Kaczyński puścił kapiszona. Zero argumentów, ale smród

11 Lu

Brytyjska prasa od kilku dni na szefie Rady Europejskiej nie zostawia suchej nitki. Już także »The Guardian«, z zasady lewicowy, stwierdził, że Tusk ma w sobie coś z chuligana” – ogłosiły „Wiadomości” 10 lutego 2019. Wygląda na to, że reporterzy TVP przeczytali tylko pierwsze zdanie tekstu w „Guardianie”. Tekstu raczej przychylnego Tuskowi

Kilka godzin wcześniej – przed głównym wydaniem „Wiadomości” – portal wPolityce napisał: „»The Guardian« bezlitosny dla Tuska. »Ma w sobie trochę chuligana«; »Frustracja popchnęła go do słów na temat piekła«”.

Jest tylko jeden problem – materiał w „Wiadomościach” nie ma wiele wspólnego z tym, co napisał Daniel Boffey, brukselski korespondent „Guardiana”. Niby oba zacytowane zdania – i o chuliganie, i o frustracji, są w tekście, ale ich sens jest zupełnie inny. „Wiadomości” wyraźnie cytują wPolityce, a nie źródłowy tekst „Guardiana”, bo gdyby reporter TVP zajrzał do źródła, nie podsumowałby tego tekstu stwierdzeniem, że prasa nie zostawia na Tusku suchej nitki.

„Mogliby podzielić nawet piekło”

Chodzi o wypowiedź szefa Rady Europejskiej z konferencji prasowej z 6 lutego 2019, kiedy powiedział, że „zastanawia się, jakie miejsce w piekle czeka na tych, którzy promowali Brexit, mimo braku jakiegokolwiek planu na to, jak bezpiecznie go przeprowadzić”. Jej kontekst szczegółowo analizował w OKO.press Miłosz Wiatrowski w tekście „Tusk nie może być miły, bo Brexit to JEST piekło„.

W swoim wcześniejszym tekście na temat „diabelskiej” wypowiedzi Tuska Boffey cytuje kilka negatywnych komentarzy ze strony polityków wspierających Brexit, również te, które pojawiły się w „Wiadomościach”. Np. słowa ministra zdrowia Matta Hancocka: „To ten rodzaj arogancji, który napędza niechęć do Unii Europejskiej”.

Boffey wspomina jednak również tłita szefa liberałów w Parlamencie Europejskim Guya Verhofstadta, którego wysłał w odpowiedzi na słowa Tuska:

„Wątpię, by Lucyfer przywitał ich z zadowoleniem, po tym, co zrobili Wielkiej Brytanii, mogliby podzielić nawet piekło”.

Na tego rodzaju komentarze nie ma jednak miejsca w „Wiadomościach”. Podobnie jak na rzetelne streszczenie tekstu z „Guardiana”.

„Guardian” raczej przychylny Tuskowi

„Donald Tusk ma w sobie coś z chuligana” („Donald Tusk has it in him to be a bit of a hooligan”) – to pierwsze zdanie tekstu Boffeya. Bardzo możliwe, że redaktorzy wPolityce nie przeczytali nic więcej. Choć za dostęp do „Guardiana”, którego stronę w styczniu 2019 odwiedziło 310 milionów użytkowników, nie trzeba płacić, więc mogli zapoznać się z całym tekstem.

Bardziej prawdopodobne, że autorzy wPolityce postanowili nie komplikować swoim czytelnikom obrazu świata. Tekst w „Guardianie” jest bowiem… raczej przychylny Tuskowi. A przecież media prorządowe od kilku dni powtarzają, że słowa o „piekle” spotkały się za granicą wyłącznie z krytyką.

Co takiego jest zatem w tekście Daniela Boffeya, że portal wPolityce ani „Wiadomości” nie mogły zacytować go w całości?

Tusk – dziecko skomplikowanej historii

Już w następnym akapicie, po zdaniach o „chuliganie” Boffey pisze: „W przeciwieństwie do stereotypowego anemicznego brukselskiego eurokraty przewodniczący Rady Europejskiej, należący wraz z Jean-Claudem Junckerem do najwyższych rangą postaci w Unii Europejskiej,

jest pełen pasji i sympatii dla tych po słusznej stronie historii. To frustracja, a nie znudzenie, obudziła w nim w zeszłym tygodniu rozbijakę”.

Następnie autor przedstawia skrócony życiorys Tuska, który anglojęzycznym czytelnikom ma pomóc zrozumieć, skąd wzięła tak ostra reakcja przewodniczącego Rady Europejskiej.

Tusk wywodzi się z 300-tysięcznej kaszubskiej mniejszości, „w której lojalność nie wierzyli ani naziści, gdy napadli na Gdańsk, ani później Stalin”. Jego babka ze strony matki była Niemką, „jednak Tusk dorastał wśród opowieści o członkach rodziny wysyłanych do nazistowskich obozów pracy”. Polskę wyzwolili Rosjanie, ale nie tylko nie opuścili jej, ale przynieśli też trwałą beznadzieję i biedę. „Tusk wcześnie zdał sobie sprawę ze złożoności Europy” – pisze „Guardian”.

Następnie dziennik przypomina rok 1970 i protesty robotników stłumione przez milicję i wojsko. Tusk oglądał te wydarzenia z okien domu rodzinnego – pisze „Guardian”. Jest to skrótem myślowym, ale Tusk faktycznie widział te wydarzenia na żywo. Mówił „Wyborczej”: „Naoglądałem się scen, których pamięć wystarczy mi do końca życia: widziałem płonących żołnierzy wychodzących z czołgu podpalonego przez stoczniowców. (…) Widziałem płonący komitet i strzelające czołgi. Widziałem zabitych”. „Tusk pozostał z przekonaniem, że racja jest po stronie tych, którzy są bici” – podsumowuje „Guardian”.

Kaczyński w tle

„Pierwszą zarobkową pracę znalazł jako dziennikarz w wydawnictwie Solidarności [chodzi o tygodnik „Samorządność”]”. Boffey krótko streszcza opozycyjne zaangażowanie Tuska, wspomina, że utrzymywał się z pracy fizycznej. Opisuje w kilku zdaniach jego karierę polityczną po 1989 roku, która doprowadziła Tuska do funkcji premiera.

„Jednak sukces przyniósł mu również wrogów, w szczególności Jarosława Kaczyńskiego, lidera rządzącej obecnie prawicowej, nacjonalistycznej partii Prawo i Sprawiedliwość.

Jego zjadliwe osobiste urazy wciąż prześladują Tuska w kraju. Kaczyński utrzymuje, że jest on odpowiedzialny za katastrofę samolotu 10 kwietnia 2010 roku, której zginął jego brat, wówczas prezydent Polski, Lech Kaczyński. Tusk odrzuca to twierdzenie jako w oczywisty sposób motywowane politycznie”.

Brexit zdefiniuje dziedzictwo Tuska

„Guardian” porównuje Tuska z innym europejskim politykiem – technokratą Hermanem van Rompuyem. „Dzięki zachętom swojej córki Katarzyny Tusk jest zapalonym użytkownikiem Instagrama i Twittera. Mimo swobodnego stylu, w biurze często rezygnuje z garnituru i krawata, ma zdecydowane przeświadczenie, że czasem trzeba użyć siły (apply some muscle)”.

„To Brexit zdefiniuje dziedzictwo Tuska” – pisze Boffey. Cytuje jednego z bliskich współpracowników szefa Rady Europejskiej:

„Dla niego [Tuska] Brexit to katastrofalne pogwałcenie liberalnego demokratycznego porządku, o który walczył jako młody człowiek, rozpad wszystkiego, w co wierzy”.

Autor „Guardiana” konkluduje:

„Nie każdy w Brukseli jest przekonany, że zeszłotygodniowe komentarze [Tuska] były mądre. Jednak w konfrontacji z May w czwartek Tusk nie ustąpił: »Pozostał przy swoim zdaniu, że chociaż prawda może być bolesna, zawsze jest bardziej użyteczna«”.

Cała sylwetka Tuska ma ponad 5 tys. znaków. Jest dużo bardziej zniuansowana niż sugerują „Wiadomości” i wPolityce.

„Od wielu lat mam takie marzenie, które jest w pełni legalne, choć może się nie podobać w wielu środowiskach, by Instytut Lecha Kaczyńskiego stał się poważną konkurencją dla Fundacji Batorego. Bo dziś Batory właściwie nie ma konkurencji, także gdy chodzi o staranie się o różne zagraniczne fundusze” – tłumaczy Jarosław Kaczyński. I dodaje, że byłoby to poważne przedsięwzięcie typu ideowego, „może coś w rodzaju Fundacji Adenauera, stanowiące istotne zaplecze polskiego patriotyzmu i myśli państwowej”.

Wieżowce dawałyby ogromne możliwości działania

Wieżowce miały być nowoczesną inwestycją z częścią biurową, częścią konferencyjną i hotelem. Kaczyński: „W pierwszych latach, w czasie spłacania kredytu, pozwalałoby to uzyskać dochody, choć znacznie mniejsze niż to, co ma Batory”. Po spłacie zadłużenia za około – jak wyliczył prezes PiS – ćwierć wieku ta kwota byłaby większa. „Dawałoby to instytutowi ogromne możliwości działania – kontynuuje. – Ale oczywiście nie miałoby to nic wspólnego z moją osobistą sytuacją finansową, bo celem byłoby wyłącznie choćby częściowe zrównoważenie szans na rynku idei w Polsce”.

Prezes PiS podkreśla, że wieżowce miały być przeznaczone wyłącznie do zarabiania pieniędzy. Ponoć zdecydowanie odrzucał pomysły, aby pojawiły się na nich inicjały „JK” czy „LK”.

CBA odmawia kontroli oświadczeń majątkowych Jarosława

Prezes był pod naciskiem części rodziny

Kaczyński opowiada, w jaki sposób nawiązał współpracę z Geraldem Birgfellnerem, austriackim przedsiębiorcą. Mówi, że to „mąż córki znanego w wielu warszawskich kręgach Jana Tomaszewskiego”, ale nie wyjaśnia wprost, że chodzi o zięcia jego brata ciotecznego. „Byłem pod pewnym naciskiem moralnym ze strony części rodziny, bo oni się tu sprowadzili, kupili sobie dom, a ten Austriak doszedł chyba do wniosku, że będzie po prostu z tej inwestycji żył” – mówi prezes PiS o kulisach zaangażowania spółki Srebrna.

Kaczyński twierdzi, że Austriak sam zainteresował się sprawą: „Deklarował, że z góry wynajmie część lokali i że uzyska kredyt w zachodnim banku. Z naszego punktu widzenia, biorąc pod uwagę problemy, na jakie natrafialiśmy, takiej propozycji nie można było odrzucić”.

Prezes PiS wyjawia też, na czym polegały prace wykonane przez Birgfellnera. „Prowadził rokowania z bankiem Pekao SA, a nie z zachodnim bankiem, jak miał uczynić. I robił to z własnej, nie mojej, inicjatywy. Poza tym Birgfellner ściągnął z Wiednia profesora architektury, którego klasy i pozycji nie podejmuję się weryfikować. I to ten profesor przedstawił koncepcję dwóch wież, dziś wszędzie prezentowanych”. Inny architekt, który oglądał wizualizację – opowiada Kaczyński – uznał, że „tego typu projekt przy dzisiejszych możliwościach można zrobić w kilkanaście godzin”.

Czy karuzela afer z ostatnich tygodni przewróci PiS?

Austriak naczytał się, że prezes wszystko może

Według Kaczyńskiego Austriak „naczytał się tekstów, z których wynika, że ja tu wszystko mogę. Problem w tym, że nie było podstawy prawnej do zapłaty”. Birgfellner narzekał na złe traktowanie ze strony spółki Srebrna, a na koniec przedstawił rachunek na 2,5 mln zł. Zdaniem prezesa PiS wśród dokumentów uzasadniających tę kwotę znalazł się tylko rachunek potwierdzony przez firmę doradczą Baker McKenzie na 101 tys. euro i „parę niewielkich rachunków na kwotę tysiąca lub dwóch”. Gdy Birgfellner nie przedstawił innych dokumentów, Kaczyński miał zasugerować rozwiązanie sprawy na drodze sądowej, co zostało uwiecznione na taśmach „Gazety Wyborczej”.

Jacek Karnowski pytał prezesa PiS też o inne nagrane rozmowy z Birgfellnerem. „Jestem głęboko przekonany, że na tych nagraniach, przynajmniej z moim udziałem, nie ma niczego zdrożnego, nie ma żadnych sensacji, co najwyżej mogłem sobie z kogoś zażartować” – mówi Kaczyński. Według Austriaka tych spotkań było 16, a według prezesa o połowę mniej, „ale nie wykluczam, że wliczał w to święta, podczas których się widywaliśmy”.

Kaczyński uznał „za bezczelną manipulację twierdzenie, że ma to cokolwiek wspólnego z art. 24 ustawy o partiach politycznych, która zakazuje im działalności gospodarczej”. Zapewnił, że nie ma żadnych relacji finansowych pomiędzy fundacją – będącą właścicielem spółki Srebrna – a partią: „Żadnych. To są dwie oddzielne instytucje. (…) Spółka Srebrna nigdy Prawu i Sprawiedliwości niczego za darmo nie dawała”.

Prezes żyje skromnie

Kaczyński, którego wizerunek człowieka niezwykle skromnego i mało rozeznanego w biznesie taśmy nieco nadszarpnęły, zapewnia w „Sieciach”, że „żyje skromnie, może nawet bardzo skromnie, jak na człowieka znanego w Polsce, i także trochę poza nią [śmiech]”.

Przypomnijmy: dwa tygodnie temu „Gazeta Wyborcza” rozpoczęła serię publikacji taśm, na których słychać szczegóły negocjacji dotyczących planów budowy dwóch wieżowców w centrum Warszawy przez powiązaną z PiS spółkę Srebrna, należącą do Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. W tygodniku „Sieci” prezes PiS pierwszy raz odniósł się do całej sprawy. „To nie jest nawet kapiszon, tam przecież nic nie ma” – stwierdził.

Ujawniane przez „Gazetę Wyborczą” kolejne fakty kompromitujące PiS to zaskakująco udany rewanż tego środowiska na władzy, która nieraz dawała upust swojej satysfakcji, że jest tak silna dziś, a „Wyborcza” tak słaba. Od dawna zestawiano Adama Michnika i Jarosława Kaczyńskiego jako dwóch rywali walczących o rząd dusz Polaków. Tusk z Kaczyńskim walczył o władzę. Michnik o coś więcej, o światopogląd. 

  • Po trzecim roku rządów PiS przeżywa podobny kryzys, który załamał kiedyś Sojusz Lewicy Demokratycznej w 2001, gdy wybuchła afera Rywina
  • Afera Rywina stała się początkiem końca hegemonii „Gazety Wyborczej” i początkiem Prawa i Sprawiedliwości
  • „Taśmy Kaczyńskiego” mogą być początkiem końca PiS, czym „Gazeta Wyborcza” zrewanżuje się nienawidzącej jej władzy

Afera Prawa i Sprawiedliwości, jej lidera Jarosława Kaczyńskiego i kontrolowanej przez niego spółki „Srebrna” może faktycznie być przełomem dla losów obozu władzy. Sam pisałem, że uprzedzające zapowiedzi wypowiadane przez redaktorów „GW” o przełomowym charakterze publikacji, już po publikacji pierwszej taśmy, wywołały takie oczekiwanie sensacji, że pierwsza taśma raczej rozczarowała. I wtedy tak było. Ale teraz muszę przyznać, że „Wyborcza” wcale nie przesadziła z zapowiedziami.

Sierakowski: Nie potrzeba przełomu, żeby PiS poległ na taśmach [OPINIA]

To, co dziennikarze „Wyborczej” codziennie ujawniają od wielu dni (a także wychodzą na jaw, także w innych mediach, „afery odpryskowe”), jak sprawa agenturalnej działalności Kazimierza Kujdy i prawdopodobna gra jego teczką przez Jarosława Kaczyńskiego, karzą zauważyć, że publikacje „Wyborczej” mogą być rzeczywiście przełomowe. A zważając na to, z jaką władzą mamy do czynienia, w grę wchodzi nie zwykła zmiana władzy, ale kwestie fundamentalne, takie jak przyszłość demokracji, suwerenności i bezpieczeństwa międzynarodowego Polski, dziś skompromitowanej, pozbawionej sojuszników, skonfliktowanej z Unią Europejską.

Dla wielu redaktorów „Wyborczej” to akurat nie pierwsza taka sytuacja w życiu. To oczywiście nie Adam Michnik kieruje bezpośrednio publikacjami „Wyborczej”, ale ludzie przez niego wychowani. To właśnie dlatego Michnik jest wciąż nominalnie naczelnym, choć dla nikogo nie jest tajemnicą, że faktycznym naczelnym jest Jarosław Kurski.

Jarosław Kaczyński o nagranych rozmowach: byłem pod naciskiem ze strony rodziny

SLD zawstydza antykomunistów

Trzy lata PiS szedł do przodu i prawie nic nie było w stanie go zatrzymać. Permanentne łamanie prawa, podporządkowywanie wszystkich możliwych instytucji publicznych, ostentacyjny nepotyzm, izolacja na arenie międzynarodowej, prymitywna propaganda – to wszystko uchodziło płazem. Choć w nieporównywalnej skali, podobnie kiedyś na scenę wjechał Sojusz Lewicy Demokratycznej w 2001 r. Sam nie zdobył wprawdzie większości, choć osiągnął w wyborach wynik nawet wyższy niż Prawo i Sprawiedliwość w 2015 roku (41,04 proc. do 37,58 proc.).

Choć, jak wyraziła to kiedyś celnie Ewa Milewicz, powszechne oczekiwanie było raczej takie, że „Sojuszowi wolno mniej”, to wcale nie w samym Sojuszu. Zaufani ludzie władzy szybko rozbiegli się po spółkach skarbu państwach, przejęli media publiczne i obsadzili swoimi ludźmi instytucje nominalnie niezależne od władzy. Sojusz wobec ustroju zachowywał się bez zarzutu, był lojalnym współtwórcą III RP, a w sprawach zagranicznych niemal bez poważniejszych tarć prowadził Polskę ręka w rękę z elitami postsolidarnościowymi do NATO i UE. Inaczej niż wtedy postkomuniści z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, antykomunistyczni politycy Prawa i Sprawiedliwości zaczęli zachowywać się jak wrogowie własnej ojczyzny. Tadeusz Boy-Żeleński użyłby zapewne sformułowania „nasi okupanci”, które ukuł kiedyś dla Kościoła katolickiego.

PiS ma swoją aferę Rywina

Sojusz poległ dopiero wtedy, gdy wybuchła seria afer, uderzająca nie w ludzi partii, ale wprost w jej przywódców z Leszkiem Millerem na czele. Kluczowa była afera Rywina i „grupa trzymająca władzę”. To dopiero wtedy, zresztą na tym samym etapie sprawowania władzy, na którym jest dziś PiS, czyli po trzecim roku rządzenia, doszło do tąpnięcia w poparciu dla SLD.

Lider i jego świta zamiast prowadzić ofensywę polityczną, inicjować kolejne projekty, od tej pory musieli się stale tłumaczyć z wychodzących na jaw kolejnych bulwersujących faktów. Znaleźli się w defensywie. A to już tak nie uwodzi, odbiera charyzmę, nie mobilizuje ani własnych ludzi, ani wyborców. Pojawiają się rozbieżności nie tylko w przekazach (za SLD czegoś tak żenująco odbierające resztki powagi politykom jak przekazy dnia nie było), tarcia wewnątrz samej partii, a z czasem także publiczne krytykowanie się nawzajem. Jak dziś między Janem Marią Jackowskim i Jarosławem Gowinem oraz Adamem Glapińskim.

Walka klasowa

PiS trzyma władzę w znacznie bardziej żelaznym uścisku, a Jarosław Kaczyński kontroluje partię całkowicie. Inaczej niż SLD, które musiało liczyć się z koalicjantem, nie używało mediów publicznych aż tak bardzo we własnym interesie, liczyło się też z opinią Zachodu, a przede wszystkim nie łamało konstytucji. Okazało się paradoksalnie razem z inną postkomunistyczną partią PSL najbardziej demokratycznie zorganizowaną partią, w której członkowie partii mogą zmienić lidera, gdy notuje porażki.

Miller, zwany wtedy kanclerzem i uważany za kogoś, kto jak obieca gruszki na wierzbie, to one naprawdę wyrosną, przyciągał ludzi do siebie z powodu siły. Identyfikowany był ze skutecznością i pragmatyzmem, co po rządach rozlazłej, wiecznie skłóconej ze sobą, sfanatyzowanej religijnie prawicy, obiecywało postęp. Ale pomagało mu też to, że był zwykłym chłopakiem z Żyrardowa, który daleko zaszedł, ale został taki jak ludzie.

Kaczyński przyciągał ludzi czystością moralną, skromnością, odnową moralną po rządach uważanej za partię bogatych elit Platformą Obywatelską. I też żaden z niego Alain Delon ani Jan Kulczyk, a to, że spał do południa w stanie wojennym? Zwykli ludzie też spali. Klasowa różnica między poprzednimi rządami i rządami PiS oczywiście miała znaczenie i z klasowym rewanżem mamy do czynienia. 500 plus, darmowe leki, podniesienie płacy minimalnej i kilka innych reform to zasłużone zadośćuczynienie zignorowanych przez poprzednie rządy (realnie lub symbolicznie) grup społecznych. Nie dziwmy się, że takie rzeczy, jak atakowanie sędziów albo mediów, lub głos Brukseli, nie mogło podważyć władzy PiS, bo to także elity.

Koalicja Europejska wyprzedza PiS

Uderzenie w lidera, który ze staromodnego starszego pana bez konta w banku zamienił się w dewelopera, biznesmena i spryciarza, jest bardzo destrukcyjne, bo uderza w jego tożsamość, a więc w tożsamość wspólnoty połączonej wiarą w lidera. Sprawa Kazimierza Kujdy także obciąża moralnie Kaczyńskiego, przywódcę polskich lustratorów i antykomunistów. Agent we własnym najbliższym otoczeniu? I zerowe prawdopodobieństwo, że Kaczyński o tym nie wiedział.

Zauważmy, że PiS powstało właśnie po aferze Rywina. To wtedy Kaczyński sformułował swoją ideologię walki z układem. To wtedy narodził się politycznie Zbigniew Ziobro, którego przesłuchiwany Leszek Miller nazwał zerem. Dziś to Prawo i Sprawiedliwość ma swoją aferę Rywina, która zatacza coraz szersze kręgi. W sondażach pojawiają się już spadki, a przede wszystkim pojawiają się już sondaże, w których PiS przegrywa z Koalicją Europejską PO-PSL-SLD.

Sondaż IBRiS: Wiosna goni Platformę Obywatelską

Zemsta „Gazety Wyborczej”

Przypomnijmy, że afera Rywina złamała nie tylko dominację SLD, ale też „Gazety Wyborczej”. Trudno z dzisiejszej perspektywy opisać, jak potężna była „Wyborcza” i stojąca za nią Agora, wówczas jeden z fundamentów polskiej gospodarki i jedna z największych spółek giełdowych. Dość powiedzieć, że były czasy, gdy Agorę było stać na kupienie TVN i Polsatu razem wziętych. Jeszcze większą władzę „Wyborcza” miała, jeśli chodzi o rząd dusz. Mówiło się, że to „Wyborcza” posiada Unię Wolności, poprzedniczkę Platformy Obywatelskiej, a nie odwrotnie. Michnika nazywano wiceprezydentem, bo tak bardzo liczył się z jego głosem Aleksander Kwaśniewski. Pierwszym, który nie musiał tak bardzo liczyć się z „Wyborczą”, był dopiero Donald Tusk, ale dlatego, że to już było po aferze Rywina. Mowa o politycznej władzy Michnika, bo ideologiczna – była większa niż jakiegokolwiek innego człowieka w kraju, włączając wszystkich premierów i prezydentów.

Do „Wyborczej” pisały największe światowe i polskie pióra. Dzięki milionowym nakładom w poniedziałki i piątki, gazeta Adama Michnika była wtedy największym dziennikiem w Europie, nie licząc tabloidów i gazet rosyjskich. Jej monopol ideologiczny był wręcz, jak każdy monopol, niebezpieczny dla sfery publicznej. Gdy „Wyborcza” na kogoś się obraziła albo skrytykowała, doprowadzała do stygmatyzacji we własnym środowisku. Gdy ktoś obraził się na „Wyborczą” i znikał z jej łam na lata, mocno tracił na znaczeniu w debacie publicznej.

Afera Rywina, w której „Gazeta” była przedmiotem, a nie podmiotem korupcyjnej propozycji, zaszkodziła jej samej, bo pokazała jej dominację i jak nazwał Aleksander Kwaśniewski, „zblatowanie” elit, czyli dziennikarzy, polityków i biznesmenów. A więc w gruncie rzeczy potwierdził to, o czym mówił Kaczyński. Michnik z Millerem i Kwaśniewskim oddawali władzę. Kaczyński był jednym z tych, którzy wyłaniał się z niebytu i po nią sięgał. „Wyborcza” już hegemonii nie odzyska, ale może pokonać swojego największego ideologicznego przeciwnika. Bo nie tylko o politykę tu chodzi, ale o tożsamość.

Po dwóch tygodniach od publikacji „Gazety Wyborczej” Jarosław Kaczyński zdecydował się wypowiedzieć publicznie na temat interesów spółki Srebrna i swojego w nich udziału. Wywiad w tygodniku „Sieci” nie jest jednak komunikacją z opinią publiczną, raczej przedstawieniem swojej wersji, adresowanym do własnych sympatyków, silnie wierzących w PiS i geniusz Prezesa. Prześlizgiwanie się po temacie, energiczna walka z zarzutami, których nikt nie stawia, pomijanie tych, które już padły – to jest przekaz dla „swoich”, nieprzypadkowo wygłoszony w wywiadzie dla tygodnika o jednoznacznych sympatiach politycznych.

Ciekawsze od odpowiedzi w takich przypadkach bywają pytania. Zacytuję tu kilka:

Ostatnio opozycja rzuciła czymś, co – jak sądziła – było szczególnie dużym kamieniem. Zapowiadano „najważniejszy dzień w dziejach PiS”, mówiono o bombie. Taśmy opublikowane przez „Gazetę Wyborczą” okazały się jednak politycznym kapiszonem. Jaki jest pana komentarz do tej sprawy?

Dlaczego to manipulacja?

Sam fakt, że pana środowisko posiada jakąś własność, jest w oczach wielu komentatorów oskarżeniem.

A jak było?

Jak możesz się, droga Czytelniczko/drogi Czytelniku, domyślać, Jarosław Kaczyński poradził sobie z tymi „trudnymi” pytaniami.

O czym nie mówił – nie padło ani razu nazwisko Kujda. W ogóle ludzie zarządu fundacji czy spółki za bardzo nie istnieją w tej rozmowie.

O czym powiedział – o tym, że miał „jednorazowe upoważnienie zgromadzenia wspólników dotyczące zawarcia ostatecznych umów”, czyli jednoznacznie potwierdza, że działał w imieniu i na rzecz spółki. W świetle tej deklaracji zapewnienia o braku związków partii, fundacji i spółki brzmią mniej niż mało wiarygodnie.

Reszta to zwyczajowe usprawiedliwianie, budowanie fałszywych symetrii – jak ta o wieżowcach jako budowie potęgi Fundacji Lecha Kaczyńskiego jako przeciwwagi dla Fundacji Batorego, na wzór Fundacji Adenauera. To, że Fundacja Batorego nie jest powiązana z żadną partią, nie jest problemem dla prezesa PiS i pytających. Fundacja Adenauera jest związana z CDU, co wynika z niemieckiego systemu prawnego i ma swoje przeciwwagi w postaci Fundacji Eberta (SDP), Naumanna (FDP), Boella (Zieloni) – wszystkie są finansowane prawie w całości ze środków niemieckiego podatnika, wszystkie działają na takich samych zasadach. Żadna z wymienionych niemieckich fundacji nie opiera swojej działalności na dochodach z wysokich na 200 m biurowców w stolicy. Budowanie takich porównań to papka dla wyznawców – którzy przecież z zapałem tłumaczą, że telewizja publiczna musi być tubą propagandową partii rządzącej, żeby zrównoważyć prywatny TVN…

Ciekawy jest wątek rodzinny: „byłem pod pewnym naciskiem moralnym tej części rodziny” – jako usprawiedliwienie realizacji projektu „dwóch wież” akurat przez spowinowaconego z prezesem Geralda Birgfellnera. To smakowite – przeciętny bogaty wujek daje się pod naciskiem rodziny nakłonić do kupienia dobrego komputera siostrzeńcowi. Ale inwestycja za 1,5 mld… Mocne. To nie jest przeciętna rodzina.

A jako argument ostateczny krystaliczności Kaczyńskiego – „przecież tam, na tych nagraniach, nie było przekleństw”.

Tak, ten wywiad przekonał Jacka Karnowskiego i całą resztę przekonanych. Mnie nie.

Na taśmach opublikowanych przez „Gazetę Wyborczą” nie ma przekleństw, nie ma omawiania nielegalnych działań, nie ma korupcji – powiedział prezes PiS Jarosław Kaczyński w rozmowie z tygodnikiem „Sieci”. – To nie narusza mojego wizerunku; muszę jednak prostować te wszystkie kłamstwa i sugestie – dodał.

Co zatem jest na nagraniach. – Jest poszukiwanie wyjścia z trudnej sytuacji, przy nacisku na legalność działań” – powiedział prezes PiS Jarosław Kaczyński w rozmowie z tygodnikiem „Sieci”.

Prezes PiS nie ma wątpliwości: taśmy nie naruszają jego wizerunku. Publikację Gazety Wyborczej podsumował słowami: „nie jest nawet kapiszon”: – Tam przecież nic nie ma. Ale parę spraw chcę sprostować, bo mamy do czynienia z całą masą nieprawdziwych sugestii – dodał prezes PiS. Zaznaczajac, że celem upublicznienia taśm jest prezentacja działań PiS jako czegoś podejrzanego

Kaczyński oświadczył że nie wie, kiedy i po co Gerald Birgfellner nagrywał ich rozmowy. – Na pewno starannie notował w kalendarzu wszystkie rozmowy, co też jest dziwne – powiedział lider PiS. – Na pewno nie było żadnej próby wykorzystania tych nagrań do nacisku czy jakiegoś szantażu, któremu i tak bym nie uległ – oświadczył Kaczyński.

Jarosław Kaczyński skomentował też sprawę faktury wystawionej Srebrnej przez kierowaną przez Geralda Birgfellnera spółkę Nuneaton (powołaną specjalnie na potrzebę budowy). Austriacki biznesmen wystawił cztery takie dokumenty – ich oryginały ma obecnie prokuratura, którą Birgfellner zawiadomił, że padł ofiarą oszustwa. Do jednej z faktur dotarła „Gazeta Wyborcza”. Dokument datowany na 14 czerwca 2018 roku opiewa na kwotę 1,58 mln złotych brutto, a spółka Srebrna miała dokonać przelewu do 21 czerwca. Do transakcji ostatecznie nie doszło.

– Po pierwsze, taki dokument nie wpłynął w czerwcu do spółki, a powinien do niej trafić – stwierdził na łamach „Sieci” Kaczyński. Jak dodał, z informacji medialnych wynika, że nie zapłacono od niej podatku VAT, co – jego zdaniem – potwierdza, że to dokument specjalnego rodzaju.

– Tak przy okazji pokazuje to też szczególne połączenie zaciekłości, złej woli i ignorancji tych, którzy prowadzą tę akcję – ocenił Kaczyński.

„Faktura nie jest podstawą do dokonania płatności”

Rezczniczka PiS Beata Mazurek tak komentowała tę sprawę na Twitterze: – Ta faktura nie jest podstawą do dokonania płatności, bo w niej nie wiadomo, o co chodzi. Taką fakturę każdy może wystawić każdemu – napisała posłanka.

W równie mętny i niezbyt konkretny sposób całą sprawę tłumaczy sam prezes Kaczyński.

Na łamach „Sieci” Kaczyński twierdzi, że wielokrotnie proszono Birgfellnera, żeby zawarł umowę na jakieś konkretne pieniądze, obejmującą to, co robi. Prezes PiS podkreślił, że biznesmen prowadził rokowania z Pekao SA. – I robił to z własnej, nie mojej, inicjatywy – dodał. Biznesmen – opisuje Kaczyński – wynajął również profesora architektury z Wiednia, który przedstawił koncepcję dwóch wież.

– W końcu przedstawił rozliczenie w wysokości 2,5 mln zł, w tym rachunek potwierdzony przez firmę doradczą Baker McKenzie na 101 tys. euro w odniesieniu do spółki Nuneaton – powiedział Kaczyński. – Birgfelnner kupił tę spółkę, rozpoczynając działalność w Polsce w firmie zajmującej się sprzedażą spółek, później odkupiła ją Srebrna – tłumaczy prezes PiS.

Kaczyński podkreślił, że poza rachunkiem na 101 tys. euro Austriak przedłożył „jeszcze parę niewielkich rachunków”, wśród których nie było rachunku za pracę wiedeńskiego architekta. – Do owych 2,5 mln wciąż było daleko. Prosiliśmy więc o rachunki, ale tych nie było – mówi Kaczyński.

Kaczyński myślał, że odpowiednia dokumentacja zostanie dostarczona i dlatego sam miał namawiać władze Srebrnej, by zapłaciły Austriakowi, ale nie zgodził się zarząd ani rada nadzorcza. – W odniesieniu do owych 101 tys. prosiliśmy McKenzie, by przenieśli roszczenia z Nuneaton na Srebrną, ale na to z kolei oni się nie zgodzili. I tak doszło do tej sytuacji, do tych rozmów – stwierdził Kaczyński.

Panika taśmowa

Wiele wskazuje jednak na to, że prezes robi dobrą, ale taśmami jednak się stresuje. Świadczy o tym nie tylko wywiad udzielony Jackowi Karnowskiemu, który znany jest z tego, że trudnych pytań Kaczynskiemu nie zadaje jak i ustalenia poczynione m.in. przez dziennikarkę Newsweeka Renatę Grochal.

Jak pisaliśmy w ubiegłotygodniowym Newsweeku w tekście „Panika Taśmowa” Kaczyński i jego doradcy zdają sobie sprawę, że ten cytat może być rujnujący dla partii i prezesa, który od lat budował wizerunek ascety, niedbającego o majątek. – Po raz pierwszy od lat widziałem prezesa naprawdę przestraszonego, że możemy przegrać wybory. Bo jeśli ludzie uwierzą, że on jest cwanym biznesmenem, to może być dla nas zabójcze – mówił Newsweekowi polityk z władz Zjednoczonej Prawicy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: