistycznej, zbliżając je do wymogów języka polskiego.

– Ja się pytam dlaczego znowu nie ma pani minister? Już i tak wierszyki o niej układają, że się nie pokazuje, bo się już pakuje.  A ja chciałbym się dowiedzieć, dlaczego nie poszła do głodujących z „Solidarności”, żeby się z nimi dogadać.  Czy to nie ona wymyśliła, żeby rozkręcić tę całą akcję? Miało być tak, że „S” wcina się nagle między ZNP a rząd, wali pięścią w stół, załatwia nauczycielom parę stów na raty i Duda wychodzi na gieroja, a Broniarz na wroga dzieci i rodziców. A co wyszło? Kapiszon! Zaczęliśmy dobrze, ale znowu nie było komu skończyć…

– A ja nie rozumiem, o co to całe zamieszanie. Przecież mamy pieniądze. Mamy całą kasę. Mamy swój budżet i pełny bank. Jaki problem jeszcze trochę zwiększyć zadłużenie? Przecież wszyscy wiedzą, że budżet jest gumowy. Wolicie mniejszy deficyt i przegrane wybory?

– Ale tu wcale nie chodzi o kasę, tylko o zasadę. Nauczyciele chcą tysiąca, a ja się pytam – za co? Co nadzwyczajnego zrobili ostatnio nauczyciele, że zasługują na tak dużą podwyżkę? Uważam, że wielu z nich powinno mieć nawet obniżone zarobki!  Za sabotaż reformy, za protesty, za koszulki z konstytucją, za skłócanie rządu z rodzicami. Nasz rząd wciąż im podnosi pensję, a oni zamiast podziękować, to naśmiewają się, że zarobki w oświacie rosną tylko dlatego, że średnią nabijają pracownicy MEN, i że sama pani minister też ciągle dostaje podwyżki.  A to przecież gruba bezczelność! Ja sprawdziłam i okazało się, że wynagrodzenie zasadnicze pracowników Ministerstwa Edukacji Narodowej w 2018 roku wyniosło średnio 4 881,32 zł. Nie liczę premii, bo one są za konkretne zasługi. A jeśli chodzi o Anię, to razem z dietą poselską zarabia rocznie tylko 280 tysięcy. To prawda, że od 2015 r. jej wynagrodzenie urosło ponaddwukrotnie, ale pamiętajmy ile w tym czasie zrobiła dla Polski!

– Ja jeszcze w sprawie tego tysiąca. Sasin powiedział w TVN, że nauczycielom chodzi o dodatkowy tysiąc netto, a zaraz potem Broniarz zaczął wykrzykiwać, że to nieprawda, bo brutto. Uważam, że powinniśmy się trzymać przekazu Jacka. No bo kto jest bardziej wiarygodny: przedstawiciel PiS, czy ZNP? A najlepiej mówić, że nauczyciele żądają tysiąca złotych „do kieszeni”. Broniarz będzie prostował, ale niech to wygląda, jakby nagle zmienił zdanie i teraz się tłumaczy. Trzeba mówić, że niedługo w ZNP będą wybory i tak naprawdę, to nie obchodzą go pensje nauczycieli, tylko chce, żeby znowu go wybrali na przewodniczącego.

– Ja nie rozumiem, czemu cackamy się z tym facetem. Przecież to pezetpeerowski aparatczyk, komuch, który teraz spiknął się z totalną opozycją, chodzi z nimi na wszystkie zadymy i na zdjęciach staje obok Schetyny. A jego ZNP to tak naprawdę komunistyczna organizacja. To jeszcze jedna kasta. Też ich przyjmują na salonach i certolą się z nimi jak z kim dobrym. A przecież wszyscy wiedzą, że strajk to uderzenie w PiS, czyli w demokratyczną władzę. ZNP po prostu szkodzi Polsce. A jeśli szkodzi Polsce, to czemu Ziobro ich jeszcze nie zdelegalizował?

– Z nimi to w ogóle jakaś dziwna sprawa. Żeby tylko chcieli kasy dla siebie, to bym zrozumiał, ale oni jeszcze pokrzykują żeby zwiększyć nakłady na oświatę! O co im chodzi? Przecież wiadomo, że to platformerska hołota i na pewno ot tak nie rezygnowaliby z zarobków, bo przecież nikt im nie zapłaci za czas strajku. Ciekawe, kto ich opłaca, kto za nimi stoi? Również tą sprawa powinien się Zbyszek zająć. Tym bardziej, że ich żądania eskalują. W łódzkich liceach na przykład chcą, żeby było mniej religii, bo niby sal im brakuje dla podwójnego rocznika. To przecież atak na Kościół! Jeszcze trochę i zaczną tam ganiać po szkołach jakieś oszalałe Biedronie!

– Mam taki pomysł: obiecajmy im ten tysiąc, ale po wyborach. Na pewno się zgodzą i zakończą strajk. Jeśli przegramy wybory, to niech się totalni martwią. A jak wygramy, to mamy dwie opcje. Albo ogłosimy, że jedyną możliwością realizacji tego zobowiązania jest rozłożenie go na długoletnie raty, albo damy im ten tysiąc, ale jednocześnie zabierzemy wszystkie dodatki, rozmaite funkcyjne, motywacyjne, rozłąkowe, premie, urlopy zdrowotne i wszystko, czego nie mają inne grupy zawodowe.  Będziemy czyści, bo nie naruszymy porozumienia z ZNP i nauczyciele dostaną swój tysiąc, a w sprawie dodatków przecież się nie umawialiśmy. Wyborcy nas zrozumieją, bo nie lubią, jak inni mają jakieś bonusy, których oni nie mają. A co do nauczycieli, też nie musimy się bać , że skoczą nam do gardeł. Wiecie dlaczego? Bo kiedy teraz zakończą strajk, to od razu zarządzimy przedłużenie roku szkolnego o tyle dni, ile trwał strajk. I wyjdzie na to, że my troszczymy się o wykształcenie i pilnujemy, żeby dzieci nic nie straciły na strajku, a winni zamieszania są nauczyciele. Kiedy szlag trafi rodzinne plany wakacyjne, to rodzice się wściekną i już nigdy nie poprą żadnego protestu ZNP!

– Musimy wytrzymać. Nie wolno poddać się szantażowi. Straszą, ze matur nie będzie. No i co z tego? Wiecie, ilu naszych ludzi nie ma matury, a jak świetnie sobie radzą na ważnych stanowiskach? Straszą, że nie będzie egzaminu ósmoklasisty? No to co? Ogłośmy nabór do liceów na podstawie świadectw. Przecież świadectwa musza wydać, bo rodzice ich zjedzą. Zobaczycie, że w końcu ludzie nas poprą, dotrze do nich, że dajemy nauczycielom, ile tylko możemy. Zrozumieją, że jak ktoś chce zarabiać więcej, niż rząd może mu zapłacić, to powinien zmienić pracę, a nie rozwalać państwo!

– Egzaminy to jednak poważniejszy problem. Uważam, ze musimy je przeprowadzić, choćby nie wiem co. Trzeba coś zdecydować. Zastanawiam się, czy nie dałoby się jakoś zmilitaryzować oświaty na postrach, wziąć choćby tylko część nauczycieli w kamasze. A jednocześnie już myśleć o zastąpieniu nauczycieli. Może zwrócić się do wykładowców z Akademickiego Klubu Obywatelskiego, którzy robią dla nas potrzebne ekspertyzy? Może po cichu ogłosić nabór wśród katechetów i wykładowców na wydziałach teologicznych? Pewnie i wielu studentów dałoby się skusić, jak im dobrze zapłacimy. Co z tego, że nie mają kwalifikacji do egzaminowania na maturze? A nowi sędziowie mają? A nasi członkowie rad nadzorczych, co wiedzą o gospodarce? A Jan Nowak nie nadaje się na prezesa urzędu od danych osobowych? Przecież oni wszyscy wcale nie są fachowcami, a radzą sobie. Z egzaminami też sobie poradzą. Musimy Polakom pokazać siłę, bo jak raz nas złamią, to po kasę przyjdą inni. I ci następni mogą już mieć ze sobą nie tylko plakaty i chorągiewki…

Wynotował: Andrzej Karmiński
 1.04.2019

PS. Poprzedniego dnia na konwencji PiS we Wrocławiu Jarosław Kaczyński objawił się zebranym jako obrońca wszelakich wolności oraz ujawnił, że jego partia to w istocie związek bojowników o wolność i demokrację w kraju i za granicą. Czuję się w obowiązku ostrzec przed próbami zrozumienia, co prezes miał na myśli. Osoby, które w przeszłości próbowały tego dociec, po wyleczeniu musiały się poddać długotrwałej publicznej rehabilitacji.

Dopisek z 2.04.2019

Artykuł pod tytułem „Jak spacyfikować strajk oświatowy” był oczywiście primaaprilisowym żartem.

Co prawda, ten tekst ukazał się na łamach koduj24.pl w przeddzień 1 kwietnia wieczorem (zgodnie z redakcyjnym harmonogramem udostępniania gazety autorom według ustalonej kolejności), ale uważni Czytelnicy mogli w nim dostrzec datę 1.04.2019. Mniej uważni Czytelnicy podzielili się w komentarzach, uznając ten artykuł bądź za relację prawdziwą lub wielce prawdopodobną, bądź za paskudny fake news.

Obie te opinie są uprawnione, bo prawie wszystkie wypowiedzi rzekomych uczestników tajnej narady w siedzibie PiS to autentyczne, trochę tylko skrócone i uładzone stylistycznie wypowiedzi prawdziwych funkcjonariuszy PiS, wygłoszone w rozmaitych okolicznościach i w różnym czasie. Zebrane w jednym miejscu stały się jednak swoistym świadectwem degrengolady naszej obecnej władzy.

W moim zamierzeniu ten primaaprilisowy żart nie miał być zabawny. Był smutny jak nasza polska rzeczywistość. Ale jeśli poruszył Czytelników, jeśli skłonił kogoś do refleksji, jeżeli sprowokował irytację tych, których dotychczas omijały opresje państwa zawłaszczonego przez partię Kaczyńskiego, to myślę, że ta publikacja spełniła swoje zadanie.

 

>>>

Naziści na Jasnej Górze. Kłopoty Morawieckiego i Kaczyńskiego z rozumem

31 Mar

„Składam najserdeczniejsze podziękowania wam, bracia i siostry ze środowiska narodowego, za to wszystko, co dobrego uczyniliście” – powiedział ks. Henryk Grządko z Gorzowa Wielkopolskiego, główny celebrans uroczystej mszy do przedstawicieli Młodzieży Wszechpolskiej, Obozu Narodowo-Radykalnego, Ruchu Narodowego i Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych przybyłych tłumnie z kolejną pielgrzymką na Jasną Górę.

Sztandary z nacjonalistycznymi symbolami Szczerbca i falangi powiewały w sobotnie popołudnie nad ich głowami.

„Jesteście środowiskiem bardzo cennym. I dlatego tak atakowanym” – powiedział Grządko i wyliczył zadania jakie teraz stoją przed narodowcami.

Precyzyjnie diagnozując sytuację w dzisiejszej Polsce oznajmił: „Jest napaść cywilizacyjna na Polskę. Ona dzisiaj polega na tym, że pod znakiem tęczowej flagi próbuje się okraść nas z wartości wewnętrznych, takich jak prawda, miłość, życie ludzkie, rodzina oparta na małżeństwie, moralność oparta na Ewangelii i Dekalogu. W zamian proponuje się nie wiadomo co, nie wiadomo w imię czego”.

Po Apelu Jasnogórskim narodowcy zeszli na jasnogórskie błonia, gdzie odpalili race i sztuczne ognie oraz wykrzykiwali hasła: „Bóg, Honor i Ojczyzna, „Prymas, prymas Wyszyński” (na melodię kibolską), „Wielka Polska katolicka, wielka Polska narodowa”, „Młodość, wiara, nacjonalizm”.

„Szambo na Brunatnej Górze znowu wybiło. Bo to z pewnością nie jest już Jasna Góra, a sanktuarium czystego zła” – komentują tymczasem internauci szóstą już z rzędu pielgrzymkę narodowców do Częstochowy.

Według ustaleń dziennikarzy „Newsweeka” odejście minister finansów Teresy Czerwińskiej z rządu zostało już przesądzone. Pani minister choć „wydawała się lojalną, spokojną kobietą”, to jednak ośmieliła się wyrazić wątpliwość czy budżet wytrzyma wszystkie przedwyborcze obietnice PiS, zwane w skrócie „piątką Kaczyńskiego”.

Spór o sfinansowanie obietnic, które pochłoną ok. 40 miliardów złotych nie jest na rękę politykom PiS. Z tego powodu, jeśli Czerwińska „będzie dalej hamletyzować” to najpewniej obejmie ją najbliższa rekonstrukcja rządu. Jak twierdzą dziennikarze „Newsweeka” ma to być „aksamitny rozwód, żeby nie wyglądało to jak rozdzieranie szat przeciw piątce Kaczyńskiego.”

Na panią minister finansów ma czekać stanowisko w jednej z międzynarodowych instytucji. Według informacji resort finansów ma objąć podsekretarz stanu, związany z Instytutem Sobieskiego – Leszek Skiba.

Najprawdopodobniej będzie bardziej spolegliwy niż Czerwińska, która jasno twierdzi, że „prowadzenie odpowiedzialnej polityki budżetowej wymaga przyjęcia perspektywy planowania daleko wykraczającej poza jeden rok budżetowy”.

To wygląda na żart, bo wiele można o PiS-ie powiedzieć, ale nie to, że jest gwarantem wolności. Mówienie tego w Gdańsku, dzień po tym, jak wojewoda de facto zabronił organizowania obchodów 4 czerwca, bo wpisał na ten dzień cykliczną imprezę, jest dodatkową kpiną – mówi dr Anna Materska-Sosnowska, politolog z UW. Pytamy też o sondaże i kampanię wyborczą, a także spór rządu z nauczycielami i rolę związków zawodowych. – Zastanawiam się, czy 2019 nie będzie taką kropka kończącą piękna historię „Solidarności”, tym bardziej, że ten koniec już dawno się rozpoczął, a pan Duda nie jest pierwszym, który flirtuje z władzą. Pamiętajmy, gdzie jest dziś pan Śniadek – w PiS-ie

JUSTYNA KOĆ: Już nie „piątka Kaczyńskiego”, tylko „piątka plus” – prezes PiS-u dołożył do finansowych bonusów „wolność”. Żart czy dobre posunięcie?

ANNA MATERSKA-SOSNOWSKA: To na pewno taktycznie dobre posunięcie, dlatego że do twardych materialnych obietnic dochodzi – szkoda, że nie jako pierwsza i podstawowa – wolność, czyli wartość. To z politycznego punktu widzenia. Z praktycznego to wygląda na żart, bo wiele można o PiS-ie powiedzieć, ale nie to, że jest gwarantem wolności. Mówienie tego w Gdańsku, dzień po tym, jak wojewoda de facto zabronił organizowania obchodów 4 czerwca, bo wpisał na ten dzień cykliczną imprezę, jest kpiną. Mówienie tego w Gdańsku, mieście wolności, jest dodatkowo próbą zawłaszczenia tego w sposób przemyślany. Czy to jest potrzebne elektoratowi i czy elektorat PiS-u to kupi, mam wątpliwości.

Przy okazji Jarosław Kaczyński zaatakował Platformę i PE, oskarżając ich o zabieranie wolności poprzez wprowadzanie tzw. ACTA 2.
Nie sądzę, aby to wywołało zamierzony skutek, bo po pierwsze, to zbyt skomplikowana materia i ona nie wywoływała już takich protestów, jak ACTA2, bo i nie mogła. Poza tym

czy ktokolwiek wierzy PiS-owi, że cokolwiek uda mu się osiągnąć w PE po przegraniu 27:1?

Grzegorz Schetyna na konwencji PO we Wrocławiu zapowiedział złożenie wotum nieufności wobec minister edukacji Anny Zalewskiej. Rozumiem, że PO zależy na debacie nad wnioskiem, bo wiadomo, że Zalewska zostanie.
Niestarty tak. Jedna z nielicznych pozostałych funkcji kontrolnych parlamentu odbywa się właśnie przez wotum nieufności. Jeżeli ma odbyć się dyskusja o szkole, nauczycielach, o tym, co nas za chwile czeka, to jest to jedyna ścieżka. Skutek będzie wiadomy, ale z drugiej strony opozycja nie ma innej możliwości doprowadzenia do debaty.

Prawie co tydzień publikowane są nowe sondaże, w których raz prowadzi Koalicja Europejska, a raz Zjednoczona Prawica. Jak to tłumaczyć?
Po pierwsze, można porównywać sondaże tylko z jednej pracowni i w dłuższym cyklu, bo jak wiemy, pracownie stosują różne metodologie, niektóre, mówiąc delikatnie, pozostawiają wiele do życzenia. Po drugie, dziś analizowałabym tylko te sondaże, które badają Zjednoczoną Prawicę, która występuje pod szyldem PiS, oraz Koalicję Europejską. Badanie Zjednoczonej Prawicy i rozproszonych partii po drugiej stronie nie jest dziś badaniem uzasadnionym. Dopiero przy tych dwóch założeniach możemy zastanowić się, co pokazują nam sondaże. To z pewnością mocna polaryzacja, aczkolwiek miesiąc temu można było się zastanawiać, czy języczkiem u wagi nie będzie Biedroń. W zależności od tego, jak intensywnie jedna ze stron prowadzi kampanię, to odbija się to w sondażach. Powiedziałabym, że

ba bloki idą dość wyrównanym krokiem, nie bardzo widać też efekt „piątki Kaczyńskiego”, a kampania tak naprawdę zaczęła się połowicznie.

Rozpoczął ją PiS, ale nie widać tu jakiegoś zdecydowanego wzrostu poparcia, zasoby wydają się już dość wyczerpane, więc dla nich większą wartością jest utrzymanie tego, co mają. Myślę jednak, że „piątka Kaczyńskiego” miała nie tylko utwardzić własnych wyborców, ale trochę też ten elektorat poszerzyć.

Ta tzw. piątka Kaczyńskiego była skierowana do własnego elektoratu?
Ta teza jest prawdziwa w przypadku wyborów do PE, bo w innych wyborach ten elektorat jest zdyscyplinowany. Wynik wyborów europejskich pokaże, kto ma większe szanse na zwycięstwo. To bardziej skomplikowane, bo oczywiście w trudniejszej sytuacji z wynikami wyborczymi jest KE, która liczy na efekt kuli śnieżnej. Tak to zwykle bywa, że jedna wygrana przybliża nas do kolejnej.

Tak było w 2015 roku.
Tak, ale nie tylko. Potwierdzają to badania oraz przykłady z innych krajów. W tym przypadku mamy jednak wiele zmiennych. Co z partiami trzecimi, czy zostaną zmarginalizowane? Czy wejdą na scenę? Jeżeli tak, to czy się utrzymają i z jakim poparciem? Jeżeli mówimy o wyborach jesiennych, to kto je wygra i czy będzie miał możliwość tworzenia koalicji? Z kim tę koalicję stworzy? Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, że KE wygrywa wybory w maju, tylko pytanie, czy współkoalicjanci będą na tyle zadowoleni z wyniku, że w koalicji pozostaną. Racjonalnie powinni pozostać, ale ambicje wielu są nieposkromione, stąd pytanie, czy koalicja przetrwa i jakie zasoby ma jeszcze partia rządząca i co jeszcze rzuci na stół.

W ogóle

powinniśmy pamiętać, że te wybory europejskie są ważne nie tylko ze względu na nasze wewnętrzne podwórko jesienią, ale one też są ważne dla przyszłości UE. I to nie są puste słowa.

Przejdźmy do kampanii europejskiej, która na razie wygląda dość niemrawo, ale wyraźnie widać, że po stronie obozu rządzącego wrócono do atakowania Donalda Tuska, który jest oskarżany nawet o brexit. PiS wraca na stare tory?
PiS prowadzi już kampanię, co widać po cotygodniowych konwencjach i objeździe po Polsce. Brexit jest paliwem dla PiS-u i oczywiście wraca tu stwierdzenie „wina Tuska”, bo jakżeby inaczej. Nie wydaje mi się jednak, żeby to była dobra droga. Pewnie w wewnętrznych badaniach potwierdziło im się, że to wrogiem numer jeden jest Donald Tusk, ale na tym koniec. Widać też, że już nie LGBT, ale uchodźcy wrócili w wypowiedziach PiS-u, ale jeżeli w kontrze do tego pani premier Szydło mówi, że głosowanie 27:1 to nie była porażka, tylko sukces, to daje jednocześnie paliwo drugiej stronie. Nie wydaje mi się, żeby długofalowo ataki na Donalda Tuska i brexit były dobrą bronią, bo to ostatecznie zostanie wykorzystywane przeciwko nim. Po drugie, nie jestem przekonana, czy brexit jest zrozumiały dla wyborców PiS-u. Brexit miał być czymś pięknym, wstawaniem z kolan, dumą, a jest inaczej.

Czyli brexit powinna wykorzystywać Koalicja Europejska pokazując, do czego może doprowadzić nieodpowiedzialna polityka?
Tak i KE to mówi. Proszę pamiętać, że zarzucano Platformie, że nie ma pomysłu na inną kampanię, niż mówienie o polexicie w wykonaniu PiS-u. Natomiast KE dopiero zapowiada odpalenie kampanii, Biedroń dopiero powoli zaczyna rozkręcać kampanię. Myślę, że

z czasem zobaczymy tu polaryzację na prodemokratyczną Polskę w Unii Europejskiej versus wstawanie z kolan w wersji PiS, mówiąc w skrócie.

Ani CBA, ani prokuratura nie zamierza podejmować żadnych działań w sprawie tzw. taśm Kaczyńskiego, a sama pani prokurator przesłuchująca Geralda Birgfellnera dostała awans. Czy to są sprawy, które dla wyborcy są w ogóle istotne?
W moim przekonaniu są istotne, oczywiście nie mówimy o wyborcy PiS-u, bo on jest przekonany, że Kaczyński jest niewinny i nie ma o czym mówić. W całej sytuacji najbardziej zaskakujący i niebezpieczny jest jednak ostatni element, o którym pani powiedziała, czyli awans pani prokurator. Oczywiście nie to, że awansuje, ale w jakich okolicznościach i jakiej sytuacji.  Tym bardziej, że wiemy, jaką miała wcześniej ścieżkę kariery. Tu widać jak na dłoni mechanizm upartyjnienia i zależności od ministra Ziobry. To jest bardzo niebezpieczne. Nad pewnymi kwestiami prawnymi można by się zastanawiać, każda ze stron znalazłaby swoje argumenty. Wiemy też, że gdyby sprawa dotyczyła kogo innego, to wyglądałoby to zupełnie

Jak to możliwe, że wyborcy PiS-owskiemu to się składa w całość? Ta partia robi dokładnie to, co zarzucała swoim przeciwnikom jako głęboko niemoralne.
To prawda, ale po pierwsze, ważne jaki przekaz trafia do wyborców PiS-u, a po drugie, ten wyborca też nie jest jednolity. Widać pęknięcia w tym elektoracie. Ponadto warto się zastanowić, ile jest w tym gry samego ministra Ziobry, a ile innych graczy. Wcale bym nie była zaskoczona, gdyby to były jego inicjatywy, nie tylko w obronie prezesa, ale też pokazania swojej siły.

To, co robi minister Ziobro, nie zawsze służy całej partii.

Prawie 80 proc. szkół przystąpi do strajku. W co gra tu rząd w roku wyborczym, na 2 miesiące przed wyborami do PE?
Dziś pojawiła się teza, że partyjne badania wewnętrzne muszą pokazywać, że nauczyciele nie są wielkim zagrożeniem dla elektoratu PiS-u, że jednak obawa rodziców będzie silniejsza, niż inne mechanizmy. Pytanie, czy dla rządu nie jest wręcz korzyścią to całe zamieszanie w szkołach, bo zrzucą winę na nauczycieli za bałagan związany z reformą. Wystawienie Anny Zalewskiej na pierwszym miejscu na listach wyborczych, czyli w nagrodę, aby pomóc jej w tym wyjeździe, jest absolutną kpiną. Mówienie o dbaniu o uczniów i apel do nauczycieli, aby nie zostawiali uczniów podczas egzaminów, jest wręcz abstrakcją.

Wiemy też, co mówiła minister finansów – że budżet nie jest z gumy, wiadomo też, że pewne wydatki zostały źle oszacowane i rosną w zatrważającym tempie. Kolejną sprawą jest kwestia podziału środowiska nauczycielskiego.

Wypowiedzi „Solidarności” centralnej wskazują na ostry konflikt wewnętrzny.

Pytanie, jak z tego konfliktu wyjdzie sama „Solidarność”, bo szeregowi członkowie prowadzą głodówkę w kuratorium, pan Duda, czyli główny przewodniczący, stoi murem za rządem, pan Proksa, czyli szef „Solidarności” oświatowej jest trochę za, a trochę przeciw, jednocześnie sam jest radnym PiS-u. Pojawiają się głosy, że „Solidarność” może na tym sporo stracić.
Też bym tak to oceniała. ZNP i „Solidarność” to dwie najsilniejsze centrale związkowe i zastanawiam się, czy 2019 nie będzie taką kropką kończącą tę piękną historię „Solidarności”, tym bardziej, że ten koniec już dawno się rozpoczął, a pan Duda nie jest pierwszym, który flirtuje z władzą. Pamiętajmy, gdzie jest dziś pan Śniadek – w PiS-ie.

Czeka nas zmiana na stanowisku przewodniczącego PKW. Następcę sędziego Hermelińskiego wybierze mgr Przyłębska, pełniąca obowiązki prezesa TK. To może budzić obawy?
Mam mieszane uczucia. Do jesiennych wyborów ostrożnie powiem, że nie, po wyborach to PKW wygasa i zostanie powołana nowa. To pokazuje, po co PiS-owi były sądy, Trybunał Konstytucyjny

Izba SN stwierdzająca legalność wyborców jest już całkowicie obsadzona nominatami PiS-u. To rodzi niebezpieczeństwa, ale mam nadzieję, że to jeszcze nie będzie koniec wolnych wyborów.

Trudno sobie wyobrazić, że w XXI wieku w kraju UE ktoś może myśleć o sfałszowaniu wyborów.
A Węgry? Tam mają to przećwiczone. Poza tym nie trzeba fałszować wyborów, bo można tak uchwalić przepisy, a wiemy, że PiS jest to w stanie zrobić, że prawnymi środkami wybory wygrają. W tej sprawie również Węgry stanowią świetny przykład.

Donald Tusk – normalny

31 Mar

…a nawet stanął w kolejce trzymając awizo w ręku. Na dodatek nie widać było w pobliżu ochrony przewodniczącego Rady Europy… Sensacja? Dla samego Tuska pewnie żadna, widywany już był na spacerze z rodziną i dźwigający siatki z zakupami. Teraz tę „niecodzienną” sytuację opisał internauta na Twitterze

„Dziś przed 13 siedział cierpliwie na poczcie w Sopocie. Kolejki były spore. Podszedłem, porozmawialiśmy kilka minut. Po następnych kilku minutach podszedł do okienka z awizo i odebrał przesyłkę. Nazywa się @donaldtusk.” – zauważył internauta.

Dla Romana Giertycha była to świetna okazja by skomentować historię innej słynnej, nieodebranej przesyłki.

„Może PDT udzieliłby małego szkolenia panu prezesowi Kaczyńskiemu pt. Odbieranie awizo” – zaproponował na Twitterze Roman Giertych i przypomniał, że Jarosław Kaczyński mimo dwukrotnego awizo nie odebrał wezwania do zwrotu 50 tys. zł.

Domaga się tego od niego Gerald Birgfellner, którego pełnomocnikiem jest właśnie Giertych. Pieniądze, które zgodnie z jego zeznaniami prezes PiS „miał w ręku”, miały być przeznaczone dla ks. Rafała Sawicza, by ułatwić inwestycję spółki Srebrna w wieżowce.

JK nie odebrał wezwania do zwrotu 50 tysięcy, bo jak z radosnym uśmiechem tłumaczyła rzeczniczka PiS Beata Mazurek, awizo nie zastało prezesa w domu, ponieważ… pracuje.

Oligarcha Kaczyńskiego, Wojciech Jasiński. Jak robi się majątki na państwowych posadach

31 Mar

Wojciech Jasiński, od lat wierny towarzysz Jarosława Kaczyńskiego, za rządów „dobrej zmiany”, jako prezes Orlenu i członek rady nadzorczej PKO BP zarobił w sumie ponad 5,34 mln zł. W Orlenie, licząc wszystkie dodatki, otrzymywał miesięcznie średnio ponad 191 tys. zł, w PKO BP -przeciętnie 10 tys. zł

„Jakbym chciał doposażyć rodzinę, to bym nie był parlamentarzystą, tylko bym trafił do zarządu jakiejś dużej spółki Skarbu Państwa” – zdradził niedawno z rozbrajającą szczerością wiceprezes PiS, Joachim Brudziński.

Tę drogę wybrał Wojciech Jasiński – minister skarbu za poprzednich rządów PiS (2006-07) i poseł tej partii w latach 2001-15.

W połowie grudnia 2015 roku Jasiński zrezygnował z mandatu posła i objął fotel prezesa największego polskiego koncernu – PKN Orlen. Wkrótce potem – 25 lutego 2016 roku – został także członkiem rady nadzorczej PKO BP. Obie spółki są notowane na giełdzie, ale ich głównym akcjonariuszem jest Skarb Państwa.

Orlenem Jasiński kierował do 5 lutego 2018 roku. Spółka wypłaciła mu:

  • 2015 roku, za dwa tygodnie pracy – 69 tys. zł,
  • 2016 roku 1 mln 715 tys. zł pensji,
  • 2017 roku 1 mln 226 tys. zł pensji i 1 mln 560 tys. zł premii za wcześniejszy rok
  • w 2018 roku – 83 tys. zł wynagrodzenia za pracę do 5 lutego oraz 320 tys. zł z tytułu odprawy i zakazu konkurencji.

[Kliknij na poszczególne daty, aby przejść do sprawozdań finansowych spółki za poszczególne lata.]

W sumie, pracując w Orlenie, Jasiński „doposażył swoją rodzinę” kwotą 4 mln 973 tys. zł. Przyjmując, że pracował w spółce okrągłych 26 miesięcy, średnio – łącznie z dodatkami – zarabiał ponad 191 tys. zł miesięcznie.

Za zasiadanie w radzie nadzorczej PKO BP otrzymał do dziś łącznie ponad 370 tys. zł wynagrodzenia, z tego:

  • 2016 roku (za 10 miesięcy) – 103 tys. zł,
  • w 2017 – 118 tys. zł,
  • w 2018 – 119 tys. zł
  • i za 3 pierwsze miesiące 2019 roku ponad 30 tys. zł.

Jeśli Jasiński pozostanie członkiem rady nadzorczej do końca 2019 roku, zarobi w sumie 122 tys. zł.

Łącznie w obu spółkach Jasiński zarobił więc ponad 5 mln 343 tys. zł. To, jak na polskie warunki, ogromna kwota. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że Jasiński nie był menadżerem, o którego biły się koncerny.

Przed powołaniem do władz Orlenu i PKO BP miał minimalne doświadczenie biznesowe: w latach 1997- 2000 zarządzał spółką Srebrna (sławną ostatnio za sprawą nagrań Geralda Birgfellnera), a w latach 1998-2000 był członkiem rady nadzorczej Banku Ochrony Środowiska (dzięki poparciu Kazimierza Kujdy, byłego prezesa Srebrnej, wówczas wiceszefa NFOŚiGW, który jest głównym udziałowcem BOŚ).

Wierny towarzysz Kaczyńskiego

1 kwietnia 2019 Jasiński ukończy 71 lat. Jest kolegą Jarosława Kaczyńskiego jeszcze z czasów studiów prawniczych, ale po studiach ich drogi na jakiś czas się rozeszły.

Jak ujawnili niegdyś w „Rzeczpospolitej” Andrzej Stankiewicz i Piotr Śmiłowicz, w drugiej połowie lat 70. Jasiński zapisał się do PZPR i został szefem Wydziału Spraw Wewnętrznych w płockim magistracie.

Jak wynikało z dokumentów, do których dotarli dziennikarze, był wówczas w stałym kontakcie z Wydziałem Paszportów i Dowodów Osobistych Komendy Wojewódzkiej MO w Płocku, nadzorowanym przez Służbę Bezpieczeństwa.

W ostatnich trzech dekadach, losy Jasińskiego splatały się niemal bez przerwy z życiorysami braci Kaczyńskich. Na początku lat 90. pomagał im zakładać ich pierwszą partię – Porozumienie Centrum.

W latach 1992 – 97 pracował w Najwyższej Izbie Kontroli, której od 1992 roku szefował Lech Kaczyński. Później,

od 1997 do 2000 roku, był członkiem zarządu a następnie prezesem Srebrnej – najważniejszej spółki w „mini- holdingu” stworzonym przez Jarosława Kaczyńskiego i jego najwierniejszych współpracowników.

W 2000 roku, gdy Lech Kaczyński był ministrem sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka, Jasiński został na krótko wiceministrem w tym resorcie.

W 2001 roku współtworzył z Kaczyńskimi PiS i wszedł z listy tej partii do Sejmu. Był posłem wszystkich późniejszych kadencji. Za poprzednich rządów PiS, gdy premierami byli Kazimierz Marcinkiewicz i Jarosław Kaczyński – dwukrotnie otrzymał tekę ministra skarbu.

Jako minister umorzył długi Porozumienia Centrum.

W 2009 i 2014 roku kandydował z listy PiS do Parlamentu Europejskiego. Ale bez powodzenia. Jak się okazuje, bardziej opłaciło mu się zostać w kraju: jako europoseł zarabiałby miesięcznie „tylko” kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie.

>>>

Posłowie Platformy Obywatelskiej domagają się informacji od premiera nt. finansowania kampanii wyborczej, ściślej – finansowania promocji „nowej piątki Kaczyńskiego” z rządowych pieniędzy. – Okazuje się, że samochody, które powinny być w dyspozycji służb państwowych, które powinny służyć do realizacji ich zadań, jak chociażby samochody Inspekcji Transportu Drogowego, wykorzystywane są do promocji partyjnego programu PiS – mówił na konferencji przed PKW Arkadiusz Myrcha.

Posłowie opozycji wezwali premiera Mateusza Morawieckiego, aby ten udzielił informacji, ile ze środków, którymi dysponuje jego kancelaria, zostało wykorzystanych na promocję tzw. nowej piątki PiS.

– Piątka Kaczyńskiego jest fundamentem kampanii tej partii. Okazuje się, że samochody, które powinny być w dyspozycji służb państwowych, które powinny służyć do realizacji ich zadań, jak chociażby samochody Inspekcji Transportu Drogowego, wykorzystywane są do promocji partyjnego programu Prawa i Sprawiedliwości. Są na to dziesiątki dowodów – mówił przed Państwową Komisja Wyborczą Arkadiusz Myrcha.

Zdaniem posłów opozycji ta sytuacja budzi poważne zastrzeżenia, jeśli chodzi o finansowanie kampanii partyjnej ze środków publicznych, co jest niedozwolone.

O tym, że samochody ITD w Gdańsku są używane do promocji programu partyjnego, informował tydzień temu Onet. Wojewoda pomorski Dariusz Drelich wycofał samochody z akcji i w wydanym specjalnie oświadczeniu przeprosił wszystkich, którzy mogli się „poczuć urażeni”.

Billboardy za 800 milionów

Okazuje się, że państwowe samochody to nie jedyny sposób na darmową partyjną promocję. Posłowie Platformy twierdzą, że zamieszczone 22 marca w biuletynie KPRM ogłoszenie na zakup powierzchni reklamowej w dwóch dziennikach ogólnopolskich w celu promocji nowego programu rządu ma być także promocją partyjnego programu PiS.

– Jak spojrzymy w prace legislacyjne samej Rady Ministrów, w przyjmowane tam projekty ustaw, nie ma wśród tych dokumentów programu, który odpowiadałby treści zamówienia. Powstaje bardzo poważna wątpliwość, czy to ogłoszenie, które miałoby być umieszczone w ogólnokrajowych dziennikach za blisko 800 tys. zł, nie będzie służyło programowi partyjnemu, a nie będzie związane z działaniami Rady Ministrów – twierdzi Myrcha.

Poseł wzywał premiera Morawieckiego do udzielenia pełnej informacji, jakie dotychczas środki w dyspozycji KPRM i szeroko pojętych pieniędzy rządowych zostały wykorzystane na promocję tzw. piątki Kaczyńskiego.

Drogie państwo PiS

Ustawa o partiach politycznych, jak i Kodeks wyborczy nie dopuszczają możliwości, by za pieniądze rządowe finansować promocję programu politycznego w okresie kampanii wyborczej. Kampania może być finansowana ze środków partyjnych.

– PiS za pieniądze podatników finansuje przedsięwzięcia, które mają obecnie status wyłącznie elementu programu partii w ramach kampanii wyborczej – ocenił Jan Grabiec z PO. – PiS nie potrafi znaleźć środków na podwyżki dla nauczycieli, ale potrafi znaleźć na promocję programu partyjnego z pieniędzy państwa – mówił.

Posłowie złożyli do Państwowej Komisji Wyborczej wniosek o zbadanie sprawy finansowania kampanii wyborczej z publicznych pieniędzy.

>>>

>>>

Kaczyński płaci z naszych pieniędzy za miłość wyborców

31 Mar

Tutaj >>>

Wierzę, że moja 26-letnia praca w pomocy humanitarnej i rozwojowej dała mi doświadczenie, które mogę przenieść na forum PE. Chcę w ten sposób przypomnieć o idei solidarności” – tak uzasadnia swój strat w wyborach do Parlamentu Europejskiego Janina Ochojska. Jest ona liderką Koalicji Europejskiej na Dolnym Śląsku. Jej kontrkandydatką z listy PiS będzie obecna minister edukacji Anna Zalewska.

Najnowszy spot wyborczy Koalicji Obywatelskiej porównuje dokonania obu pań, stawiając pytanie: „Czy widzisz różnicę między kandydatkami? Przed nami wielki wybór”.

W spocie lektor przypomina całą działalność charytatywną Ochojskiej, m.in. budowę studni w Sudanie, akcję dożywiania dzieci – Pajacyk. O Annie Zalewskiej usłyszymy, że „w zaledwie trzy lata zniszczyła system edukacji, a jeden z jej najbliższych współpracowników został oskarżony o wyprowadzenie pieniędzy z PCK.”

Dodać należy, że Grzegorz Schetyna podczas sobotniej konwencji we stolicy Dolnego Śląska zapowiedział złożenie przez PO wniosku o wotum nieufności wobec minister Zalewskiej za „niszczenie polskiej szkoły.” Przy okazji lider PO wytknął partii rządzącej, że wstydzi się własnej kandydatki, nie pozwalając jej wystąpić podczas konwencji PiS.

Niedługo łatwiej będzie napisać o grupach, które nie są w fazie przygotowywania lub zapowiadania akcji protestacyjnych, ponieważ liczba tych gotujących się do wyrażenia dezaprobaty wobec rządu rośnie lawinowo. Niebagatelną rolę we wzniecaniu ludowych powstań odgrywa wielki plan nazywany “piątką Kaczyńskiego”. To zapowiedź kolejnego transferu finansowego – który opiewa w przyszłym roku na kwotę 40 mld zł – przelała czarę goryczy wśród niepełnosprawnych oraz lekarzy, nie wspominając o nauczycielach. Szastanie pieniędzmi oraz narracja wielkiego sukcesu ekonomicznego, jaki miała odnieść Zjednoczona Prawica, powoli zaczyna działać na niekorzyść rządzących.

24 organizacje zrzeszające osoby niepełnosprawne i ich opiekunów zapowiedziały przyjazd do Warszawy na protest, który ma się odbyć trzy dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i ma na niego przybyć około dwóch tysięcy manifestantów. Środowiska osób niepełnosprawnych poczuły się wykluczone po ogłoszeniu partyjnego biuletynu wyborczego ociekającego monstrualnymi pieniędzmi. Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy i Naczelna Rada Lekarska domagają się podjęcia natychmiastowych działań naprawczych w służbie zdrowia. W okolicach szpitali w największych miastach pojawiły się billboardy z apelem – “Pacjenci w kolejkach i lekarze na dyżurach umierają. Rządzący opamiętajcie się”. To wstęp do akcji, która może się zakończyć ogólnopolskim protestem.

Do lekarzy i osób niepełnosprawnych dołączają pracownicy cywilni wojska. Wczoraj na stronie internetowej NSZZ Pracowników Wojska pojawił się komunikat mówiący o braku dobrej woli ze strony MON do rozwiązania problemów niskich płac – “(…) Do Zarządu Głównego wciąż napływają żądania zorganizowania akcji protestacyjnej w różnych formach. Wykonując ustawowe i statutowe powinności wobec pracowników i związkowców, w najbliższym tygodniu będzie posiedzenie Zarządu Głównego, na którym zostanie podjęta decyzja o zakresie i formach protestu, informacje przekażemy do 10 kwietnia br”. 

Sekretarz związku Elżbieta Romańska w rozmowie z Polską Agencją Prasową powiedziała, że posiedzenie Zarządu Głównego jest planowane na 3-5 kwietnia i wtedy ma zapaść decyzja dotycząca protestów – “Ludzie są bardzo niezadowoleni, bardzo rozczarowani, całymi dniami odbieram telefony w tej sprawie. Związkowcy na nas wymuszają protest, więc musimy go zorganizować. Protest na pewno będzie” – oznajmiła Romańska. Działacze nie przyjęli propozycji MON, zawierającej podwyżkę 300 zł brutto i domagają się dołożenia do tej kwoty 250 zł.

Miał być przepis na sukces, wyszedł przepis na protesty. Dwa miliony widzów ogląda codziennie flagowe “Wiadomości” TVP, które ociekają miodem, jaki płynie od rządu w stronę społeczeństwa. Nie ma dnia, żeby ktoś z obozu rządzącego nie powiedział o fantastycznym rządzie, z wypchanymi kieszeniami od pieniędzy. Chociaż ostatnio to się zmieniło i Zjednoczona Prawica wysyła sygnały o zadłużeniu się na obietnice wyborcze. Tylko kogo to dzisiaj obchodzi? Przez trzy lata tak rozhuśtano oczekiwania, że nikt nie przyjmuje do wiadomości informacji, że nagle pieniądze się skończyły. Przez trzy lata mordowano systematycznie w społeczeństwie racjonalność i zdroworozsądkowe podejście do publicznego grosza, a “piątka Kaczyńskiego” była śmiertelnym ciosem dla społecznej trzeźwości umysłów, rozpalając do czerwoności ekstrawagancję finansową Polaków. Pretensje o to, że ludzie mają w oczach złotówki, rząd może kierować tylko do siebie.

Prawo i Sprawiedliwość poczuło, że może na fali strachu przed dyrektywą potocznie zwaną “ACTA 2” podnieść swoje słupki poparcia, szczególnie wśród młodych wyborców. Z tego powodu dzisiejsza konwencja PiS odmieniała “wolność” przez wszystkie przypadki, a politycy prawicy grzmieli, że postawią tamę cenzurze i ograniczaniu wolności internetu. Szybko jednak okazało się, że to szczególny wyraz hipokryzji władzy, na co zwrócił uwagę Rzecznik Praw Obywatelskich. Adam Bodnar przypomniał bowiem premierowi, że to właśnie Prawo i Sprawiedliwość  już trzy lata temu odebrało Polakom prywatność w sieci:

Chodzi o głośne zmiany autorstwa rządu, które dały służbom bezprecedensowy dostęp do danych o obywatelach z pominięciem zgody sądu. Tak podległa Ziobrze prokuratura, jak i policja oraz służby specjalne stały się w zasadzie bezkarne w inwigilowaniu Polaków, co mimo olbrzymiej wagi nie spotkało się jednak z dużym oporem społecznym. Obecnie wbrew obiegowej opinii sądy muszą wyrazić zgodę już tylko na podsłuchy i kontrolę operacyjną, podczas gdy bilingi czy właśnie dane internetowe mogą podlegać tylko raz w miesiącu ewentualnemu następczemu wglądowi ze strony sądów.

Sprawa ta zaniepokoiła wówczas Komisję Wenecką, która skierował do rządu specjalną opinię w tej sprawie. Dokumenty komisji nie są wiążące, a na dodatek od czasu sporu o niezależność Trybunału Konstytucyjnego całkowicie przez polski rząd ignorowane, stąd do dziś nie doczekały się odpowiedzi.

O inwigilacji ze strony podległych rządowi organów internauci się jednak nie dowiedzą, ponieważ taka jest natura przyjętego prawa. Stąd właśnie deklaracje Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego o obronie wolności internetu są szczególnym wymiarem hipokryzji.

Rząd PiS jest bowiem tym, który dąży do absolutnej, quasi autorytarnej kontroli nad obiegiem informacji w Polsce. Upolitycznienie mediów, próba zamykania w sądach ust dziennikarzy to dziś w Polsce codzienność, a żeby sobie to uzmysłowić warto sięgnąć do reakcji obozu władzy na sprawy wynagrodzeń w NBP i taśm prezesa PiS. Z tego punktu widzenia ACTA 2 będzie dla twórców i użytkowników sieci zapewne uciążliwa, to jednak może w ostatecznym rozrachunku okazać się mniej niebezpieczna od zapędów krajowych służb kierowanych interesem politycznym jednego obozu. W niczym nie umniejsza to potrzebie dyskusji o ACTA 2, ale i tu trzeba mieć świadomość, że obecny kształt dyrektywy odbiega daleko od tego, któremu podczas pierwszego głosowania sprzeciwiała się tak dziś krytykowana za hipokryzję Platforma Obywatelska. W celu uzyskania konsensusu w Europarlamencie znaczną część ograniczających wolność internetu zapisów usunięto, choć bez wątpienia część zagrożeń pozostała. Jednak PiS nie jest w stanie obiecać tutaj jakiejkolwiek ochrony wolności słowa ponad tę, którą dopuszcza sama dyrektywa. Jest bowiem kolejnym kłamstwem to, że rząd może sobie wybrać z tego dokumentu tylko to, co mu się podoba. Jednak wcielenie w życie ACTA 2 nastąpi już po maratonie wyborczym i nikogo na Nowogrodzkiej sprawa nie będzie już wtedy specjalnie obchodzić.

Nieatrakcyjny starzejący się prezes z brzuchem próbuje kupić względy wyborców, płacąc im z ich własnych podatków.

Czym by tu Polaków nastraszyć? Seksualizacja dzieci, straszne LGBT, ACTA2, trotyl na tupolewie – Prawo i Sprawiedliwość miota się w panice, próbując znaleźć magiczne zaklęcie otwierające drogę do serc elektoratu. W wyborach parlamentarnych 2015 roku takim cudownym wytrychem była groźba zalewu uchodźców przynoszących na rękach egzotyczne bakterie, dokonujących zamachów i gwałcących polskie kobiety. Rzeczywiście PiS-owi udało się tym wtedy obywateli nastraszyć i nawiązać z nimi emocjonalny kontakt. Tu tkwiła tajemnica znakomitego wyniku wyborczego, nie w programie 500 plus, w którego realizację przed wyborami mało kto wierzył.

Wszystkie straszaki prezesa

Jak daleko sięga nasza pamięć, Jarosław Kaczyński zawsze posługiwał się tą samą metodą: wynajdywał jakiegoś czarnego luda, którego zdemonizowany wizerunek prezentował Polakom, i obiecywał: ja was przed nim obronię. W latach 90. była to uwłaszczona nomenklatura, niezlustrowani konfidenci SB, bezduszni monetaryści, agenci WSI, potem przyszła kolej na brukselskich okupantów i spiskowców, którzy wspólnie z Putinem w gęstych kłębach sztucznej mgły wysadzili w powietrze tupolewa. Dopiero jednak uchodźcy okazali się tym kamieniem filozoficznym polskiej polityki, którego prezes przez całe życie szukał.

Do dziś kamień utracił cudowną moc. Najwyraźniej nie działa też żaden z kolejnych straszaków, po który sięga partia Kaczyńskiego. Propagandyści „dobrej zmiany” skaczą więc od sloganu do sloganu, co tylko pogłębia wrażenie kryzysu i bezsilności.

Zaledwie dwa tygodnie temu cała czołówka partii rządzącej i wszystkie jej media rzuciły się na homoseksualistów, którzy ponoć ostrzą sobie zęby na polską dziatwę. Minęło kilkanaście dni i co? Głucha cisza. Okazało się, że ta broń jest groźna dla samego PiS-u, który pozostaje w symbiozie z katolickim klerem, ostatnio powszechnie postrzeganym (być może chwilami już nawet przesadnie) jako siedlisko seksualnych patologii.

Przez chwilę na horyzoncie mignęła też uchwalona przez europarlament dyrektywa, którą propagandyści „dobrej zmiany” określili mianem ACTA2 – ale i ten temat „nie żre”, na pewno więc szybko zostanie porzucony mimo wysiłków prezesa, który jeszcze w sobotnim wystąpieniu wrócił do tej sprawy.

Zamożny prezes oferuje sponsoring

W tej sytuacji Kaczyński próbuje pozyskać wyborców hojnymi prezentami. Tyle że w ten sposób w gruncie rzeczy obnaża swą słabość i nieatrakcyjność politycznej oferty PiS-u. Wielu zamożnych starszych mężczyzn zna to z własnego doświadczenia: w pewnym wieku fizyczny magnetyzm znika i trzeba zacząć sięgać do portfela. Opieranie więzi pomiędzy partią a wyborcami na chaotycznym i nieumiarkowanym rozdawnictwie przypomina relację między starzejącym się brzuchatym sponsorem a młodą atrakcyjną kobietą, którą ten stara się pozyskać pieniędzmi i prezentami.

Gotów jestem założyć się, że przez sporą część elektoratu jest to odczytywane jako kolejny przejaw słabości PiS. Władza wymyka się prezesowi z rąk – myśli niejeden wyborca – więc coraz głębiej sięga do sakiewki (nie swojej zresztą, lecz publicznej) i sypie pieniędzmi na lewo i prawo. A w tym samym czasie nauczycielom mówi, że na podwyżki dla nich środków nie ma.

Co więc zostaje PiS-owi? Może jeszcze spróbować sięgnąć po metody złośliwego skrzata, który po nocach sika do dzbanka z mlekiem. Właśnie tą drogą poszli Karol Guzikiewicz ze stoczniowej „Solidarności” i wojewoda pomorski. Żeby zrobić kuku samorządowcom i opozycji, zarejestrowali zgromadzenie cykliczne pod pomnikiem poległych stoczniowców 4 czerwca. Właśnie tam planowali się zebrać w tym dniu oponenci PiS-u, broniący zdobyczy polskiej demokracji i państwa prawa przed „dobrą zmianą”.

Ciekawe czy ta metoda walki przysporzy PiS-owi wielu nowych wyborców. Jak myślicie?

Hasła Kaczyńskiego: nieudolność, kłamstwa i obłuda

30 Mar

– Mamy dwa lata na implementację tych przepisów [ACTA2], a w gruncie rzeczy nieco dłużej, bo są jeszcze do tego pewne takie okresy bezwładu, tak to można określić. Razem mniej więcej 2,5 roku. Chciałem powiedzieć, że PiS dokona tego typu implementacji, że wolność będzie zachowana – stwierdził Jarosław Kaczyński na konwencji PiS w Gdańsku.

Nie można zajrzeć człowiekowi w głąb duszy tak samo, jak nie można z całą pewnością stwierdzić, co nim kieruje i jakie są naprawdę jego cele. Można natomiast, w oparciu o jego wcześniejsze i obecne zachowanie, postawę, a zwłaszcza wartości i zasady, którymi się dotąd kierował, podjąć próbę postawienia roboczych tez, które mogą być pomocne w zrozumieniu pewnych kwestii. Ważne jest też to, jakimi wzorcami kieruje się osoba, którą chcemy opisać. Czy owe „wzorce” są pozytywne czy wręcz przeciwnie, czy mogą spełniać rolę autorytetów, czy też na samą myśl o nich winno się odczuwać niepokój, niechęć i strach.

Szczególnie ważne w powszechnej opinii jest to, aby stojący na czele państw i tym samym za nie odpowiadający, byli ludźmi nieskazitelnymi moralnie. Historia pokazuje, że najczęściej bywało odwrotnie, a tylko nieliczni rządzący wyróżnili się przez wieki na tle zwykłych miernot i morderców gotowych dla władzy pozbawić życia nawet osoby sobie najbliższe. Zabójstwa ojców, żon, braci oraz dzieci „stojących komuś na drodze do władzy” nie były w historii Europy niczym szczególnym. Gdyby zatem przeanalizować konkretne przypadki to okazałoby się, że historia ludzkości to historia wojen o władzę, wpływy i pieniądze. Okresy pokoju stanowiły jedynie krótkie przerywniki w nieustannej walce o dominację. Co gorsza, pomimo procesów ewolucji w myśleniu, rządzeniu oraz sposobie sprawowania władzy, to człowiek i ciemne zakamarki jego duszy decydują o tym, jak wyglądać mają państwa i przyszłość ich obywateli.

Już wielokrotnie w swoich artykułach opisywałem sytuację dzisiejszej Polski, zwłaszcza tę najnowszą; od 2015 r., który stanowi cezurę w jej najnowszej historii. Truizmem jest stwierdzenie, że Polska i Polacy (jedynie poza nielicznymi wyjątkami) nie mieli szczęścia do rządzących nimi ludzi. Oczywiście Polska nie jest w tym osamotniona, ale tylko u nas złe rządy doprowadziły do upadku państwowości polskiej pod koniec XVIII w., a samo państwo na długo zniknęło z mapy Europy. Kiedy u nas rozkwitało sobiepaństwo, buta i warcholstwo zachodni władcy umacniali swoją władzę, ale przy tej okazji też i państwa. Tymczasem u nas zawsze liczyły się interesy grupy rządzącej; tak było i tak jest dzisiaj. Mało kto tak naprawdę myśli o państwie, jako dobru wspólnym. Pojęcie to jest na tyle abstrakcyjne, że w niektórych kręgach powoływanie się nań przywołuje na twarze osób słuchających ironiczne uśmiechy.

Niepisana „zasada TKM” nie zrodziła się dopiero w 2015 r., wraz z dojściem do władzy Jarosława Kaczyńskiego i jego wodzowskiej partii PiS, jednak trudno zaprzeczyć, że tak pazernej i bezideowej władzy Polska nie miały jeszcze nigdy w całej chyba historii. Skąd to się wzięło i dlaczego? Zacznę od tego, że cała pisowska retoryka nie ma według mnie nic wspólnego z tym, co każdą władzę państwową winno obowiązywać: z dążeniem do zapewnienia dobra państwu, w tym zwłaszcza promocją jego interesów narodowych, a więc w konsekwencji też zapewnieniem bezpieczeństwa, niezawisłości i suwerenności. Nigdy jeszcze (nawet w okresie PRL) dobre imię i pozycja Polski nie były tak marginalne, jak dziś. Nikt nigdy tak nie ośmieszył i nie zdeprecjonował tego, co polskie, przy czym najmniejszym problemem jest to, że przy tej okazji ośmieszył sam siebie, bo na to sobie zasłużył.

Dziś jesteśmy, w tym negatywnym sensie, na „ustach świata”, a postrzega się nas jak kogoś, kto na własne życzenie chce podciąć korzenie drzewa, na którym siedzi. Nikt kto myśli racjonalnie takich rzeczy nie robi, ale kto powiedział, że nieformalny przywódca naszego kraju, człowiek nie tyle kompetentny, co cwany musi myśleć racjonalnie? Nikt! Natomiast jeśli racjonalizm będziemy chcieć rozumieć tylko, jako dążenie Kaczyńskiego do władzy absolutnej to możemy go uznać tyle tylko, że nie ma on nic wspólnego z dobrem państwa, a tylko z zaspokojeniem chorych ambicji człowieka niespełnionego życiowo i zawodowo.

Na początku stycznia 2010 r., ówczesny premier (od 2012 ponowny prezydent) Rosji, Władimir Putin powołał Euroazjatycką Unię Celną (Białoruś, Kazachstan i Rosja). Dwa lata później zaproponował już krok kolejny: powołanie Unii Euroazjatyckiej, która miała być przeciwwagą, a właściwie narzędziem do destrukcji Unii Europejskiej. Ta bowiem od zawsze była mu „solą w oku”, a wykluczał możliwość integracji z nią Rosji. Zapyta ktoś dlaczego? Odpowiedź jest banalnie prosta. Otóż Putin nie znosi demokracji, która wymaga od władzy wolnych wyborów, ani tłumaczenia się, istnienia niekontrolowanej opozycji, sprzeciwia się patologiom niekontrolowanej władzy i bogaceniu się wąskiej grupy oligarchów, trzymających się klamki władzy. Zdecydował się więc na podjęcie wszelkich kroków do tego, aby pozbyć się konkurencyjnej, a co gorsze demokratycznej UE, poprzez kaptowanie zwolenników swojego projektu. Tym, co gwarantuje kacykom zdecydowanym na zbliżenie z Rosją jest pełnia władzy dla nich, bez ponoszenia żadnych konsekwencji. I Putin jest to w stanie zagwarantować. Jest już kilku chętnych do tego, aby z tej propozycji skorzystać i choć się z tym nie obnoszą, to zapewne oczekują na taką możliwość (najbardziej znanym z Europy jest Wiktor Orban – guru Kaczyńskiego).

Czyżby Jarosław Kaczyński należał do tej grupy polityków europejskich? Być może, bo jedynie on sam to wie to najlepiej. Natomiast ja, jako analityk mogę stwierdzić np., że on i jego partyjna koalicja robią wszystko (być może z politycznej głupoty, co ich jednak nie tłumaczy), aby plan W. Putina się powiódł! Bo czymże innym jest podważanie zasad istniejących i obowiązujących w UE, zaakceptowanych przez poprzednie polskie rządy? Czymże innym jest zniszczenie w Polsce demokracji, pogwałcenie Konstytucji, łamanie prawa powiązane z destrukcją trybunałów i sądów powszechnych w Polsce, ale także zastraszanie sędziów, prokuratorów i/lub adwokatów niechcących się podporządkować pisowskiemu reżimowi w sankcjonowaniu łamania prawa i upolitycznieniu wszystkiego, co się spolityzować dało?

W mojej opinii, porzucenie przez Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobrę (to druga co do skali odpowiedzialności za łamanie prawa osoba) demokratycznych procedur UE to jawne zlekceważenie, a nawet pogwałcenie zasadniczego kryterium uczestnictwa w strukturach unijnych. Prowadzi wprost do Polexitu, co może w niedługim czasie stać się mniej lub bardziej formalnym efektem takich działań. Oczywiście sama marginalizacja Polski w Unii Europejskiej jest wystarczającym powodem do obaw, a „rozsadzanie” od środka struktur Wspólnoty jest według mnie zdradą polskich interesów i zdradą stanu! Jest także zdradą demokratycznej Europy, o którą walczyły i ginęły pokolenia ludzi!

Być może (zakładam tu jeszcze resztki dobrej woli, ale przy braku odpowiedniej wiedzy i rozeznania Jarosława Kaczyńskiego), rządzący z tylnego siedzenia prezes PiS nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji takiego stanu rzeczy. Prowadzić on może nieuchronnie do nowego podziału świata i odtworzenia sytuacji z lat „zimnej wojny”, kiedy to kwestią najważniejszą będą wzajemne rozgrywki wielkich mocarstw o dostęp np. do terytoriów zasobnych w surowce i ważnych ze strategicznego punktu widzenia. Czy tak trudno jest sobie wyobrazić, że wbrew deklaracjom różnych państw (w tym USA Donalda Trumpa; bi czy też multipolarny, ale już w mniejszej skali) układ sił jest (jeśli już) tak naprawdę jedynie im na rękę. My, co najwyżej, możemy spełniać rolę dawnego „satelity” w tym, bądź innym systemie polityczno – militarnym. Nawet jeśli przypadłoby nam miejsce w tym zachodnim, to nie możemy zapominać o tym, kogo mamy za sąsiadów! Gra jest bardzo niebezpieczna, a stawką jest tutaj bezpieczeństwo i przyszłość Polski / Polaków, czego Jarosław Kaczyński zdaje się nie zauważać.

Rafał Trzaskowski udzielił wywiadu portalowi Onet.pl, w którym odpiera atak episkopatu, który włączył się w narrację PiS uderzającą w stolicę za przyjęcie karty LGBT+. Prezydent Warszawy w pierwszej kolejności postanowił wyjść poza podział sceny politycznej, który sprytnie chce narzucić PiS, aby zmonopolizować elektorat osób wierzących: “Nie jestem żadnym antyklerykałem. To PiS próbuje mnie obsadzić w tej roli”. Co więcej polityk podkreśla, że jako katolik boleśnie przyjął krytykę ze strony polskiego Kościoła wobec karty LGBT. To ostatnie nie przeszkodziło jednak Trzaskowskiemu w ponownym zajęciu twardego stanowiska w sprawie ochrony praw mniejszości i krytyki postawy samego Kościoła w Polsce.

“Mam duży szacunek dla tradycji i dla Kościoła. Natomiast, gdy widzę, jak Episkopat wpisuje się w tezy pisowskiej propagandy to, jako katolik, odbieram to boleśnie”.

Prezydent stolicy wytyka także hipokryzję narracji nazywającej prawa określonych grup do istnienia w życiu publicznym jako “kwestii światopoglądowej”: “To nie jest żaden spór światopoglądowy. Nie rozumiem jak walkę o wartości – obronę mniejszości, walkę z hejtem i nietolerancją, stanie przy potrzebujących opieki – można zakwalifikować jako spór światopoglądowy”.

Rafał Trzaskowski ponownie musiał także tłumaczyć wydawałoby się rzecz oczywistą, że proponowane zajęcia szkolne, tak jak do tej pory, będą dobrowolne, a ich misją będzie nauczenie, że “internet nie jest anonimowy, a dzielenie się intymnymi treściami w sieci może przynieść opłakane skutki, że słowa ranią, tłumaczyć podstawy edukacji seksualnej, aby dzieci mogły się bronić przed pedofilią”.

Prezydent stolic nie pozostawia także złudzeń, że krytycy wewnątrz kościoła nawet nie pochyli się nad dokumentem, który tak radykalnie krytykują w swoim oświadczeniu: “Ubolewam, że Episkopat najwyraźniej nie przeanalizował kartyMyślę, że chłodna analiza doprowadziłaby biskupów do innych konkluzji. Zresztą stanowisko biskupów warszawskich było bardziej wyważone”.

Rafał Trzaskowski jak widać bronił stanowczo swojego programu, ale równocześnie zachowując pojednawczy, nie antagonizujący Kościoła ton. Ta wydawałby się ugodowość nie przeszkodziła jednak politykowi wykazać episkopatowi porzucenia chrześcijańskiej misji szerzenia miłosierdzia wobec wszystkich słabszych i porzuconych:

“Jeszcze raz powtórzę: karta jest elementem szerszego programu, który skupia się na pomaganiu wszystkim tym, którzy są dzisiaj słabsi i spychani na margines państwa. Mówię o osobach z niepełnosprawnościami, seniorach, osobach wychodzących z bezdomności, wszystkich, którzy mają inne poglądy i wyznają inną religię, czy mają inny kolor skóry. Osoby homoseksualne są tylko jedną z mniejszości, której staram się pomóc. W sprawie tych wszystkich grup podjąłem szereg działań. O tym jakoś ani Episkopat, ani PiS ze mną nie chcą rozmawiać. Ubolewam nad tym, bowiem wszyscy wiedzą, że PiS robi to z pobudek czysto politycznych, by ponownie straszyć oraz dzielić Polaków. Co do populistów i cyników nie mam żadnych złudzeń. Od Kościoła katolickiego oczekiwałbym natomiast, aby stał na straży wszystkich mniejszości, wszystkich słabszych i zapomnianych”.

Tym samym Rafał Trzaskowski odniósł się do konsekwencji jednej z największych hipokryzji kościoła XXI wieku – zadufanej troski o komfort własnego sumienia, bez względu na cenę jaką za to dobre samopoczucie płacą inni ludzie. Tak jak w sporze aborcyjnym, tak i w sporze o prawa osób LGBT nikogo w episkopacie nie obchodzi bowiem dobro drugiego człowieka, ale układanie świata, który nie będzie burzył ich poczucia samozadowolenia.

Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro (nie wiem już, który spełnia w tym duecie rolę sprawczą, nie wiem też, który jest gorszy) nie ustają w wysiłkach na rzecz całkowitej anihilacji polskiego wymiaru sprawiedliwości. Nie mogę także nie dodać, że w moim głębokim przekonaniu działanie to jest celowe i prowadzone z pełnym rozmysłem po to, aby umocnić autorytarny system władzy. Kiedy to wszystko się zaczynało miałem jeszcze jakąś nadzieję na to, że ci ludzie w pewnym momencie się opamiętają, że zdadzą sobie sprawę z tego, że niszczą państwo prawa, kraj będący jakby nie było ich ojczyzną. Jednak pomyliłem się boleśnie i zdałem sobie sprawę z tego, że mamy do czynienia z ludźmi, dla których władza jest celem ostatecznym i raz zdobytej nie zechcą dobrowolnie oddać.

Rządzą nami ludzie nieposiadający wystarczającej dawki cech osób cywilizowanych, które by ich predestynowały do rządzenia tak dużym państwem. Niektórych z nich wręcz charakteryzują zachowania socjopatyczne, z czym się nie kryją (ale ja podejrzewam też pewne zaburzenia natury psychologicznej). Nie jestem co prawda specjalistą od tych kwestii, ale moje doświadczenie zawodowe i życiowe, zawód i wiek pozwalają mi na wypowiadanie się w kwestiach ważnych dla Polski. To nie przywilej, a wręcz obowiązek z racji pełnionych w życiu funkcji i wyższej (niż u przeciętnego obywatela) świadomości dziejącego się tu zła. Daje mi do tego mandat moje wykształcenie, które uzyskałem na polskim uniwersytecie, który obdarzył mnie także zaszczytnym stopniem doktora nauk społecznych, z zakresu nauk o polityce! To daje mi wspomniane prawo do oceny!

Znajdujemy się w okresie przedwyborczym do Parlamentu Europejskiego (maj), Sejmu i Senatu RP (jesień b.r.), w przyszłym natomiast roku dokonamy wyboru osoby na urząd Prezydenta RP. To ważne, aby one były przeprowadzone w sposób zgodny z prawem RP, którego najwyższą wykładnią jest bez wątpienia nasza Konstytucja. Ta sama, którą wiele razy złamał obecny prezydent Andrzej Duda oraz jego pisowscy akolici (kolejność tę można odwrócić). Władza PiS i SP nie przestaje jednak działać, i w gwałceniu prawa posuwa się coraz dalej.

Aktualnie poza działaniami skierowanymi przeciwko przyzwoitym, nieugiętym sędziom, prokuratorom, a nawet adwokatom i radcom prawnym, którzy nie chcą wejść na drogę łamania prawa (nazwijmy jednak tę rzecz po imieniu: przestępstwa), toczą się liczne postępowania przed tzw. Izbą Dyscyplinarną SN – tworem Zbigniewa Ziobry, który wręcz zdemolował polski wymiar sprawiedliwości i prokuraturę! Nie wiem tylko czemu wszyscy, którzy „coś mogą” przyglądają się temu bezczynnie (oczywiście jest to pewne uproszczenie, bo coś jednak się dzieje). Czy liczą oni na to, że praworządność obroni się sama, a ci, którzy ją łamią wyrażą skruchę i odejdą?! Jeśli ktoś na to liczy, to nawet nie jest nawet naiwny, tylko po prostu głupi!

Po raz „ent” zwracam się do polityków (bo ruchy społeczne działają prężnie) o to, aby nie czekali z „założonymi rękoma,” tylko zorganizowali społeczeństwo do zgodnego z prawem sprzeciwu wobec władzy gwałcącej prawo i niszczącej państwo. Nic samo się nie zrobi, a czekanie powoduje tylko zwiększenie i nieodwracalność szkód. Pamiętajmy, że w Polsce nic już nie funkcjonuje tak, jak powinno:

  • Trybunały zostały pozbawione narzędzi do działania: Trybunał Konstytucyjny i Trybunał Stanu to fikcja – szczególnie szkodliwy jest ten pierwszy;
  • Sądy powszechne przejęła pisowska władza i obsadza je swoimi ludźmi;
  • Wojsko, Policja i inne formacje zmilitaryzowane są w rękach PiS/SP;
  • Służby (a na pewno ich szefowie) są raczej w większości dyspozycyjne;
  • Trwają zakusy na PKW, co pewnie zakończy się „sukcesem koalicji rządzącej”, a skoro tak, to już nawet nie będzie potrzeby fałszerstw (choć ich nie wykluczam), bo mając swoich sędziów i komisarzy można „legalnie po pisowsku” unieważnić listę każdego komitetu wyborczego, podnosząc tym samym niezbędny do osiągnięcia próg wyborczy, że już o machinacjach w wytyczaniu granic okręgów i obwodów nie wspomnę.

Tak można byłoby jeszcze długo wyliczać, ale po co skoro dobrze wiemy czego mamy się obawiać? Tym, co najgorsze jest kończący się czas, a nie dostrzegłem dotąd żadnych działań przygotowawczych, mogących zapobiec szalbierstwom władzy. Czy ktoś myśli, że na pstryknięcie palcem zjadą się do nas w maju i na jesieni przedstawiciele wszelkich organizacji mogących kontrolować wybory? Czy OBWE, UE, Rada Europy mają już jakąś agendę do działań, o których można byłoby poinformować społeczeństwo RP? Proszę tylko nie kpić mówiąc, że to sprawy tajne i nie można o tym mówić! Można i trzeba, ale poza tym trzeba głośno o tym mówić, bo tu o Polskę idzie, a nie partie te czy inne oraz ambicje ich liderów.

Partie nie mogą zapominać tego, że najważniejsza jest właśnie Polska, nie one! Ich rolą jest służyć ojczyźnie, która za tę służbę niezwykle hojnie je nagradza. Fundusze roczne rzędu kilkunastu milionów złotych powinny być racjonalnie wykorzystane dla dobra Polski. Wydawanie ich na bilbordy i inne fanaberie, a przy tym ograniczenie działań rzeczywiście skutecznych oraz zamykanie się we własnej bańce to chyba jakaś pomyłka panowie. Społeczeństwo wam płaci i chce efektów za te płace! To ono jest waszym pracodawcą, a skoro chcecie być zawodowymi politykami, to wyjdźcie na ulice do ludzi, zamiast reklamować się w tej, czy innej telewizji! Najwyższy już ku temu czas!

Obalić Kaczyńskiego bez żadnego okrągłego stołu

30 Mar

Marzy mi się, aby nauczyciele wywołali falę, która przyniesie obalenie reżimu – tak jak 30 lat temu. Obalenie w wyborach, rzecz jasna. Tylko czy nauczyciele mogą poczuć się jak stoczniowcy Gdańska i Szczecina?

Może jestem człowiekiem małej wiary, ale obawiam się, że strajk nauczycieli może w ogóle nie dojść do skutku. Boję się, że Kaczyński każe dwa dni przed planowanym strajkiem rzucić nauczycielom w twarz podwyżkę o 600 zł plus jeszcze 400 za pół roku czy rok, wszyscy odtrąbią sukces. Będzie pięknie, a kolejne grupy zawodowe ustawią się w kolejce po podwyżki, żeby jeszcze zdążyć przez wyborami. Dostaną, czego chcą, kosztem deficytu budżetowego, który populistom, jak wiadomo, nie przeszkadza. Jeśli przekroczymy bezpieczne 3 proc., to oddali się „widmo” przyjęcia euro, a za to przybliży polexit. Kaczyński drukowania pieniędzy się nie boi, bo o tym za pół wieku nikt nie będzie pamiętać, a za to wieże, pomniki i ulice imienia jednego czy drugiego Kaczyńskiego zostaną. Pycha kroczy przed upadkiem, ale dokąd zdoła zajść, to jej.

Może się jednak przeliczyć. Zostaną te pomniki albo i nie. Bo jak raz przyjdzie moda na czyszczenie przestrzeni publicznej z kultu jednostki bądź jednostek wysoce kontrowersyjnych, to w trymiga mogą polecieć Kaczyńscy, a kto wie, czy paru setkom „Janów Pawłów” też się nie dostanie; w końcu wieloletnie faworyzowanie i obsypywanie łaskami powszechnie znanych zboków to nie jakieś hocki klocki. No ale to pieśń przyszłości. Nie tak dalekiej może, ale przyszłości.

Tymczasem wciąż jednak mamy szanse na to, że 8 kwietnia zastrajkuje 80 proc. szkół w Polsce. Uczniowie i rodzice niby się martwią, ale nie tak bardzo, bo wiadomo, że jak mówią Rosjanie, „koniec końców” państwo nigdy nie zostawia mas na lodzie i w taki czy inny sposób wszyscy po wakacjach do jakichś tam szkół pójdą. A przy okazji ma młodzież poglądową lekcję wychowania obywatelskiego. Będzie miała co opowiadać wnukom.

Nie wiem, czy w głowie Kaczyńskiego wygra w końcu arogancja (jak w przypadku strajku niepełnosprawnych w Sejmie), czy może duch przekupstwa (ostatnio kawały kiełbasy wyborczej wylatują z okien Nowogrodzkiej jak gołąbki ze strychu). Nikt tego nie wie. Tak czy inaczej marzy mi się, żeby w swej mądrości ZNP odważył się nie ulec retorycznemu szantażowi i powiedział: „tak, nasz strajk jest polityczny i ma prawo taki być”. Niestety, oficjalnie w strajku chodzi wyłącznie o 1000 zł. Niemniej, jak wiadomo z historii, w poważnej akcji strajkowej postulaty mogą mimo wszystko eskalować. Bo strajk to nie „procedura”, lecz siła. Dlatego namawiam związek do tego, żeby upomniał się także o godność nauczyciela i jego autonomię w nauczaniu, o wolność i świeckość szkoły, o odpolitycznienie nauczania historii i języka polskiego, a także o zmiany programowe. Prawdziwy protest musi być godnościowy i polityczny – protest „o kasę” jest tylko „otwarciem dziobka”.

I to byłoby jednakże za mało. Aby strajk nauczycieli stał się zalążkiem społecznego protestu, który uzyska poparcie rodziców i dużych środowisk zawodowych, musi – wzorem strajków z lipca i sierpnia 1980 r., od początku poruszać tematy ustrojowe. Czy naprawdę nie możemy sobie wyobrazić, aby strajkujący nauczyciele domagali się przywrócenia praworządności, niezawisłości sądów i prokuratury, wolnych mediów publicznych i służby publicznej? Czy dla polskiego nauczyciela Sąd Najwyższy, Trybunał Konstytucyjny czy Krajowa Rada Sądownictwa to sprawy dalekie i obojętnie? Czy polski nauczyciel jest obywatelem, czy tylko klientem władzy, niechcącym widzieć niczego poza swoim resortowym interesem? Kto to wie? Po stoczniowcach też byśmy się nie spodziewali, prawda? A jednak. Zawsze trzeba mieć nadzieję, że duch obywatelski i poniżona godność pracowników zechcą przemówić. Nigdy nie znasz dnia ani godziny, Jarosławie Kaczyński, gdy zwykli ludzie podniosą głowy i powiedzą „dość!”. Nie takim już mówili. Nawet Gomułce, nawet Gierkowi. Więc co dopiero Kaczyńskiemu.

Odwagi, nauczyciele! Nie dajcie się zastraszyć, nie dajcie zredukować do rozmiarów chytrych chłopków domagających się większej zapłaty, nie dajcie się szantażować straszakiem „polityczności” Waszego protestu. On jest i musi być polityczny. Nie strajkujcie o same pieniądze. To nie przystoi nauczycielom! Upomnijcie się o wolną i świecką szkołę. O naukę tolerancji i równości. O edukację seksualną. O niezależność świeckiego nauczania od wpływów i nadzoru księży. Dajcie nam wszystkim przykład i nadzieję!

Niektórzy politycy PiS powinni zdecydowanie mniej korzystać z mediów społecznościowych. Zaliczyć do nich można np. Jarosława Zielińskiego. – „Do tych, którzy atakują mnie z bezsilnej nienawiści: skoro Polską Policję dobrze ocenia aż 75% Polaków, to może i z nadzorem nad nią nie jest tak źle?! Wiem, że to trudne, ale proszę choć przez chwilę pomyśleć logicznie. Przyjaźnie pozdrawiam” – napisał na Twitterze wiceministra spraw wewnętrznych, który odpowiada za służby mundurowe.

Trudno się więc dziwić, że pod jego wpisem pojawiły się bardzo krytyczne komentarze. – „Ty gościu żyjesz w świecie równoległym. Może posyp się konfetti?”; – „Panie Zieliński, ja nie oceniam pana negatywnie z powodu nienawiści. Nie mam takiego uczucia wobec Pana. Uważam, że osoby używające tak zwanej mowy nienawiści powinny być bardzo surowo karane, ale nikt logicznie myślący nie powie, że dobre oceny policji to zasługa Pana”;

„Tak to już jest na tym świecie, że grupa ciężko pracuje na ocenę całej formacji, a jeden tylko przed obiektyw pchać potrafi… i co to za nadzór, który boi się w innym garnizonie niż podlaski pokazać…”; – „Panie Tymczasowo Ważny. Krytyka jest mierzona w pańskie działania, politykę kadrową i megalomańskie zapędy… proszę się z sukcesami służb nie utożsamiać”; – „Te dane to chyba z 2015 i to marca” – pisali internauci.

Marzy im się Europa, pytanie tylko, czy one marzą się Europie?

Wybory do Europarlamentu już niebawem, a kiedy o tym myślę, natychmiast pojawiają mi się w głowie dwie panie – Beata Szydło i Beata Kempa, które mają stać się najwyższej jakości towarem eksportowym do UE. Mają przed sobą ogromne zadanie, jakie wyznaczył im prezes, czyli zrewolucjonizowanie Unii, postawienie jej na wzór i podobieństwo wizji prezesa, wprowadzenie na jedyną słuszną drogę chrześcijaństwa i zadbanie, by „dobra zmiana” świetnie się w ławach Europarlamentu odnalazła.

Nie ukrywam, że z wielką radością i łezką wzruszenia w oku obserwuję niesamowitą metamorfozę byłej premier. Jeszcze nie tak dawno wywaliła flagę unijną, ostro atakowała Donalda Tuska, który według niej był jedną, wielką pomyłką na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej, przyłożyła mocno łapkę do sporu Polski z UE na temat praworządności. To ona mówiła o „szaleństwie brukselskich elit”, obiecywała, że nie ugnie się przed Unią, grzmiała, że Europa nas nie złamie, nie znała nawet daty wejścia Polski do UE, pokazywała na każdym kroku swoją niechęć i wręcz odrazę, a dzisiaj? Dzisiaj nie ma większego euroentuzjasty od niej. Dzisiaj UE wręcz wielbi! Cóż takiego się stało, że tak nagle pani Szydło zmieniła front… Kasa? Poczucie misji? Lizanie ran po utracie stanowiska premiera? Potrzeba dowartościowania się? Nie mam pojęcia, ale wiem jedno. Kandyduje i zrobi wszystko, żeby się tam dostać.

Chce się dostać, choć nic do tej pory nie wskazywało na to, że zdecyduje się ruszyć na podbój Unii Europejskiej. Jej aktywność w sprawach europejskich była praktycznie zerowa. Liczba złożonych interpelacji poselskich również zerowa, nie brała udziału w pracach komisji czy podkomisji, zajmujących się tematyką europejską, nie należy do żadnej stałej delegacji parlamentarnej, nie lata za granicę, nie utrzymuje kontaktów z zachodnimi politykami.

Trudno też dowiedzieć się, czym będzie się zajmowała jako europosłanka. Abstrahując od zaleceń prezesa, chciałabym usłyszeć coś wypływającego od niej samej, bo tak naprawdę rzuca tylko ogólnikami typu „to, co się dzieje teraz w Europie napawa na pewno obawą”, „Ta dobra zmiana, która dzieje się w Polsce, musi się zadziać też w Europie, żebyśmy mogli spokojnie myśleć o swojej bezpiecznej przyszłości”, „Los Unii Europejskiej i przyszłość Europy będą zależały od Polski” i to właściwie wszystko. Żadnych konkretów, żadnej własnej wizji, nic…

No i Beata Kempa, bez której prawdopodobnie UE nie ma szans na przetrwanie. Przez ostatni rok była jak minister widmo. Odpowiedzialna za sprawy związane z pomocą humanitarną, ale nie wie nikt, na czym ta jej działalność polegała. Wiadomo tylko, że jeździła sobie po  obozach dla uchodźców, ale co z tego miało wyniknąć… licho wie. Wprawdzie podkreśla na każdym kroku, że „Pomagamy organizacjom pozarządowym w tej pracy. Dyskutujemy na temat nowych wyzwań w tym zakresie. Jako Polacy pokazujemy wielki potencjał. Odbudowujemy m.in. miasta”, ale konkretów brak.

Jednak pani Kempa właśnie w Brukseli zamierza wykorzystać swoją wiedzę i doświadczenie, by je „kontynuować na poziomie UE, dlatego że pomoc na miejscu, pomoc w tych bardzo trudnych miejscach to bycie o krok przed mafiami, które sprowadzają tutaj tych ludzi, jest naszą misją, powinno być misją UE” i zapewne świetnie sobie poradzi, tym bardziej, że przecież się dogada, bo zna język angielski bardzo dobrze na poziomie podstawowym. Będzie też ostro walczyła o wartości Europy, powrót do jej korzeni i Europy silnej rodziny. Jak widać, pani Kempa świetnie wie, co chce robić w Europarlamencie. Hmm… ale obserwując jej dotychczasowe działania, uważam ją za leniuszka, który z reguły dużo mówi, a mało robi.

Trzeba przyznać, że PiS zaproponowało nam niezły zestaw kandydatów do Europarlamentu. Obie panie, które godnie i z bardzo dobrym wynikiem przeszły szlak bojowy partii rządzącej, są najlepszą wizytówką pisowskich list kandydatów. Zapewne nie ma co liczyć, że będą one kierowały się własnym zdaniem, będą otwarte na poglądy kolegów europosłów z innych ugrupowań, będą umiały budować kompromisy i współpracować. Jednego możemy być pewni. Będą z pełną skrupulatnością realizowały deklarację swej partii, opartą na fobii przed uchodźcami, walce o zachowanie chrześcijańskich korzeni w wersji maks, pełnej okrągłych słówek.

Ech… Vivat Beaty! Ave Beaty! Marzy wam się Europa, pytanie tylko, czy wy marzycie się Europie? Czy rzeczywiście Europarlament to dobre miejsce dla ludzi tak pełnych wstecznictwa, zaściankowości, hipokryzji? Obawiam się, że obydwie panie znajdą się w tej instytucji i jeszcze niejeden raz usłyszymy o ich „dokonaniach”, które nie będą dla nas powodem do dumy.

Waldemar Mystkowski pisze o nowej obietnicy Kaczyńskiego.

Na co liczy Jarosław Kaczyński? Ma władzę, jakiej nikt po 1989 roku nie posiadał, a do tego prawnie nie odpowiada za jej sprawowanie, bo jej brzemię wzięli na siebie jego akolici: Beata Szydło, Mateusz Morawiecki i Andrzej Duda. Pełnia władzy rozpisana na innych, ale Kaczyńskiemu wciąż jej mało. Pełnię władzy prezes PiS chce przekuć w formę dyktatury, która musi się źle skończyć dla Polaków i Polski.

Czy uda się Kaczyńskiemu chwycić naród za twarz? Czy Polacy dobrowolnie w wyniku wyborów zgodzą się na nałożenie kagańca? Przy czym ta „dobrowolność” będzie sterowana przez PiS – nie tylko poprzez partyjną Państwową Komisję Wyborczą.

Tymczasem mamy kampanię wyborczą, która w wykonaniu partii Kaczyńskiego polega na zachęcie, aby samemu nałożyć na siebie kaganiec. Służy do tego kiełbasa wyborcza, która oględnie nazywana jest „piątką Kaczyńskiego” i nie ma za wiele wspólnego z dobrem wszystkich Polaków, jest kupczeniem adresowanym do jak największej grupy elektoratu. Kaczyński kupuje wyborców za ich pieniądze, a nawet więcej – za te przekupstwa będą płacić przyszłe pokolenia, które dzisiaj nie głosują.

Piątka Kaczyńskiego przechodzi transformację semantyczną i zwana będzie Piątką Plus. Do tej piątki prezes dorzuci (zaplusuje) jeszcze jedną obietnicę. Na co liczy Kaczyński? Świadomi Polacy wiedzą, że Kaczyński nie potrafi liczyć –  a w zasadzie: nie chce poprawnie liczyć. I nie chodzi tylko o to, że piątka plus nowa obietnica daje wynik szóstki. Więc ta kiełbasa wyborcza winna nazywać się – Szóstka Plus.

Czy ta nowa obietnica to podwyżki dla nauczycieli? A może dofinansowana zostanie służba zdrowia? Zwłaszcza zdrowie Polaków winno mieć szczególne uważanie polityków. Ta wiadomość powinna wstrząsnąć opinią publiczną – otóż kolejny rok z rzędu Polacy na emeryturze żyją krócej, statystycznie średnio o 1,5 miesiąca krócej niż rok temu.

A będzie jeszcze gorzej, bo Mateusz Morawiecki zagrabia resztki z Otwartych Funduszy Emerytalnych, zasilając nimi ZUS i ową Piątkę (poprawnie: Szóstkę) kwotą ok. 35 mld zł. A zatem, znowu skrócone zostanie życie Polaków.

Obietnice PiS sprowadzają się do tego, że jesteśmy zadłużani i skraca nam się życie. Do tego sprowadza się każdy populizm. I bynajmniej – stwierdzam niezłośliwie – Kaczyński nie zadłuża siebie i nie skraca sobie życia.