PiS ma swój Stalingrad

2 Gru

W ostatnich tygodniach PiS musiał się mierzyć z serią problemów: porażką wyborczą w miastach, aferą korupcyjną w Komisji Nadzoru Finansowegoczy kryzysem związanym z rosnącymi cenami energii. Dlatego partyjni piarowcy stwierdzili: „już dość, trzeba przejść do kontrofensywy”. Moment był ostatni z możliwych, bo za chwilę Polacy zajmą się przygotowaniami do Bożego Narodzenia i warto, żeby przy stole nie mówili tylko o aferach.

Pomysł musiał się narodzić w ostatniej chwili. Telefony do telewizji poszły dopiero w piątek po południu, ale informacje były bardzo lakoniczne. Wiadomo było tylko, że na niespodziewanie zwołanej imprezie przemówi premier i odpowie na pytania publiczności, ale program i lista mówców były trzymane w tajemnicy do samego końca.

Rekonstrukcja rządu? Przyspieszone wybory? Skutki afery

Dwie godziny propagandy

W końcu okazało się, że na konferencji z okazji trzylecia rządów PiS pod pretensjonalną nazwą „Praca dla Polski” przemówił premier, a po nim trzej wicepremierzy. Na sali siedziała dobrana publiczność i cały rząd. Morawiecki chwalił się osiągnięciami i obiecywał życie na europejskim poziomie, Beata Szydło przypominała swoje zasługi, 500+ i „biało-czerwoną drużynę”, wicepremier Piotr Gliński rozwodził się nad obchodami stulecia odzyskania niepodległości, a Jarosław Gowin mówił o zatrzymaniu „drenażu mózgów”. Wszystko oczywiście dla Polski i Polaków.

Słuchać tego było trudno, bo kilka godzin skondensowanej propagandy jest nie do wytrzymania nawet dla najbardziej wytrwałych zwolenników jakiejkolwiek partii. Ba, nawet dla samych polityków. Wyraźnie znudzony szef MSWiA i wiceprezes partii Joachim Brudziński w którymś momencie bez skrępowania sięgnął po telefon, dołączyli do niego wiceministrowie.

PiS próbuje wyciszyć KNF za pomocą sądu

Ważniejsze, kogo nie było

Dużo ciekawsze od tego, kto był i co mówił na tej dziwnej imprezie, było to, kogo nie było i o czym nie padło ani słowo. Przede wszystkim nie było Jarosława Kaczyńskiego. Dlaczego na imprezie, na której obóz „zjednoczonej prawicy” chwalił się osiągnięciami, nie przemawiał jej niekwestionowany przywódca, jak sami o nim mówią w PiS: „naczelnik”?

Być może PiS postanowił wrócić do manewru z kampanii 2015 r., kiedy Kaczyński został schowany? A może chodziło o manifestację jedności skłóconych frakcji i koterii w PiS, bo wszyscy usiedli razem niepoganiani przez prezesa? Nie wiadomo.

Oskarżony Ziobro został w domu

Nie przemówił też lider koalicyjnej partii Zbigniew Ziobro, który swoją jastrzębią postawą dostarczył prawicy ostatnio wielu problemów. To on odpowiada za reformę sądownictwa, z części której pod wpływem Brukseli PiS musiał się wycofać. To z jego ministerstwa wyszło tzw. Holocaust law, które po kilku miesiącach awantury z USA i Izraelem też trzeba było błyskawicznie nowelizować.

To wreszcie Ziobro tuż przed wyborami samorządowymi zwrócił się do Trybunału Konstytucyjnego ze sprawą zadawania pytań przez polskie sądy unijnemu trybunałowi. Podsyciło to przekonanie miejskiego elektoratu o antyeuropejskiej postawie PiS i przyczyniło się do słabego wyniku partii w miastach. Ziobro musiał więc siedzieć i słuchać, jak przemawiają inni.

W jakiej roli wróci Tusk

Zagraj to znów, Sam

Na koniec wrócił premier i odpowiedział na pięć, dość nieudolnie wyreżyserowanych pytań od publiczności. Pytania „przypadkiem z tragarzami”* dotyczyły kluczowych punktów rządowego przekazu. Przypominało to trochę doroczne spotkania z ludem Władimira Putina, choć na dużo niższym poziomie realizacji.

Morawiecki zapewnił, że nie, absolutnie PiS nie wyprowadzi Polski z Unii i tak, na pewno na 500+ pieniędzy nie zabraknie, nawet jak koniunktura się pogorszy. Żeby podkreślić proeuropejskie nastawienie PiS, na sali wisiały telebimy z polskimi i unijnymi flagami. Na ich tle przemawiała w sobotę m.in. Beata Szydło, która gdy została premierem w 2015 r., kazała zdjąć flagi unijne z sali, w której odbywały się rządowe konferencje prasowe.

Podczas całej imprezy nie pojawiły się żadne nowe hasła ani pomysły. Wygląda na to, że w nadchodzących wyborach europejskich PiS będzie próbował znów wygrać przy pomocy tych samych manewrów (chowanie Kaczyńskiego) czy retoryki (idziemy do centrum). „Zagraj to jeszcze raz, Sam” – mówił Humphrey Bogart w „Casablance”. Pytanie, czy w polityce się to sprawdzi.

Domagam się przeprosin od premiera Glińskiego

*Patrz „Miś” Stanisława Barei

Partia rządząca powoli traci kontrolę nad swoimi działaniami. Widać to wyraźnie na przykładzie wycofania się ze zmian w Sądzie Najwyższym. To, co miało być ostatnim elementem długofalowego planu, z niezrozumiałych dla swojego elektoratu powodów zostaje zmienione w ekspresowym trybie. Mamy na razie pierwszy sygnał, ale mogą być kolejne – mówi dr Robert Sobiech, socjolog, kierownik Instytutu Polityk Publicznych Collegium Civitas. – Po trzech latach rządzenia program Mieszkanie Plus właściwie nie ruszył, nie zmieniono sytuacji w służbie zdrowia, nie mówiąc już o efektach pseudoreformy edukacji – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Przez ostatnie kilka miesięcy coś „pękło” w polskiej polityce?

ROBERT SOBIECH: „Pękło” to za dużo powiedziane, ale niewątpliwe pojawiły się wyraźne rysy sygnalizujące możliwość znaczących zmian. Tegoroczne sondaże pokazują trzy trendy. Pierwszy to rosnące zadowolenie Polaków z sytuacji w kraju oraz z własnej sytuacji. Wskaźniki indywidualnego zadowolenia osiągają rekordowe poziomy nienotowane w ciągu ostatnich 30 lat. To efekt dobrej sytuacji gospodarczej i niskiego bezrobocia. Drugi trend to stopniowe pogarszanie się ocen rządu i premiera. To nie jest jeszcze wyraźny spadek, ale

od początku roku pojawia się coraz więcej przeciwników rządu i premiera. Ten wzrost niezadowolenia nie przekłada się na razie na zmiany poparcia dla rządzącej partii.

Spośród 60 proc. Polaków deklarujących udział w wyborach nadal co trzeci wyborca zamierza głosować na PiS. Te 20 proc. wszystkich Polaków, którzy popierają PiS, zapewnia obecnej władzy zarówno stabilizację, jak i nadzieję na wygranie kolejnych wyborów.

Wybory samorządowe, tzw. taśmy Morawieckiego, afera KNF, zmiana ustawy o SN, sprawa reportażu stacji TVN, list ambasador USA… PiS został zepchnięty do defensywy?
Ująłbym to trochę inaczej. Partia rządząca powoli traci kontrolę nad swoimi działaniami. Widać to wyraźnie na przykładzie wycofania się ze zmian w Sądzie Najwyższym. To, co miało być ostatnim elementem długofalowego planu, z niezrozumiałych dla swojego elektoratu powodów zostaje zmienione w ekspresowym trybie.

Mamy na razie pierwszy sygnał, ale mogą być kolejne. Do europejskiego Trybunału Sprawiedliwości kierowane są zapytania dotyczące prawomocności zmian w KRS.

Defensywa PiS widoczna jest wyraźnie w przypadku innych sfer. Po trzech latach rządzenia program Mieszkanie Plus właściwie nie ruszył, nie zmieniono sytuacji w służbie zdrowia, nie mówiąc już o efektach pseudoreformy edukacji. To zrozumiałe, że PiS o tym nie mówi. Mniej zrozumiałe jest, dlaczego o tym nie mówi opozycja.

Władza będzie gotowa na kolejne „odwroty”?
Jeżeli wycofała się w jednej sprawie, a to nie przełożyło się na pogorszenie partyjnych notowań, to istnieje prawdopodobieństwo, że taka taktyka będzie stosowana w innych przypadkach… Mamy też ostatnio do czynienia z nowym zjawiskiem – coraz bardziej widać odrębne stanowiska w obozie rządzących. Do tej pory PiS robił wiele, aby być postrzeganym jako monolit, skutecznie ukrywając różnice poglądów i interesów. Teraz

afera KNF i ujawnienie listu ambasador USA w mediach pokazują, że do opinii publicznej docierają kolejne informacje o wewnętrznych rozgrywkach. To jest zagrożenie dla wizerunku PiS-u, bo część premii wyborców dostawał właśnie za spójność i brak wewnętrznych konfliktów.

Z jednej strony Mateusz Morawiecki, z drugiej Zbigniew Ziobro?
Informacje o wewnętrznej rywalizacji, które wydostają się na zewnątrz, nie są sygnowane nazwiskami, ani ugrupowaniami. Ukrywają się często pod dziwnymi nazwami, jak na przykład „plan Zdzisława”. Do tej pory nie wiemy, na czym miał polegać i kto za nim stoi.

Afera KNF podzieliła i zaskoczyła PiS?
Świadczy o tym chociażby kilka dni ciszy medialnej po opublikowaniu artykułu w „Gazecie Wyborczej”.

To było zaskoczenie i postawiło PiS w trudnej sytuacji. Tak jak w każdym kryzysie o jego przebiegu decyduje, które z interpretacji okażą się najbardziej przekonujące dla opinii publicznej.

W tym przypadku mamy dwie interpretacje. Pierwsza, upowszechniana przez rządowe media, że jest to ułomność jednego człowieka, który w starciu z miliarderem i byłym współpracownikiem SB nie oparł się pokusie szybkiego wzbogacenia i spotkał się ze zdecydowaną reakcją państwa.

Czyli Marek Ch. jako kozioł ofiarny?
Tak. To nie żadna afera, ale człowiek, który zawiódł. Druga interpretacja pokazuje, że w tle był plan, który przy pomocy instrumentów prawnych miał pozbawiać kontroli nad swoimi firmami jednego z największych biznesmenów w Polsce. Przekaz jest tu zupełnie inny.

Jeżeli przydarzyło się to nawet tak potężnemu biznesmenowi, to może się przydarzyć każdemu przedsiębiorcy czy obywatelowi. Która narracja okaże się skuteczniejsza? To zależy od tego, czy afera KNF będzie ograniczona tylko do śledztwa w stosunku do jednego człowieka, czy będzie miała szerszy wymiar.

PiS zrobi wszystko, aby nie miała?
Oczywiście. Tylko pytanie, czy nie pojawią się nowe informacje, wątki i taśmy. Wtedy strategia kryzysowa PiS-u może zostać bardzo szybko rozbita.

Opozycja mówi o największej aferze III RP. Rzeczywiście?
To też zależy od nowych faktów. Jeżeli nic się zmieni, to jest duże prawdopodobieństwo, że pierwsza interpretacja będzie dominująca.

Jeżeli pojawią się nowe fakty, dowiemy się, co i kto stoi za „planem Zdzisława”, to może być bardzo silny wstrząs wiarygodności PiS-u.

W sprawie awantury wokół listu ambasador USA PiS wpadł we własne sidła? Chodzi o relacje z neonazistami, stosunek do wolnych mediów…
PiS zaplątał się, ale przede wszystkim ze względu na strategię oparcia polityki zagranicznej na relacjach ze Stanami Zjednoczonymi. Od początku prezydentury Donalda Trumpa jest jasne, że jest to prezydentura, która preferuje własne interesy gospodarcze. Jeżeli mamy poszukiwać gwarancji bezpieczeństwa i dobrych relacji transatlantyckich, to musimy ten czynnik brać pod uwagę. Ale to się zdecydowanie kłóci z narracją o odzyskiwaniu podmiotowości przez państwo polskie. Reakcja prawicowych dziennikarzy, krytyczna wobec stanowiska sojusznika, wyrażonego ustami pani ambasador, pokazuje, że to jest największy problem dla PiS-u.

To, że Stany Zjednoczone za prezydentury Trumpa traktują z góry wszystkie inne państwa, nie jest nowością, ale część środowisk prawicowych nie chce tego przyjąć do wiadomości, wierząc, że Polska jako najwierniejszy sojusznik będzie traktowana w wyjątkowy sposób.

Sami chyba dużo nie zwojujemy w takiej walce?
Sytuacja byłaby inna, gdyby stanowisko polskie było prezentowane w szerszym kontekście polityk UE. Podam przykład – na początku swojej prezydentury, gdy Donald Trump stwierdził, że nałoży cła na niemieckie samochody, Angela Merkel stwierdziła, że to zmiany ceł muszą być uzgadniane z Unią Europejską, a nie z rządem niemieckim.

Polskie władze zdają się zapominać, że Polska jako stosunkowo mały kraj nigdy nie będzie znaczącym partnerem dla USA. Stąd próby pokazania, że chcemy być dumnym narodem, któremu nie będzie rozkazywała ani UE, ani Stany Zjednoczone, przybierają kształt groteski.

Ten „incydent” – jak mówią politycy PiS – może być dla naszego kraju niebezpieczny?
Mam nadzieję, że to nie przełoży się bezpośrednio na zmniejszenie bezpieczeństwa Polski. Ale jeżeli PiS chce negocjować politykę bezpieczeństwa, opartą tylko na relacjach z USA, pomijając UE i NATO, to jest szalenie ryzykowna polityka, zdana na kaprysy i priorytety gospodarcze obecnego rządu Stanów Zjednoczonych.

Ambasador USA ostrzega, że wolność mediów w Polsce jest poważnie zagrożona. Ma rację?
PiS co jakiś czas powraca do przekazu: nie będziemy tolerować tego, co mówią niezależne media w Polsce, połączonego z przekazem, że zbyt wiele mediów w Polsce należy do zagranicznych właścicieli.

To jest kwestia zagrożeń dla wolności mediów, które obowiązują w demokracjach liberalnych.

W przypadku reakcji ambasadora Stanów Zjednoczonych równie istotne jest to, że krytyka TVN jest odbierana jako wyraźne uderzenie w amerykańskiego właściciela stacji. Połączenie tych dwóch czynników sprawia, że stosunki polsko-amerykańskie wystawiane są na kolejną próbę.
Poza tym widać wyraźnie, że na użytek polityki wewnętrznej został upubliczniony list pani ambasador, który został przekazany kanałami dyplomatycznymi, a tego się prawie nigdy nie robi. Pytanie, która z frakcji i dlaczego postanowiła to zrobić. Tego nie wiem.

Od kilku miesięcy widzimy, że PiS rozbraja miny, które sam położył.

Jeżeli jednego dnia prokuratura stawia zarzuty operatorowi TVN, a po kilku dniach się wycofuje, to widać wyraźnie, że ktoś zastawił minę, a ktoś inny postanawia ją szybko rozbroić.

Czyli znowu element walki w PiS-ie?
Tak. A jeżeli ta walka będzie dłużej trwała i będzie widoczna dla zainteresowanych polityką Polaków, to będzie koniec mitu o „spójnym obozie dobrej zmiany”.

Jarosław Kaczyński przestał panować nad swoją partią?
Możliwość wewnętrznych rozgrywek wynika przede wszystkim z bardzo dziwnej konstrukcji obozu rządzącego.

Nad premierem i rządem jest przecież kierownictwo partii na Nowogrodzkiej. Przy takim rozwiązaniu organizacyjnym ono nie jest w stanie kontrolować wszystkich obszarów, na których działa rząd i zwalczające się frakcje. To jest kolejny sygnał, że bardzo trudno jest w ten sposób rządzić. Ale prezes może jeszcze przywrócić kontrolę nad zwalczającymi się stronami.

W jaki sposób? Rekonstruując rząd?
Ten manewr był już zastosowany. Premier Mateusz Morawiecki rzeczywiście w ciągu kilku pierwszych miesięcy urzędowania poprawił notowania rządu i premiera. To często spotykany, zazwyczaj krótkotrwały efekt świeżości. W tym przypadku także nadwyżka poparcia szybko stopniała. Powoływanie nowego premiera w nowym roku wyborczym jest jednak bardzo ryzykowne, bo trzeba wytłumaczyć wyborcom, dlaczego był zły i trudno liczyć na ponowny efekt świeżości. To, co pewnie PiS będzie chciał zrobić do czasu wyborów parlamentarnych, to wygaszanie konfliktów wewnętrznych i zewnętrznych, pokazywanie, że chce walczyć o głosy spoza swojego żelaznego elektoratu. Dlatego

zmiana premiera czy głęboka rekonstrukcja rządu wydają się mało realne, chyba że doszłoby do sytuacji, kiedy wszystkie rywalizujące ze sobą grupy nie są w stanie funkcjonować pod przewodnictwem Mateusza Morawieckiego.

Może w takim razie Jarosław Kaczyński powinien się zdecydować na wcześniejsze wybory?
Raz już to zrobił i nie docenił mobilizacji Polaków. Myślę, że szczególnie w sytuacji, kiedy widoczny był znaczący wzrost frekwencji w wyborach samorządowych, może to być bardzo ryzykowna taktyka. Jak widać, wzrost frekwencji wyborczej, szczególnie w miastach, nie działa na korzyść PiS. Co prawda PiS uzyskał dobry wynik w tych wyborach, poszerzając zakres władzy o kolejne województwa, ale w wielu miejscach poniósł spektakularne porażki.

To dla wielu Polaków był ważny sygnał, że PiS nie jest władzą wszechpotężną, że nie musi rządzić przez kolejne lata.

To ważny symboliczny przekaz dla dużej części Polaków, zwolenników opozycji, niezdecydowanych nawet dla części elektoratu PiS. To może być kolejne osłabienie partii rządzącej.

Rozbity wizerunek teflonowego i spójnego PiS-u. To na rok przed wyborami dużo?
To są na razie kolejne rysy. Czy one będą na tyle silne, że może się załamać cała konstrukcja? Na razie trudno powiedzieć.

Jarosław Kaczyński boi się powrotu do polskiej polityki Donalda Tuska?
Ten powrót na pewno nastąpi. Ale czy to będzie powrót byłego premiera jako czynnego polityka, czy lidera opozycji niewchodzącego w konkretne polityczne role? Wydaje mi się, że w tej sprawie klamka jeszcze nie zapadła. Ważne będą sondaże dotyczące wyborów prezydenckich.

Tusk jak nikt z polskich polityków zna reguły światowej polityki, ma duże poparcie wśród Polaków, ale także silny elektorat negatywny. Myślę, że decyzja zostanie podjęta po wnikliwej analizie sytuacji.

Opozycji uda się stworzyć szeroki blok w kolejnych wyborach?
W tej sprawie wkraczamy w obszar indywidualnych ambicji poszczególnych polityków. Logika wyborcza wskazywałaby na to, że jest to warunek konieczny, aby odsunąć PiS od władzy. Stworzenie szerokiego frontu z punktu widzenia wygranej w wyborach jest realne, ale może nie być realne z punktu widzenia indywidualnych ambicji. Wiele już napsuły w polskiej polityce.

Takie ambicje ma Robert Biedroń. Może zagrozić opozycji?
To jak na razie jeden wielki znak zapytania. Pierwsze sondaże, wskazujące na poparcie w okolicach progu wyborczego, nie wróżą sukcesu. Należy jednak pamiętać o dwóch rzeczach. Robert Biedroń przyjął strategię stopniowego ujawniania swojej oferty, licząc na podtrzymanie zainteresowania swoim ugrupowaniem w dłuższym okresie. Brak konkretnego programu jest w tym momencie bardziej zaletą niż przeszkodą.

Na tym etapie każdy może oczekiwać, że nowy ruch będzie odpowiadał jego indywidualnym wyobrażeniom. Pierwsze rozczarowania pojawią się zapewne przy ogłoszeniu programu.

Po drugie, podczas spotkań organizowanych przez Biedronia, przyciągających przeważnie młodych ludzi, widoczne są autentyczne emocje. To pokazuje, że nowy ruch może być budowany na bliżej niesprecyzowanych oczekiwaniach innej polityki, przełamującej postawy dystansu pomiędzy sferą prywatną a sferą publiczną. To jednocześnie szansa i zagrożenie. Szansa na zmobilizowanie choć części Polaków, którzy zostają w domach w kolejnych wyborach. Zagrożenie polega na powtórzeniu krótkotrwałych sukcesów partii Palikota, Kukiza i Zandberga, zyskujących poparcie tzw. wyborców protestu, gdzie początkowe oczekiwania radykalnej zmiany zastępowane są rozczarowaniem dotyczącym efektów i metod realizacji obietnic wyborczych.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o Stalingradzie PiS.

Rządzący usiłują przekonać własnych ludzi i całą Polskę, że to nie klęska, a jedynie taktyczny odwrót na z góry upatrzone pozycje, ale prawdę widać gołym okiem: to początek końca.

Nerwowo robi się w oblężonym obozie „dobrej zmiany”. Z każdej strony wróg, zewsząd sypią się ciosy, kolejne operacje kończą się niepowodzeniem i trzeba swoim ludziom tłumaczyć, że to nie sromotna klęska, lecz planowe wycofywanie się na z góry upatrzone pozycje.

Małgorzata Gersdorf miała być prywatną osobą, a teraz się okazuje, że jednak jest głową Sądu Najwyższego – i trzeba się z tym pogodzić. Jak po czymś takim żyć, panie prezesie, jak żyć?

„Histeria jest niewskazana” – poucza zgnębionych czytelników propagandowy biuletyn braci Karnowskich „Sieci”, przyznając, że porażka w bitwie o Sąd Najwyższy to „gorzka pigułka, a nawet piguła”. Wtóruje mu Rafał Ziemkiewicz w „Do Rzeczy”: – „Rejterada ze zmian w Sądzie Najwyższym, po wielomiesięcznych pokrzykiwaniach i prężeniu muskułów, skompromitowała PiS w oczach najwierniejszych zwolenników, którym coraz trudniej wierzyć, że partia rządząca potrafi zrealizować cokolwiek z tego, co tylekroć zapowiadała”.

Coś podobnego musieli swego czasu przeżywać miłośnicy przodującego ustroju socjalistycznego, którym protoplaści Karnowskich wmawiali w „Trybunie Ludu”, że Lech Wałęsa jest prywatnym obywatelem, a związek zawodowy „Solidarność” nie istnieje. A potem nagle okazało się, że jednak istnieje, a Lech Wałęsa jest jego przewodniczącym i trzeba z nim rozmawiać przy okrągłym stole. Po prostu szok.

Na froncie medialnym też kiepsko. Wraże redakcje dawno miały być spacyfikowane, zdekoncentrowane i zrepolonizowane. Przecież już półtora roku temu posłanka Krystyna Pawłowicz zapowiadała agentowi niemieckiego Onetu: – „A po wakacjach weźmiemy się za was”. Minęły jedne wakacje, minęły drugie – i co? Obiecanki cacanki.

Wiadomo już, że PiS za media prywatne nie zdoła „się wziąć”. Może je podskubywać, może próbować je dyskretnie uzależniać od siebie (ten los spotkał Polsat i grozi Zetce), może je szykanować i ciągać po sądach (mnie też chce pozwać za sformułowania „państwo mafijne” i „gangsterskie metody”) – ale nie ma mowy o frontalnym blitzkriegu.

Kropkę nad „i” postawiła ambasador USA w Polsce Georgette Mosbacher, dając „dobrej zmianie” z liścia i mówiąc, że ma się od mediów odwalić. Czegoś takiego polscy miłośnicy Trumpa się nie spodziewali. Myśleli, że jak Polska „wstanie z kolan” i ogłosi się najważniejszym sojusznikiem Waszyngtonu w Europie, to wszystko jej ujdzie płazem. A tu figa. Więc teraz trzeba ze łzami w oczach odwoływać prokuratorskie zarzuty wobec dziennikarza TVN i ogłaszać, że dekoncentracja mediów to tylko plotki. Że ministerstwo kultury tylko tak sobie niezobowiązująco rozważało różne warianty, ale projektu ustawy nie ma i nie będzie.

W tym samym czasie afera KNF i ustawa o przymusowym przejmowaniu banków „za złotówkę”, w zdumiewającym trybie przepchnięta przez parlament i podpisana piórem maczanym w budyniu, zdemaskowała charakter „dobrej zmiany”. Jeśli to nie jest państwo mafijne, to co nim jest?

Na dyktafonie szantażowanego bankiera Leszka Czarneckiego zapisał się donośny okrzyk: „PiS jest nagi!”. Słowa te usłyszeli wszyscy obywatele Polski, którzy w gruncie rzeczy to widzieli, ale zbiorowy konformizm nie pozwalał im wypowiedzieć tej prawdy na głos.

Teraz jednak, gdy te słowa wreszcie padły, nic już nie będzie takie jak wcześniej. Wszystkie te klęski i żałosne rejterady obozu rządzącego, wszystkie te gorzkie pigułki, a nawet piguły są zaledwie zapowiedzią tego, co czeka nas na wiosnę przy okazji wyborów do europarlamentu, a później – miejmy nadzieję – do parlamentu polskiego. – „Bez istotnej zmiany kursu, na co jest już bardzo mało czasu, za rok stracimy władzę” – kracze cytowany na łamach „Super Expressu” „jeden z najważniejszych ministrów” (gazeta nie ujawnia tożsamości rozmówcy, ja stawiałbym na Gowina). Bardziej dosadnie, ale równie celnie formułuje tę prognozę na Twitterze cytowany już Rafał Ziemkiewicz: – „No tak jak zwykle – nie oddamy ani guzika, oddamy całe gacie”.

Tak więc uszy do góry, dla Polski zapowiada się niezły rok.

Waldemar Mystkowski pisze o spędzie PiS.

Kicz patriotyczny zawsze był właściwy dla Jarosława Kaczyńskiego. I nie dlatego, że on jest jakimś szczególnym patriotą jelenia na rykowisku, ale tak sformatowany jest intelektualnie i estetycznie. Taki też był jego brat Lech K. Jeżeli wchodziło się w drogę polityczną tym nad wyraz przeciętnym ludziom, którzy podszywali się zawsze pod innych, otrzymywało się od nich odzew „Spieprzaj, dziadu”.

Jarosław K. („pan Jarek”) tę paletę „dziadowską” rozszerzył o „mordy zdradzieckie”, gorszy sort”, „element animalny”. Polityka może nie jest krainą łagodności, ale przestrzeń publiczna, którą rozporządza władza, powinna przynajmniej szanować rozum innych, nawet jeżeli rozporządza tylko własnym „rozumkiem”, jak Miś z „Kubusia Puchatka”.

Wchodzimy jednak w świat intelektualno-estetyczny znany z poprzedniego reżimu, w PRL-u spędy ludzi partyjnych otrzymywały nazwy plenów partii i zjazdów. Dzisiaj też mamy cotygodniowe konwencje plenarne w czasie kampanii wyborczej i zjazdy takie, jak ten „Praca dla Polski”.

Nazewnictwo „praca dla Polski” jest puste, jak dzwon, bo niby dla kogo ma pracować rząd RP, jak nie dla Polski, acz w pierwszym rzędzie winno wymienić się jednak „dla Polaków”. Bo to ludzie, społeczeństwo, obywatele tworzą organizm Polski, a nie odwrotnie.

Może jednak chodzi o odwrotność rozumu, o absurdalność? W takim momencie intelektualnym rozbija się rozum rządzących („rozumek”), gdyż nie potrafią rozebrać na podstawowe znaczenia tego, co głoszą. Nie oczekuję od Kaczyńskiego i jego nominatów, aby zagłębiali się zanadto w sferę rozumu, ale oczekuję, że będą szanowali tak podstawowe dla kultury wartości, jak inteligencja obserwatorów.

Premier Mateusz Morawiecki dał się poznać ze swego rozdymanego ego, oto poza oczami Polaków na europejskich salonach chwalił się, że wywalczył suwerenność dla Polski podczas insurekcji w podziemiu PRL, ustalał warunki akcesji Polski do Unii Europejskiej, a po powrocie z Brukseli przed ciemnym ludem skromnie przyznał się do wynegocjowania Brexitu. Czy są granice żenady i zakłamania?

Na rykowisku „Praca dla Polski” Morawiecki ogłosił kilka haseł, które są godne tylko rozumku Misia z „Kubusia” i tego fruwającego „Misia” z Barei, któremu „odkleiło się oczko”. Są oderwane od rzeczywistości, nie wchodzą w żaden alians sytuacji, w jakiej znajduje się demokracja w Polsce, bo oto głosi Morawiecki, że „chcemy żyć na poziomie europejskim”. Ale to jego ekipa i poprzedniczki ten „poziom” europejski sprowadziła do ustrojowej demokratury, z której tylko krok do autokracji.

Czy Rosja reprezentuje poziom europejski? Raczej nikt – oprócz posiadaczy „rozumku” – tego nie potwierdzi. PiS chce abyśmy żyli na poziomie rosyjskim, a nie europejskim.

Po co zatem takie spędy pisowskiego rykowiska? Po co komuchom były zjazdy? Po co Putin organizuje, co roku podobne rykowiska medialne, na których przez kilka godzin tokuje, jaki on jest światowy (nawet nie europejski), jaki z niego demokrata i do tego otwarty na innych.

„Praca dla Polski” to widomy znak, że pisowska Polska bez żenady wchodzi we wschodni model państwa. Śmiałbym się z takiej pokraczności, gdyby dotyczyło to innego kraju, ale dreszcz mnie przechodzi, gdy uzmysławiam sobie, jacy to politycy dorwali się do władzy, politycy o takim „rozumku”.

>>>

Komentarze 3 to “PiS ma swój Stalingrad”

  1. Hairwald 2 grudnia 2018 @ 10:50 #

    Reblogged this on Holtei i skomentował(a):

    3 lata PiS ściga polityków Platformy i zero. Nic. Za to doczekaliśmy się 112+ afer PiS.

  2. Earl drzewołaz 2 grudnia 2018 @ 11:53 #

    Reblogged this on Earl drzewołaz i skomentował(a):
    Tacy ludzie jak Brudziński nigdy nie powinni zaistnieć w przestrzeni publicznej, obrażają imię Polaka i Polski.

Trackbacks/Pingbacks

  1. Rydzyk przyjął hołd PiS. Hołd Rydzykowski | Hairwald - 2 grudnia 2018

    […] Depresja plemnika […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: