Archiwum | Luty, 2019

Ksiądz od Kaczyńskiego milionerem, Macierewicz zapomniał o zamachu smoleńskim i inne pisowskie populizmy

28 Lu

Małe sprostowanie, wynajęli willę. Reszta zostaje.

Ksiądz Rafał Sawicz od czasu, kiedy w „Gazecie Wyborczej” pojawiły artykuły o tzw. taśmach Kaczyńskiego, był nieuchwytny. A to właśnie ksiądz był jedną z osób, która w imieniu Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego podpisała się pod dokumentami, umożliwiającymi rozpoczęcie budowy dwóch wież przez związaną z PiS spółkę Srebrna. Austriacki biznesmen Gerald Birgfellner zeznał w prokuraturze, że przekazał 50 tys. zł w gotówce, które miały trafić do księdza Sawicza za złożenie tegoż podpisu.

Teraz „cudem” odnaleziony ksiądz wydał oświadczenie, które rozpowszechnił jego pełnomocnik mecenas Janusz Masiak. – „Nie chcę i nie będę rozmawiać z żadnymi mediami. Jeżeli zajdzie taka konieczność, będę oczywiście do dyspozycji odpowiednich organów państwowych” – napisał ks. Sawicz.

Z oświadczenia wynika, że ks. Sawicz czuje się „ofiarą”. – „Jestem zdumiony zamieszaniem i skalą zmanipulowanych informacji wokół mojej osoby. Od lipca 2016 roku nigdy nie prowadziłem i nie prowadzę działalności publicznej i uważam, że zasługuję na ochronę prywatności mojej i moich najbliższych. Niestety — ta prywatność w ostatnim czasie była naruszana przez dziennikarzy i ich publikacje” – uważa Sawicz.

Zdumiewać mogą jego słowa, że „wchodząc w skład Rady Fundacji uważałem, że nie będzie to działalność publiczna i nadal tak uważam”. Oświadczenie księdza Sawicza nosi datę 26 lutego.

Poseł PO, Krzysztof Brejza bezskutecznie od wielu miesięcy próbuje się dowiedzieć szczegółów na temat postępów prac sejmowej podkomisji badającej katastrofę smoleńską. Nic dziwnego – ostatni komunikat na jej stronie pochodzi z września zeszłego roku. Najwyraźniej „chodzi o to, aby wyjaśniać, a nie żeby wyjaśnić i skończyć wyjaśnianie…” – komentuje ten fakt na Twitterze poseł Brejza.

Co więcej, gdy poseł próbował wysłać kilka pism listem poleconym na adres podkomisji, pisma … wróciły. Listonosz nie zastał nikogo pod wskazanym adresem i nikt awiza nie odebrał.

Czy taki sam los spotka przesyłkę kogoś, kto zechce przesłać pocztą nowe informacje dotyczące katastrofy w Smoleńsku? – zastanawia się Krzysztof Brejza.

Portal naTemat przypomina, że już w grudniu zeszłego roku poseł wysłał do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie pismo w sprawie zatajania informacji o aktywności podkomisji smoleńskiej przez Antoniego Macierewicza. Polityk pytał między innymi o liczbę posiedzeń podkomisji, jej koszty i zlecone opinie oraz ekspertyzy.

PiS zapewnia, że środki na obietnice zostały zabezpieczone, choć nie ma po nich śladu w ustawie budżetowej.

W związku z rokiem wyborczym Gwiazdka – wyjątkowo – zacznie się już w maju i potrwa aż do końca października. Po konwencji partii aktualnie rządzącej wiadomo już również, kto wystąpi w roli Świętego Mikołaja. Będzie to – osobiście – prezes Jarosław Kaczyński, choć to jednak nie do końca pewne, jak będzie wyglądała obsada roli Gwiazdora na jesieni. Bo do przejęcia Wielkiego Worka z prezentami sposobią się też Robert Biedroń i Grzegorz Schetyna.

A to dlatego, że – jak się to mówi – „nie ma zmiłuj” i jak się nie obieca wypełnić worka z „plusami” po samą kokardę, to nie ma sensu stawać do żadnych wyborów. Kto chce sobie porządzić, ten musi wysupłać te 35-40 miliardów.

Opozycja przyjęła do wiadomości, że za sprawą pana prezesa dokonał się – jak to ujęła na konwencji premier Szydło – „przewrót kopernikański” w dziedzinie marketingu politycznego, polegający na rewolucyjnej obserwacji, że świat lokalnej polskiej polityki kręci się nie wokół interesu publicznego, tylko osobistych korzyści materialnych konkretnego Kowalskiego. Mówiąc inaczej, wygrywa ten, kto obiecuje „kasę do ręki”.

Sądząc po katalogu obietnic przedwyborczych, tę lekcję odrobili już chyba politycy wszystkich opcji, którzy – jak jeden – starają się wrzucić do Wielkiego Wora z prezentami jak najwięcej. I – w zasadzie – wszyscy to samo.

Skąd ta kasa? Tego akurat to na razie nie wiadomo, ale partia aktualnie rządząca zapewnia, że środki na obietnice zostały zabezpieczone, choć nie wiadomo gdzie je trzymają, bo nie ma po nich śladu w ustawie budżetowej. Więc pewnie leżą w sejfie przy Nowogrodzkiej.

Natomiast co do opozycji, to wskazuje te same źródła, co partia rządząca (rezerwy budżetowe) plus oszczędności na… „minusach”. Bo przecież od dawna wiadomo, że – cytując klasyka – w każdym zbiorze Plusów istnieją „plusy dodatnie” oraz „plusy ujemne”.

„Dobra zmiana” i jej „plusy dodatnie” miały zaś pewne – nazwijmy to – „koszty dodatkowe”, o których informowano wyjątkowo drobnym drukiem. Opłata za pięćsetplusa została odebrana w praworządności, wolności mediów i sądów, niezależności służb i prokuratury, polityce zagranicznej oraz posadach w spółkach skarbu państwa dla „nowych elit”. No i w rozlicznych interesach robionych na układzie zależności i znajomości między biznesem i partią władzy.

Te „pięćset minusy” chce zmonetaryzować opozycja, wstrzymując bizantyjskie inwestycje, zamykając nietrafione projekty, oszczędzając na pensjach asystentek w NBP, odprawach zmieniających się co kwartał prezesów spółek oraz na transferach środków do rozlicznych Instytutów Tego i Owego. A też na hojnych dotacjach dla zaprzyjaźnionych z władzą mediów, organizacji i fundacji.

Do zapowiadanych przez wszystkie partie transferów socjalnych KE dokłada jeszcze niemal bezkosztową opcję „normalność plus” – naprawę relacji z Unią, przywrócenie praworządności i swobód obywatelskich oraz ukrócenie szalejącego kolesiostwa i nepotyzmu, a też wyjaśnienie rozlicznych świeżo ujawnionych „afer” wokół obozu władzy.

Te same „plusy dodatnie” plus – oczywiście – 500 plus i inne transfery socjalne ma też w standardzie „Wiosna” Biedronia, która dodatkowo proponuje jeszcze „bonus”, też niemal bezkosztowy, w postaci pakietów „świeckie państwo”, „węgiel minus” oraz „postęp – społeczny, obyczajowy i technologiczny”. To wszystko da się zrobić niemal za darmo. Wystarczą odpowiednie ustawy.

Natomiast co do kolejnych „plusów”, kosztujących dziesiątki miliardów, to warto trzymać się starej, bo jeszcze antycznej zasady, odnoszącej się – skądinąd – do Konia Trojańskiego: „Timeo Danaos et dona ferentes” (Boję się Greków, nawet gdy niosą dary). Bo z „darami” zawsze może się skończyć tak, jak niedawno w Grecji…

Pisowcy o unijnej szmacie, czyli gdzie się pchają szmaciarze

27 Lu

„Czy jesteście za wyjściem Polski z UE, czy popieracie polexit? Czy przeprosicie za nazywanie flagi UE szmatą? Czy zapewnicie Polakom budżet UE na poziomie 400 mld zł – na takim, który został wynegocjowany przez rząd PO? Czy przyrzekniecie Polakom, że w UE nie będziecie współpracować z antyeuropejskimi ugrupowaniami, które są wspierane przez Rosję, z Le Pen i Salvinim na czele? Czy przywrócicie w Polsce praworządność i zakończycie spór z Komisją Europejską, który może zakończyć się wyrzuceniem Polski z UE?” – takie pytania PiS-owi w imieniu PO zadał Cezary Tomczyk.

>>>>>

Rzecznik PO Jan Grabiec powiedział, że skandaliczne jest to, że twarzą kampanii PiS do PE jest Beata Szydło. – „Twarzą tej kampanii jest osoba, która dziś zadaje pytania politykom opozycji, a sama przez rok nie potrafiła wytłumaczyć, co jako wicepremier robi i za co bierze pieniądze podatników. Nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie znalazła czasu, żeby przyjść do Sejmu i spotkać się z protestującymi osobami z niepełnosprawnością. Nie potrafiła również powiedzieć, co stało się z nagrodami, które przyznała bezprawnie ministrom swojego rządu, do kogo trafiły te sumy i dlaczego nie zostały zwrócone do budżetu. Beata Szydło jako pierwszy premier przyznała sama sobie nagrodę, która jej się nie należała. Trudno o lepszy przykład kompromitacji tej formacji politycznej” – stwierdził Grabiec.

Posłowie PO dodali, że „wybory do PE to coś dużo poważniejszego niż ewakuacja skompromitowanych polityków PiS” – „Można powiedzieć, że hasło kampanii, które pojawi się na PiS-owskich billboardach, to już słynne 27:1. To jest symbol polityki europejskiej PiS. A trzeba powiedzieć bardzo jasno, że bez obecności w Unii Europejskiej każda polska inicjatywa jest zagrożona. Trzeba zadać sobie jedno, fundamentalne pytanie. Czy Polska ma być w Unii Europejskiej, czy ma ją opuścić? Dziś na czele bloku antyeuropejskiego stoi PiS razem z narodowcami” – powiedział Grabiec.

Kaczyński straszy swoimi bojówkami

27 Lu

Jarosław Kaczyński „błysnął” na gali Strefy Wolnego Słowa „Gazety Polskiej”. Nie wiedział zapewne, jak lepiej i dosadniej podkreślić rolę środowiska gazety i jej klubów, znaczenia dla swojej partii, więc nazwał ich „oddziałami szturmowymi”.

Na te słowa obruszył się nawet prawicowy historyk Jan Żerko przyznając, że „po niemiecku Sturmabteilungen, w skrócie SA. Niedobrze się kojarzy”. Rzeczywiście, dla każdego, kto choć trochę zna historię to pojęcie budzi niesmak i jednoznaczne skojarzenia.

Jednak prezes Kaczyński nie dostrzega niczego złego w swojej wypowiedzi. Mało tego, na łamach portalu Niezależna.pl rozwinął swoją myśl, mówiąc, że „kiedyś to był taki oddział szturmowy, który przedzierał się przez pozycje, które w gruncie rzeczy niemal wyłącznie zajmowali wrogowie. Dzisiaj to jest oddział szturmowy potężnej już armii, która idzie ku zwycięstwu. Jestem o tym przekonany. Każda armia potrzebuje takiego oddziału uderzeniowego, szturmowego i dzisiaj Kluby „Gazety Polskiej” takim oddziałem są”.

Jak widać, „oddziały” PiS się rozwijają, bo przecież podobnie traktowani są narodowcy i dlatego z taką pobłażliwością partia rządząca patrzy na ich marsze, pilnując, by żadna krzywda ich nie spotkała, a sądy umarzały kolejne sprawy przeciwko nim. Podobna ma być też chyba rola WOT.

Jeden z internautów przypomina prezesowi, jak „skończył dowódca oddziałów szturmowych niejaki Rohm.”, a inni pytają „już ma SA, Gestapo, kiedy powstaną Einsatzgruppen?” i „Ciekawe czy teraz czas na noc długich Noży”.

Ech panie Kaczyński, albo jest pan słabo wyedukowany albo rzeczywiście wie pan, co mówi i to przeraża.

Ze zdumieniem odnotowałem, że Pan Jarosław Kaczyński da nam to i tamto. Już nie polski rząd, już nie partia, ale on, wielki dobroczyńca narodu, wielki święty parafialny. To on będzie rozdawał na dzieci, na emerytów, na dojeżdżających…

A cóż to, ze swoich daje? Rozdaje wcześniej zagarnięte pieniądze w postaci jednych z najwyższych w świecie podatków, których jest coraz to więcej i więcej.

Jeśli prawdą jest, że narodowa gospodarka ma się dobrze, to tylko kosztem ciężkiej pracy naszych obywateli i wielkiego wyzysku państwa. Ten rabunek państwa na pracujących i kupujących jest tak wielki, że bardziej opłaca się Polakom nie pracować niż pracować. Lepiej za granicą zmywać naczynia, zakładać rodzinę i budować swoja przyszłość niż dawać się okradać, po to, aby J. Kaczyński mógł, coś nam dać.

Dzisiaj, nawet bardzo wysokie wykształcenie i zdolności indywidualne nie gwarantują kariery zawodowej i godnego życie w kraju, bo to jest zarezerwowana reglamentacja dóbr dla PiS-owskich miernot i ich rodzin.

Tymczasem przeczytałem, że Mariusz Błaszczak zaprasza do jednostek wojskowych na obchody rocznicy wstąpienia Polski do NATO. Uwaga! Zaprasza Mariusz Błaszczak! Ten cywilny agitator i resortowe dziecko z krwią na rękach ponad 54 ludzi służb zaprasza do swoich jednostek. Kupił je sobie, więc ma i zaprasza? Tak się robi propagandę polityczną!

Prezes rozdaje nieswoje, lub bierze kredyt na nasze konto, minister propagandy wojennej zaprasza na obchody przyłączenia się do NATO, bo przecież tylko przypadkiem nie zrobił tego on i PiS w ostatnich trzech latach „prawdziwej niepodległości”.

Dzisiaj wszystkie ministerstwa tego rządu maja wspólną cechę, bez wyjątku, stały się machiną propagandową władzy. Wyraźnie przecież widać, że Z. Ziobro kieruje ministerstwem propagandy bezprawia i szkalowania sędziów, J. Brudziński odpowiada za ministerstwo propagandowej tolerancji dla faszyzmu, a A. Zalewska zarządza ministerstwem propagandy światopoglądowej… Nad nimi wszystkimi stoi premier agitacji politycznej i znany publiczny kłamca, który tylko poza kamerą mówi prawdę o „zapierd…niu za miskę ryżu”, czy kpi z marzeń Polaków o bezpłatnej służbie zdrowia i „flotylli tratw”, do której będzie strzelał.

Ideolodzy „dobrej zmiany” dobrze wiedzą, że swoim przekazem propagandowym muszą zamydlić oczy ludziom. (Przekazali tylko do TVP 1,2 mld złotych na ten cel.) Wiedzą, że ilość wyprodukowanej podłości, oszustw, kłamstw, nadużyć i przestępstw tej władzy jest tak pokaźna, że będą rozliczani i pociągani do odpowiedzialności przez wiele lat. Alternatywą jest stworzenie warunków do dalszej bezkarności ich działań i dalszego opływania w bogactwach wśród kościelnej ciemnoty przez kolejne 4 lata.

PiS nie ma wyjścia, musi zastosować ofensywę ratunkową dla swoich elit w postaci propagandy, bo nic innego nie posiadają. Mogą jedynie rozdać nasze i zrobić z tego show.

Wierzę, że tym razem ludzie nie dadzą się oszukać.

Morawiecki jako Grek Zorba i jego pan Kaczyński, autentyczny tchórz. Żałosna pisowska Polska

27 Lu

Prof. Leszek Balcerowicz bardzo krytycznie ocenił najnowsze pisowskie obietnice wyborcze. – „Zostały złożone wedle zasady: po nas choćby potop. Z tym, że potopu nie będzie w tym roku i wielu ludziom będzie się wydawać, że oni tak świetnie rządzą. On się zacznie stopniowo po wyborach. Im dalej będziemy szli, tym bardziej będą się ujawniać szkody naniesione przez politykę PiS-u” – powiedział były wicepremier w TVN24. Wyliczył rzeczone szkody – „upartyjnianie gospodarki, czyli zagarnianie przedsiębiorstw dla celów partyjnych, rosnące ryzyko dla działalności gospodarczej, zarówno przez chaos prawny w parlamencie, jak i przez agresywne działania prokuratorów Ziobry”.

Szef Forum Obywatelskiego Rozwoju uważa, że obecna polityka rządzących może doprowadzić do takiego kryzysu, do którego doszło kilka lat temu w Grecji. Porównał też działania PiS do czasów PRL-u pod rządami I sekretarza PZPR Edwarda Gierka: – „Pierwsze lata Gierka były wspaniałe, banany się pojawiły, wszystko było na kredyt. A potem to runęło”.

Prof. Balcerowicz przestrzegł, że „ta pisowska bonanza zaczyna się kończyć. To nie jest tak, że jeżeli człowiek w danym roku wygra los na loterii, to z tego powodu będzie twierdzić, że każdego roku wygrywa. To jest mniej więcej propaganda Mateusza Morawieckiego i PiS-u”. Powołał się na analityków FOR, którzy uważają, że za 2-3 lata będziemy mieli potężniejącą, ogromną dziurę budżetową. I co wtedy będą robić ci, co będą rządzić? Gdyby były rządy PiS, to mielibyśmy kontynuację rosnących podatków. I prawdopodobne rosnące używanie sił represji w stosunku do ludzi, którzy zaczną okazywać bardziej swoje niezadowolenie” – powiedział prof. Balcerowicz.

Odniósł się też do faktu, że nowe obietnice wyborcze PiS składał nie premier, a Jarosław Kaczyński. – „To nie jest specjalnie odkrywcze, żeby podkreślić, że ostateczna władza spoczywa w rękach tego szeregowego posła. Zapewne chodziło o to, by pokazać, zgodnie zresztą z prawdą, że Morawiecki jest wykonawcą, a także, by spróbować, jak to się mówi fachowo, „przykryć” niebywałą aferę, która ujawniona została w taśmach Kaczyńskiego” – stwierdził były wicepremier.

We wtorek prezydent Duda powołał Joannę Lemańską na stanowisko prezesa Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych oraz Tomasza Przesławskiego na stanowisko prezesa Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Akty powołania zostały wręczone podczas uroczystości w Pałacu Prezydenckim.

Prezydent pełen troski i współczucia pochylił się nad losem nowo wybranych, bo jako uważny obserwator  i uczestnik życia publicznego wie, że „w Sądzie Najwyższym dzisiaj zdarza się bardzo wiele sytuacji, które można określić jako przykre dla państwa jako doświadczonych prawników, jako ludzi rzetelnych, uczciwych”. Zwrócił się więc z prośbą do nowych prezesów, by wytrzymali, bo ci sędziowie, którzy ich szykanują, dają świadectwo sami o sobie i przypomniał, że „sędzia nie może poniżać drugiego człowieka, kimkolwiek by on nie był, nawet jeżeli jest wielokrotnym przestępcą, mordercą”.

Dalej padły już znacznie bardziej ostre słowa. O braku szacunku nie tylko do swoich kolegów, sędziów, poniżaniu drugiego człowieka, braku kwalifikacji moralnych, by być sędzią, łamaniu podstawowych zasad istoty wymiaru sprawiedliwości, co świadczy o tym, że ci ludzie „ nigdy nie powinni zostać nominowani do tej wysoce specyficznej służbyZwraca się więc z prośbą do wybranych sędziów, by właśnie tak spojrzeli na sprawę i pamiętali, iż „nie ma innej drogi. Trzeba spokojnie zaczekać, aż odejdą”.

Słów pana prezydenta nie potrafi wyjaśnić jego rzecznik Błażej Spychalski. Również, pytany przez dziennikarza RMF FM rzecznik SN Michał Laskowski, stwierdził, że „nie wie o co chodzi panu prezydentowi” choć przyznał, że rzeczywiście jest „pewna rezerwa w stosunku do tych nowych sędziów, temu nie sposób zaprzeczyć”, jednak nie można mówić o poniżaniu. Trudno jednak nie zauważyć, że nie układa się najlepiej między „nowymi” i „starymi” sędziami. Nie podają sobie ręki, nie witają się i widać tę wzajemną niechęć. No cóż, obecna władza zrobiła wszystko, by podzielić środowisko sędziowskie, więc trudno się dziwić, że jest jak jest.

Pewne jest jednak jedno. Andrzej Duda mocno przeszarżował w swoim przemówieniu i kolejny raz pokazał, że jest prezydentem tylko PiS-u i środowisk, z tą partią związanych.

Pokazał, że cała reszta narodu to tylko zło konieczne, które trzeba po prostu przetrzymać, ale, jak to napisał jeden z internautów, „no cóż, lepiej być obecnie poniżany niż w przyszłości jak Andrzej D. Skazany przez TS”. I tego się trzymam.

Pedofile sami się nie ukarzą i nie napiętnują – my musimy to zrobić.

Obalenie pomnika księdza Henryka Jankowskiego to był symboliczny akt powiedzenia głośno i wyraźnie: koniec przyzwolenia na pedofilię w Kościele. Koniec przyzwolenia na wykorzystywanie dzieci i krycie sprawców. Koniec bezkarności księży pedofilów i traktowania zbrodni na dzieciach inaczej, tylko dlatego, że zbrodniarz nosi sutannę.
Przywrócenie tego pomnika, zresztą bezprawne, jest próbą obrony nie tyle Jankowskiego, co symbolu pewnej hierarchii społecznej, pewnego nierównego i niesprawiedliwego podziału ludzi na lepszych i gorszych, tych, którym wolno więcej, którzy stoją pond prawem i przyzwoitością i tych, którymi się pomiata, którzy są od służenia i spełniania zachcianek, którym nie przysługują żadne prawa.

Ten świat, uosabiany przez kler katolicki stojący ponad prawem, przez księży pedofilów i biskupów zapewniających im bezkarność odejdzie w nicość, ale to co się dzieje, to właśnie próba, by do tego nie dopuścić, by obronić status quo.

Mężczyźni ze społecznego komitetu budowy pomnika księdza Jankowskiego, oddający hołd pomnikowi pedofila, to karykaturalny symbol tego porządku. W latach 80. w USA mówiono, że biały mężczyzna z klasy średniej to kwintesencja patriarchatu. W Polsce dziś kwintesencją największego zła, jakie człowiek może wyrządzić człowiekowi, największej nieprawości, są właśnie ci mężczyźni i wszyscy, którzy bronią Jankowskiego w przestrzeni publicznej.

Zawsze uważałam, że znęcanie się nad mniejszym, słabszym i bezbronnym to przejaw największego tchórzostwa i niegodziwości. Nawet w świecie przestępczym nie istnieje nic gorszego niż krzywdzenie tych, którzy w żaden sposób nie mogą się obronić, jak dzieci, niepełnosprawni i czy starsi ludzie. Pedofilia jest najniższym i najgorszym z tych przestępstw.

Ale tak samo winni jak pedofile, są ich obrońcy. Sprawa pomnika Jankowskiego pokazała, jak wielu ich mamy. Ci ludzie budzą moją ogromną odrazę. Są tak samo winni jak pedofile, ponieważ nikt nie skrzywdzi dziecka, jeśli nie będzie miał takiej możliwości i jeśli nie stworzy mu się po temu warunków – a oni właśnie je tworzą.

Relatywizując i rozmywając winę pedofilów, bagatelizując ją (to było tylko obmacywanie, nie seks, a nawet jeśli seks, to cóż to takiego…, „nie skazujmy człowieka bez dowodów” – choć dowody są przytłaczające, „miał takie zasługi”, „nie można wymazać jego chlubnej karty”, „tak, ale…”, „nie, bo…”), aktywnie tworzy się środowisko, w którym wykorzystanie dziecka przestaje być czymś niewyobrażalnym i potwornym, tworzy się w piekło, w którym mieszkają ofiary księży pedofilów. I popełnia się na tych ofiarach zbrodnię, bo broniąc pedofila, stając za nim murem, pozbawia się je resztek odwagi, godności, człowieczeństwa, chęci walki o siebie, wiary w ludzi i najważniejszego nadziei, przekonania, że warto coś robić, warto krzyczeć o niesprawiedliwości.

W filmie „Spotlight” pada pytanie: co z nich za ludzie, skoro pozwalają tak traktować swoje dzieci? I ja pytam: co z nas za ludzie, skoro pozwalamy na bezkarność księży – pedofilów, wiedząc (bo przecież wszyscy o tym wiemy), że przenoszeni są z parafii do parafii i pozostają całkowicie bezkarni? Co z nas za ludzie, że nie bronimy dzieci, nie buntujemy się i nie krzyczymy głośno o tym, że Kościół katolicki jako instytucja dopuszcza się zbrodni na dzieciach? Co z nas za ludzie, że pozwalamy pouczać się o moralności moralnym kreaturom?

Co z nas za ludzie, że dyskutujemy z przestępcami i oczekujemy, że sami się rozliczą?

Sprawa pomnika Jankowskiego ujawniła, jak wielu obrońców mają pedofile w polskim społeczeństwie, wśród elit. Dla ilu polityków, związkowców, dziennikarzy, ludzi publicznie znanych, pedofilia to nie jest żadna straszna zbrodnia. I wiecie co? Ci ludzie nigdy nie przestaną. Zawsze będą postępować tak samo. Nigdy nie zobaczą w pedofili niczego złego, tak jak pedofile nie widzą niczego złego w swoich zbrodniach. To my musimy ich powstrzymać i pokazać, jak kochamy nasze dzieci, musimy bezwzględnie ich zwalczać. Bezwzględnością w ściganiu przestępców, dobrym i egzekwowanym prawem, patrzeniem na ręce politykom, biskupom i celebrytom – i wrzucaniem każdego, kto broni pedofilów do symbolicznego kosza na śmieci. Musimy piętnować publicznych obrońców pedofilów tak samo, jak piętnujemy pedofilów, inaczej nasze społeczeństwo nigdy nie będzie bezpieczne.

Dość lakoniczny był komunikat po poniedziałkowym spotkaniu szefa „Solidarności” Piotra Dudy z szefem państwa Jarosławem Kaczyńskim. „Tak umówiliśmy się ze stroną rządową, że dziś nie będziemy mówić, jakie postulaty, które przedstawiliśmy, będą zrealizowane w 50, 90 czy 100 proc.” – powiedział Duda, a niezrównana rzeczniczka PiS Beata Mazurek dodała, że „powstanie zespół rządowo-związkowy, który będzie pracował nad rozwiązaniem problemów istotnych dla obu stron”.

Tajemnicze spotkanie ze związkowcami

Jakie to problemy, nie wiadomo, choć kontekst spotkania jest oczywisty – w roku wyborczym związkowcy chcą pieniędzy, a rząd nie chce protestów. PiS obawiał się, że „S” wymknie się spod kontroli i przyłączy do strajków innych związków, a to byłby już pewien kłopot polityczny i wizerunkowy. Zakładam, że strony się jakoś dogadają, bo nie jest przypadkiem przecież, że poprzedni szef związku zasiada obecnie w ławach poselskich partii rządzącej.

Temu tajemniczemu spotkaniu warto się jednak przyjrzeć bliżej, bo ono w skali mikro znakomicie pokazuje, jaki model państwa zbudował PiS.

W teorii forum rozmowy związkowców z rządem stanowi Rada Dialogu Społecznego, ciało umocowane ustawowo, którego członków – spośród ministrów, związkowców i pracodawców – powołuje prezydent. Posiedzenia Rady są jawne, a uczestniczą w nich także związki nie tak przyjazne rządowi jak „S”. Krótko mówiąc – beznadziejne warunki do negocjacji.

„N” nie taki niezależny

Duda z Kaczyńskim zmienili zatem warunki. Prezes PiS był nawet tak łaskaw, że zaoferował jako miejsce spotkania własne biuro i zaprosił na rozmowy swych partyjnych podwładnych – premiera Mateusza Morawieckiego i pewną liczbę ministrów, od Joachima Brudzińskiego przez Elżbietę Rafalską i Grzegorza Tobiszowskiego po Annę Zalewską (ironia losu – wszyscy poza Morawieckim kandydują do europarlamentu).

Jakieś postulaty zostały omówione, coś zostało ustalone, ale co, to tajemnica. „Solidarność” pokazała, że litera „N” jak „Niezależny” z „NSZZ” jest mocno na wyrost, PiS utwierdził się pewnie w przekonaniu, że ma związkową przybudówkę, porządek w państwowej hierarchii został potwierdzony. Niby jest jakaś Rada Dialogu Społecznego, niby jest jakiś rząd i jakiś premier, ale jak przychodzi co do czego, to liczy się tylko jeden gabinet w skromnym biurowcu na ul. Nowogrodzkiej.

Nasz drogi prezes. Ile kosztuje Jarosław Kaczyński?

Rekonstrukcja Morawieckiego, czyli wykop już w maju

26 Lu

Super Ekspress informuje nieoficjalnie, że zaraz po majowych eurowyborach PiSowski rząd czeka rekonstrukcja.

Gazeta podaje nawet konkretne nazwiska i sugeruje, że obecny szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk otrzyma tekę szefa resortu obrony, a dotychczasowy minister Mariusz Błaszczak jest przymierzany do objęcia MSWiA w sytuacji, gdy mandat europosła zdobędzie minister Joachim Brudziński. „Mariusz radził sobie w MSWiA, czego nie można powiedzieć o jego aktywności w MON”– ocenił w rozmowie z dziennikiem ważny polityk PiS.

SE powołując się na niego zapewnia, że nie będzie miejsca w rządzie dla Antoniego Macierewicza, chociaż wielu widziałoby go znów w resorcie obrony.

„Nawet jeśli jego były współpracownik, Bartłomiej M. wyszedłby z aresztu, i tak Macierewicza nikt by nie wpuścił do rządu. Mielibyśmy zbyt dużo do stracenia gdybyśmy się na to zgodzili, choć dochodzą do nas słuchy, że Antoni bardzo chciałby wrócić” – tłumaczy PiSowski funkcjonariusz.

SE zapowiada też, że minister edukacji Annę Zalewską może zastąpić wiceminister Marzena Machałek lub prof. Andrzej Waśko, doradca prezydenta do spraw wdrażania reformy oświaty, gorący zwolennik likwidacji gimnazjów.

Mecenasi Geralda Birgfellnera poprosili ambasadę Austrii o ochronę dyplomatyczną dla swojego klienta. – Podaliśmy konkretne daty i zdarzenia, opisaliśmy je i uznaliśmy, że w tej sytuacji nie mamy do czynienia z procesem sprawiedliwym, w którym dąży się do ustalenia prawdy materialnej, a mamy proces, który faworyzuje jednego z uczestników – tłumaczy Jacek Dubois, pełnomocnik Birgfellnera.

Pismo do ambasady

Jacek Dubois i Roman Giertych, pełnomocnicy austriackiego biznesmena, złożyli wniosek o dopuszczenie do przesłuchań Geralda Birgfellnera przedstawicieli ambasady Austrii. Stosowne pismo jest już ambasadzie.

Pełnomocnicy chcą, aby przedstawiciele ambasady Austrii mogli uczestniczyć w następnych przesłuchaniach, wnioskują też o ochronę dyplomatyczną dla austriackiego biznesmena.

Procedura ta nie jest określona, natomiast stosuje się ją w oparciu o przepisy łączące oba kraje. W tym przypadku pełnomocnicy powołali się na konwencję konsularną między RP a Republiką Austrii.

– Obserwatorzy z ambasady często biorą udział w sprawach, czasem zwracają się o wyjaśnienia, czasem składają wnioski. Ma to na celu kontrolowanie, czy sprawa przebiega zgodnie z regułami – tłumaczy nam Jacek Dubois.

Długa lista uzasadnień

Mecenasi we wniosku informują ambasadę Austrii, że istnieje poważne ryzyko, że konstytucyjna zasada równości wobec prawa, wynikająca z art. 32 konstytucji, nie jest zachowana, po drugie mają wątpliwości, czy przepisy procedury karnej są należycie stosowane. – Ponieważ nie mamy się do kogo zwrócić, bo w zasadzie przedstawiciele władzy jednoznacznie w tej sprawie opowiedzieli się za jedną ze stron, musieliśmy się zwrócić do ambasady kraju, której obywatel został pokrzywdzony, aby ambasada poddała tę sprawę kontroli – tłumaczy mec. Jacek Dubois.

Wniosek opatrzony został kilkunastoma przykładami, że osoba, przeciwko której zostało wniesione zawiadomienie, jest faworyzowana.

– Pan Jarosław Kaczyński, czyli osoba, której dotyczy podejrzenie, nie jest traktowany jako obywatel zwykły, tylko obywatel nadzwyczajny, czego konsekwencją jest zachowanie organów władzy i prokuratury odbiegające, w naszej ocenie, od standardów – tłumaczy Jacek Dubois i dodaje: – Przedstawiciele władzy, nie znając akt sprawy, przesądzili publicznie o niewinności osoby, której dotyczy podejrzenie popełnienia przestępstwa,  próbowali tym samym wpłynąć na organa prokuratury, chcąc im narzucić pewną decyzję.

Po drugie, doszło do spotkania prokuratora generalnego z Jarosławem Kaczyńskim po przesłuchaniu pana Birgfellnera. Mecenasi podkreślają, że to Jarosław Kaczyński jest tu osobą, która w ostateczności decyduje.

Po trzecie, doszło do wycieku akt postępowania, które otrzymali dziennikarze zbliżeni ze stroną rządową, którzy podjęli próbę zdyskredytowania Austriaka w oczach opinii publicznej. W opinii pełnomocników doszło też do próby manipulacji protokołem z zeznań.

Kolejnym zarzutem wobec prokuratury jest próba wywołania efektu mrożącego, czyli zniechęcenia do dochodzenia swoich praw: – doszło do sytuacji, kiedy wobec naszego klienta została nałożona kara grzywny, mimo że usprawiedliwił on swoją nieobecność. Dodatkowo prokuratura wydaje komunikaty w sposób jednoznacznie uderzający w naszego klienta i opierając się na nieprawdziwych informacjach, które musimy prostować – dodaje mecenas Dubois.

Prokuratura odpowiada

Na skutek powyższych zdarzeń w zeszłym tygodniu mecenas Roman Giertych złożył wniosek o odsunięcie prokurator prowadzącej od sprawy. Według mec. Giertycha prokuratura próbowała w zapisie zeznań zawrzeć wypowiedzi, które nie zostały wypowiedziane przez świadka, mimo wyraźnego sprzeciwu zarówno Geralda Birgfellnera, jak i pełnomocników.

Zdaniem prokuratury to właśnie mecenas Roman Giertych próbował zmieniać treść zeznań biznesmena.

Jak powiedział wczoraj rzecznik warszawskiej prokuratury okręgowej prok. Łukasz Łapczyński, wniosek pełnomocnika Austriaka „nie zawierał żadnych racjonalnych przesłanek, które uzasadniałyby stronniczość prokuratora, miał czysto polemiczny charakter, a analiza nagrań bezsprzecznie wykazała, że przesłuchanie było prowadzone prawidłowo” – podała Polska Agencja Prasowa.

– Co do słów prokuratury na temat pana mec. Giertycha, to rozważa on możliwość wszczęcia postępowania o naruszenie dóbr osobistych, ponieważ było to ewidentne nadużycie – komentuje mec. Dubois.

Na pytanie, czy wobec takiej postawy prokuratury mecenasi nie obawiają się próby niedopuszczenia przedstawiciela ambasady Austrii do sprawy, mec. Jacek Dubois odpowiada: – Prokuratura jest samodzielnym gospodarzem, ale ambasada ma obowiązek dbania o swojego obywatela, powinna ocenić zatem, czy jego prawa są należycie reprezentowane, gdyby się okazało, że dochodzi do dyskryminacji obywatela austriackiego w Polsce, to ambasada ma odpowiednie narzędzia dyplomatyczne, z których prawdopodobnie skorzysta.

Najbliższe przesłuchanie Geralda Birgfellnera w sprawie tzw. taśm Kaczyńskiego odbędzie się w czwartek 28 lutego, następne dzień później. Na razie nie wiadomo, jaką decyzję w tej sprawie podjęła ambasada.

Pisowska mać czerwona – Kujda, kumpel Kaczyńskiego

26 Lu

Kazimierz Kujda, były prezes NFOŚiGW, za „dobrej zmiany” otrzymał i otrzyma jeszcze w sumie 1,2 mln złotych wynagrodzenia. A kierował Funduszem trzykrotnie – łącznie przez ponad dekadę. W przerwie szefował spółce Srebrna, związanej z ludźmi PiS. Z funkcji w Funduszu zrezygnował, gdy okazało się, że był zarejestrowany jako tajny współpracownik SB

Formalnie Kazimierz Kujda wciąż jeszcze jest pracownikiem Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. I pozostanie nim do końca maja 2019 roku, przysługuje mu bowiem 3-miesięczny okres wypowiedzenia.

Jak informuje rzecznik NFOŚiGW Sławomir Kmiecik, były prezes wykorzysta w tym czasie „należny urlop wypoczynkowy”. Będzie otrzymywał dotychczasowe wynagrodzenie – brutto 30 tys. 427 złotych miesięcznie.

Potem prawdopodobnie przejdzie na emeryturę. O tym, że chciałby to zrobić mówił wiosną 2018 roku, w – opublikowanej przez „Gazetę Wyborczą” – rozmowie z Geraldem Birgfellnerem.

Austriacki biznesmen chciał, by Kujda wsparł go w rozmowach dotyczących budowy wieżowca przy ul. Srebrnej. Inwestorem miała być spółka Srebrna, której Kujda szefował w latach 1995-1998 i 2008-2015.

Obecnie prezesem Srebrnej jest jego żona Małgorzata Kujda, ale – jak wynika z nagrań Birgfellnera – kluczowe decyzje należą do Jarosława Kaczyńskiego.

Biznesmen sugerował, że jeśli Kazimierz Kujda pomoże mu przekonać prezesa PiS i będzie jego „prawą ręką” w projekcie, może na tym zarobić.

Prezes NFOŚiGW zadeklarował jednak, że pomoże Birgfellnerowi „bez żadnych oczekiwań”. „Jestem w całkiem dobrej sytuacji, jak na warunki polskie, ale pomogę, jak tylko to możliwe” – mówił.

Wyjaśniał, że ma już 67 lat i może już przejść na emeryturę: „Chciałbym tu [w NFOŚiGW] popracować kilka miesięcy prawdopodobnie, a potem zamierzam powiedzieć: dziękuję bardzo” – zwierzył się Birgfellnerowi.

Faktycznie, po 8 miesiącach – 12 lutego 2019 roku – złożył rezygnację z funkcji. Tyle że w okolicznościach, których rozmawiając z Birgfellnerem raczej nie przewidywał.

Wkrótce po publikacji nagrań austriackiego biznesmena, wyszło na jaw, że w czasach PRL Kujda został zarejestrowany jako tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Ryszard”.

Do dymisji podał się pod presją mediów i środowiska politycznego, z którego się wywodzi – czyli Prawa i Sprawiedliwości.

To dzięki poparciu polityków PiS (wcześniej Porozumienia Centrum), a w szczególności Jana Szyszki i Jarosława Kaczyńskiego – Kujda trzykrotnie, łącznie przez ponad 10 lat, kierował NFOŚiGW i przez kilka lat zasiadał w radzie nadzorczej Banku Ochrony Środowiska (którego udziałowcem jest NFOŚiGW).

Jak ustaliło OKO.press, tylko za obecnych rządów PiS Kujda otrzymał i otrzyma jeszcze (do maja 2019) w sumie 1.203.581 złotych (podajemy kwoty brutto).

  • W 2015 roku (od 18 do 31 grudnia) zarobił 7.896 zł,
  • w 2016 – 308.188 zł (miesięczna pensja wynosiła 25.682 zł),
  • w 2017 – 317.072 zł (26.423 zł miesięcznie). Otrzymał też nagrodę – 77.047 zł.
  • W 2018 wypłacono mu 341.245 zł (miesięcznie 28.437 zł),
  • a w 2019 roku – do maja – otrzyma w sumie 152.137 zł (miesięcznie 30.427 zł).

Zawód: prezes (Funduszu i Srebrnej)

Kazimierz Kujda jest doktorem nauk technicznych (elektroenergetyki). Według Onetu, to właśnie wtedy, gdy pracował nad doktoratem na Politechnice Warszawskiej, „bezpieka wytypowała go do werbunku” i namówiła do współpracy.

Jako tajny współpracownik był zarejestrowany przez osiem lat, od 1979 do 1987 roku.

Co dość zaskakujące w zestawieniu z tą informacją – na początku lat 90. związał się z domagającym się lustracji i dekomunizacji Porozumieniem Centrum, pierwszą partią braci Kaczyńskich.

I stał się jednym z najbardziej zaufanych ludzi Jarosława Kaczyńskiego, który w latach 90. miał według wielu relacji, bardzo nieufnie podchodzić do swoich współpracowników i dokładnie sprawdzał, czy „nie ma na nich teczek SB”. Dziś prezes PiS zapewnia, że o współpracy Kujdy ze służbami PRL nie miał „zielonego pojęcia” i że ta informacja spadła na niego „jak grom z jasnego nieba”.

W 1993 roku Kujda został członkiem zarządu Fundacji Prasowej Solidarności (FWP), założonej m.in. przez Jarosława Kaczyńskiego.

Wcześniej fundacja ta – w ramach podziału majątku państwowego koncernu prasowego RSW „Prasa Książka Ruch” – została właścicielem „Ekspresu Wieczornego”, a wraz z nim kilku nieruchomości w Warszawie (m.in. przy ul. Srebrnej). Nieruchomości te wniosła do spółki Srebrna. W 1995 roku Kujda został prezesem tej spółki.

Obie funkcje – w FPS i Srebrnej pełnił do 1998 roku.

To wtedy po raz pierwszy trafił do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, najpierw na stanowisko wiceprezesa (do 2000 roku), a później prezesa (do 2002 roku). Posadę zawdzięczał ministrowi ochrony środowiska w rządzie AWS-UW – Janowi Szyszce, wiceprezesowi Porozumienia Centrum.

W latach 1998-2001 był też członkiem rady nadzorczej Banku Ochrony Środowiska (BOŚ), którego udziałowcem jest Fundusz i rady nadzorczej spółki PKP S.A.

Po zwycięstwie SLD w wyborach 2001 roku, Kujda pozostał w NFOŚ – pracował w nim do 2004 roku jako „ekspert”.

A już w 2005 roku, za pierwszych rządów PiS – po krótkiej przerwie – wrócił do Funduszu. Znów najpierw jako wiceprezes, a później prezes. Zarabiał wówczas kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie.

W latach 2006-2007 zasiadał też w radzie nadzorczej BOŚ. W samym tylko 2006 roku otrzymał z tego tytułu ponad 82 tys. zł wynagrodzenia.

Po przegranej PiS w wyborach parlamentarnych 2007 roku, Kujda znów wrócił na dobrze znany teren – został prezesem spółki Srebrna (2008-2015) i likwidatorem Fundacji Prasowej Solidarności (2012).

W grudniu 2015 roku ówczesny minister środowiska w rządzie PiS Jan Szyszko po raz trzeci powołał go na prezesa NFOŚiGW. 12 lutego 2019 roku następca Szyszki – Henryk Kowalczyk przyjął rezygnację Kujdy.

Mateusz Morawiecki sam sobie przyznał Czeławieka Roku, tak należy interpretować tę godną pożałowania nagrodę

26 Lu

„Sakiewicz wziął kasę ze spółek, kontrolowanych przez Morawieckiego, żeby dać nagrodę człowieka roku Morawieckiemu za to, że odpowiednio dużo kasy z kontrolowanych przez Morawieckiego spółek, trafia do Sakiewicza. Co to będzie za ból i żal za rok” – tak na Twitterze Tomasz Lis podsumował kolejną galę „Gazety Polskiej”.

Redaktor naczelny Tomasz Sakiewicz wręczył premierowi już po raz drugi nagrodę „Człowieka Roku”. Poprzednio Morawiecki dostał ją w 2016 r. Na widowni Filharmonii Narodowej zasiadła cala pisowska „wierchuszka” z Jarosławem Kaczyńskim na czele.

Jeden z internautów umieścił zdjęcie zaproszenia na te imprezę z wymienionymi tamże sponsorami. – I ten Sakiewiczowy bankiecik w Filharmonii Narodowej z naszych pieniędzy… a nad ośmiorniczkami naród szlochał” – napisał Mikołaj Wróbelek.

„To samo, ale na większą skalę robią Bracia Karnowscy. Dają nagrody tym, którzy im dają kasę” – dodał prof. Wojciech Sadurski. – „Żenada, sami sobie przyznają nagrody, wysoko stawiają poprzeczkę, żaden kabaret tego nie przebije.”;

„Niech się bawią… na Titanicu też orkiestra grała do samego końca :)”; – „Brawo. Była taka gazeta Kraj Rad. Zdaje się, że ogłosiła Gierka jakimś tam człowiekiem” – komentowali inni internauci.

Prezydent Andrzej Duda, dokonując bezprecedensowego aktu ułaskawienia wobec byłego kierownictwa Centralnego Biura Antykorupcyjnego, argumentował, że osoby walczące z korupcją powinny zasługiwać na specjalną ochronę. Nie miało dla niego znaczenia, że Mariusz Kamiński i jego koledzy, będąc funkcjonariuszami państwa polskiego, nadużyli prawa, kierując się nie walką z korupcją a politycznym celem uderzenia w koalicjanta Prawa i Sprawiedliwości. Nielegalna prowokacja w tzw. aferze gruntowej została surowo oceniona przez sąd, jednak prezydenta to nie przekonało. Jedynie kwestią czasu było pojawienie się narracji, że na podobny los i łaskę prezydenta RP zasługuje może nie do końca uczciwy (w końcu prawomocnie skazany), ale jednak kierujący się niewątpliwie szlachetnymi motywami (to nic, że z prawdopodobnie rosyjskiej inicjatywy) Marek Falenta, architekt afery podsłuchowej z 2014 roku. 

W maju minionego roku w tej sprawie prawicowe media zorganizowały nawet petycję do prezydenta Andrzeja Dudy, a gorliwym obrońcą i zwolennikiem wręcz orderu państwowego dla biznesmena jest jeden z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy prawicy, korespondent TVP w Berlinie Cezary Gmyz. To właśnie jemu Falenta dziękował “za ujawnienie prawdy” w sierpniu 2014 roku, a ten czynnie agituje na rzecz ułaskawienia bohatera pisowskich mediów. Dziś sprawa nabiera nowych barw, bowiem, jak informuje portal TVN24.pl, do Kancelarii Prezydenta Andrzeja Dudy został właśnie wysłany oficjalny wniosek o ułaskawienie Marka Falenty złożony przez jego córkę. Sam biznesmen nie stawił się natomiast w areszcie karnym, gdzie po wielomiesięcznych przepychankach w sądach i próbach odroczenia odbywania kary z uwagi na względy zdrowotne miał w końcu trafić na początku lutego. Niezmiennie uważa, że jest niewinny, a skazanie go ma wymiar wyłącznie polityczny.

Policja rozpoczęła poszukiwania skazanego biznesmena, bowiem okazało się, że ten zniknął i nie wiadomo gdzie się konkretnie znajduje. Według ostatnich doniesień może znajdować się w jednym z zakładów psychiatrycznych, borykając się z problemami psychicznymi. Czy to wystarczy do tego, by głowa państwa przychyliła się do wniosku o ułaskawienie? Sprawy nie chce komentować na razie ani adwokat Marka Falenty, ani Kancelaria Prezydenta. Z informacji portalu wynika jednak, że do Pałacu Prezydenckiego wpłynęły dwie negatywne opinie w tej kwestii z sądów dwóch instancji. To jednak przecież nie musi być dla Andrzeja Dudy żadną wskazówką. Wszyscy przecież wiemy, że znaczenie afery taśmowej jest dla obecnego obozu władzy niebagatelne. Wielu wyborców z pewnością z radością przyjęłoby decyzję o wzięciu w obronę jej głównego pomysłodawcy.

Prezydent nie musiałby również zasadniczo męczyć się nad wymyślaniem tłumaczenia dla swojej decyzji. Marek Falenta współpracował przecież z funkcjonariuszami ABW i CBA, którym udostępniał nielegalnie zdobyte nagrania. Jak w toku śledztwa zeznawał Łukasz N., jeden z kelnerów w restauracji Sowa & Przyjaciele oraz Amber Room, któremu biznesmen zlecał zakładanie podsłuchów, Falenta mówił mu, że “jest blisko z PiS i że może zorganizować z prezesem Kaczyńskim spotkanie, i że te nagrania mogą pomóc PiS”. Działał tym samym w szeroko pojętym interesie państwa i partii rządzącej, a jako taki powinien otrzymać specjalne względy. I tak fakt, że po tylu latach od afery nadal nie znajduje się za kratkami, jest dostatecznym dowodem na to, że prawo i sprawiedliwość dla tego pana nie działają tak, jak wobec zwykłego Kowalskiego.

Prezydent podpisał ustawę o NBP, która ujawnia zarobki w Narodowym Banku Polskim. – Andrzej Duda po raz kolejny wykonał tylko polecenie prezesa PiS-u. Są rzeczy ważne i ważniejsze, ważna jest przyjaźń z Adamem Glapińskim, ale ważniejsza jest wygrana w wyborach – komentuje Izabela Leszczyna z PO. Dodatkowo ustawa zakłada limity wysokości pensji. To według posłanki PO „niepotrzebna odpowiedzialność zbiorowa”. Jest za jawnością wynagrodzeń w administracji publicznej. Poza tym sąd nie zgodził się na zakaz publikacji w „Gazecie Wyborczej” dotyczących afery KNF, czego domagał się prezes Glapiński.

Ustawa o wynagrodzeniach w NBP podpisana

W poniedziałek prezydent podpisał ustawę o wynagrodzeniach w NBP. Nie sprawdziły się wcześniejsze przypuszczenia, że skieruje ją do Trybunału Konstytucyjnego.

Ustawa zakłada, że zarobki w Narodowym Banku Polskim będą jawne. Mają być publikowane w Biuletynie Informacji Publicznej i objąć okres od 1995 roku. Dodatkowo wysokość pensji prezesa i wiceprezesa ma być taka sama jak w przypadku kierowniczych stanowisk w państwie. Wysokość pensji pozostałych pracowników banku centralnego ustalać będzie zarząd, ale będą miały górną granicę. Nie mogą przekroczyć 60 proc. pełnego wynagrodzenia prezesa NBP.

Przypomnijmy, temat zarobków w NBP wypłynął po doniesieniach „Gazety Wyborczej” dotyczących wysokich zarobków współpracowniczki prezesa Adama Glapińskiego – Martyny Wojciechowskiej. Według dziennika ma zarabiać 65 tys. zł miesięcznie. Do tej pory ta informacja nie została potwierdzona, a Adam Glapiński nie chciał zgodzić się na upublicznienie zarobków swojej współpracownicy. PiS postanowił złożyć ustawę, która prezesa do tego zobliguje.

„Ona w niczym nie pomoże, tylko nam przeszkodzi. Może się pojawić cały szereg problemów pracowniczych, ale damy sobie z nimi radę, jak z każdym innym problemem, niezależnie i samodzielnie” – tak Adam Glapiński mówił na konferencji prasowej 6 lutego, po tym jak ustawę przyjął Senat.

Prezydent wykonał polecenie. „Są rzeczy ważne i ważniejsze”

Posłanka PO nie ma wątpliwości, że nowe prawo tworzone jest na partyjne zamówienie. – Mamy do czynienia z niezwykle pazernym rządem i partyjnymi działaczami, których PiS rekomendował na wszystkie najwyższe stanowiska państwowe. Ci ludzie zachowują się niemoralnie i nieetycznie: rozdają nagrody, jak Beata Szydło; płacą ogromne pensje, jak Adam Glapiński; albo dopuszczają się propozycji korupcyjnych, jak szef KNF. I dlatego, że PiS wprowadził ludzi, którzy mają lepkie ręce, musimy tworzyć nowe prawo? To nie jest normalne – mówi wiadomo.co Izabela Leszczyna.

Dlaczego Andrzej Duda zdecydował się podpisać ustawę? – Po raz kolejny wykonał tylko polecenie prezesa PiS. Panowie się spotkali i Jarosław Kaczyński powiedział Adamowi Glapińskiemu: „patrz, Kazimierz Kujda był moim najbliższym współpracownikiem, ale już go nie ma”. Są rzeczy ważne i ważniejsze, ważna jest relacja z Glapińskim, ale ważniejsza jest wygrana w wyborach. Dla prezesa to gra o wszystko: jeśli PiS wygra, Polska stanie się partyjnym folwarkiem Kaczyńskiego, z ręcznie sterowanym Sejmem, rządem i wymiarem sprawiedliwości; jeśli przegra – całe zło, w tym ciemne pisowskie interesy i afery, wyjdą na jaw i będzie po PiS-ie- komentuje.

Posłanka opozycji w rozmowie z wiadomo.co przyznaje, że pensje pracowników NBP powinny być jawne, ale nie może być stosowana odpowiedzialność zbiorowa. – Adam Glapiński faworyzuje dwie panie, którym płaci więcej niż innym. I tylko dlatego nagle wprowadzamy ustawę, która zakłada górną granicę zarobków dyrektorów. Przecież tam powinni pracować eksperci najwyższej klasy, ludzie, którzy kreują politykę monetarną państwa. Po to, żeby ściągnąć z rynków wybitnych finansistów, trzeba zapłacić duże pieniądze. Jakaś pani wzięła ogromne pieniądze, a karę muszą ponieść wszyscy. Tylko PiS może robić takie rzeczy – mówi Leszczyna.

Poza tym, według Izabeli Leszczyny, to tylko kolejny element pisowskiego oszustwa: wszystko, co PiS robi w polityce, to jest jedna wielka wieś potiomkinowska. Będą udawać, że są uczciwi, rzetelni i zależy im na ludziach. Obietnice wyborcze są spełniane przed wyborami. Takiej korupcji politycznej, kupowanie ludzi za ich własne pieniądze jeszcze nie było.

Zakaz publikacji oddalony. Sąd zmiażdżył wniosek NBP

„Zakazanie Dominice Wielowieyskiej publikowania informacji na temat roli, jaką odegrał Adam Glapiński w aferze KNF, oznaczałoby uniemożliwienie wykonywania jej powinności dziennikarskich” – uznał Sąd Okręgowy w Warszawie, oddalając wnioski Narodowego Banku Polskiego.

Bank zażądał nałożenia przez sąd na dziennikarkę Dominikę Wielowieyską zakazu publikowania przez rok tekstów o prezesie Glapińskim, które mogłyby insynuować jego związek z aferą KNF. To nie wszystko – bank żądał również przeprosin oraz usunięcia z Internetu i wydań papierowych fragmentów opublikowanych tekstów, w których „sugerowano niezgodne z prawem działania organów NBP”.

W związku z taką decyzją poseł PO Krzysztof Brejza pyta, czy Adam Glapiński zwróci do Narodowego Banku Polskiego pieniądze, które zostały przeznaczone na walkę o zakaz publikacji.

Jak skutecznie walczyć o prawdę? – Po prostu mówić prawdę – byli ludzie, którzy ratowali i pomagali Żydom, ale byli też tacy, którzy tego nie robili. Wie pani co jest największym problemem stosunków polsko-żydowskich? Samotność w śmierci narodu żydowskiego – mówi prof. Paweł Śpiewak, socjolog i historyk idei, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego. – Mam raczej pretensję o to, że Polacy teraz tego nie rozumieją, nie umieją poczuć się Żydem w lipcu 1942 roku, w dniach deportacji do Treblinki. Nie rozumieją, co to znaczy być w sytuacji nieprawdopodobnej paniki, strachu, czuć się jak zwierzyna, która za chwilę będzie upolowana. Dla mnie to jest po prostu brak zwykłej empatii. Ale to wymaga długiej pracy, nikt się tego nie nauczy w trzy minuty – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki? Tak twierdzi Isarel Katz, pełniący obowiązki szefa izraelskiego MSZ.

PAWEŁ ŚPIEWAK: To jest prymitywne uogólnienie, tak jakby powiedzieć, że wszyscy Żydzi szachrują. Nie ulega wątpliwości, że takie sformułowania są obraźliwe. Ciekawe byłoby pytanie, na ile przed wojną, w jej trakcie i po wojnie rozpowszechniane były postawy antysemickie i jak ulegał zmianie stosunek do Żydów przez ostatnie ponad 70 lat.

Przed wojną antysemityzm był postawą właściwie powszechną?
Możemy z całą pewnością powiedzieć, że przedwojenna Polska była bardzo silnie nasycona antysemickim językiem. Na początku był silnie związany z Narodową Demokracją, z czasem stał się powszechny także w obozach popiłsudczykowskich, aż w końcu lat trzydziestych zaczął przenikać do lewicy. W okresie międzywojennym miały miejsce rządowe szykany wobec Żydów: zakaz zatrudniania na stanowiskach administracyjnych, wykluczanie Żydów z wojska i policji, getta na terenie uniwersytetów. To było coś odczuwalnego.

Jak czytam prasę końca lat 30. XX wieku, to mam wrażenie, że w polskiej prasie panowała obsesja antysemicka.

A konkretnie?
Na przykład publikowane karykatury są nieprawdopodobnie zjadliwe i ostre, podobnie jak program polityczny. Żydom chciano odbierać prawa obywatelskie i tworzono programy usuwania z Polski różnymi metodami. Nie ulega wątpliwości, że to samo trwało podczas wojny, antysemityzm był bardzo silnie obecny. Nie oznacza to morderczych zachowań, ale Żydzi, którzy chcieli schronić się po stronie polskiej, nie mieli łatwego zadania, napotykali na mur co najmniej obojętności, a nawet wrogości. Liczba uratowanych Żydów po stronie nieżydowskiej była mała – mówimy o kilkunastu tysiącach uratowanych osób, w stosunku do trzymilionowego narodu żydowskiego. Nie może być mowy o masowym ratowaniu Żydów. Lata powojenne także obarczone były ogromnym antysemityzmem, z dużą ilością pogromów i jawną niechęcią, którą znajdziemy nawet wśród wykształconych osób. Tym bardziej, że Żydzi zaczęli obejmować ważne stanowiska rządowe, a Polacy nie byli na to przygotowani.

Trzy fale emigracji spowodowały, że antysemityzm pozbawił Polskę ostatnich Żydów. W tym sensie ciągłość kultury przestała istnieć.

Ale antysemityzm pozostał.
Jest o wiele mniejszy, niż przed wojną, ale jest. Pojawiła się też nowa grupa ludzi, tak zwanych anty-antysemitów, którzy świadomie walczą z antysemityzmem i są zaciekawieni kulturą żydowską. Ale i tak antysemityzm werbalny jest bardzo silny. W Internecie jest tego zdecydowanie za dużo.

Dlatego, że jest przyzwolenie ze strony rządzących na takie zachowania?
Do pewnego stopnia jest. Po pierwsze, żaden przedstawiciel ruchów nacjonalistycznych nie został skazany za głoszenie otwarcie antysemickich haseł. Polskie prawo karne nie jest po prostu stosowane. Po drugie, szereg prawicowych dziennikarzy i środowisk prasowych używa mniej lub bardziej ukrytej antysemickiej retoryki. Wiedziała pani, że gazeta „Do Rzeczy” chce przeliczyć ilość trupów w Jedwabnem? Jakby to miało rozstrzygnąć o sprawie. Takie zachowanie, nawet jeżeli nie jest szerzeniem antysemityzmu, to przynajmniej blokuje jakiekolwiek rozumienie stosunków polsko-żydowskich.

Prezes PiS na tzw. taśmach Kaczyńskiego mówi o panu „ostry żydowski profesor”. Zabolało to pana?
Nie, właściwie to mogę się tylko uśmiechnąć. Ale jednocześnie myślę, jakie skojarzenia idą za takim stwierdzeniem.

Przecież nikt nie powie ostry ormiański albo ostry polski profesor. To jest rodzaj rodzimych skojarzeń, które wpadają w ucho. Ale i tak jestem optymistą.

Naprawdę?
Przez ostatnie 30 lat dużo się zmieniło. Zaczęliśmy otwarcie mówić o problemie antysemityzmu w Polsce i odkrywać nowe wymiary prawdy historycznej. Powstały raporty na podstawie tzw. sierpniówek, czyli dekretów dotyczących kolaboracji z Niemcami, gdzie mowa jest o przejawach antysemityzmu i morderstwach na Żydach w czasie wojny; głośno mówi i pisze się o pogromach w Krakowie, Chełmie, Rzeszowie, Kielcach czy Dobrem; odkrywa się coraz więcej zorganizowanych mordów w miejscowościach wokół Jedwabnego, czyli w dawnym województwie łomżyńskim. To jest bardzo ważna zmiana, bo nie można już udawać, że tego nie było.

Niektórzy jednak udają albo zaprzeczają. Nie chcą dopuścić do siebie myśli, że byli też źli Polacy. To się nie zmieni?
To jest trochę mitomania, bo na co dzień ci sami ludzie będą bardzo źle mówili o swoich polskich sąsiadach. Z badań socjologicznych wynika, że żaden naród tak bardzo siebie nie lubi jak Polacy.

Stereotyp Polaka jest bardzo negatywny. Jeżeli chodzi o poziom wzajemnej nieufności, to Polacy wyprzedzają wszystkie kraje europejskie, a nawet Rosję. Na co dzień mamy o sobie bardzo złe zdanie, ale nie potrafimy przyznać, że skoro tacy jesteśmy dzisiaj, to byliśmy też w przeszłości.

W Izraelu widoczne i odczuwalne są nastroje antypolskie?
Oczywiście, ale bez przesady. Jak jeżdżę do Izraela czy spotykam się ze środowiskami żydowskimi, to widzę, że też coś się zmienia. Coraz mniej ludzi pamięta czasy wojenne, więc w przestrzeni funkcjonują przede wszystkim mity przekazywane z pokolenia na pokolenie. Nie wiemy, ilu Żydów zginęło z rąk Polaków, ale to nie była mała liczba. Dużo jest historii o szmalcownikach, którzy wykorzystywali strach Żydów. Czasami mam wrażenie, że część Żydów ma więcej złości w stosunku do Polaków niż do Niemców. Oczekiwania wobec współobywateli były bowiem większe, niż wobec jawnych wrogów.

Nie da się tak po prostu odciąć od przeszłości. Ale jak sobie z nią radzić?
Żydzi przyjeżdżają do Polski nie tylko w celach historycznych. Silna więź z Polską pozostała, zwłaszcza wśród ocalonych albo ich dzieci. Poza Ameryką to Polska była krajem, gdzie przed wojną było najwięcej Żydów, krajem ważnym dla kształtowania żydowskiej tożsamości, literatury, teatru, polityki i nagle stał się pustynią. To jest też problem psychologiczny dla nich samych.

Polska mimo wszystko pozostała ważna i chcę, aby nie była tylko nabzdyczona poczuciem dumy.

Kto jest nabzdyczony? Premier, który bojkotuje spotkanie Grupy Wyszehradzkiej w Jerozolimie po słowach ministra obrony narodowej Izraela, a wcześniej premiera tego kraju?
Mateusz Morawiecki powinien moim zdaniem potraktować taką sytuację z większym zrozumieniem, nie ulegać tak łatwo emocjom i antysemickim tendencjom w Polsce. Zrobił to między innymi po to, aby pokazać, że jest twardy, nie pozwoli wodzić się za nos i mówić źle o Polakach. Powinien tam pojechać, porozmawiać i wytłumaczyć, że to słowa Katza są głupie i szerzą mowę nienawiści. Najłatwiej jest się obrazić. Lepiej jednak zachować podstawowe zrozumienie dla poczucia ludzkiej krzywdy. To jest naród bardzo skrzywdzony i jeszcze długo będzie żył z tym poczuciem.

Powinniśmy zrozumieć i wybaczyć słowa o tym, że „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki”?
Wiele razy już słyszałem takie stwierdzenia. Jak pierwszy raz pojechałem do Nowego Jorku i trafiłem do dzielnicy żydowskiej, to

jak mówiłem, że jestem Polakiem, słyszałem, że to Polacy zabijali Żydów.

Jak pan reagował?
Spokojnie. Obrażanie się nie jest rozwiązaniem. Jedyną rzecz, jaką mogłem zrobić, to tłumaczyć, że to nie Polacy, a Niemcy. Niektórzy Polacy korzystali z okazji, ale trudno mówić o zbiorowej winie całego narodu.

Nie oczekiwałby pan przeprosin za takie słowa?
To jest tak kompromitujące dla ministra Israela Katza, ale niczego bym od niego nie oczekiwał. Takie rzeczy może mówić w domu, ale nie publicznie jako polityczne stwierdzenie.

Premier Izraela Benjamin Netanjahu też miał powiedzieć podczas wizyty w Warszawie, że „Polacy kolaborowali z Niemcami”. Co prawda te słowa zostały zdementowane, ale nie przez samego premiera. Niesmak pozostał?
Premier Izraela powiedział tylko, że nie zadziałały przepisy nowej ustawy o IPN. I to jest przecież prawda.

Ta ustawa jest okropna, jest najgorszym rodzajem produktu, jaki w ogóle można sobie wyobrazić.

Dlaczego?
To jest produkt konfliktu, który nic nie załatwia. Wprowadzone przez władzę zapisy miały służyć ochronie dobrego imienia Polaków, a dzięki tej ustawie nagle cały świat dowiedział się o „polskich obozach śmierci”. Trzeba być kompletnym politycznym niezdarą, żeby coś takiego wykombinować. Próby nałożenia jakiegokolwiek kagańca prowadzą donikąd, w cywilizowanym świecie tak się nie robi. Dobrze, że przynajmniej z zapisów o penalizacji za oskarżanie narodu polskiego rząd się wycofał.

Po awanturze związanej z wypowiedzią Benjamina Netanjahu PiS zapowiedział, że będzie chciał przyjąć w Sejmie uchwałę dotyczącą odpowiedzialności za Holocaust. Ostatecznie się z tego wycofał. Dobra decyzja?
Tak, bo to byłaby próba załatwienia problemów historycznych metodami politycznymi. Taka uchwała i tak nie byłaby nic warta.

Jak skutecznie walczyć o prawdę?
Po prostu mówić prawdę – byli ludzie, którzy ratowali i pomagali Żydom, ale byli też tacy, którzy tego nie robili. Wie pani co jest największym problemem stosunków polsko-żydowskich? Samotność w śmierci narodu żydowskiego.

Co ma pan na myśli?
Są trzy etapy stosunków polsko-żydowskich w czasie wojny: od września 1939 roku do zamykania Żydów w gettach, gdzie Polacy i Żydzi jeszcze żyli razem, ale już stosowana była wobec nich przemoc, między innymi ze strony polskich chuliganów; potem ok. 2 lat funkcjonowania gett w większych miastach, totalna izolacja Żydów i oglądanie śmierci – 90 proc. zginęło w całkowitej obojętności albo przy niewiedzy Polaków, co się tak naprawdę działo; ostatni etap to koniec 1942 i początek 1943 roku, czyli likwidacja gett i czas ucieczek, ale wtedy już Żydów w Polsce właściwie nie było.

Dlaczego Polacy nie udzielali Żydom tak szeroko pomocy? Zapewne dlatego, że nie chcieli, że się bali, inni może nie wiedzieli, jak pomóc. Musimy o tym wszystkim myśleć w całkowitej złożoności, nie możemy upraszczać.

Czyli chodzi panu o samotność Żydów w obliczu śmierci?
Żydzi jak patrzyli na Warszawę po drugiej stronie murów, to mieli poczucie, że to jest wolny kraj. Z ich perspektywy tam toczyło się w miarę normalne życie. A okazało się, że w środku tego miasta można było zamordować 300 tysięcy ludzi. Ktoś w Warszawie o tym myślał?

Ma pan pretensję o taką obojętność?
Mam raczej pretensję o to, że Polacy teraz tego nie rozumieją, nie umieją poczuć się Żydem w lipcu 1942 roku, w dniach deportacji do Treblinki. Nie rozumieją, co to znaczy być w sytuacji nieprawdopodobnej paniki, strachu, czuć się jak zwierzyna, która za chwilę będzie upolowana. Dla mnie to jest po prostu brak zwykłej empatii. Ale to wymaga długiej pracy, nikt się tego nie nauczy w trzy minuty.

Jak teraz reagować na przejawy antysemityzmu?
To jest zasadniczo problem mowy nienawiści, którą traktuję jako przejaw prostactwa. Dlatego można tylko robić swoje. Są różne warsztaty, szkolenia i taka droga jest bardzo ważna. Rządzący niestety przyzwalają na taki język, co najmniej nie reagują, ale także produkują.

Jacek Kurski ze swoją fabryką nienawiści jest liderem propagandy. Odpowiedzialność moralna i polityczna za to jest po stronie partii rządzącej.

W czym taka propaganda nienawiści ma rządzącym pomóc?
To jest język skierowany do własnego elektoratu, tworzenie obozu, który broni się przed czyhającym na świecie złem. Chodzi o ugruntowywanie pozycji własnej formacji politycznej, która staje się także formacją duchową i światopoglądową. Ja to określam jak połączenie zideologizowanego katolicyzmu z nietolerancyjną postawą. To jest żywienie się prostactwem i jego uszlachetnianie. Im głupiej, tym lepiej, dlatego zależy wielu propagandzistom na ogłupianiu ludzi. I to jest największa zbrodnia np. Jacka Kurskiego.

To jest człowiek, który za to, co robi, powinien stanąć kiedyś przed sądem. Wszystko zaczęło się już wcześniej, od „dziadka z Wehrmachtu”, którego wypominał Tuskowi. Obrzydliwiec! Potomek Gaona z Wilna powinien inaczej się zachowywać.

Obawia się pan o przyszłość Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN? Przypomnę, minister kultury nie przedłużył kontraktu obecnemu dyrektorowi.
Na razie nie panikuję. Ten konflikt nie jest dla władz dobry, bo to jest sprawa międzynarodowa. Muzeum powstało między innymi dzięki olbrzymim dotacjom amerykańskich Żydów. Narzucanie swojego nominata wbrew wszystkim zakończy się straszną awanturą.

Minister chce narzucić swojego nominata?
To, że obecna władza nie lubi dyrektora Stoli, nie ma żadnej wątpliwości. Władze zgodziły się na konkurs na stanowisko dyrektora POLIN, który w ciągu dwóch miesięcy będzie rozstrzygnięty. Jest nieźle.

Dlaczego jest na cenzurowanym? Naraził się wystawą dotyczącą Marca ’68?
Ta wystawa była bardzo skromna i prosta, ale niestety trafiła akurat na zły czas, czyli dyskusję wokół zmian w ustawie o IPN. Wtedy wiele głosów w propagandzie pisowskiej zabrzmiało znajomo. Okazało się, że te same słowa i pojęcia pojawiały się wtedy i dzisiaj. Dlatego pojawiły się na niej wypowiedzi nabzdyczonych prawicowych dziennikarzy.

Próba przejęcia Muzeum POLIN napotka społeczny opór?
Ta ekipa władzy stara się zbudować nową elitę muzealniczą, kulturalną, filmową, wspiera prawicowe pisma i prawicowych twórców. Jak to robią? Wymieniają dyrektorów placówek i wprowadzają nowych ludzi. Dotuje się chętniej środowiska katolickie, konserwatywne, a nie lewicowe czy liberalne. Pozostają ci, którzy są ostrożniejsi w wypowiadaniu się w różnych kwestiach.

Większy i mniejszy oportunizm szybko się rozpowszechnia.

Dlaczego władzy tak bardzo zależy na przejmowaniu instytucji kultury?
Kto panuje nad duszami, ten panuje nad krajem. Wie pani, że w podręcznikach do szkół podstawowych w ogóle nie ma słowa Żyd? Naprawdę. W taki sposób chcą kształtować pewną mentalność, tworzyć alternatywną wizję historii, świadomie budować nowego Polaka. Mają w swoim ręku telewizję publiczną, oświatę. Mają liczne narzędzia, by realizować swoją kontrofensywę antyliberalną i antymodernistyczną.

Partia rządząca najwyraźniej gra va banque o wybory, nie przejmując się tym, jak będzie wyglądała sytuacja w przyszłości. To bardzo niebezpieczne działanie – mówi prof. Witold Orłowski, ekonomista. – Zaczynam podejrzewać, że czeka nas prędzej czy później podniesienie podatków i inflacji, która też jest rodzajem cichego podatku. Zresztą podniesienia się inflacji oczekuję już w drugiej połowie tego roku. Potem zaczną się kłopoty z domknięciem budżetu, UE wprowadzi procedury nadmiernego deficytu, żądając podwyższenia podatków. Takie działanie w momencie spowolnienia gospodarki doprowadzą do czegoś odwrotnego, niż to, z czego rządzący byli dumni przez ostatnie 3 lata. Wzrost podatków będzie znacznie wolniejszy od wzrostu PKB, luka VAT znów wzrośnie – prognozuje nasz rozmówca.

KAMILA TERPIAŁ: PiS proponując w sobotę „piątkę Kaczyńskiego” przeprowadza gigantyczną operację kupowania głosów wyborców?

PROF. WITOLD ORŁOWSKI: To raczej nie ulega wątpliwości. Jako ekonomista mogę się tylko domyślać, że jest to przejaw strachu z powodu utworzenia Koalicji Europejskiej i pojawienia się nowej partii, czyli Wiosny Roberta Biedronia. Wygląda to tak, jakby rządzącym puściły nerwy i pewne ograniczenia świadomości, za jaką cenę można kupować głosy wyborców. Przecież jak się wygra wybory, to później jeszcze trzeba przez 4 lata rządzić, a konsekwencje takich wydatków, jakie obiecuje PiS, mogą być długookresowe i sprawić, że przyszłość nie będzie wesoła.

Ten, kto będzie rządzić, może mieć już poważne problemy ze spłacaniem zaciąganych w tej chwili długów.

40 miliardów złotych to dużo czy bardzo dużo?
Tyle warte są tyko dwie z tych obietnic, czyli 500 Plus na każde dziecko i 13. emerytura. Mowa była jeszcze, ale w bardzo niejasny sposób i bez konkretów, o obniżeniu podatku dochodowego, wzroście kwoty wolnej od podatku,czy podniesieniu kosztów uzyskania przychodu. O ile? W tym wypadku nie wiadomo. To mogą być koszty idące w kilka, ale również w kilkadziesiąt miliardów złotych. Ale jest jeszcze drugi bardzo poważny problem – takie obietnice są zachętą dla sfery budżetowej do żądania podwyżek płac. Tam i tak już buzuje, do tej pory rząd starał się uspokajać i tłumaczyć, że

czasy, kiedy „stać nas na wszystko”, się skończyły. Ale w tym momencie widzą, że rząd stać na wydanie lekką ręką kilkudziesięciu miliardów złotych. Jestem przekonany, że w tym roku to może bardzo ożywić żądania płacowe.

Nauczyciele są właściwie na krawędzi strajku. Źle dzieje się także w służbie zdrowia. Dlaczego rząd nie zwraca na to uwagi?
Tak naprawdę, jakby rząd chciał uczciwie wydać 30-40 miliardów złotych i rozwiązać podstawowe problemy społeczne, to należałoby je przeznaczyć na służbę zdrowia, zresztą wcale nie na podwyżki płac. To, że pracownicy sfery budżetowej oczekują podwyżek, wynika z faktu, że płace rosną w gospodarce, to zupełnie inna kwestia. Widać wyraźnie, że w kąt poszły pomysły o tym, że pieniądze powinny służyć inwestowaniu.

W odróżnieniu od tego, co słyszeliśmy przez ostatnie lata, nie padło ani słowo o modernizacji czy o inwestycjach, chodzi tylko o proste i szybkie przekazanie gotówki do ręki. Jakby zainwestowało się w służbę zdrowia, to zanim będą widoczne efekty, minie czas wyborów.

„Gdybyśmy chcieli sfinansować każde dziecko w Polsce, to koszt programu 500 Plus by się niemal podwoił, a na to nas nie stać” – tak zaledwie kilka miesięcy temu mówiła minister pracy Elżbieta Rafalska. Nagła zmiana? 
No właśnie. Rząd zaczynał już jakiś czas temu mówić, że więcej pieniędzy w budżecie nie ma. Sytuacja jest jednak gorsza, niż się wydaje. Dotąd bez wzrostu deficytu pieniędzy na wszystko wystarczyło, ale działo się to w warunkach wyjątkowej koniunktury gospodarczej, która nie jest do utrzymania przez dłuższy czas. Nawet gdyby nie było dodatkowych wydatków, sytuacja budżetu ulegnie wyraźnemu pogorszeniu tylko z powodu spowalniającej gospodarki. Być może już w tym roku, a z całą pewnością w przyszłym.

Jaki będzie stan budżetu z dodatkowymi wydatkami?
Takie wydatki technicznie uda się zapewne jeszcze w tym roku ukryć, nawet gdyby dochody państwa szybko nie rosły. Emerytury wypłaca ZUS, wystarczy więc nakazać, żeby to on zaciągnął kredyt, a nie bezpośrednio budżet. Na dłuższą metę oczywiście za długi ZUS-u odpowiada państwo.

Rząd zapewne będzie używać takich trików, które pozwolą na to, aby nie nowelizować budżetu. Działania, które powodują odłożenie problemu w czasie, są jednak bardzo niebezpieczne. To samo widzieliśmy przy okazji wzrostu cen energii. Rząd przełożył to o rok po to, żeby ludzie nie zobaczyli wyższych rachunków za prąd, z pełną świadomością tego, że później ceny wzrosną podwójnie.

Mamy do czynienia z polityką, która nie liczy się zupełnie z tym, co będzie po wyborach. Zaczynamy wchodzić na niebezpieczną ścieżkę. Budżet w tym roku jest w stanie wiele wytrzymać. Ale czy w przyszłym już nie pęknie?

Co to może oznaczać?
Duże kłopoty budżetowe to koniec opowieści o tym, że mieścimy się w 3 proc. deficytu PKB. Zaczynam podejrzewać, że czeka nas prędzej czy później podniesienie podatków i inflacji, która też jest rodzajem cichego podatku. Zresztą podniesienia się inflacji oczekuję już w drugiej połowie tego roku. Potem

zaczną się kłopoty z domknięciem budżetu,

UE wprowadzi procedury nadmiernego deficytu, żądając podwyższenia podatków. Takie działanie w momencie spowolnienia gospodarki doprowadzą do czegoś odwrotnego, niż to, z czego rządzący byli dumni przez ostatnie 3 lata. Wzrost podatków będzie znacznie wolniejszy od wzrostu PKB, luka VAT znów wzrośnie.

PiS gra va banque?
Partia rządząca najwyraźniej gra va banque o wybory, nie przejmując się tym, jak będzie wyglądała sytuacja w przyszłości. To bardzo niebezpieczne działanie.

Prezydent podpisał ustawę o jawności wynagrodzeń w NBP. Powinny być jawne? Dowiemy się w końcu, kto i ile zarabia w Narodowym Banku Polskim?
Lepiej, żeby dochody w NBP nie były jawne, poza ścisłym kierownictwem. Mówimy w końcu o zatrudnianiu ludzi z rynku, którzy równie dobrze mogliby pracować w bankach, więc trzeba im zaoferować rynkowe wynagrodzenia. Ale po pierwsze, można żyć i z jawnością dochodów w całej sferze publicznej, choć może to zachęcać do populizmu. A po drugie, skoro nie było jak skłonić prezesa NBP do zdradzenia, ile zarabiają dwie panie, być może znacznie przepłacane w stosunku do kwalifikacji, więc politycy nie znaleźli innego sposobu, niż ustawa.