Archiwum | Styczeń, 2019

Kaczyński okrada Polskę śpiewająco

29 Sty

Kula śnieżna nie wytraca impetu. PiS w coraz głębszej defensywie. Szykuje się wyborcza chłosta.

Oczywiście, jeśli się potwierdzi, co piszą media o uwikłaniu aresztowanych ludzi z otoczenia byłego ministra Macierewicza w przekręty w firmach sektora publicznego.

Co to za ludzie! Od rana do wieczora mielą patriotyczne frazesy, a zarazem za ich plecami, a może i za ich wiedzą idzie biznes na całego. „Należy się im”. A pycha podpowiada, że twardy elektorat to toleruje, a może nawet pochwala. Bo jemu też się należy.

Powstała sytuacja już całkiem jak z republik bananowych. Ale rząd zainterweniował. Sygnał został wysłany i do Macierewicza (nie masz immunitetu od wszystkiego), i jego środowiska. I szerzej: do administracji państwowej, do nowych kadr, którym „zjednoczona prawica” dała robotę po 2015 r.: uważajcie, nie pozwolimy, żebyśmy przez takich jak ten M. przegrali wybory.

Na razie mnożą się spekulacje: walka frakcyjna w PiS, akcja prewencyjna, jakieś „kwity” na prezesa, przykrywanie wcześniejszej afery z Chrzanowskim i Glapińskim, politycznie inspirowanego zabójstwa prezydenta Adamowicza, głupot opowiadanych przez premiera w związku z Dniem Pamięci o Zagładzie Żydów, bierności policji w Oświęcimiu, kiedy przez miasto maszerowali nienawistni nacjonaliści. Dużo tego. Tak właśnie powstaje polityczna masa krytyczna. Nawet pisowski beton może pęknąć.

Opozycja słusznie apeluje do rządu o przedstawienie w Sejmie informacji na temat aresztowań ludzi Macierewicza, w tym byłego szefa jego gabinetu politycznego. Powinien to być minister koordynator służb specjalnych. Ale jaka jest wiarygodność pana Kamińskiego czy pana Ziobry? Słusznie w mediach przypomniano nie tak dawne zachwyty niektórych notabli PiS nad panem M.

Nieformalny system kształtujący się pod rządami prawicy pisowskiej to państwo tekturowe. Za biało-czerwoną fasadą z megafonami grającymi muzykę narodową i kościelną widzimy tyły, gdzie uwijają się do cna skorumpowani aktywiści i beneficjenci „dobrej zmiany”, kradnąc i marnotrawiąc pieniądze publiczne.

Naturalnie nie wszyscy. Ale czy czekający na operację chirurgiczną prezes Kaczyński da radę zapanować nad kolejnym kryzysem w obozie obecnej władzy, za którą przecież ponosi polityczną i moralną odpowiedzialność w stopniu nieporównywalnym z nikim innym?

Dziennikarze Gazety Wyborczej, Wojciech Czuchnowski i Iwona Szpala ujawnili rozmowę Jarosława Kaczyńskiego z austriackim biznesmenem Geraldem Birgfellnerem, która odbyła się 27 lipca 2018 r.

W rozmowie uczestniczyli również: Grzegorz Tomaszewski, cioteczny brat Kaczyńskiego oraz wspólniczka i zarazem tłumaczka Birgfellnera.

Na ujawnionym nagraniu prezes PiS mówi o wartej 1,3 mld zł inwestycji spółki Srebrna, której właścicielem jest fundacja Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Spółka miała zbudować w centrum Warszawy dwa bliźniacze wieżowce, w których miały znaleźć się hotel, apartamenty, powierzchnie biurowe i siedziba Instytutu, którego członkiem zarządu jest Jarosław Kaczyński.

Całość inwestycji mają przygotować firmy Geralda Birgfellnera, który przez 14 miesięcy pracy dla spółki Srebrna odbył 160 spotkań biznesowych, w tym 16 z samym Kaczyńskim w siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie.

Jak wynika z rozmów całość inwestycji miała zostać sfinansowana przez kontrolowany przez Skarb Państwa bank Pekao SA. Wszystko wydawało się być dopięte na ostatni guzik, a jednak Birgfellner uważa dzisiaj, że został oszukany.

Na ujawnionych taśmach słychać m.in., jak Kaczyński nie tylko biegle porusza się po biznesowych meandrach, ale również jak próbuje wymigać się od zapłaty za wykonaną przez Birgfellnera pracę, „bo nie ma do tego formalnych podstaw”.

Prezes PiS informuje Austriaka, że plan inwestycji został wstrzymany. „Nie dostaniemy wuzetki, jak nie wygramy tych wyborów.” – powtarza kilka razy w rozmowie Kaczyński. I chodzi nie tylko o wybory samorządowe, ale również o parlamentarne. Według prezesa PiS ujawnienie budowy wieżowca byłoby „zabójcze” dla partii, „bo to medialnie nie do obrony. Taka jest polityka” – mówi prezes.

Jak wynika z taśm, Kaczyński usiłuje przekonać Austriaka, że nie ma wpływu na zaistniała sytuację i podpowiada mu wystąpienie na drogę sądową, aby mógł dochodzić swoich roszczeń. „Niech pan nas pozwie, podpiszemy ugodę, zyskamy tytuł do wypłaty i wypłacimy pieniądze.” – zachęca Kaczyński austriackiego biznesmena, co wydaje się logiczne przy dzisiejszej instrumentalizacji sądownictwa.

Birgfellner jednak nie wierzy już w jakiekolwiek zapewnienia i za pośrednictwem prawników – Romana Giertycha i Jacka Duboisa – wysłał do warszawskiej prokuratury zawiadomienie „o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Jarosława Kaczyńskiego”. Roman Giertych zapowiada, że jeżeli postępowanie zostanie upolitycznione, „to rozważymy wystąpienie o wszczęcie postępowania przez prokuraturę w Wiedniu. „

Jeśli ktoś kłamie, to jest kłamczuchem, jeśli kradnie – złodziejem, jeśli oszukuje – oszustem

Walka z mową nienawiści jest wojną obronną, a zatem słuszną i sprawiedliwą. Od tak dawna obrzucamy się błotem oszczerstw, potwarzy i pomówień, że dla wielu to bagienko stało się już środowiskiem naturalnym.  Czas się ratować – oskrobać z podłych intencji i obmyć z nienawistnych słów. Jednak wezwania, by każdy z nas rozpoczął odnowę moralną od siebie, od zaraz i bez warunków wstępnych, uważam za nierealne i niebezpieczne. Słuchając nawoływań o zawieszenie broni i narodowe pojednanie, obłażą mnie wątpliwości, z których nie potrafię się otrzepać.

Jeśli zależy nam na trwałym pokoju społecznym, to przyjąć musimy do wiadomości, że zawieszenie broni nie zakończy się traktatem pokojowym, póki rozpalać się będą lokalne walki i potyczki. A będą, nawet gdyby wszystkich harcowników przenieść na tyły, do taborów. Bo nie wierzę w dobre intencje wszystkich walczących, tak jak nie wierzę w przyzwoitość na zawołanie. Cisza na froncie to znakomita okazja dla cynicznych watażków, którzy wykorzystując uczciwość przeciwnika przejmują inicjatywę i kontynuują swoją wojenkę wmawiając światu, że oni strzelają wyłącznie ślepakami i tylko na wiwat. Będą nadal toczyć swoje bitwy poprzez najemników, wynajętych wyznawców i wyznaczonych funkcjonariuszy.

Na szczytach władzy słychać nawoływania do narodowej zgody i porozumienia. I na tym samym oddechu rządzący dopowiadają, że przemysł pogardy jest produktem Platformy. Okazuje się, że wojnę polsko-polską rozpoczął Donald Tusk, zniesławiając wyborców PiS niewyobrażalną kalumnią: „moherowe berety!”, wobec której jakieś tam „zdradzieckie mordy”, „mordercy” oraz „komuniści i złodzieje” to tylko usprawiedliwiona reakcja obronna. Dzisiaj PiS zaprasza opozycję na rozmowy pokojowe, a w tle słychać wyraźnie tętent nadjeżdżającej kawalerii i rżenie koni jeźdźców Apokalipsy.

Na sobotnim zebraniu partyjnym z udziałem dowiezionych samorządowców prezes Kaczyński dokonał niebywałych odkryć, że oto Polska jest podzielona, a podział ten prowadzi do wydarzeń, które jednak nie powinny mieć miejsca – sugerując jednocześnie, kto za to odpowiada . Pan premier zawtórował swojemu przełożonemu, kolejny raz wyliczając, czego to poprzedni rząd przez 8 lat nie zrobił, po czym opowiedział o „przezwyciężaniu spuścizny porozbiorowej”(!) i z braku przekonujących sukcesów skupił się na wyzwaniach przyszłości – o wyzywaniach w przeszłości nie wspominając. Wcześniej wicemarszałek Terlecki obsobaczył zaproszoną na „rokowania” opozycję, która ośmieliła się zarzucić TVP – uczciwej przecież i obiektywnej jak nigdy dotąd – że kłamie i podgrzewa nienawistne nastroje.

To jednak ledwie pstryczki i żartobliwe przekomarzania wobec furii wyznawców Kaczyńskiego w mediach wspierających PiS. W jednym z tygodników dostępnych na pocztach, w supermarketach, na stacjach benzynowych i wszędzie tam, gdzie nie sprzedaje się „Gazety Wyborczej”, przeczytać można wielki tekst o źródłach języka pogardy. Kilka cytatów: „Ta cała nienawistna jazda bez trzymanki trwa od 2005 roku (…), a kulminacja tego politycznego i propagandowego zezwierzęcenia nastąpiła po tragedii smoleńskiej”.  I dalej: „Przecież ta swołocz i hołota nie uszanowała nawet żałoby po ofiarach tragedii smoleńskiej…”. Teraz już można gładko przejść od Smoleńska do Poznania: „przedstawiciele totalnej opozycji na widok niewinnie przelanej krwi zachowali się jak stado szakali, które tę krew poczuło i w jakimś dzikim amoku ruszyło do ataku”. Dalej jest o „ludzkiej mierzwie”, która z premedytacją zdeptała wolę rodziny Adamowicza, aby tylko „po trupach do władzy”. Wygląda na to, że autor, niejaki Mirosław Kokoszkiewicz, sam sobie odpowiada na tytułowe pytanie „Kto zasiał nienawiść?”

Nie są to bynajmniej najbardziej wyraziste przejawy pogardy dla myślących inaczej i reagujących samodzielnie. Spore zainteresowanie wyborców PiS wzbudził wywiad Aldony Zaorskiej z Grzegorzem Braunem, który jest nie tylko reżyserem i publicystą, ale również nauczycielem akademickim. Zdaniem tego pana morderstwo Adamowicza to kolejne niewyjaśnione zabójstwo. Kolejne, bo „w III Rzeczpospolitej takie rzeczy zdarzają się wręcz seryjnie”. Braun sądzi, że to wydarzenie bardzo przysłużyło się tym, którzy głoszą, że w Polsce demokracja jest zagrożona i gdyby nie zdarzyło się naprawdę, to „na użytek tej antypolskiej narracji trzeba by je wymyślić”. Uniwersytecki wykładowca informuje ponadto, że zabójstwo Pawła Adamowicza to w konsekwencji wielka wspólna operacja propagandowa opozycji i WOŚP Jerzego Owsiaka, bo morderstwa dokonano „na ołtarzu świeckiej religii, podczas celebracji tego dorocznego obrzędu”. Braun nie omieszkał też zawiadomić, że ofiara mordu to „prominentny przedstawiciel opcji niemieckiej, chętnie wpisujący się w żydowskie narracje propagandowe i w neomarksistowskie projekty seksualizacji nieletnich”…

Czytelnikom, którzy w tym miejscu wzruszą ramionami, bo pan Braun jest postacią groteskową i marginalną, zwracam uwagę, że nasza scena polityczna aż roi się od podobnych postaci, a każdego dnia jesteśmy świadkami wydarzeń, które jeszcze niedawno uznalibyśmy za marginalne i groteskowe, a dziś albo ich już nie dostrzegamy, albo traktujemy je z pełna powagą. Nie jestem katastrofistą i też żywię mocne przekonanie, że ostatecznie dobro zwycięży. Problem tylko – jak dożyć tej chwili?

Myślę, że zanim zabierzemy się za bratanie, zanim wypijemy bruderszaft przechodząc  z warknięć  stworzeń animalnych na „Pan”(i „Pani”), powinniśmy zdefiniować wyraźnie, czym jest język pogardy oraz czym mowa nienawiści nie jest. Bo walka o życzliwą debatę publiczną rodzi pewne zagrożenie: może okazać się niebezpieczna dla prawdy. Wraz z oczyszczającą kąpielą łatwo wylać prawdę – tę rozumianą jako osąd zgodny z rzeczywistością. Jeśli ktoś kłamie, to jest kłamczuchem, jeśli kradnie – złodziejem, jeśli oszukuje – oszustem. Kim będą ci ludzie, jeśli zabraknie nam słów precyzyjnie określających ich działanie i motywy, bo te dotychczasowe uznamy za obraźliwe? Jeśli wojna z mową nienawiści sprowadzi się do eliminacji ze słownika debaty publicznej wybranych wyrazów i do relatywizowania negatywnych ocen ludzkich poczynań, to nie tylko stracimy trzeźwy osąd. Co gorsza – pozwolimy by ci, przeciw którym wojna się zaczęła, opanowali nasze dowództwo i sztab generalny.

Dlatego publiczne nazwanie premiera Morawieckiego kłamcą, prezesa Kaczyńskiego oszustem, eksministra Macierewicza hochsztaplerem, albo wicemarszałka Terleckiego cynikiem i politycznym graczem, powinno pozostać zwyczajną diagnozą tak długo, dopóki nie dopiszemy do niej szyderczych przymiotników. A poza tym niech mowa nienawiści zginie i przepadnie. Niech służy tylko badaczom niektórych form i przejawów epistolarnej twórczości, charakteryzującej polski dyskurs publiczny I połowy XXI wieku.

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Reklamy

Nowe afery PiS. Aferalność, genom partii Kaczyńskiego

28 Sty

KGHM Polska Miedź SA to firma z udziałem skarbu państwa o dochodach ponad 20 mld zł. Nic więc dziwnego, że jest ona łakomym kąskiem dla każdej nowej władzy. Jednak PiS, przeszło wszelkie granice, obsadzając najważniejsze w niej stanowiska swoimi ludźmi w skali do tej pory niespotykanej.

Gazeta Wyborcza opisuje sytuację w której mówi się, że „nieoficjalnym kadrowym” firmy jest wiceprezes PiS i szef struktur na Dolnym Śląsku, Adam Lipiński. To podobno dzięki niemu stanowisko prezesa otrzymał Krzysztof Skóra, a dyrektorem technicznym, zajmującym się dostarczaniem infrastruktury teleinformatycznej dla kombinatu i spółek zależnych został jego chrześniak, Karol Kos. W centrali pracuje też ojciec Kosa, bliski przyjaciel Lipińskiego. Obaj panowie, Skóra i Kos znajdują się na tzw. liście Misiewiczów czyli osób powołanych na odpowiedzialne stanowiska mimo braku odpowiednich  kwalifikacji zawodowych.

Zdaniem autorów artykułu, to właśnie Karol Kos jest odpowiedzialny za próbę ustawienia trzech przetargów na sprzęt i oprogramowanie, na łączną kwotę 3,2 mln zł. To on zlecił ponoć podległemu mu kierownikowi działu zabezpieczeń technicznych i głównemu specjaliście, by pisemnie uzasadnili tryb wyboru wykonawcy, ze wskazaniem na konkretną firmę. Na trop afery wpadły wewnętrzne służby kombinatu. Raport z kontroli, niekorzystny dla Kosa, dotarł do  dyrektora naczelnego COPI, Grzegorza Macha, a ten przekazał go dalej, do  świeżo mianowanego prezesa Marcina Chludzińskiego, również powołanego na to stanowisko dzięki wsparciu Adama Lipińskiego (tak twierdzi Gazeta Wyborcza).

„Nagrodą” za ujawnienie ustawionych przetargów było zwolnienie Grzegorza Macha z pracy. Jak twierdzi jeden z rozmówców Gazety Wyborczej, to „był spory szok, bo to fachowiec ściągnięty z rynku. Był wielokrotnie nagradzany za pracę dla kombinatu”. Według Chludzińskiego, Mach został zwolniony ponieważ nastąpiły rozbieżności „w ocenie jego funkcjonowania w COPI i zaangażowania w powierzone zadania 

Dzisiaj prezes Chludziński  twierdzi, że nie ma pojęcia o całej tej sprawie, Kos za dobrą pracę otrzymał umowę na czas nieokreślony, a KGHM złożyło do prokuratury wniosek o popełnienie przestępstwa przez Grzegorza Macha, twierdząc, iż jest podejrzenie „przekroczenia uprawnień i wyrządzenia szkody majątkowej o znacznej wartości”.

Funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali sześć osób w śledztwie dotyczącym doprowadzenia Polskiej Grupy Zbrojeniowej S.A. do niekorzystnego rozporządzenia mieniem znacznej wartości i sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa wyrządzenia znacznej szkody majątkowej.

Wśród zatrzymanych jest były szef gabinetu politycznego MON Bartłomiej M., były członek zarządu spółki PGZ S.A. Radosław O., były parlamentarzysta Mariusz Antoni K., a także trzej byli pracownicy MON oraz spółki PGZ. Wszyscy zatrzymani zostaną przewiezieni do Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu, gdzie usłyszą zarzuty. W związku z zatrzymaniami funkcjonariusze CBA prowadzą przeszukania ponad 30 lokalizacji.

Śledztwo, prowadzone na podstawie materiałów własnych CBA, dotyczy niegospodarności, powoływania się na wpływy oraz fałszowania dokumentów przy okazji zawierania umów przez spółkę PGZ S.A. W ocenie śledczych doszło do niekorzystnego rozporządzenia mieniem znacznej wartości i sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa wyrządzenia znacznej szkody majątkowej.

>>>

(„Zapytany przez polityka opozycyjnego na Twitterze, jak długo potrwa reakcja rządu na takie sytuacje, minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński napisał: „Reagować na co?”)

Jeśli ktoś kłamie, to jest kłamczuchem, jeśli kradnie – złodziejem, jeśli oszukuje – oszustem

Walka z mową nienawiści jest wojną obronną, a zatem słuszną i sprawiedliwą. Od tak dawna obrzucamy się błotem oszczerstw, potwarzy i pomówień, że dla wielu to bagienko stało się już środowiskiem naturalnym.  Czas się ratować – oskrobać z podłych intencji i obmyć z nienawistnych słów. Jednak wezwania, by każdy z nas rozpoczął odnowę moralną od siebie, od zaraz i bez warunków wstępnych, uważam za nierealne i niebezpieczne. Słuchając nawoływań o zawieszenie broni i narodowe pojednanie, obłażą mnie wątpliwości, z których nie potrafię się otrzepać.

Jeśli zależy nam na trwałym pokoju społecznym, to przyjąć musimy do wiadomości, że zawieszenie broni nie zakończy się traktatem pokojowym, póki rozpalać się będą lokalne walki i potyczki. A będą, nawet gdyby wszystkich harcowników przenieść na tyły, do taborów. Bo nie wierzę w dobre intencje wszystkich walczących, tak jak nie wierzę w przyzwoitość na zawołanie. Cisza na froncie to znakomita okazja dla cynicznych watażków, którzy wykorzystując uczciwość przeciwnika przejmują inicjatywę i kontynuują swoją wojenkę wmawiając światu, że oni strzelają wyłącznie ślepakami i tylko na wiwat. Będą nadal toczyć swoje bitwy poprzez najemników, wynajętych wyznawców i wyznaczonych funkcjonariuszy.

Na szczytach władzy słychać nawoływania do narodowej zgody i porozumienia. I na tym samym oddechu rządzący dopowiadają, że przemysł pogardy jest produktem Platformy. Okazuje się, że wojnę polsko-polską rozpoczął Donald Tusk, zniesławiając wyborców PiS niewyobrażalną kalumnią: „moherowe berety!”, wobec której jakieś tam „zdradzieckie mordy”, „mordercy” oraz „komuniści i złodzieje” to tylko usprawiedliwiona reakcja obronna. Dzisiaj PiS zaprasza opozycję na rozmowy pokojowe, a w tle słychać wyraźnie tętent nadjeżdżającej kawalerii i rżenie koni jeźdźców Apokalipsy.

Na sobotnim zebraniu partyjnym z udziałem dowiezionych samorządowców prezes Kaczyński dokonał niebywałych odkryć, że oto Polska jest podzielona, a podział ten prowadzi do wydarzeń, które jednak nie powinny mieć miejsca – sugerując jednocześnie, kto za to odpowiada . Pan premier zawtórował swojemu przełożonemu, kolejny raz wyliczając, czego to poprzedni rząd przez 8 lat nie zrobił, po czym opowiedział o „przezwyciężaniu spuścizny porozbiorowej”(!) i z braku przekonujących sukcesów skupił się na wyzwaniach przyszłości – o wyzywaniach w przeszłości nie wspominając. Wcześniej wicemarszałek Terlecki obsobaczył zaproszoną na „rokowania” opozycję, która ośmieliła się zarzucić TVP – uczciwej przecież i obiektywnej jak nigdy dotąd – że kłamie i podgrzewa nienawistne nastroje.

To jednak ledwie pstryczki i żartobliwe przekomarzania wobec furii wyznawców Kaczyńskiego w mediach wspierających PiS. W jednym z tygodników dostępnych na pocztach, w supermarketach, na stacjach benzynowych i wszędzie tam, gdzie nie sprzedaje się „Gazety Wyborczej”, przeczytać można wielki tekst o źródłach języka pogardy. Kilka cytatów: „Ta cała nienawistna jazda bez trzymanki trwa od 2005 roku (…), a kulminacja tego politycznego i propagandowego zezwierzęcenia nastąpiła po tragedii smoleńskiej”.  I dalej: „Przecież ta swołocz i hołota nie uszanowała nawet żałoby po ofiarach tragedii smoleńskiej…”. Teraz już można gładko przejść od Smoleńska do Poznania: „przedstawiciele totalnej opozycji na widok niewinnie przelanej krwi zachowali się jak stado szakali, które tę krew poczuło i w jakimś dzikim amoku ruszyło do ataku”. Dalej jest o „ludzkiej mierzwie”, która z premedytacją zdeptała wolę rodziny Adamowicza, aby tylko „po trupach do władzy”. Wygląda na to, że autor, niejaki Mirosław Kokoszkiewicz, sam sobie odpowiada na tytułowe pytanie „Kto zasiał nienawiść?”

Nie są to bynajmniej najbardziej wyraziste przejawy pogardy dla myślących inaczej i reagujących samodzielnie. Spore zainteresowanie wyborców PiS wzbudził wywiad Aldony Zaorskiej z Grzegorzem Braunem, który jest nie tylko reżyserem i publicystą, ale również nauczycielem akademickim. Zdaniem tego pana morderstwo Adamowicza to kolejne niewyjaśnione zabójstwo. Kolejne, bo „w III Rzeczpospolitej takie rzeczy zdarzają się wręcz seryjnie”. Braun sądzi, że to wydarzenie bardzo przysłużyło się tym, którzy głoszą, że w Polsce demokracja jest zagrożona i gdyby nie zdarzyło się naprawdę, to „na użytek tej antypolskiej narracji trzeba by je wymyślić”. Uniwersytecki wykładowca informuje ponadto, że zabójstwo Pawła Adamowicza to w konsekwencji wielka wspólna operacja propagandowa opozycji i WOŚP Jerzego Owsiaka, bo morderstwa dokonano „na ołtarzu świeckiej religii, podczas celebracji tego dorocznego obrzędu”. Braun nie omieszkał też zawiadomić, że ofiara mordu to „prominentny przedstawiciel opcji niemieckiej, chętnie wpisujący się w żydowskie narracje propagandowe i w neomarksistowskie projekty seksualizacji nieletnich”…

Czytelnikom, którzy w tym miejscu wzruszą ramionami, bo pan Braun jest postacią groteskową i marginalną, zwracam uwagę, że nasza scena polityczna aż roi się od podobnych postaci, a każdego dnia jesteśmy świadkami wydarzeń, które jeszcze niedawno uznalibyśmy za marginalne i groteskowe, a dziś albo ich już nie dostrzegamy, albo traktujemy je z pełna powagą. Nie jestem katastrofistą i też żywię mocne przekonanie, że ostatecznie dobro zwycięży. Problem tylko – jak dożyć tej chwili?

Myślę, że zanim zabierzemy się za bratanie, zanim wypijemy bruderszaft przechodząc  z warknięć  stworzeń animalnych na „Pan”(i „Pani”), powinniśmy zdefiniować wyraźnie, czym jest język pogardy oraz czym mowa nienawiści nie jest. Bo walka o życzliwą debatę publiczną rodzi pewne zagrożenie: może okazać się niebezpieczna dla prawdy. Wraz z oczyszczającą kąpielą łatwo wylać prawdę – tę rozumianą jako osąd zgodny z rzeczywistością. Jeśli ktoś kłamie, to jest kłamczuchem, jeśli kradnie – złodziejem, jeśli oszukuje – oszustem. Kim będą ci ludzie, jeśli zabraknie nam słów precyzyjnie określających ich działanie i motywy, bo te dotychczasowe uznamy za obraźliwe? Jeśli wojna z mową nienawiści sprowadzi się do eliminacji ze słownika debaty publicznej wybranych wyrazów i do relatywizowania negatywnych ocen ludzkich poczynań, to nie tylko stracimy trzeźwy osąd. Co gorsza – pozwolimy by ci, przeciw którym wojna się zaczęła, opanowali nasze dowództwo i sztab generalny.

Dlatego publiczne nazwanie premiera Morawieckiego kłamcą, prezesa Kaczyńskiego oszustem, eksministra Macierewicza hochsztaplerem, albo wicemarszałka Terleckiego cynikiem i politycznym graczem, powinno pozostać zwyczajną diagnozą tak długo, dopóki nie dopiszemy do niej szyderczych przymiotników. A poza tym niech mowa nienawiści zginie i przepadnie. Niech służy tylko badaczom niektórych form i przejawów epistolarnej twórczości, charakteryzującej polski dyskurs publiczny I połowy XXI wieku.

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Antysemityzm w Auschwitz, Rydzyk nie po polsku. Musimy się zdobyć na wysiłek, aby wykopać antyeuropejskie PiS od władzy

27 Sty

„Te straszne świadectwa tamtych czasów nie łatwo jest przywoływać. Państwo polskie stoi na straży prawdy, prawdy która nie może być relatywizowana w żaden sposób. Taką obietnice pełnej prawdy o tamtych czasach chcę złożyć. Musimy prawdzie patrzeć prosto w oczy. Po to żeby ta śmierć okrutna, która dotknęła wszystkich więzionych tutaj, żeby oni nie zginęli jeszcze raz” – mówił dzisiaj w muzeum Auschwitz premier Mateusz Morawiecki z okazji 74. rocznicy wyzwolenia obozu i obchodzonego na całym świecie Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu.

W swoim przemówieniu Morawiecki podkreślił, że za całą zagładę nie są odpowiedzialni naziści ale hitlerowskie Niemcy, które karmiły się ideologią faszystowską. „Całe zło wzięło się z tego państwa i nie wolno o tym zapominać, bo następuje relatywizacja zła”  – podkreślał premier.

Oprócz premiera podczas uroczystości głos zabrali byli więźniowie Auschwitz: Janina Iwańska i Leon Weintraub. W tym samym czasie pod bramą obozu Auschwitz demonstrowali narodowcy „z biało-czerwonymi flagami na drzewcach, w kibicowskich szalikach na szyjach i z opaskami Polski Walczącej na przedramionach.”

Główny inicjator tej demonstracji, Piotr Rybak – skazany za spalenie kukły Żyda na wrocławskim Rynku – przemawiał do zgromadzonych: „Cieszę się, że mamy takich patriotów. Cieszę się, że jest nas tak dużo, i wierzę, że za rok będzie jeszcze więcej. Czas walczyć z żydostwem i uwolnić od niego Polskę!”    

Po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza rozgorzała dyskusja o telewizji, a szczególnie Telewizji Publicznej. Głos zabrał również założyciel Radia Maryja i telewizji Trwam. „Zabrzmiało to tak, jakby ludożerca mówił o walorach diety wegańskiej” – skomentował słowa Rydzyka  czytelnik portalu naTemat.

Toruński redemptorysta, pomijając w ogóle oburzające materiały TVP  na temat byłego prezydenta Gdańska stwierdził: „Dziennikarze i politycy powinni być  ludźmi na wskroś etycznymi”. Otwierając w sobotę  w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu konferencję  pt. „Oblicza kolonizacji mediów” stwierdził, że tej etyki brakuje.

„Tego brakuje nadal, tej etyki, ale nie etyki byle jakiej” – podkreślił. Wspominając o atakach na Radio Maryja powiedział: „Ja się nie dziwię, że Radio Maryja było tak atakowane od samego początku. Oszczerstwa i wszelkie błoto kierowano w naszą stronę w myśl zasady „plujcie, plujcie, a zawsze przyschnie”. To Lenin tak mówił:  „kłamcie, kłamcie, a zawsze coś zostanie”. I tak jest”.

Rydzyk stwierdził również, że jego stację radiową atakuje… lewacja. „W ludziach emocje wywołują – tak, że można sobie do oczu skoczyć. Gdy rozpoczynało się Radio Maryja i widziałem, co dzieje się w świecie oraz widziałem, jak ciężko się w Polsce robi te przemiany, to mówiłem, że oni są gotowi z Polski zrobić Jugosławię. Oni – strona przeciwna, którą nazywam „lewacją” – ocenił.

Tę ostatnią wypowiedź skomentował inny czytelnik portalu. „Jak to się stało, że drobny cwaniaczek mający problemy z budowaniem zdań rządzi w takim dużym kraju?”

Stawką tegorocznych wyborów jest nie tylko ocalenie polskiej demokracji i państwa prawa, lecz także samej Unii Europejskiej.

Zjednoczona Europa się chwieje. Konstrukcja wznoszona przez kilka pokoleń obywateli po II wojnie światowej okazuje się mniej odporna na zagrożenia niż myśleliśmy. Jeszcze dziesięć lat temu wydawało się, że integracja jest procesem jednokierunkowym, który stopniowo doprowadzi do zrośnięcia się państw narodowych w spójny organizm polityczny. Że siły nacjonalistyczne i „eurosceptyczne”, czy mówiąc wprost – antyeuropejskie, to tylko margines i folklor polityczny, który nigdy nie umocni się na tyle, by mieć wpływ na kształt Europy.

Integracja europejska to nie droga jednokierunkowa

Brexit pokazał, że to przekonanie było błędne. Integracja to nie droga jednokierunkowa – można nią iść także w przeciwnym kierunku, przywracając architekturę polityczną sprzed II wojny światowej, czyli odtwarzając warunki, które do tej wojny doprowadziły. Integracja europejska miała być właśnie receptą zabezpieczającą nas przed powtórką.

Brexit nie byłby tak niepokojący, gdyby pozostawał odosobnionym incydentem. Niestety jednak nie jest jedynym symptomem dezintegracji. Towarzyszą mu przesunięcia elektoratów w wielu państwach UE, gdzie w wyborach umacniają się partie populistyczne i mniej lub bardziej antyeuropejskie. Alternatywa dla Niemiec, Front Narodowy we Francji, Ruch Pięciu Gwiazd i Liga Północna we Włoszech, Fidesz na Węgrzech, PiS w Polsce – te ugrupowania albo już zdobyły władzę w swoich państwach, albo osiągnęły pozycję pozwalającą myśleć o zdobyciu jej w nieodległej przyszłości.

Unia Europejska nas obroni. Czyżby?

Broniąc w Polsce demokracji i państwa prawa przed PiS-em budującym autorytaryzm, odwołujemy się do wspólnych europejskich wartości i liczymy na wsparcie instytucji unijnych. Pomoc ta rzeczywiście nadchodzi. Trybunał Sprawiedliwości zmusił PiS do cofnięcia się w sprawie Sądu Najwyższego, a w rozprawie wyznaczonej na marzec być może zmusi też do cofnięcia się w innych obszarach, np. w kwestii obsady KRS. Na początku stycznia Parlament Europejski uchwalił, że część funduszy dla organizacji pozarządowych będzie trafiać do beneficjentów z pominięciem rządów krajowych, dzięki czemu PiS czy Fidesz Viktora Orbána nie będą już mogły morzyć głodem inicjatyw, które się im nie podobają.

Te posunięcia UE przynoszą otuchę i dają zwolennikom demokracji poczucie względnego bezpieczeństwa: jak by co, zawsze można liczyć na to, że Unia nam pomoże. Ejże, rzeczywiście zawsze?

Unia może stać się wydmuszką

Niestety, to poczucie bezpieczeństwa może okazać się złudne. Słabnąca, ulegająca dezintegracji Unia Europejska będzie wywierać coraz mniejszy wpływ na swoich członków, którzy coraz mniej będą się przejmować upomnieniami i pouczeniami płynącymi z Brukseli. Już dziś widać to w postawie Viktora Orbána, który zhardział i nabrał butnej pewności siebie. Jeszcze kilka lat temu cieszył się w UE opinią sprytnego i elastycznego gracza, który na użytek wewnętrzny posługuje się populistycznym nacjonalizmem, lecz na europejskich salonach stara się przestrzegać obowiązujących reguł i idzie na kompromis –  np. gdy w 2011 r. Trybunał Sprawiedliwości UE zakwestionował obniżenie wieku emerytalnego węgierskich sędziów do 62 lat, Orbán wycofał się z tego.

Ostatnio jednak węgierski przywódca wyraźnie prowokuje Brukselę i idzie w zaparte. Mimo nacisków i upomnień twardo obstaje przy jawnie zamordystycznych decyzjach, jak usunięcie z Węgier Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego czy przyjęcie wymierzonej w sektor pozarządowy ustawy „Zatrzymać Sorosa”, która pozwala represjonować organizacje pomagające uchodźcom.

Z komentarzy i przecieków wynika, że Orbán przestał przejmować się stanowiskiem Brukseli, bo liczy na to, iż po wiosennych wyborach europejskich zmieni się konstelacja w europarlamencie i dotychczasowe elity przestaną być elitami – stracą swą pozycję, a ich miejsce zajmą przedstawiciele środowisk „eurosceptycznych”. Władza w UE dostanie się w ręce obozu antydemokratycznego i antyeuropejskiego. To będzie koniec Unii Europejskiej, jaką znamy. Jeśli nawet przetrwa, to tylko jako wydmuszka – instytucjonalna skorupa pozbawiona rzeczywistej treści.

Wiktoria wiedeńska, cud nad Wisłą i…

W polskiej publicystyce i wystąpieniach polityków wielokrotnie padała teza, że tegoroczne wybory parlamentarne będą najważniejsze od demokratycznego przełomu 1989 r., bo zadecydują o przyszłości Polski – czy pozostanie państwem demokratycznym, czy ostatecznie stoczy się w mroczną otchłań autorytaryzmu.

Nikt chyba jednak nie zwrócił uwagi, że wybory 2019 r. – i europejskie, i krajowe – będą miały jeszcze jeden historyczny wymiar: europejski. Polscy wyborcy, dwukrotnie idąc do urn, będą współdecydować o kierunku, w jakim rozwinie się sytuacja w Europie. Jeśli wiosną wyślą do europarlamentu przedstawicieli tzw. dobrej zmiany, a jesienią powierzą im władzę w kraju, praktycznie postawią krzyżyk nie tylko na europejskich aspiracjach Polaków, ale i na samej Unii Europejskiej.

Jeśli jednak opowiedzą się za demokracją i wolnością, jeśli odbiorą władzę nacjonalistom i wrogom liberalnej demokracji, dadzą całej Europie mocny sygnał i impuls do obrony wartości. Spektakularne zwycięstwo nad PiS-em dałoby nową nadzieję Europejczykom, których duch upadł po Brexicie i kolejnych wyborczych sukcesach antyeuropejskich populistów.

Polacy w przeszłości wygrali dwie batalie, które ocaliły Europę: w 1683 r. rozgromili pod Wiedniem Turków, a w 1920 r. pokonali nad Wisłą bolszewików. Dobrze byłoby w 2019 roku dopisać do tej listy zwycięstwo nad antyeuropejską armią Kaczyńskiego.

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Kaczyński stanowi bezprawie

26 Sty

Według regulaminu Sejmu każdy poseł ma obowiązek nie tylko zawiadamiać o swojej nieobecności podczas głosowania, ale także ją pisemnie usprawiedliwiać przed Marszałkiem Sejmu bądź przewodniczącym komisji.

W przypadku braku usprawiedliwienia posłowi obniża się uposażenie.

Do zapisów w regulaminie stosują się wszyscy oprócz jednego posła, który zdaje się zasiadać w ławie sejmowej na specjalnych warunkach.

Jak ustalili dziennikarze fakt.pl w obecnej kadencji Sejmu odbyło się 7068 głosowań z czego poseł Jarosław Kaczyński nie uczestniczył aż w 1674 głosowaniach.

Niestety, nie ma usprawiedliwień tych nieobecności, ale też najważniejszy poseł PiS nie figuruje na liście potrąceń za nieusprawiedliwione nieobecności. Kto zatem wytłumaczył prezesa? Kto zapłacił za jego absencję? A może należy przyjąć zasadę znanego przysłowia, że co wolno „prezesowi”, to nie tobie……

Morawiecki próbuje ograć opozycję

26 Sty

W piątek po południu, po ponad 2 godzinach, zakończyło się spotkanie premiera z przedstawicielami klubów i kół parlamentarnych dotyczące sytuacji po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. – Oponent polityczny to nie jest wróg. Trzeba umieć rozmawiać zarówno w świecie politycznym, jak i medialnym – mówił po spotkaniu premier Mateusz Morawiecki. Opozycja jest jednak bardziej sceptyczna. – Spotkanie nie zakończyło się przełomem, ani niczym istotnym – komentował szef klubu PO-KO Sławomir Neumann. W spotkaniu uczestniczyli także m.in. Władysław Kosiniak-Kamysz i Katarzyna Lubnauer.

Morawiecki: Spotkanie w dobrej atmosferze

Spotkanie rozpoczęło się o godz. 15.30 i trwało ponad 2 godziny. – Bardzo dobrze, że to spotkanie się odbyło – podsumował Mateusz Morawiecki, dziękując wszystkim za udział.

– Chcę podkreślić dobrą atmosferę tego spotkania i moje zdanie w tej kwestii, które mam przekonanie, że podzielają uczestnicy tego spotkania, że przecież oponent polityczny to nie wróg. Że trzeba umieć rozmawiać, zarówno w tym świecie politycznym, jak również w świecie mediów – mówił na konferencji prasowej premier. Niestety, nie było możliwości zadawania pytań.

Wcześniej Mateusz Morawiecki spotkał się z szefami resortów: zdrowia, sprawiedliwości, spraw wewnętrznych i administracji. Ministrowie uczestniczyli także z w spotkaniu z posłami.

Jakie propozycje znalazły się na stole? M.in. zaostrzenie kar za najcięższe przestępstwa popełniane z nienawiści i zaostrzenie kar za groźby karalne. Chociaż według opozycji nie chodzi o zmianę prawa, ale o jego egzekwowanie. Dużo emocji budzi propozycja opracowana w Ministerstwie Zdrowia dotycząca kwestii zmian w prawie dotyczących recydywistów lub niebezpiecznych chorych psychicznie, którzy opuszczają więzienie.

– Mamy bardzo ważne informacje, stanowiące podstawę do dyskusji. Poprosiliśmy przedstawicieli opozycji, żeby i oni zaproponowali swoich ekspertów. Zaprosimy także organizacje pozarządowe. Mam nadzieję, że wypracujemy z opozycją wspólne rozwiązanie. A to doprowadzi do podniesienia poziomu bezpieczeństwa. Nasi współuczestnicy zaproponowali rozwiązania, nie było tak, że zgodziliśmy się we wszystkim, ale chcę podkreślić, że w spotkaniu towarzyszyła nam dobra atmosfera – mówił Mateusz Morawiecki.

Na najbliższym posiedzeniu Sejmu w przyszłym tygodniu rząd ma przedstawić informację na temat śledztwa dotyczącego zabójstwa prezydenta Gdańska.

Neumann: Różnimy się w ocenie tego, co było przed 13 stycznia

W spotkaniu wzięli udział przedstawiciele klubu PO-KO, PSL-UED, Nowoczesnej, Kukiz ’15 oraz koła Wolni i Solidarni. Nie pojawił się Ryszard Petru.

Przewodniczący klubu PO-KO jest zdecydowanie bardziej sceptyczny niż premier. – Spotkanie nie zakończyło się przełomem, ani niczym istotnym, poza tym, że wszyscy chcemy walczyć o dobre przepisy, które na przyszłość będą chroniły Polaków. Ale różnimy się w ocenie tego, co było przed 13 stycznia i doprowadziło do tej tragedii. Potrzeba dalszych rozmów i przemyślenia. To władza i rząd ponoszą największą odpowiedzialność za bezpieczeństwo Polaków – komentował podczas spotkania z dziennikarzami poseł Sławomir Neumann. Przyznał, że opozycja zadeklarowała współpracę, jeżeli chodzi o zmiany w prawie, ale ważniejsza jest inna kwestia. – Dzisiaj nie mamy żadnej pewności, że osoba, która dokonała mordu politycznego, jest osobą niezrównoważoną psychicznie – tłumaczył.

Poinformował o ważnej deklaracji premiera oraz Prokuratora Generalnego: – Jeżeli rodzina wystąpi o pełnomocnika w śledztwie, który potem będzie oskarżycielem posiłkowym, to mamy deklaracje, że zostanie podjęta pozytywna decyzja. Bedzie można mieć osobę, która będzie patrzyła na ręce i pomagała w tym śledztwie. Transparentność tego śledztwa i komunikacji z tego śledztwa jest podstawowa w sytuacji, w której sprawa budzi takie emocje.

Nie ma za to zgody na kolejny postulat PO, czyli „wznowienie postępowań na wniosek osób pokrzywdzonych, dotyczących nienawiści, podżegana do łamania prawa i fizycznego uderzania w osoby reprezentujące opozycję czy niezgadzające się z rządem”. – Ta sprawa nie ma jednoznacznego rozstrzygnięcia. Minister Zbigniew Ziobro nie jest chętny do tego, aby wznawiać postępowania. Tu jest wyraźny rozdźwięk między premierem i ministrem sprawiedliwości – mówił Neumann.

I jeszcze jeden postulat, który nie spotkał się z pozytywną reakcją, a wręcz przeciwnie. Politycy PO domagali się odwołania władz TVP. – Obciążamy ją olbrzymią odpowiedzialnością za podnoszenie poziomu agresji w debacie politycznej, który nie jest akceptowany przez większość klasy politycznej poza rządzącymi. Nie ma chęci współpracy, pan premier stanął po stronie TVP – przyznał szef klubu PO-KO.

Kosiniak-Kamysz: Nie ma żadnej refleksji dotyczącej TVP

Prezes ludowców, posobnie jak szef klubu PO-KO, zadeklarował chęć współpracy odnośnie do zmian w prawie. – Są rzeczy, z którymi się zgadzamy. Będziemy współpracować nad ustawami, uregulowaniem przepisów dotyczących osób chorych psychicznie, przebywających w zakładach karnych. To nie jest łatwa sprawa. Tu muszą być poważne, normalne konsultacje i dialog – deklarował po spotkaniu Władysław Kosiniak-Kamysz.

Dla niego ważne jest to, że na wniosek klubu PSL-UED odbędzie się sejmowa debata „na temat wątpliwości dotyczących śledztwa w sprawie śmierci prezydenta Pawła Adamowicza, działań policji, służby więziennej przed i po tych wydarzeniach”.

Władysław Kosiniak-Kamysz ubolewa także nad „zamknięciem” tematu zmian w TVP. – Kluczowe było zdanie wyrażone przez przewodniczącego Ryszarda Terleckiego. U niego nie widzę żadnej refleksji. Może premier by chciał, tak jak wyczuwam, ale nie ma chyba zgody w obozie PiS-u. Ta walka wewnętrzna powoduje, że dzisiaj wygrywają ci o przekonaniu, że Telewizja Polska nie potrzebuje żadnej naprawy. Ale premier jest premierem i albo udowodni za chwilę, że ma wpływ na to, co się dzieje również w telewizji, albo zmiana debaty się nie odbędzie – mówił lider PSL-u.

Po spotkaniu w szerokim gronie odbyło się jeszcze krótkie spotkanie premiera z prezesem Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, czym pochwalił się Mateusz Morawiecki na Twitterze.

Szczegółów tej rozmowy nie poznaliśmy.

Dlaczego partia rządząca usiłuje nam wmówić, że był to tylko zwykły atak szaleńca?

Wydawało się, że ostatnie kilkanaście dni minie nam w zadumie, wyciszeniu i refleksji. Nic bardziej mylnego. Teraz to dopiero mamy jazdę bez trzymanki. Obarczanie się nawzajem winą za język nienawiści, wskazywanie palcem, kto bardziej, a kto mniej się tym językiem posługuje, no i ta niesamowicie „kreatywna twórczość” – od polityków i mediów zaczynając, a kończąc na zwykłym, szarym obywatelu. Mnie jednak zastanawia coś innego – dlaczego politycy PiS i wierne im media usiłują nas przekonać, że morderstwo Pawła Adamowicza nie miało politycznego charakteru?

Dr Daniel Mider z Uniwersytetu Warszawskiego opracował zespół cech, które definiują właśnie morderstwo polityczne. Zgodnie z tym, ofiarą mordu jest jedynowładca lub najwyższy funkcjonariusz publiczny (władzy centralnej), względnie każdy funkcjonariusz publiczny i każda osoba publiczna, która tę rolę sprawowała, sprawuje lub do niej czynnie aspiruje. Motywem zabójstwa politycznego jest motyw wyłącznie polityczny, czyli czyn dokonywany  w celu zmiany władzy bądź wywarcia wpływu na proces polityczny lub też każdy, podjęty ze względu na pełnioną publiczną rolę ofiary: polityczną, ideologiczną, kulturową, etyczną, religijną lub obyczajową.

Przyjmując takie właśnie założenie, nie ma nawet co dyskutować. Zabójstwo prezydenta Gdańska mieści się w szeroko rozumianym pojęciu morderstwa politycznego. Dlaczego więc PiS zapiera się rękami i nogami, usiłując nam wmówić, że to bujda, że to tylko zwykły atak szaleńca? A przecież nie tak dawno, w październiku 2010 roku, gdy zamordowany został łódzki działacz PiS Marek Rosiak, Mariusz Błaszczak mówił: – „To morderstwo na tle politycznym. Morderca okazał się człowiekiem świadomym swoich celów. Został skazany, a w uzasadnieniu sąd napisał, że zamordował działacza PiS; chciał zamordować premiera Jarosława Kaczyńskiego, tylko ochrona uniemożliwiła mu ten atak”.

Mam swoją teorię na ten temat. Może ona mało logiczna, może za bardzo umiejscowiona w mojej paranoi czy teorii spiskowej, ale zamierzam się nią z Państwem podzielić. W końcu, gdy PiS pozwala sobie na totalnie irracjonalną politykę „dobrej zmiany”, która prowadzi Polskę do ruiny, to i ja mogę dać upust mojej nadmiernie wybujałej fantazji.

Otóż… uważam, że PiS nie może strawić, iż traci „wyłączność” na ofiarę mordów na tle politycznym. Wszystko do tej pory było tak dobrze poukładane, np. mit o zbrodni smoleńskiej, który w znacznym stopniu poprowadził prezesa i jego ludzi do władzy. Nic to, że wciąż brak dowodów na zbrodnię. Ważne, że już od kilku lat wydawane są nasze pieniądze na realizacje kolejnych szalonych wizji pana Macierewicza. Lud cierpliwy, więc poczeka. Przekonanie narodu, że morderstwo w Łodzi było wynikiem nienawiści do partii, która jako jedyna, wie, co dla narodu dobre, jako jedyna proponuje praworządność i uczciwość, i to właśnie za to jest tak szykanowana oraz niszczona.

A teraz co? Jak wytłumaczyć swojemu narodowi, że morduje się kogoś, związanego z tymi, których można było z pełną satysfakcją i na okrągło obwiniać o tragedię w Łodzi i Smoleńsku? Wydarzenie w Gdańsku rozwaliło pisowską narrację całkowicie. PiS jeszcze usiłuje trzymać karty w swoim ręku. Prezes ignoruje minutę ciszy w Sejmie, wyrzuca się z uchwały upamiętniającej Pawła Adamowicza niewygodne dla PiS sformułowania. Zakazuje się politykom partii rządzącej komentować wydarzenie w Gdańsku, a Jarosław Kaczyński ostentacyjnie, w przededniu pogrzebu Pawła Adamowicza, jedzie do Krakowa, by pomodlić się nad sarkofagiem brata.  A wszystko po to, by pokazać narodowi, kto jako jedyny zasługuje na tłumne pożegnanie i jeszcze większe wspominanie… Kto jest ofiarą mordu politycznego… Kto wart jest pamięci…

Mało tego – PiS usiłuje rozegrać tragedię, która wydarzyła się w Gdańsku, na swoją korzyść. Przecież przed nami wybory do europarlamentu i naszego parlamentu rodzimego. Może więc uda się coś ugrać i uszczknąć więcej głosów? Stąd, jako ukłon w jedną stronę, pełna troski i łagodności twarz premiera oraz prezydenta. Stąd podejmowane działania, by język nienawiści zniknął z przestrzeni publicznej, zwiększona aktywność policji i prokuratorów, którzy nagle obudzili się i zaczynają ścigać tych, którzy tym językiem – za przyzwoleniem obecnej władzy – posługiwali się na prawo i lewo. Z drugiej zaś strony, dbałość o utrzymanie własnego elektoratu w przekonaniu, że nic się nie zmienia, a telewizja i media reżimowe nie zmieniły swojego propagandowego przekazu.

Nie wolno też zapomnieć o tym, że los sprzyja PiS-owi. Tam, gdzie dla wielu Polaków ból, rozpacz, niedowierzanie, dla tej partii świetna zasłona dymna, pod którą można wreszcie schować SKOK-i, aferę KNF, pana Glapińskiego, nieudolność w zarządzaniu, szastanie naszymi pieniędzmi, taśmy z premierem Morawieckim i wiele jeszcze innych wpadek. PiS ma nadzieję, że naród o rozliczenie się nie upomni, bo ma ważniejszą sprawę na głowie. Może błądzę w oparach fantazji, a może nie…

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Amerykański historyk specjalizujący się w dziejach Europy Środkowej i Wschodniej Timothy Snyder uważa, że do brexitu nie dojdzie. Ponadto brexit pokazuje, że Unia Europejska działa – ocenił Snyder w rozmowie z konserwatywnym dziennikiem „Die Welt”.

Brexit. Jak Polska gra na obie bramki i dlaczego tak się nie da [OPINIA]

Co z brexitem?

– Brexit, do którego nie dojdzie, jest załatwiany przez Unię Europejską w jej typowy nudny sposób, tak że przez dwa lata o tym rozmawia – zauważył profesor. – Brexit niekoniecznie zatem dowodzi tego, że Unia nie działa. Udowadnia wręcz, że potrafi działać w obliczu zagrożenia dla jej istnienia.

Zdaniem Snydera wynika to z niezwykle złożonej zdolności skutecznego radzenia sobie w wewnętrznymi różnicami. Jest to jedna z głównych cech, która odróżnia UE od Chin czy Rosji.

– Europa robi wrażenie chaotycznej i zdezorganizowanej, podczas gdy Chiny i Rosja – z oddali – wyglądają jak dobrze naoliwione maszyny. Co jest jednak ich słabością – uważa historyk. – Unia Europejska jest jedyną organizacją, która ma wolę i jest dość duża, by zająć się prawdziwymi wyzwaniami obecnego stulecia. Ani aneksja Krymu, ani budowa muru na granicy z Meksykiem nie mają nic wspólnego z tymi prawdziwymi wyzwaniami. Europejczycy, jako jedyni, na poważnie próbują kształtować 21. wiek poprzez swoje ideały – prawa człowieka i państwo prawa – wylicza Snyder.

W pogoni za potęgą [WYWIAD]

„Świat byłby zupełnie inny bez takiej Europy”

Jego zdaniem Europa, w której pół miliarda ludzi cieszy się wysokim poziomem życia, poszanowaniem dla prawa, długowiecznością i jest zadowolona, stanowi ważny czynnik wpływający na sytuacje na świecie. – Świat byłby zupełnie inny bez takiej Europy. Dlatego macie też wrogów – przekonuje Snyder.

Mówiąc o dwóch największych przeciwnikach USA i Europy, Snyder zwraca uwagę na różnice w działaniu między Pekinem a Kremlem. – Rosja robi przeciwko nam to, na co Chiny się nie decydują ze względów taktycznych. Rosjanie szukają w polityce zagranicznej natychmiastowego zaspokojenia potrzeb, podczas gdy Chińczycy myślą długofalowo – analizuje historyk. Jednocześnie przestrzega przed bagatelizowaniem Rosji i redukowania jej do „broni nuklearnej i Gazpromu”. – Istnieje związek między Rosją a Chinami. Polityka Kremla ukierunkowana na dezintegrację (Zachodu – red.) służy Chinom – zauważa.

Według Snydera osłabianie Zachodu przez Moskwę paradoksalnie jest szkodliwe dla niej samej. Dużo większym problemem dla Rosji są bowiem właśnie Chiny. Z geopolitycznego punktu widzenia działania największego państwa na świecie nie mają sensu. Naukowiec tłumaczy je w następujący sposób: – Rosjanie dużo mówią o geopolityce, ale zachowują się jak dzieci z eksperymentu Waltera Mischela. Nie mogły one oprzeć się pokusie, by natychmiast nie zjeść zaproponowanych im cukrowych pianek, chociaż dostałyby więcej słodyczy, gdyby zaczekały”. Wśród „pianek” na które Kreml się „skusił” historyk wymienia aneksję Krymu, próby wpływanie na wyniki wyborów w USA czy popieranie europejskich populistów. – To geopolityczny nonsens. Nic to jednak nie zmienia. Nie możemy im tego puścić płazem – przekonuje.

Bezpieczeństwo Polski A.D. 2018

Trump jak narodowi socjaliści?

Timothy Snyder, który wykłada na elitarnym uniwersytecie Yale, wyjątkowo krytycznie ocenia prezydenta Donalda Trumpa w USA, dostrzegając analogie z działaniami narodowych socjalistów w Niemczech.

– Nie jestem jedynym, który próbuje wyciągać wnioski z lat 30. ubiegłego wieku, żeby zrozumieć teraźniejszość. W tym kontekście mówię o niebezpieczeństwie stanu wyjątkowego”, którego wprowadzeniem grozi Trump, jeśli nie dostanie środków na budowę muru na granicy z Meksykiem – tłumaczy. – Przeobrażenie się Republiki Weimarskiej w narodowosocjalistyczną dyktaturę było poprzedzone nieustanną praktyką wydawania nadzwyczajnych rozporządzeń dla ominięcia parlamentu – konkluduje.

Polski rząd chce przygotować się na „twardy brexit”

Apel o prawdę dla Pawła Adamowicza.

Afery KNF i NBP powinny pogrążyć PiS

25 Sty

To na razie nieoficjalny przeciek ze śledztwa, jakie toczy się w sprawie afery korupcyjnej w Komisji Nadzoru Finansowego. Ale bardzo niepokojący. Według „Gazety Wyborczej”, która 13 listopada ujawniła nagranie korupcyjnej rozmowy z gabinetu szefa KNF, aresztowany w tej sprawie były prezes Komisji Marek Chrzanowski miał zeznać w prokuraturze, że spotkanie z biznesmenem Leszkiem Czarneckim, założycielem Getin Noble Banku, zorganizował z inicjatywy Adama Glapińskiego, prezesa NBP.

Na razie to tylko nieoficjalne informacje o zeznaniach głównego podejrzanego w tej sprawie. Ale ze stenogramu samej rozmowy Chrzanowskiego i Czarneckiego dowiedzieliśmy się, że szef KNF tego dnia (28 marca) wybierał się z właścicielem Getin Noble Banku na spotkanie z prezesem NBP. Prawdą jest też, że Chrzanowski był protegowanym Glapińskiego. I prawdą jest wreszcie to, że Glapiński już po zatrzymaniu i dymisji Chrzanowskiego, bronił byłego szefa KNF jak niepodległości: „[Chrzanowski] Prezentuje najwyższe standardy profesjonalne, merytoryczne, uczciwości, patriotyzmu” – twierdził wtedy prezes NBP.

Wkrótce po wybuchu afery wokół KNF prezes Glapiński „dorobił się” własnych problemów: „Wyborcza” ujawniła niebotyczne zarobki dyrektor ds. komunikacji i promocji w NBP Martyny Wojciechowskiej, która towarzyszy prezesowi na każdym kroku (nawet podczas wizyt w prokuraturze i w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej). Szef NBP stał się wtedy podwójnym obciążeniem wizerunkowym dla PiS: z powodu związków z Chrzanowskim i z powodu gigantycznych comiesięcznych przelewów (wg „Wyborczej” ponad 65 tys. zł) na konto pani Wojciechowskiej.

PiS doskonale wie, że nie jest w stanie odwołać Glapińskiego ze stanowiska. Kadencja prezesa NBP jest zapisana w konstytucji; aby uległa przerwaniu, prezes musi zostać skazany prawomocnym wyrokiem za przestępstwo albo sam podać się do dymisji.

Ale Glapiński, bliski znajomy prezesa PiS od 30 lat i pomysłodawca transakcji, które zapewniły PiS solidne fundamenty finansowe, wcale nie rozważa dymisji. Wręcz przeciwnie, atakuje „Wyborczą” (oraz „Newsweeka”) za teksty wiążące go z aferą KNF. Twierdzi też, że dziennikarze „Gazety Wyborczej” próbują „rozchwiać cały system finansowy i wiarygodność polskich finansów”. A zaraz potem (w zaprzyjaźnionym tygodniku „Sieci”) snuje nawet spiskową teorię, że to atak na niego ze strony sił, które chciałyby wciągnąć Polskę do strefy euro (przypomnijmy, że jedną z pierwszych decyzji Glapińskiego w NBP była likwidacja Biura Integracji ze Strefa Euro). Słowem: złe siły sprzysięgły się przeciwko mnie.

Tyle że jeśli nieoficjalne doniesienia ze śledztwa w sprawie KNF okażą się prawdą, to sam prezes NBP stanie się największym zagrożeniem dla polskiego systemu finansowego. Bo w tej branży taką rzecz jak wiarygodność szefa banku centralnego rynki potrafią wycenić dość precyzyjnie.

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

TVP to szczujnia, która pomogła podnieść nóż zabójcy na Pawła Adamowicza

25 Sty

>>>

Bojkot TVP? Mój kolega Maciej Kosycarz fotoreporter i wydawca pięknych albumów o Gdańsku, organizator wystaw i konkursów fotograficznych, wybrany swego czasu Gdańszczaninem Roku, zaapelował w Internecie aby ludzie kultury bojkotowali TVP.

Granice wstydu, żenady i manipulacji (widoczne nawet w czasie żałoby po zamordowanym prezydencie Gdańska) zostały jego zdaniem przez tę instytucje przekroczone. Pierwszy poparł akcję gdańszczanin, autor muzyki filmowej Mikołaj Trzaska.

Znany gdański animator kultury i organizator koncertów i festiwali Arek Chronowski, napisał, że już od trzech lat nie komentuje i nie pojawia sie w TVP, ale może nie pojawiać się jeszcze bardziej.

Akcję poparł znany gdański pisarz Mieczysław Abramowicz. Niezależnie od akcji Kosycarza podobne deklaracje wyrazili aktorzy Maciej Stuhr i Maja Ostaszewska.

Ja też jestem za tym aby TVP omijać tak jak ucieka się przed człowiekiem, który nie panuje nad puszczaniem smrodliwych gazów. Aczkolwiek uważam, że pojawienie się w TVP takich ludzi kultury jak Stuhr, Ostaszewska, Abramowicz czy Trzaska, w znaczny sposób podniosłoby poziom przekazu tej stacji.

Niestety nadmierne pojawianie sie tam takich postaci jak Marek Suski, Stanisław Janecki, Beata Mazurek czy Ryszard Terlecki poziom przekazu ściąga mocno poniżej wilczych dołów.

Jest z tym bojkotem jeszcze inny problem. Tacy osobnicy jak np. ja, Tymon Tymański czy Maciej Maleńczuk chętnie byśmy się dołączyli do bojkotu, tyle, że w naszym przypadku, to coś takiego, jak byśmy ogłosili bojkot lotów na księżyc.

Nas już tam dawno nie pokazują, bo my (ze względu na nasze nieprzychylne władzy wypowiedzi) od pewnego czasu okupujemy czołowe miejsca czarnych list z cyklu „Tych panów nie obsługujemy”.

Satyryk Piotr Bałtroczyk wszystkich, którzy pojawiają się w TVP nazywa „kolaborantami”. Moim zdaniem to przesada, bo stanu wojennego i czołgów na ulicach jeszcze nie ma. Rozumiem też tych wszystkich, którzy napisali książki, nakręcili filmy, mają wystawę swoich prac czy wydali płyty i chcą to jakoś zareklamować. Nigdy nie potępiałem kolegów i koleżanek, którzy występowali na sylwestrach prezesa Kurskiego czy na festiwalu w Opolu w czasach PiS.

Sens takiego protestu byłby mocniejszy gdyby dołączyli się do niego Zenek Martyniuk i grupa Boys. Ale na to nie ma szans, bo to wykonawcy, których przez lata nie było w TVP i których dla telewizji publicznej „odkrył” Jacek Kurski.

Rozumiem odruch serca jakim kierował się Maciek Kosycarz. Tu chodzi po prostu o minimum przyzwoitości, które w TVP nie zostało zachowane nawet po tragicznej śmierci Adamowicza.

Gorąco popieram wszystkich, którzy deklarują traktowanie TVP jak powietrza, tak jak popieram tych, którzy pikietują siedziby TVP i domagają się radykalnych zmian personalnych.

Pamiętajmy jednak, że to z nazwy nadal jest PUBLICZNA telewizja i powinna należeć do wszystkich Polaków i wszyscy Polacy powinni tam być reprezentowani.

Niestety władza traktuje TVP jak łup. I niczym zbójnik tego łupu nie odda. A zbliżają się wybory i prominentny przedstawiciel władzy Jacek Sasin potwierdził, iż w lutym rząd z budżetu państwa przeleje na konto TVP sumę… UWAGA…miliarda i dwustu milionów złotych!!!! I tak będą sie bawić i kłamać za nasze pieniądze w czas wyborów.

A bojkot? Skoro telewizja bojkotuje przyzwoitość, to mądrzy ludzie kultury wiedzą co robić.

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>