Pisowski festiwal afer Rok 2018

29 Gru

Jak rządzi PiS? Afera za aferą, pazurki i inne szumidła

W 2018 r. pozycja obozu PiS w oczach opinii publicznej dwa–trzy razy się zachwiała w wyniku afer. Zaczęło się w marcu, kiedy poseł PO Krzysztof Brejza dostał w końcu odpowiedź na pytanie o zarobki premier Beaty Szydło i jej ekipy w 2017 r. Okazało się, że ministrowie dostawali w premiach drugą pensję. W sumie bonusy kosztowały prawie 2 mln zł, rekordzista Mariusz Błaszczak zebrał ponad 80 tys. zł, sama premier 60 tys., a najniższe premie wynosiły po 50 tys. zł na osobę.

Wybuchła afera. Jarosław Kaczyński, jak sam przyznał, powiedział wtedy Szydło, żeby „pokazała pazurki” i – była już wówczas – premier poszła na całość. „Te nagrody nam się po prostu należą” – te słowa z sejmowej mównicy musiały nieźle wkurzyć wyborców, bo PiS zaczął tracić poparcie. Wyborcom nie podobała się pazerność władzy, która obiecywała przecież służyć skromnie Polakom. Kryzys musiał przeciąć sam Kaczyński, który ogłosił, że jak suweren chce taniego państwa, to je dostanie. I obiecał obciąć pensje nie tylko ministrom, ale też posłom, samorządowcom oraz szefom państwowych i samorządowych firm. Członkowie rządu mieli zaś oddać pieniądze z nagród na Caritas. Kryzys wygasł, choć do dziś nie wiemy, czy wszyscy ministrowie pieniądze rzeczywiście oddali, a ograniczyć pensji prezesom za bardzo się nie udało.

Kolejne problemy przyszły na początku października, kiedy okazało się, że w trakcie afery podsłuchowej nagrano też Mateusza Morawieckiego, wtedy prezesa banku BZ WBK. W opublikowanej przez Onet rozmowie z marca 2013 r. późniejszy premier szczycił się świetnymi kontaktami z ludźmi Donalda Tuska, naśmiewał z wypadku Roberta Kubicy i opowiadał niejasne historie o „pracy za miskę ryżu” czy „odpychaniu, strzelaniu do” imigrantów.

Morawiecki miał też oferować „pięć dych czy siedem, czy stówkę” dla Aleksandra Grada, byłego ministra skarbu w rządzie PO-PSL, i interweniować w sprawie pracy dla syna Ryszarda Czarneckiego, pisowskiego europosła. PiS nie do końca wiedział, jak reagować. Z jednej strony oficjalny przekaz dnia brzmiał, iż nagrania to „odgrzany kotlet”, z drugiej rzecznik PiS Beata Mazurek mówiła o „skoordynowanym ataku” na premiera i że „dobrze wiadomo, jaki nadawca” za tym stoi (czyli „niemieckie media polskojęzyczne”).

Największa afera przyszła w połowie listopada. Bankowiec Leszek Czarnecki ujawnił nagranie rozmowy z marca 2018 r. z szefem Komisji Nadzoru Finansowego Markiem Chrzanowskim. Urzędnik próbował ją zagłuszyć za pomocą urządzenia nazwanego „szumidłem”. Miał ku temu zapewne powody, bo prawdopodobnie zażądał od finansisty łapówki (mowa o 40 mln zł) za zostawienie w spokoju jego banków. W każdym razie postawiono mu zarzut korupcji.

PiS wciąż próbuje wygasić aferę, zaufany człowiek prezesa NBP Adama Glapińskiego, znany odtąd jako Marek Ch., został aresztowany. Przykryć całą sprawę miało zatrzymanie siedmiu osób z poprzedniej ekipy w KNF, z czasów PO, za rzekome niedopatrzenia w sprawie SKOK Wołomin. Problem w tym, że to PiS przez lata wspierał Kasy.

Przy okazji Zbigniew Ziobro spostponował jednego z urzędników Wojciecha Kwaśniaka, który został przed laty ciężko pobity przez wynajętego bandytę właśnie za dociekliwość w sprawie SKOK Wołomin. W efekcie pod koniec roku PiS znowu zaczął słabnąć w sondażach. I wciąż nie wiadomo, czy i tym razem ekipie rządzącej uda się wykaraskać z kryzysu.

Życie partyjne. Raz na wodzie, raz pod wodą

Jan Kaczmarek z kabaretu Elita śpiewał o jeziorach, które na powierzchni „są takie cudowne”, a w głębi „śmiertelna wre walka”. Jak w życiu partyjnym.

Na powierzchni widać stabilne sondaże i wciąż te same partie na najwyższych pozycjach. Jeśli jednak zajrzeć głębiej, to w 2018 r. działo się całkiem sporo i trwała ostra rywalizacja

Lewicowo-liberalna część wyborców czekała na to, co im zaproponuje Robert Biedroń, który pod koniec roku wyruszył w trasę po kraju. Po serii mityngów jego ugrupowanie pod roboczą, enigmatyczną nazwą Kocham Polskę w szczegółach ma się pokazać dopiero w lutym przyszłego roku.

Z drugiej strony sceny z politycznej piany zaczął się wyłaniać Ruch Prawdziwej Europy, zarejestrowany przez związanego z Tadeuszem Rydzykiem posła Mirosława Piotrowskiego. Czy oznacza to, że redemptorysta z Torunia na serio będzie chciał rzucić wyzwanie Jarosławowi Kaczyńskiemu, czy to tylko straszak, który ma pomóc w zdobyciu funduszy na projekty przedsiębiorczego księdza z Torunia?

Nową partię można dość łatwo stworzyć, ale trudniej utrzymać, co pokazują losy dwóch najmłodszych ugrupowań w Sejmie: Kukiz ’15 i Nowoczesnej. Oba traciły w ciągu roku pozycję polityczną i posłów, w obu kłopoty przeżywali ich założyciele – Paweł Kukiz i Ryszard Petru. Ten ostatni zdążył zresztą z założonej rok wcześniej partii wyjść i założyć nową – pod nazwą Teraz!

Trudno przesądzić, czy Nowoczesna i Kukiz ’15 przetrwają do przyszłorocznych wyborów do Sejmu, obie wciąż trzymają głowę nad wodą. Dla Partii Razem to też nie był dobry rok, w wyborach samorządowych osiągnęła śladowe poparcie. Na dalszej prawicy trwały z kolei przepychanki przed wyborami europejskimi, narodowcy łączą się i dzielą, licząc na sukces w wyborach europejskich, a przywódcze aspiracje zgłasza uciekinier z Kukiz ’15, do niedawna piwowar Marek Jakubiak.

Swoje pięć minut miała Barbara Nowacka z Inicjatywy Polskiej, która wraz z Katarzyną Lubnauer z Nowoczesnej dała trochę świeżości kampanii samorządowej Koalicji Obywatelskiej. Koalicja pod koniec roku stanęła jednak pod znakiem zapytania po transferze Kamili Gasiuk-Pihowicz z grupą posłów z Nowoczesnej do PO, co złośliwi określili jako pożeranie przystawki przez Grzegorza Schetynę.

Najspokojniej, przynajmniej na powierzchni, było w PiS. W obozie prawicy wciąż mówi się o ostrych wewnętrznych sporach, zwłaszcza między Mateuszem Morawieckim a Zbigniewem Ziobrą, ale na razie niewiele z nich w sensie politycznym wynika.

Wielka improwizacja, czyli świętujemy 100-lecie niepodległości

Państwowe obchody 100-lecia odzyskania niepodległości miały przyćmić wszystkie dotychczasowe święta i być triumfem „biało-czerwonej drużyny” PiS. Miały, ale nie przyćmiły, tylko ugrzęzły w organizacyjnym chaosie. Dwóch pełnomocników ds. organizacji obchodów – po stronie prezydenta i rządu – nie dało rady. Z budżetu na obchody przeznaczono 240 mln zł, ale nie wiadomo, na co dokładnie je wydano.

Warszawski marsz, a właściwie dwa – jeden z władzami na czele oddzielony od drugiego, w którym maszerowali też narodowcy – był masowy i bardziej spokojny niż te z lat ubiegłych. Choć oczywiście nie obyło się bez incydentów, faszystowskich znaków, rac. Święto 100-lecia niepodległości uratowały dziesiątkach lokalnych pikników, festynów, parad, biegów organizowanych w całym kraju przez władze samorządowe. Były też akcje międzynarodowe, jak podświetlenie na biało-czerwono kilkudziesięciu słynnych światowych zabytków, w tym wieży Eiffla. Antoni Macierewicz jako minister obrony narodowej chciał stawiać na 100-lecie „kolumny niepodległości”, ale został odwołany. A jego następca sfinalizował inny projekt – „ławki niepodległości”. Można się na nich rozsiąść od kilku dni, a każda kosztuje 30 tys zł.

Niestety nie przyjechali na polskie obchody światowi liderzy, a jedyny, który przyjechał, czyli przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, został przez władze państwowe zignorowany. Wygłaszając w Łodzi swoje przemówienie, w którym zachęcał do „pokonania współczesnych bolszewików”, potwierdził, że po stronie antyPiSu wciąż jest jedynym politykiem zdolnym przeciwstawić obozowi władzy kompletnie odmienną i spójną wizję polityczną.

Niestety również opozycyjne partie oddały Dzień Niepodległościwalkowerem. Kiedy z dnia na dzień coraz bardziej okazywało się, że władza prawie niczego nie przygotowała, większość polityków opozycyjnych deklarowała, że 11 listopada spędzą prywatnie.

Nie otwarto żadnego spektakularnego obiektu, aby uczcić tę naszą niepodległość. Ale za to odsłonięto pomnik Lecha Kaczyńskiego na pl. Piłsudskiego. Padły też zapowiedzi odbudowy Pałacu Saskiego oraz stworzenia muzeum Lecha Kaczyńskiego. Trudno było się oprzeć wrażeniu, że na 100-lecie mieliśmy do czynienia z naszą polską improwizacją i „jakoś to będzie”. Niestety nie było.

Protest osób z niepełnosprawnościami i ich rodziców

Przez 40 dni (18 kwietnia–27 maja) na sejmowej posadzce mieszkało najpierw 16, a potem 9 osób. Karol, Wiktoria, Katarzyna i Magda Milewiczowie, Iwona i Jakub Hartwichowie, Marzena Stanewicz, Anna i Adrian Glinka – oni zostali do końca.

Postulaty były dwa. Pierwszy, dotyczący zrównania renty socjalnej z minimalną rentą z tytułu niezdolności do pracy, został spełniony, a renta wzrosła z 865,03 zł do 1029,80 zł. Drugi – wprowadzenia dodatku „na życie”, zwanego też „rehabilitacyjnym” – już nie. Zamiast niego rząd zaproponował dodatek rzeczowy, którego wartość wycenił na 520 zł. Nie przyjął żadnej z kompromisowych propozycji protestujących rozłożenia wypłaty tego dodatku na kilka lat (od września 2018 r. – 250 zł, od stycznia 2019 – dodatkowo 125 zł i od stycznia 2020 r. – kolejne 125 zł).

Z protestującymi rozmawiali premier Mateusz Morawiecki, prezydent Andrzej Duda, pierwsza dama, Rzecznik Praw Obywatelskich i jego zastępczyni Sylwia Spurek, minister Elżbieta Rafalska. To na początku. Później budynek Sejmu został otoczony barierkami, a wejścia do niego pilnowała policja. Kamery stacji telewizyjnych i radiowych usunięto z Sejmu. Dziennikarze bez stałych przepustek nie mogli wejść do parlamentu. Podobnie jak Wanda Traczyk-Stawska, uczestniczka powstania warszawskiego, czy Janina Ochojska, szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej. Odwołano obrady Sejmu Dzieci i Młodzieży i Noc Muzeów w Sejmie. Polski parlament został zabarykadowany.

Marszałek Sejmu Marek Kuchciński konsekwentnie odcinał protestujących od świata.Wprowadzał (i odwieszał) zakaz wychodzenia na spacery, zakaz odwiedzin, zakaz otwierania okien, zakaz dostarczania poczty. 24 maja, kiedy w Sejmie odbywały się obrady Zgromadzenia Parlamentarnego NATO, nie pozwolił na wywieszenie transparentu „Polish Disabled Children Beg for a Decent Life” („Polskie niepełnosprawne dzieci błagają o godne życie”). Straż Marszałkowska użyła wówczas wobec protestujących siły.

Wychodząc z Sejmu 27 maja, Iwona Hartwich, nieformalna liderka protestu, mówiła: „udało nam się sprawić, że problem niepełnosprawności stał się w Polsce tematem numer jeden”. Adrian Glinka i Jakub Hartwich, którzy należeli do najbardziej rozpoznawalnych uczestników sejmowego protestu, wystartowali w wyborach samorządowych z list Koalicji Obywatelskiej. Jakub Hartwich z powodzeniem od listopada jest radnym w Toruniu. Jest się więc z czego cieszyć, choć rząd niewiele nauczył się z protestu. Dowodem jedna z ostatnich decyzji kierownictwa resortu rodziny: po trwających rok przygotowaniach i konsultacjach 18 grudnia zdecydowano o tym, że środowiskowe domy samopomocy dla dorosłych niepełnosprawnych jednak nie powstaną.

Symbolem prezydentury Andrzeja Dudy w 2017 r. były weta do ustaw sądowych, symbolem 2018 r. – selfie z koniem

W zeszłym roku wydawało się, że prezydent na poważnie próbuje się wybić na niepodległość i zdobyć samodzielną pozycję w obozie władzy. Ten rok przyniósł w tej dziedzinie regres, choć warto odnotować dwa prezydenckie weta. Pierwsze – do tzw. ustawy degradacyjnej, która taśmowo odbierała stopnie wojskowym z czasów PRL. Drugie – do ordynacji do wyborów europejskich, mającej de facto ograniczyć naszą reprezentację w Brukseli i Strasburgu do dwóch partii.

Poza tym to był rok słabnącej pozycji Dudy, czego dobitnym przykładem był los jego sztandarowego projektu – referendum konstytucyjnego planowanego na stulecie odzyskania niepodległości. PiS dystansował się od tego pomysłu, ostatecznie utopili go senatorzy tej partii, wstrzymując się od głosu (i próbując nieudolnie zwalić winę na PO).

O słabnięciu prezydenta świadczyły też dymisje jego współpracowników, porzucił go m.in. rzecznik Krzysztof Łapiński, który wybrał karierę w PR. Prezydent poza dwoma wymienionymi wyjątkami grzecznie podpisywał pisowskie ustawy, w tym te najbardziej szkodliwe, jak nowelizacja ustawy o IPN, która wpędziła nas w konflikt z USA i Izraelem, czy kolejne nowelizacje ustaw sądowych kontestowane przez środowiska prawnicze, organizacje pozarządowe i Brukselę.

Brak sukcesów w kraju Andrzej Duda próbował rekompensować sobie za granicą, ale tam też średnio mu szło. W samolocie do Australii dowiedział się, że rząd pozbawił jego wizytę na antypodach jakiegokolwiek znaczenia, kasując zakup fregat od rządu w Canberze. Z wizyty w Waszyngtonie wszyscy zapamiętali lizusowski „Fort Trump” i zdjęcie z podpisywania umowy przy biurku prezydenta USA, ale na stojąco, wbrew jakiemukolwiek protokołowi.

Prezydentowi zebrało się też sporo innych gaf, wpadek czy po prostu wypowiedzianych bzdur. Pamiętne były słowa o UE jako „wyimaginowanej wspólnocie, która nic nam nie daje”, czy o energooszczędnych żarówkach. Pod koniec roku media społecznościowe obiegło zaś zdjęcie prezydenta, który robi sobie zdjęcie z koniem. Nic dodać, nic ująć.

Wybory samorządowe: wszyscy przegrali, wszyscy zwyciężyli

Po wyborach samorządowych i PiS, i opozycja ogłosiły swoje zwycięstwa. Ale to częściowe wygrane: opozycji w dużych miastach, a PiS-u w sejmikach (jednego w poprzedniej kadencji zmienił na osiem w nowej).

Jednym z największych przegranych okazał się Patryk Jaki, który oddał Rafałowi Trzaskowskiemu stolicę już w pierwszej turze (56 proc. vs 28 proc.). Drugiej tury nie trzeba było organizować też w Łodzi (Hanna Zdanowska 70 proc. vs Waldemar Buda z PiS 23 proc.); w Białymstoku (Tadeusz Truskolaski, KO, 56 proc. vs Jacek Żalek, PiS, 20 proc.); we Wrocławiu (Jacek Sutryk, KO, 50,2 proc. vs Mirosława Stachowiak-Różecka, PiS, 27 proc.); w Lublinie (Krzysztof Żuk 62 proc. vs Sylwester Tułajew, PiS, 31 proc.), a także w Gdyni (wygrał Wojciech Szczurek – 70 proc.) iSopocie (Jacek Karnowski – 59 proc.). Kandydaci PiS przegrali II tury w Gdańsku, Kielcach, Krakowie, a także w Radomiu i Nowym Sączu.

Jeśli chodzi o sejmiki, to dobre nastroje opozycji z wieczoru wyborczego szybko opadły wraz z podaniem przez PKW oficjalnych wyników wyborów. W całym kraju do obsadzenia było 552 foteli w 16 sejmikach, z czego najwięcej otrzymał PiS – 254, Koalicja Obywatelska – 194, PSL – 70, Bezpartyjni Samorządowcy – 15, SLD – Lewica – razem 11 mandatów. Swoich ludzi wprowadzili też: Mniejszość Niemiecka – 5, komitety Dutkiewicza dla Dolnego Śląska – 2 oraz Bogdana Wenty dla świętokrzyskiego – 1. Dla partii Kaczyńskiego to rekordowy wynik, bo wygrała w 9 sejmikach (województw lubelskiego, łódzkiego, małopolskiego, podkarpackiego, podlaskiego, świętokrzyskiego, dolnośląskiego, mazowieckiego i śląskiego). W dolnośląskim Kaczyński wywalczył sobie koalicjanta – Bezpartyjnych Samorządowców, a w śląskim wyłowił z KO radnego Kałużę i też ma większość.

Wygrali przede wszystkim głosujący, którzy ustanowili rekord frekwencji – 54,96 proc. Z 30 115 896 osób uprawnionych do głosowania z tego prawa skorzystało 16 552 627, o blisko 2 mln więcej niż w poprzednich wyborach. Najbardziej wyborami zainteresowani byli mieszkańcy woj. mazowieckiego – 61,02 proc., z czego największe kolejki ustawiały się w stolicy (66,81 proc. frekwencji), a najmniej w województwie opolskim – 48,72 proc.

Wybory samorządowe nie przyniosły politycznego przełomu. Pokazały, że jest jakiś potencjał do zmiany władzy, choć bardzo chwiejny. Koalicja demokratyczna powinna przyjrzeć się symulacji, którą przeprowadził dr Tomasz Jurkiewicz z Uniwersytetu Gdańskiego. Wynika z niej, że gdyby Polacy zagłosowali w wyborach do Sejmu tak samo jak w tych do sejmików, to PiS straci władzę. Jest jeden warunek: biorąc pod uwagę mechanizm d’Hondta, KO musi poszerzyć się o minimum jeszcze jedną partię. Jurkiewicz wyliczył, że KO wspólnie z PSL i SLD zdobyłaby 243 mandaty. Jest i drugi mechanizm, czyli myślenie życzeniowe polityków oraz przekonanie o własnej sile i że tym razem się uda. Na razie udało się, ale Jarosławowi Kaczyńskiemu.

To był pod wieloma względami rekordowy rok dla polskiej gospodarki

Bezrobocie utrzymuje się poniżej 6 proc., a wynagrodzenia rosną. Boom na rynku nieruchomości napędza wzrost gospodarczy i pozwala bankom zarabiać na kredytach. Oczekiwane w połowie roku spowolnienie gospodarcze nie nadeszło. Wydatki socjalne rosną, a finanse publiczne nigdy nie były w tak dobrej formie – tegoroczny deficyt budżetowy może spaść poniżej 1 proc. PKB. W październiku agencja S&P podniosła rating Polski do poziomu A-, tym samym przyznając, że kryzys praworządności nie odbił się na polskiej gospodarce.

Nad tym optymistycznym obrazkiem wiszą jednak czarne chmury: przedsiębiorcy skarżą się na brak pracowników i rosnące koszty pracy, rosnące zatory płatnicze zaczynają doprowadzać do upadłości najmniej płynnych graczy, a rynek kapitałowy jest w najgorszej formie od czasu kryzysu.

Spadek bezrobocia cieszy zarówno społeczeństwo, jak i rząd, który dzięki temu dostaje więcej podatków i składek, a wypłaca mniej świadczeń socjalnych. Wciąż mamy jednak jeden z niższych wskaźników aktywności zawodowej w Europie, a to dzięki wczesnym emeryturom i polityce społecznej, od lat systemowo nastawionej na świadczenia, a nie aktywizację, i dotyczy to zarówno rodziców małych dzieci, osób z niepełnosprawnościami, osób starszych, jak i opiekunów.

Niski deficyt cieszy tak długo, jak długo nie rozejrzymy się wokoło. Mimo niższej dynamiki wzrostu nadwyżki budżetowe notują nie tylko Niemcy, ale też Bułgarzy, Czesi czy Litwini. Wkrótce trzeba też będzie porównać koszty i korzyści z uszczelnienia podatkowego. Tylko w tym roku uchwalono dwie nowelizacje VAT, trzy CIT i dwie ordynacji podatkowej. Z roku na rok firmy potrzebują więcej czasu na nadążanie ze zmianami w prawie i rozliczanie podatków, a podzielona płatność VAT obniża płynność firm.

To był zły rok dla rynku kapitałowego. Główne indeksy na GPW straciły od kilku do 25 proc. Giełda w zadyszce: brak kapitału odstrasza debiutantów i zachęca do schodzenia z parkietu (zdecydowały się na to 22 spółki, najwięcej w historii warszawskiej giełdy), brak debiutów zniechęca inwestorów. Tych, którzy liczyli na Pracownicze Programy Kapitałowe, czeka rozczarowanie. Nowe fundusze będą kupować akcje głównie na WIG20, gdzie królują spółki Skarbu Państwa. Nie wiadomo też, ile osób skusi się na dodatkowe oszczędności emerytalne – rząd najpierw mówił o 80, a teraz już o 50 proc. uprawnionych. W rynek uderzyły też dwie głośne afery: GetBacku i KNF.

Przyszły rok może być trudny dla polskiej gospodarki. Nie wykorzystaliśmy koniunktury do budowy rezerw na gorsze czasy. Przedsiębiorcy mają długi, ale nie mają inwestycji. Rynek pracy, a razem z nim system ubezpieczeń społecznych, opiera się na niestałych migrantach. Biznesowi życie skomplikują kolejne nowe regulacje i wyższe koszty napędzane drożejącą energią, a wkrótce też dodatkowymi składkami na PPK. Nie jesteśmy gotowi na światowe spowolnienie ani na kolejny kryzys w Europie.

Reklamy

Komentarze 3 to “Pisowski festiwal afer Rok 2018”

  1. Hairwald 29 grudnia 2018 @ 08:20 #

    Reblogged this on Holtei i skomentował(a):

    Legislacja PiSu, to tak jakby dać małpie brzytwę lub odbezpieczony granat

Trackbacks/Pingbacks

  1. Za zamach na rodzinę Tuska PiS nagradza? | Hairwald - 29 grudnia 2018

    […] Depresja plemnika […]

  2. PiS nagradza terrorystów? | Earl drzewołaz - 29 grudnia 2018

    […] Depresja plemnika […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: