Pedofilia w Kościele. Duda ocipiał. Polowanie na sędziego Tuleyę

20 Gru

Dziennikarz Tomasz Sekielski od kilku miesięcy pracuje nad filmem dokumentalnym poruszającym tematykę pedofilii w Kościele. Choć wsparcia finansowego odmówiły mu największe polskie stacje telewizyjne, udało mu się zebrać potrzebną sumę dzięki zbiórce na platformie Patronite. Praca nad filmem nie jest jednak łatwa – bohaterowie filmu są zastraszani, nagrania utrudnia także policja.

– Kolejny dowód na to, że Kościół wiele mówi o sprawie pedofilii, a niewiele w tej sprawie robi. Wyobraźcie sobie księdza, który został prawomocnie skazany, który dostał zakaz zbliżania się do dzieci, któremu sąd zakazał nauczania religii. I ten oto ksiądz odprawia rekolekcje z naukami dla dzieci. Mamy to nagrane i zobaczycie to w naszym filmie – opowiadał Sekielski w dopiero co opublikowanym na Facebooku klipie.

O projekcie Sekielskiego głośno jest niemal od roku, kiedy dziennikarz poinformował, również na swoim Facebooku, że planuje nagranie filmu dokumentalnego o pedofilii w polskim Kościele. – To nie będzie film antykościelny ani tym bardziej antyreligijny, chcemy pokazać, ile zła może wyrządzić człowiek, który zszedł na złą drogę – mówił dziennikarz, przekonując jednocześnie, że „trzeba zrobić to dla ofiar”, a także by „ostrzec inne dzieci przed zboczeńcami w sutannach”.

Dziś podkreśla, że „księża podejrzewani, bądź skazani za przestępstwa seksualne są w Polsce traktowani w sposób wyjątkowy” i nie ponoszą konsekwencji nawet, jeśli łamią wyroki sądów i prokuratorskie zakazy. Przykre konsekwencje spotykają za to ludzi, którzy zdecydowali się współpracować z Sekielskim w pracy nad filmem. Ba, według Sekielskiego są nawet zastraszani.

Zastraszanie i policja

– Chcę, żeby wszystkie osoby w tym filmie wystąpiły ze swoją twarzą, żeby nie zarzucono mi, że wynająłem statystów, że to podstawione osoby, a mój film to nagonka na Kościół – tłumaczył Sekielski w wywiadzie dla o2.pl, zaznaczając, że przede wszystkim zależy mu na wiarygodności. Również na profilu na Patronite wyjaśnia, że część pieniędzy musi zostać zainwestowana w redakcję, by „nikt nie mógł nam zarzucić, że w naszym filmie choćby przypadkiem rozminęliśmy się z prawdą”.

Nie wszystkim jednak odpowiada przygotowywany przez Sekielskiego film, ani wymóg pokazywania wizerunku. Kilka dni temu dziennikarz na swoich mediach społecznościowych opublikował nagranie rozmowy telefonicznej z jednym z bohaterów filmu. 12 grudnia nieznany mężczyzna w czarnym samochodzie zajechał mu drogę. Był niezadowolony, że ofiara księdza-pedofila kontaktuje się z dziennikarzami. Posypały się groźby i żądanie podpisania świadczenia stwierdzającego, że bohater dokumentu zrzeka się odszkodowania od kurii.

Zdarzenie miało miejsce o godzinie 6 rano, a mężczyzna miał na głowie kaptur, przez co nie był dobrze widoczny. Jednemu z bohaterów filmu Sekielskiego nie udało się także zapamiętać całego numeru rejestracyjnego pojazdu.

„UWAGA!!! Ktoś stosuje gangsterskie metody wobec ofiary księdza pedofila. Trwa akcja zastraszania bohatera mojego filmu. Posłuchajcie co wydarzyło się dzisiaj o szóstej rano w Grądach-Woniecko (Podlasie). Pomóżcie znaleźć sprawcę. Szukamy czarnej terenowej hondy, której numery rejestracyjne zaczynają się na WO” – apelował dziennikarz.

Z kolei na początku grudnia Sekielski z ekipą filmową pojechał do innego mężczyzny molestowanego przez księdza. Gdy tylko przyjechali na spotkanie i zaparkowali auto, pojawił się obok nich patrol policji. Funkcjonariusze poinformowali, że otrzymali anonimowe zgłoszenie na numer rejestracyjny pojazdu… 20 minut przed przyjazdem dziennikarza.

Wszystkie osoby znajdujące się w pojeździe zostały wylegitymowane. Powód? „Zgłoszenie dotyczy tego, że osoby w pojeździe zachowują się podejrzanie. I ja muszę to zweryfikować” – przekazał funkcjonariusz.

Publikowane przez Sekielskiego materiały wyraźnie wskazują, że ktoś próbuje utrudnić prace nad filmem.

Fragment filmu

Mimo tych wysiłków film powstaje, a Sekielski opublikował fragment w sieci. Na niespełna 3-minutowym wideo widzimy rozmowę z ks. Adamem Jabłońskim, naczelnym kapelanem więziennictwa, który broni duchownego oskarżonego o pedofilię.

– Nigdy nie chowam dzieci przez księdzem Adamem, prędzej schowałbym przed wami – powiedział ks. Jabłoński, tym samym udowadniając, że łamane jest postanowienie prokuratora o zakazie przebywania z dziećmi księdza oskarżonego o pedofilię. Kapelan więziennictwa przyznał także, że „Adam […] uczynił zło, ale od tego jest sąd i prokuratura”. Co więcej, ks. Jabłoński informuje dziennikarza i jego ekipę, że oskarżony o pedofilię ksiądz może odprawiać msze i spowiadać w prywatnych kaplicach, a biskup zdecydował o „ukryciu” księdza. Rozmowa nie jest spokojna – kapelan więziennictwa, choć wie, że jest nagrywany, nie powstrzymuje się od przekleństw.

Zrzutka na film

Produkcją filmu zajęła się firma Kombinat Medialny, założona przez Sekielskiego w 2012 roku. W momencie ogłoszenia prac, zdjęcia były już w trakcie. Jednak początku ekipa miała problemy z zebraniem potrzebnych środków finansowych i pozyskaniem sponsorów. Jak wyjaśniał Sekielski w rozmowie z portalem o2.pl, duże stacje telewizyjne odmówiły finansowania projektu. – Przy takich wpływach, jakie ma Kościół w Polsce, także tych politycznych, dla nich to niewygodny temat. To, że rządzi dziś taka a nie inna partia, tylko umacnia wpływy Kościoła. Nie wszyscy chcą się więc wikłać w taką tematykę – mówił Sekielski.

Dziennikarzowi udało się jednak znaleźć sposób na pozyskanie środków niezbędnych do produkcji filmu – przeprowadził internetową zbiórkę na platformie Patronite. Sekielski chce zebrać łącznie 450 tys. zł, m.in. na działalność redakcji zajmującej się weryfikacją zebranych materiałów i zeznań świadków, opłacenie profesjonalnej ekipy filmowej, zakup specjalistycznego sprzętu do produkcji dokumentu, a także na postprodukcję i promocję filmu.

Pod koniec 2018 roku Tomaszowi Sekielskiemu udało się zebrać prawie 412 tys. zł od 1717 internautów. Do zakończenia zbiórki brakuje mu już jedynie nieco ponad 38 tys. zł.

Wolność od nacisków

Zebrane pieniądze mają pomóc w stworzeniu filmu „w którym obnażymy hipokryzje części kościelnych hierarchów i zmowę milczenia służącą ochronie zboczeńców a nie ich ofiar. Tylko w ten sposób może powstać prawdziwy, wolny od cenzury i nacisków dokument na ten temat” – czytamy na stronie zbiórki.

Po zakończeniu prac nad dokumentem, film zostanie udostępniony za darmo na YouTube, również w wersji angielskiej. Sekielski zapowiedział także, że zgłosi swoje dzieło na międzynarodowe festiwale i nie pozwoli na cenzurę czy blokowanie filmu.

Dziennikarz przyznał jednak, że skłania się ku decyzji o przekształceniu projektu w serial dokumentalny, na przykład dla Netflixa. – Bez przerwy dostaję nowe zgłoszenia od osób, które są ofiarami księży pedofilów. Tych historii jest po prosu tak dużo, że szkoda się ograniczać do jednego filmu – przekonywał Sekielski w rozmowie z portalem WP.pl.

W wywiadzie tym wspominał także historię osoby, która była wykorzystywana we własnym domu, podczas gdy rodzice siedzieli w pokoju obok. W innej rozmowie mówił o mężczyźnie, który był regularnie gwałcony przez księdza od 12 roku życia, a także o kobiecie, która została zgwałcona przez księdza mając jedynie 7 lat. To pokazuje, jak wielki jest problem pedofilii w polskim kościele, a przede wszystkim – jak wiele ofiar chciałoby opowiedzenia swojej historii.

Premiera filmu Tomasza Sekielskiego o pedofilii w polskim Kościele planowana jest na maj 2019 roku.

Prezydent Andrzej Duda tuż po nominacji przedstawił się jako człowiek „niezłomny”. Na co dzień może tego aż tak nie widać, ale niezłomność okazuje w chwilach próby. We wtorek taka chwila nastąpiła: w Trybunale Konstytucyjnym. Prezydent niezłomnie bronił tam „państwa prawa i sprawiedliwości społecznej”. Bronił go przed sędziami Sądu Najwyższego, którzy podstępnie powrócili do orzekania, niecnie wykorzystawszy w tym celu postanowienie obcego sądu „wyimaginowanej wspólnoty”, czyli Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Podporządkowali się obcemu wyrokowi, zamiast czekać na naszą polską, suwerenną podstawę prawną, czyli rządową ustawę, którą on, Prezydent Rzeczpospolitej, raczył – w ostatnim możliwym terminie – podpisać.

Sędziowie przeciw konstytucji

Tę wrogą postawę sędziów Sądu Najwyższego prezydent Duda potępił jednak nie tyle jako niepatriotyczną, ile jako antykonstytucyjną, co może już budzić pewne zdziwienie, bo do tej pory prezydent Duda i jego formacja polityczna konstytucję traktowali z dystansem – jako element imposybilizmu prawniczego, który należy przełamywać. I przełamywali intensywnie przez ostatnie trzy lata, powołując się przy tym na wolę suwerena. Konstytucja jest też dla nich sztandarem wrogiej armii. A powoływanie się na nią – znakiem rozpoznawczym wrogów „dobrej zmiany”. Sędziom wytacza się za to postępowania dyscyplinarne.

A więc konstytucyjne wzmożenie prezydenta Dudy wydaje się szczególnie osobliwe.

W prezydencie obudził się prawnik

Osobliwe jest też to, że raptem obudził się w nim prawnik. Swoje oburzenie na sędziów wyraził w formie prawniczego wywodu, wymieniając nawet konkretne przepisy konstytucji. Poszło o niedopuszczanie do orzekania sędziów, których do Sądu Najwyższego rekomendowała nowa Krajowa Rada Sądownictwa w konkursie zaskarżonym do NSA z powodu niekonstytucyjnej procedury. I w sytuacji, gdy prawomocność powołania samej KRS zaskarżona została – w ramach pytań prawnych NSA i SN – do Trybunału Sprawiedliwości (rozprawa przed TSUE odbędzie się 19 marca 2019).

– Chyba nikt, kto zna system prawny, w szczególności polski system konstytucyjny, i zna obowiązujące zasady, nie ma wątpliwości, że takie działanie sędziego, po pierwsze, stanowi absolutnie jednoznaczne złamanie art. 178 ust. 1 [sędziowie są niezawiśli i podlegają tylko konstytucji i ustawom] i 3 [sędziowie nie mogą należeć do partii politycznej ani prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów] konstytucji, po drugie, narusza uprawnienia sędziego, który został odsunięty od orzekania, wynikające z art. 178 ust. 2 konstytucji [sędziom zapewnia się warunki pracy i wynagrodzenie odpowiadające godności urzędu oraz zakresowi ich obowiązków]. Jak również, proszę państwa, jeśli spojrzymy na to szerzej, z całą pewnością drastycznie złamany jest tu art. 7 konstytucji mówiący o tym, że wszystkie władze państwowe w RP działają na podstawie i w granicach prawa – tak wywodził prawnik-prezydent Andrzej Duda.

Nie jest pewne, jaki związek z odsuwaniem od orzekania sędziów mianowanych przez nową KRS ma zakaz przynależności partyjnej sędziów (czyżby prezydent sugerował, że odsunięto ich ze względu na niejawną podległość partii rządzącej?). Nie wiadomo też, co miał na myśli, powołując się na nakaz zapewnienia odpowiednich warunków pracy i płacy, skoro ci sędziowie należną płacę otrzymują i mają gabinety. Ale nie każdy tak dobrze „zna system prawny, w szczególności polski system konstytucyjny, i obowiązujące zasady”, jak prezydent Duda.

Andrzej Duda przypomniał sobie, czego jeszcze niedawno nie pamiętał

Z radością za to trzeba powitać fakt, że prezydent przypomniał sobie art. 7 konstytucji, że władze działają „na podstawie i w granicach prawa”. Bo można odnieść wrażenie, że sam nie do końca o tym pamiętał, odmawiając zaprzysiężenia trzech sędziów wybranych do Trybunału Konstytucyjnego przez poprzedni Sejm, mimo że Trybunał Konstytucyjny potwierdził prawomocność tego wyboru. Albo mianując prezesem TK Julię Przyłębską, mimo że została wybrana na podstawie przepisów, które weszły w życie dopiero dwa tygodnie później. I mimo braku uchwały sędziów TK o przedstawieniu jej kandydatury. Kiedy ułaskawiał Mariusza Kamińskiego, zanim ten został skazany. Kiedy rozpatrywał wnioski sędziów SN o pozwolenie na dalsze orzekanie po 65. roku życia, mimo że takich wniosków do niego nie skierowali. Kiedy wyrażał tę zgodę – lub nie – mimo braku kontrasygnaty premiera. Kiedy mianował sędziów do Izby Karnej i Cywilnej SN, ignorując prawomocne orzeczenia NSA wstrzymujące te nominacje w związku z zakwestionowaniem legalności konkursu, w którym zostali wybrani. I gdy tłumaczył się, że go owo orzeczenie NSA nie dotyczy, bo „nie był stroną w sprawie” (to tłumaczenie przejdzie zapewne do historii prawa). I wreszcie, kiedy posyłał do Sejmu projekty swoich ustaw „sądowych”, których zgodność z konstytucją i prawem Unii jest punkt po punkcie kwestionowana.

Zgubiłeś się? Sprawdź, gdzie jesteśmy w sporze o sądy

Anarchia w wymiarze sprawiedliwości

Prezydent sędziom jednak nie pobłaża: – Jeżeli na forum publicznym znaczące postaci wymiaru sprawiedliwości, poczynając od I prezesa SN, poprzez prezesów Izb, w sposób otwarty naruszają obowiązujące przepisy prawne, naruszają przepisy konstytucyjne, lekceważą obowiązujące przepisy ustawowe, to mamy do czynienia z anarchią wywoływaną przez przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości – gromił ich w Trybunale Konstytucyjnym, wzywając do chóru moralnego potępienia także obecnych sędziów TK, z Julią Przyłębską na czele.

Ciekawa jest hierarchia wartości zaprezentowana przez prezydenta Andrzeja Dudę. Wydawać by się bowiem mogło, że decyzja prezesów Izby Karnej i Cywilnej SN o niewyznaczaniu spraw sędziom do czasu wyjaśnienia legalności ich powołania chroni praworządność i dobro wspólne. W szczególności interes obywateli czy innych podmiotów prawnych, których sprawy ci sędziowie mogliby osądzić w sytuacji, gdy ich wyrokom grozi zakwestionowanie. Ale prezydent ocenił, że w tym przypadku ważniejsze jest dobro sędziów niedopuszczonych do orzekania.

Obywatele sortu gorszego, lepszego i prima

To jest jednak spójne z wyrażoną przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego – na początku rządów PiS – zasadą podziału obywateli na tych lepszego i gorszego sortu. Zapewne wybrańcy nowej KRS to obywatele prima sort, więc ich prawo do orzekania jest ponad prawem do niezależnego sądu obywateli o nieustalonym autoramencie. Choć w tym kontekście dalsza część wywodu prezydenta może nieco dziwić: – Mam nadzieję, że Polska nadal jest demokratycznym państwem prawa, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Bo jeżeli jest nim, to ja pytam, gdzie w takim razie jest sprawiedliwość społeczna, równość wobec prawa?

No więc jednak równość? Trudno nadążyć. Ale jest też prostsze wytłumaczenie: prezydent się zapędził, jak kiedyś, gdy głosił, że czas sobie nawzajem przebaczyć, na co prezes Kaczyński odpowiedział kontrprzemówieniem: „przebaczenie – tak, ale po wymierzeniu stosownej kary”.

Na koniec prezydent rytualnie przywołał frazę o nadzwyczajnej sędziowskiej kaście: – Mamy sytuację, w której pewna grupa elity sędziowskiej uważa się za bezkarną. I za taką, której polskie prawo nie obowiązuje, tylko dlatego że im się nie podoba.

Bezkarni sędziowie już nie tak bezkarni

Można zapytać, czy PiS-owi też nie podoba się polskie prawo, kiedy je dowolnie zmienia zgodnie z ideą przeciwdziałania imposybilizmowi. Co do bezkarności sędziów – to jednak pan prezydent przesadził. Zgodnie z jego projektem wyrychtowano już na sędziów Izbę Dyscyplinarną w Sądzie Najwyższym. Autonomiczną – nikt tam nie odsunie wątpliwie wybranych nominatów od orzekania. Sędziowie już dostają zarzuty dyscyplinarne za kierowanie pytań prawnych do TSUE i ukuto nawet nowe – nieformalne jeszcze – przewinienie dyscyplinarne o nazwie „eksces orzeczniczy”. A swoje zrobi też pewnie prokuratura, której żaden imposybilizm niestraszny.

Czy Trybunał Sprawiedliwości może oceniać polskie sądownictwo?

Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf odniosła się do przemówienia Andrzeja Dudy, w którym krytykował sędziów, zarzucając im m.in. anarchię i bezprawne działania. – „Jestem zażenowana tymi słowami. Myślę, że pan prezydent przesadził, co najmniej. Ale ponieważ wszyscy przedstawiciele Kancelarii Prezydenta powtarzają to, że działamy wbrew prawu, to to jest chyba jednak zamierzone. To nie był jakiś taki lapsus czy zdenerwowanie pana prezydenta. Absolutnie żaden z sędziów ani prezesi sądów, ani ja, nie przekroczyliśmy prawa” – powiedziała prof. Gersdorf w TVN24. – „To stwierdzenie, że nie stosujemy się do prawa, do Konstytucji, to chyba wynika z takiego niezrozumienia tego, że jesteśmy członkiem Unii, że obowiązują nas orzeczenia Trybunału w Luksemburgu” – dodała.

Zapytana, czy nie obawia np. postępowań dyscyplinarnych czy prokuratorskich, Pierwsza Prezes SN stwierdziła: – „Życie jest tak bogate w zaskakujące scenariusze, że można sobie wyobrazić każdy z tych scenariuszy. Można sobie wyobrazić, że będzie wszczęte postępowanie dyscyplinarne wobec mnie i prezesów. Można sobie wyobrazić, że prokuratura zostanie zawiadomiona o popełnieniu przestępstwa urzędniczego na przykład. Można sobie to wszystko wyobrazić, bo to się dzieje. Jeżeli wszczyna się postępowania dyscyplinarne za to, że sędziowie pytają Trybunał w Luksemburgu, zadają pytania prejudycjalne, no to wszystko sobie można sobie wyobrazić. A może nawet i więcej. Może nasza wyobraźnia już nie sięga tego, co władza może z nami zrobić. Toga zawsze ugnie się przed bagnetem” – powiedziała prof. Gersdorf.

Pierwsza Prezes odniosła się także do sławetnej „uchwały koszulkowej” nowej KRS. – „To są jakieś absurdalne te uchwały KRS co do koszulek z napisem „Konstytucja”. To słowo nie może nikogo razić. Wchodzenie przez KRS w to, jak ma być ubrany – nie na sali sądowej – sędzia jest niestosowne” – powiedziała. Prof. Gersdorf przyznała, że sama ma naszyjnik z takim napisem.

Według niej, nowa KRS, „nie stoi na straży ochrony sędziów, tylko raczej zmierza do tego, żeby negatywnie oceniać tych sędziów, którzy występują czy orzekają wbrew myśli przewodniej partii rządzącej. Takim przykładem są te koszulki”. – „Na pewno sędziowie mają być apolityczni i nie mogą należeć do partii politycznych, związków zawodowych, ale jest taki czas, kiedy trzeba bronić niezależności, niezawisłości sądownictwa i wtedy sędzia ma obowiązek powiedzieć obywatelom, co to jest niezależność, co to jest niezawisłość i które z instrumentów chronią tę niezawisłość, a które wręcz przeciwnie” – podkreśliła Pierwsza Prezes SN.

Przyspieszone głosowanie do Sejmu skróci do minimum kampanię.

Weekendową zapowiedź Krystyny Pawłowicz o wycofaniu się z polityki można potraktować jako kolejny przejaw ekstrawagancji tej kontrowersyjnej posłanki, ale można także umieścić w szerszym kontekście – przygotowań obozu władzy do przedterminowych wyborów.

Bo wiele przemawia za tym, że Jarosław Kaczyński podjął decyzję o przyspieszeniu parlamentarnej konfrontacji i będzie chciał do niej doprowadzić przed elekcją do europarlamentu, zaplanowaną na maj przyszłego roku. Obecna sekwencja wydarzeń, czyli wybory do Sejmu i Senatu, następujące po tych do Parlamentu Europejskiego, jest dla PiS skrajnie niekorzystna.

Te ostatnie będą odbywać się w cieniu sporu o rzekomy polexit, który – w narracji opozycji – przygotowuje, nolens volens, ugrupowanie Kaczyńskiego. Ponadto, specyfika elekcji do europarlamentu nie sprzyja PiS – frekwencja na poziomie 25 proc., nadreprezentacja elektoratu z dużych miast, lepiej wykształconego, o wyższym statusie materialnym. Jest wielce prawdopodobne, że obóz władzy te wybory przegra, a to uruchomiłoby niekorzystne dla niego procesy społeczne – zdemobilizowałoby część jego zwolenników i działaczy, a jednocześnie dałoby wiarę w jesienne zwycięstwo liderom i wyborcom opozycji. Tego właśnie dałoby się uniknąć, rozwiązując parlament i zarządzając przedterminową elekcję na marzec.

Przy takim posunięciu niegroźna byłaby inicjatywa o. Rydzyka, bowiem tego typu partia nie miałaby czasu na zorganizowanie się. Podobnie jak inne prawicowe inicjatywy, które majaczą na horyzoncie i szykują się na wybory do europarlamentu – mam tu na myśli sojusz narodowców z korwinistami czy też Kukiz’15 z Bezpartyjnymi Samorządowcami. Ale korzyścią największą byłoby całkowite zaskoczenie opozycji po lewej stronie od PiS – czyli PO, PSL, SLD i innych podmiotów na lewicy. Taki wist byłby także bardzo groźny dla inicjatywy Roberta Biedronia, który zapowiedział kongres swej partii dopiero na 3 lutego i raczej szykuje się na bój o Brukselę, a nie o Wiejską.

Wyobraźmy sobie bowiem, w jak ciężkiej sytuacji byliby liderzy opozycji, gdyby pod koniec stycznia dowiedzieli się, że za 45 dni jest elekcja parlamentarna, której oczekują dopiero za rok. W jakim kształcie organizacyjnym do niej pójść? Jak ułożyć listy, jeśli zdecydowano by się na wspólny start? Jak podzielić oczekiwane subwencje i dotacje? Kto miałby wejść w skład sztabu wyborczego? Jaką strategię przyjąć? Odpowiedzi na te wszystkie pytania trzeba byłoby udzielić sobie, partnerom, a na końcu wyborcom, w ciągu mniej więcej dwóch tygodni. Krótko, prawda? Zwłaszcza jeśli obecnie żyje się w przeświadczeniu, że jest na to czas do wakacji, po elekcji do europarlamentu.

Wiele zatem przemawia za tym, że Kaczyński zdecyduje się na marcowe wybory do Sejmu i Senatu. I wiele także na to wskazuje – od wzmiankowanego na początku artykułu wysłania posłanki Pawłowicz na polityczną emeryturę, poprzez wzmożenie marketingowe ostatnich dni, aż po zmianę stylu i przekazu politycznego, a także zapowiedź kolejnych transferów socjalnych. Czy oznacza to, że na pewno prezes PiS zdecyduje się na przedterminowe wybory?

Niezupełnie. Po pierwsze, samo doprowadzenie do nich jest nieco problematyczne. Obóz władzy nie ma wystarczającej liczby szabel, by doprowadzić do samorozwiązania Sejmu (potrzeba do tego 307 głosów „za”), ale może skorzystać z art. 225, który pozwala prezydentowi rozwiązać Sejm w razie nieprzedstawienia mu do podpisu ustawy budżetowej w ciągu czterech miesięcy od dnia zaprezentowania Sejmowi jej projektu. Ale wiąże się z tym ryzyko – nie tyle natury politycznej, bo jeśli taka byłaby wola Kaczyńskiego, to wydaje się, że Andrzej Duda by ją spełnił, ale wizerunkowa. Ciężko bowiem będzie wytłumaczyć elektoratowi, dlaczego parlament zdominowany przez PiS, nie potrafił przedstawić ustawy budżetowej „swojemu” prezydentowi i dlaczego ten „swój” prezydent rozwiązuje potem „swój” parlament. Jednak to, że jest to zadanie trudne, nie oznacza, iż jest ono niemożliwe.

Drugi problem jest psychologiczny – Kaczyński utracił władzę w 2007 roku właśnie dlatego, że zdecydował się na przedterminowe wybory i ta trauma sprzed 11 lat na pewno w nim tkwi, co może blokować go przed podjęciem tego kroku. Ale z drugiej strony, wydarzenia sprzed 12 lat powinny go zachęcać do takiego ryzyka – powszechnie się bowiem uważa, że gdyby na przełomie 2006 i 2007 roku obaj bracia Kaczyńscy zdecydowali się na skorzystanie z art. 225, to prawdopodobnie PiS zapewniłoby sobie w przedterminowych wyborach większość bezwzględną w Sejmie i nie musiałoby tworzyć rządu z LPR i Samoobroną, co dałoby mu cztery lata spokojnych rządów i rozpad PO w bonusie.

Co najmniej z tych dwóch powodów prawdopodobieństwo tego, że elekcja parlamentarna będzie w marcu, nie jest stuprocentowe. Poza tym prezes PiS znany jest z tego, że lubi straszyć swoich wojów groźbą przyspieszonych wyborów i kolejnego wysiłku kampanijnego, bo skutecznie utrzymuje to w ich szeregach niezbędną dyscyplinę. Ale jest coś, co Kaczyński lubi jeszcze bardziej – zaskakiwać i szachować niestandardowymi posunięciami swoich politycznych przeciwników. Bowiem to daje mu przewagę psychologiczną, pozwala narzucać agendę i – podobnie jak w szachach – gwarantuje zachowanie inicjatywy. No i sprawia zwykłą ludzką radość.

A ta w polityce czasami zwycięża nad innymi emocjami i zimnymi kalkulacjami. Dlatego właśnie za bardzo prawdopodobną należy uznać perspektywę marcowych wyborów do Sejmu i Senatu. Też się, Państwo, cieszycie?

Byłoby świetnie, gdyby Robert Biedroń zmobilizował niegłosujących. Ale gdyby tak się działo, to nie atakowałby cały czas Koalicji Obywatelskiej. Wie, że między innymi jej będzie zabierał głosy. Te ataki wyglądają trochę tak, jakby świadomie decydował, że kosztem przyszłości Polski (czyli czy PiS będzie miał większość, czy nie) pragnie budować swój projekt. Pierwsze są eurowybory. Zobaczymy, czy ludzie kupią kolejny niby-oddolny ruch budowany przez jednostkę, czy twardą politykę zapowiadającą realną zmianę – mówi w rozmowie z nami Barbara Nowacka z Inicjatywy Polskiej i Koalicji Obywatelskiej. – Już 6 stycznia uruchamiamy inicjatywę dotyczącą rozdziału Kościoła od państwa. Będziemy zbierać podpisy pod projektem likwidującym patologie w relacjach państwo-Kościół. Najwyższy czas zacząć to robić – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Kupiłaby pani koszulkę albo bluzę z napisem „Wspólnie zmieniamy Polskę”? Takie w swoim sklepie internetowym sprzedaje Robert Biedroń.

BARBARA NOWACKA: Nie planuję. Jestem zaskoczona, że Robert sprzedaje także koszulki z własnym wizerunkiem. Z hasłami – zrozumiałe. Ale może to pokazanie, że nie boi się starcia z własnym ego. Jedni cenią w polityce skromność, inni wręcz przeciwnie. Ten projekt polityczny budowany jest tylko wokół Roberta, z pokazaniem liderskiego ego.

Tym też jest pani zdziwiona?
Znając jego wieloletnie doświadczenie w polityce, jestem zaskoczona. Zaczynał przecież kilkanaście lat temu w SLD, wie na czym polega współpraca w partii i jakie błędy są popełniane przez tzw. partie liderskie. Jedną osobę zawsze łatwiej zniszczyć. Widzieliśmy, jak skończył Ruch Palikota (Robert zresztą z bardzo bliska), co teraz dzieje się z projektem Ryszarda Petru – i tym poprzednim, czyli Nowoczesną, i obecnym.

Wiele projektów powstawało na fali poparcia dla konkretnej osoby i wiary, że ta osoba pokaże, jak zmienić świat, ale one szybko się kończą i wypalają.

To nie jest metoda budowania polityki, która powinna być budowana na wartościach, a nie osobowościach. W polityce ważne są nie tylko sympatia i fajny wizerunek, ale przede wszystkim wielkie idee oraz konkrety, czyli program.

Robert Biedroń już na starcie wysoko celuje. Mówi, że chce być premierem.
I mówi to doświadczony polityk… To też trochę mnie zaskakuje. Chociaż z drugiej strony taka deklaracja jest ustawieniem ambicji na siebie, a nie na zmianę. Jaką zmianą będzie to, że premier będzie mówił fajniej lub mniej fajnie? Realną zmianą będzie to, jaki ta osoba ma pomysł, władzę i możliwości realizacji.

Najważniejsze nie jest to, że ktoś chce być premierem, tylko po co chce być premierem. A żeby cokolwiek zrobić, trzeba mieć większość.

Przekona zrażonych polityką? Czy odbierze głosy opozycji?
Byłoby świetnie, gdyby zmobilizował niegłosujących. Ale gdyby tak się działo, to nie atakowałby cały czas Koalicji Obywatelskiej. Wie, że między innymi jej będzie zabierał głosy. Te ataki wyglądają trochę tak, jakby świadomie decydował, że kosztem przyszłości Polski (czyli czy PiS będzie miał większość, czy nie) pragnie budować swój projekt. Owszem, ma do tego prawo, ale trzeba też mieć świadomość konsekwencji, jakie taka decyzja może za sobą pociągnąć. Pierwsze są eurowybory, zobaczymy czy ludzie kupią kolejny niby-oddolny ruch budowany przez jednostkę, czy twardą politykę zapowiadającą realną zmianę.

Może zdecyduje się jednak dołączyć do opozycji, być może Koalicji Obywatelskiej?
Myślę, że ostatecznie rozstrzygnie się to po wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Cały czas kluczowe jest pytanie: po co jest się w polityce? Po to, aby promować własny szyld, czy walczyć o najważniejsze wartości? Nie żyjemy w normalnych czasach. Nie zastanawiamy się, czy demokracja ma być mniej, czy bardziej liberalna, tylko czy w ogóle ma być demokracja, czy tak jak to, do czego zbliżył nas PiS – demokratura. Moim zdaniem po prostu nie można Polski oddać PiS-owi.

Rozmawiała pani ostatnio z Robertem Biedroniem?
Nie rozmawiałam z nim już bardzo dawno. On zaś prowadzi ze mną dialog przez media, najpierw mnie obraża, później przeprasza. Smutne to, bo przecież znamy się od wielu lat. Wysłanie SMS-u z przeprosinami po tym, jak powiedziało się coś głupiego, nie powinno boleć.

Czym zakończy się kłótnia w rodzinie Koalicji Obywatelskiej? Mam na myśli oczywiście PO i Nowoczesną?
Jestem przekonana, że do eurowyborów wszystko się ułoży. Teraz ujawniły się pewne konflikty i napięcia, co jest normalne między partiami, szczególnie tak bliskimi, jak PO i Nowoczesna. One odwołują się przecież do wspólnego elektoratu. Wierzę w mądrość Katarzyny Lubnauer i Grzegorz Schetyny. Wierzę, że nie pozwolimy w ciągu kilku dni roztrwonić zbudowanego już zaufania.

Wierzę, że wrócimy jako Koalicja Obywatelska, będziemy dobierać nowe osoby i środowiska po to, aby wygrać z PiS-em. Przecież wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że to jest właśnie nadrzędny cel.

Nie zakładaliśmy KO dlatego, że się lubimy. Postanowiliśmy iść razem, bo mamy świadomość, że żaden z naszych postulatów nie zostanie zrealizowany w państwie PiS-u. Wiemy, że trzeba to zatrzymać, więc jestem przekonana, że się porozumieją.

Wie to pani z rozmów z tymi politykami?
Wiem to z doświadczenia politycznego. Jeżeli tak się nie stanie, to będzie oznaczało, że nie wspólny cel Polski demokratycznej przywiódł ich do polityki. Ale absolutnie w to nie wierzę. Wszystko się ułoży.

Rozumie pani obawy polityków Nowoczesnej, że partia zostanie „zjedzona” przez większą i silniejszą PO? Pani nie ma takich obaw?
W każdej koalicji to jest zagrożenie. Rozmawiając z silniejszym, trzeba sobie zdawać z tego sprawę, ale trzeba wiedzieć, o co się walczy i to robić. Trzeba pokazywać własną siłę i determinację. A jeżeli jest to wspólnota polityczna, to ze strony tego większego też potrzebna jest refleksja.

Kampania samorządowa pokazała, że także w PO mają świadomość tego, że jesteśmy różnorodnym społeczeństwem, potrzebny jest też przekaz bardziej liberalny i bardziej społeczny. Dlatego wielu kandydatów, a teraz już prezydentów miast, prezentowało bardzo pozytywny i progresywny program.

O co „swojego” zamierza walczyć Inicjatywa Polska?
Tych spraw jest dużo: polityka społeczna, równość płac i szans, prawa i wolności osobiste. Już 6 stycznia uruchamiamy inicjatywę dotyczącą rozdziału Kościoła od państwa. Będziemy zbierać podpisy pod projektem likwidującym patologie w relacjach państwo-Kościół. Najwyższy czas zacząć to robić. I  chociaż mamy świadomość, że kiedy ten projekt trafi do Sejmu, zapewne zostanie przez PiS odrzucony, chcemy pokazać wagę problemu, skalę zapotrzebowania na zmianę i rozpocząć debatę społeczną. I tu akurat z Nowoczesną jesteśmy po tej samej stronie, ale jeżeli chcemy przekonać bardziej konserwatywnych wyborców, to musimy także pokazać siłę mobilizacji i znów – konkretne rozwiązania.

Czego konkretnie ma dotyczyć projekt?
Przede wszystkim finansowania lekcji religii w szkołach –

nie ma powodu, byśmy jako społeczeństwo za edukację religijną płacili. Inne są potrzeby edukacyjne dzieci i młodzieży. Likwidacja Funduszu Kościelnego. Ale ważną częścią składową będzie także tzw. część symboliczna. Nie ma powodu, aby uroczystości państwowe były połączone z religijnymi. Sprawa wiary jest sprawą prywatną.

Przy bliskich związkach Kościoła i państwa wyraźnie widać, jak Kościół wpływa na proces legislacyjny albo korzysta ze specjalnych przywilejów, chociażby chroniąc w swoich szeregach przestępców. To są rzeczy, które trzeba uregulować. Poza tym skorzysta na tym budżet państwa. Kościół jest bogatą instytucją, nie ma żadnego powodu, żebyśmy wszyscy opłacali lekcje religii w szkołach.

Polacy są gotowi na podjęcie takiej dyskusji?
To jest moment, w którym społeczeństwo dojrzało do zmian. Ludzie przestali bać się mówić o skandalach pedofilskich, ale także o rzeczach związanych z „nieuczciwym” gospodarowaniem pieniędzmi, skandalicznie wysokich opłatach za chrzty albo pogrzeby.

Czarę goryczy przelało to, co dzieje się w ostatnim czasie – pisanie prawa przez biskupów.

Kościół poczuł się jak w swoim państwie, a nie w państwie, w którym są także osoby niewierzące czy zwyczajnie myślące inaczej, niż doktryny wiary. Próbuje dyktować warunki, narzucać projekty ustaw, uderza w kobiety, domaga się większej ochrony i więcej pieniędzy na biznesy pana Tadeusza Rydzyka.

Pani wystartuje w wyborach do Sejmu?
Tak planuję. Trzeba wyznaczyć sobie cel, a ja mam świadomość, że

w 2019 roku w polskim parlamencie będzie potrzebna determinacja do tego, żeby odbudować to, co PiS zrobił z polityką społeczną czy edukacją, ale także powalczyć o to, aby wreszcie Polki miały równe prawa, szanse i pensje. Walczę o to od dawna i się nie poddam.

Z ręką na sercu, wierzy pani, że uda się pokonać PiS?
Tak, ale pod warunkiem, że będziemy współpracować w ramach partii prodemokratycznych. Polaryzacja postępuje, co pokazały wybory samorządowe. Teraz musimy przygotować się do wyborów europejskich. Musimy pokazywać rzeczy najbardziej istotne. Musimy głośno mówić o tym, co się wydarzy, jeżeli PiS pozostanie przy władzy, a gospodarka i polityka społeczna będą szły w dotychczasowym kierunku. Jeżeli nie wygramy z PiS-em, to oddamy naszą demokrację.

Afera KNF zburzy budowany przez PiS wizerunek partii walczącej z „układami”?
Ludzie zaczynają dostrzegać to, co się tak naprawdę dzieje, także na poziomie lokalnym. PiS wszędzie umieścił swoich i to wysoce niekompetentnych swoich. Widać to na każdym poziomie, lokalnym i centralnym.

W instytucjach państwowych zasiadają ignoranci, których jedynym celem jest bycie wiernym lub tak jak w przypadku instytucji państwowych – służyć władzy. Rodzi się zasadnicze pytanie: po co im ta kontrola i te pieniądze?

Po co?
Każdy przytomny człowiek jest w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie, do czego władza zmierza, bo widzimy, do czego zmierza między innymi w sądownictwie, w mediach czy w edukacji – do przyjęcia kontroli nad państwem.

Afera KNF to nie był wypadek przy pracy?
To nie jest afera jednego przypadkowego człowieka. Gdyby tak było, nie obserwowalibyśmy ciągu dalszego. Zaczęło się od tego, że były szef KNF mógł „posprzątać” swój gabinet zanim wkroczyły tam służby, później CBA zatrzymało byłych szefów komisji, także tych, którzy byli ofiarami bandytów, a minister Zbigniew Ziobro, prokurator krajowy Bogdan Święczkowski czy związany ze SKOK-ami senator Grzegorz Bierecki zaczęli obrzucać błotem ofiarę mafii, tłumacząc przestępców. Nie mieści mi się to w głowie.

Prokuratura działa, ale to jest działanie na szkodę kraju.

PiS traci nerwy?
Wygląda na to, że tak, bo wszyscy zobaczyli nie tylko to, że władza korumpuje, ale także przy okazji ujawniły się wewnętrzne walki frakcyjne w PiS-ie. Partia stosuje przy tym sprawdzone w latach 2005-2007 metody działania. Przypomnę, że minister Zbigniew Ziobro zniszczył polską transplantologię, bezzasadne oskarżając lekarza i mówiąc na konferencji prasowej, że „już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”. Ten człowiek nie czuje żadnej odpowiedzialności za słowo, za to widać jego bezwzględność w dążeniu do własnych, często osobistych celów. To samo teraz dzieje się z byłym wiceszefem KNF Wojciechem Kwaśniakiem. Przy tej okazji

władza pokazuje wielu przestępcom, że jest w stanie ich wybronić, a tym, którzy z nimi walczą, że w państwie PiS-u nie zawsze będą chronieni. To jest sygnał dla bandytów, że jeżeli będą po stronie władzy, wcale nie będzie im źle. I ostrzeżenie dla uczciwych, żeby nie szukali za daleko.

Po co premierowi było wotum zaufania?
To był polityczny cyrk. PiS nie zrobił tego, aby sprawdzić, czy ma większość, bo to wie. Zrobił to, aby udowodnić, że sobie ufają, ale przede wszystkim, aby przykryć wniosek nieufności złożony wcześniej przez PO. Nieprzypadkowo też dyskusja nad nim odbyła się w piątek o godz. 21. Nie chcieli mówić o aferze KNF, woleli udawać, że jej nie ma. Ale sprawa jest i będzie, bo Polacy najbardziej nie lubią być okradani.

Jakim człowiekiem po roku rządzenia okazał się Mateusz Morawiecki?

To Dyzma, który myśli, że jest Piłsudskim. To człowiek, któremu wydaje się, że jest kimś wielkim i może wszystko. Miał być inteligentnym technokratą, a został słabszą wersją Patryka Jakiego, czyli zrobi wszystko i powie wszystko, aby zachować władzę.

Jedyna różnica jest taka, że może lepiej zna język angielski. Myślę, że część konserwatystów prawicowych przy PiS-ie liczyła, że Mateusz Morawiecki będzie proeuropejski i trochę bardziej uczciwy. A zobaczyliśmy pustego cynika.

Który przekonuje, że rządy PiS-u to pasmo sukcesów.
T. Love śpiewa „jest super, jest super, więc o co ci chodzi”. Premier właśnie takie słowa powtarzał z sejmowej mównicy. Ale nie jest dobrze, skoro muszą to sobie sami powtarzać. Jaka jest rzeczywistość?

Afera za aferą, protest rolników, chaos w szkołach, zdenerwowanie rodziców i szykowany protest nauczycieli, strajk pracowników sądowych, podwyżki cen energii, paliwa, żywności, kolejki do lekarzy… Gdzie jest super? U premiera i jego kolegów. Tak, oni mają super.

PiS próbuje jeszcze przekonać Polaków, że „Polexit to piramidalna bzdura”. Taka taktyka się sprawdzi?
Przecież od dawna wiemy, że władza jest antyeuropejska. Teraz będą udawać, bo taki przykaz dostali od prezesa na spotkaniu w Jachrance – mają kochać Europę, nie nazywać unijnej flagi szmatą. Ale długo nie wytrzymają. Za chwilę wyjdzie z nich prawda, bo antyeuropejskie poglądy są na tyle silne, że nie da się ich tak po prostu schować. A poza tym Polacy mają dobrą pamięć i wiedzą, że PiS jest antyeuropejski, a Mateusz Morawiecki kłamie. Nie wystarczy pomachać teraz unijną flagą.

Waldemar Mystkowski pisze o tym, jak PiS chce dopaść sędziego Tuleyę.

Postępowania wobec niego mogą zakończyć się dyscyplinarkami.

Sędzia Igor Tuleya to jeden z bardziej rozpoznawalnych sędziów. Bardzo nie pasuje władzy PiS, gdyż zachowuje swoją niezależność. Zaliczany jest do niewielkiego grona 284 „sędziów wolności”, którego listę publikuje Archiwum Osiatyńskiego w dziale „Alfabet buntu”.

Służby podległe Zbigniewowi Ziobrze urządziły na sędziego Tuleyę dosłownie polowanie z nagonką. Tuleyi trafiła się w Sądzie Okręgowym w Warszawie sprawa wg przydziału normalnego obiegu, tj. alfabetycznego. Ale za to sprawa spektakularna, która wejdzie do podręczników politologii.

W grudniu 2016 roku doszło w Sejmie do wykluczenia posła PO Michała Szczerby, po czym marszałek Kuchciński przeniósł obrady do Sali Kolumnowej, do której nie wpuszczono posłów opozycji, a głosowano wówczas nad jedną z najważniejszych uchwał – budżetową. Istniało domniemanie, iż nie było kworum podczas głosowań, czyli budżet został najprawdopodobniej uchwalony niezgodnie z prawem.

Odbywał się wówczas protest obywateli pod Sejmem, a Jarosław Kaczyński wyjeżdżał z gmachu parlamentu z charakterystycznym uśmieszkiem na swej twarzy, który narracyjnie należy odczytać: „ale zrobiłem z was wałów”. Później sekwencję tych zdarzeń przyciężkie umysły pisowskie nazwały „puczem”.

Opozycja złożyła zawiadomienie do prokuratury, ta jednak podległa Ziobrze nie dopatrzyła się żadnych uchybień i sprawę umorzyła. Jednak trafiła ona do sądu i rozpatrzył ją sędzia Tuleya, który uchylił decyzję prokuratury i nakazał wznowienie śledztwa.

No i się zaczęło. Od kilku miesięcy specjalny wydział w Prokuraturze Krajowej sprawdza decyzję Tuleyi. Przesłuchiwani są pracownicy sądu i sędziowie oraz prezes Sądu Okręgowego w Warszawie. Ten wydział wewnętrzny  został utworzony przez PiS do specjalnego ścigania sędziów i prokuratorów.

W tym aspekcie jest to przykład ewidentnego państwa policyjnego. Niczego na Tuleye nie znaleziono, bo ten zachował szczególną staranność proceduralną. Nawet nominant Ziobry zastępca prezesa sądu Dariusz Drajewicz wzywał Tuleye na dywanik i co charakterystyczne dla tej władzy, zrobił to, gdy prezes sądu była na urlopie.

To jest polowanie na Tuleyę z najwyższej półki prokuratorskiej (ambony), bo Prokuratury Krajowej. Nagonkę zaś prowadzi rzecznik dyscyplinarny sądów powszechnych. W tej chwili przeciw Tuleyi odbywa się 7 postępowań, w których jest wymieniony z nazwiska.

Postępowania mogą zakończyć się dyscyplinarkami. I chyba tak się stanie. Tuleya jeszcze się trzyma, nie daje zaszczuć, ale każdy ma swoją wytrzymałość. W tym aspekcie w ogóle nieznanym publiczności polskie sądownictwo zostało rozłożone, gnije, toczy je nowotwór bezprawia i służalczości. Togi sędziowskie zamienione zostały na liberie. Na czele ministerstwa sprawiedliwości i prokuratury stoi osobnik Ziobro, niezbyt kumaty magister prawa.

Reklamy

Komentarze 3 to “Pedofilia w Kościele. Duda ocipiał. Polowanie na sędziego Tuleyę”

  1. Hairwald 20 grudnia 2018 @ 08:09 #

    Reblogged this on Holtei i skomentował(a):

    Barbara Nowacka ma świadomopść, o co teraz toczy się gra. PiS pozostawione u władzy – to demolka Polski.

Trackbacks/Pingbacks

  1. TV Republika upada. Tak kończą gadzinówki | Hairwald - 20 grudnia 2018

    […] Depresja plemnika […]

  2. Tabloid Gliński do wyrzucenia, nawet nie nadaje się do recyklingu | Earl drzewołaz - 20 grudnia 2018

    […] Depresja plemnika […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: