Kaczyński, Duda, Morawiecki fałszują rzeczywistość i historię

10 List

W piątek przed północą poinformowano o tym, że rząd i narodowcy doszli do porozumienia w sprawie organizacji wspólnego marszu w setną rocznicę odzyskania niepodległości. Do działań obu stron w tej sprawie krytycznie odniósł się Władysław Frasyniuk.

To już pewne. W niedzielę 11 listopada we wspólnym marszu pójdą rządzący oraz narodowcy. Inicjatywa to efekt rozmów obu stron, która kończy kilkudniowe zamieszanie związane z organizacją obchodów. Zachowanie rządu i Stowarzyszenia Marsz Niepodległości skrytykował w rozmowie z TVN24 Władysław Frasyniuk, który stwierdził, że „profesjonalizmu w tych uroczystościach w ogóle nie ma”. – Ze zdumieniem dowiedziałem się, że narodowcy rozmawiali siedem razy z marszałkiem Senatu i ministrem Brudzińskim w sprawie wspólnej organizacji marszu – dodał.

„Znika nam z oczu to wielkie święto”

Były opozycjonista odniósł się także do udziału w marszu głowy państwa. – Wierzę w to, że Andrzej Duda zrobi sobie zarąbiste selfie z jakimś faszystą w kominiarce. Czekam bardzo na takie selfie – stwierdził Frasyniuk. Dodał, że przez ciągłe rozmowy o marszach „znika nam z oczu to wielkie święto, które powinno być radosnym świętem”.

Pytany o to, czy wziąłby udział we wspólnym śpiewaniu Mazurka Dąbrowskiego 11 listopada stwierdził, że zrobiłby to pod jednym warunkiem. Musiałyby być to „poważnie przygotowane uroczystości, uroczystości, w których jest polski rząd, polski prezydent, ale także Lech Wałęsa, Donald Tusk, liderzy wszystkich partii politycznych”.

Porozumienie obu stron

„Po negocjacjach z Rządem w osobie Joachima Brudzińskiego i Mariusza Błaszczaka udało się dojść do porozumienia. 11 listopada ulicami Warszawy przejdzie wielki, społeczny Marsz Niepodległości z udziałem władz! Rozpoczynamy planowo o 14:00. Przemówienie prezydenta Andrzeja Dudy o godz.15!” – napisał na Twitterze Damian Kita, rzecznik Stowarzyszenia Marsz Niepodległości.

Podobne informacje przekazał Szef Kancelarii Premiera. „Wygrała Polska. 11 listopada odbędzie się wielki, wspólnotowy marsz, który uczci setną rocznicę odzyskania Niepodległości!” – napisał na Twitterze Michał Dworczyk.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o tym, co nas czeka.

PiS sprowadził ten najważniejszy dla Polaków dzień do poziomu kiepskiej sztuki z elementami surrealizmu.

Zamiast cieszyć się z obchodów 100-lecia odzyskania niepodległości Polski, delektować kolejnym dniem wolnym, który dostaliśmy w prezencie, to siedzimy wszyscy jak na szpilkach i z zapartym tchem oglądamy żenujący spektakl. Jaki tego efekt? Ano gdzieś w dal poszedł sobie podniosły nastrój, refleksja, nawet duma, że przed nami takie święto. Pozostał niesmak, lekki szok, zdziwienie, że komuś udało sprowadzić się ten najważniejszy dla nas Polaków dzień do poziomu kiepskiej sztuki z elementami surrealizmu.

Od ponad dwóch tygodni nasze życie zdominował marsz w stolicy. Warszawę zaklepali sobie, dzięki pisowskiemu prawu do cykliczności imprez, narodowcy. Rząd najpierw chciał się do Marszu Niepodległości podłączyć, narzucając organizatorom swoje warunki. Prezydent, z radosnym uśmiechem na twarzy, zachęcał wszystkich do udziału w imprezie narodowców, roztaczał wizję zgody narodowej. Coś jednak w rozmowach poszło nie tak i nagle okazało się, że pan prezydent ma inne zobowiązania, premier również, więc marsz sobie przejdzie ulicami miasta, ale już bez oficjeli partii rządzącej.

Ponieważ od trzech już lat teorie spiskowe rządzą Polakami, walcząc o zaszczytne miano absurdu, postanowiłam przyłączyć się do tego trendu i przedstawić swoje zdanie. Tak więc… cały ten bajzel został szczegółowo zaplanowany przez PiS. Warszawa miała być oddana w ręce narodowców, politycy partii rządzącej wraz z rządem i prezydentem mieli uciec ze stolicy, by radośnie oddać się obchodom Święta w terenie i na licznych mszach modlić się, by w Warszawie burda goniła burdę. Stolica miała zapłonąć od rac, hasła rodem z faszyzmu miały przesłonić piękno obchodów, faszyści europejscy, goszczący na Marszu Niepodległości, mieli dorwać się do głosu z tą swoją ideologią „miłości” i zalać nas mieli banderowcy, którzy nie wiadomo po jakie licho pakują się w nasz 11 listopada.

Ależ na rękę prezesowi i spółce był ten strajk policjantów i pandemia jakaś, która rozłożyła mundurowych na cztery łopatki. Ależ miało być cudnie. Warszawa w ruinie, brak zabezpieczenia przed hordą narodową, totalna demolka, może nawet krew na ulicach i… czyja to wina? Oczywiście Hanny Gronkiewicz-Waltz, całego PO, Rafała Trzaskowskiego, Donalda Tuska, bo on winien nawet niestrawności prezesa. Ależ piękny pretekst, by zniszczyć partyjnych „wrogów”, pokazać ich „teoretyczność”, wykosić i dać sobie szansę na całkowitą wygraną w wyborach parlamentarnych.

Ech, rozmarzyło się towarzystwo, wszystko dograne na ostatni guzik, dokładnie ustalone, zaklepane, a tu… bach… i prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz ogłosiła, że władze miasta na ten marsz nie dają swojej zgody. Cały misterny plan legł w gruzach. Naród znowu podzielił się na tych, którzy z zadowoleniem przyjęli decyzję pani prezydent i tych, niesamowicie na nią wkurzonych. Politycy PiS udają, że są oburzeni, jednocześnie informując, że sami chcieli ten marsz odwołać, a co robi Duda i Morawiecki? Muszą biegiem znaleźć jakieś wyjście z sytuacji, bo teraz to na nich pójdzie nagonka, że zlekceważyli tak ważny dla Polaków dzień. Robią więc panowie dobrą minę do złej gry i w ciągu kilku godzin udowadniają, że niemożliwe staje się bardzo możliwe, proponując Polakom swój własny marsz dla „Biało – Czerwonej”. W równie błyskawicznym tempie Brudziński dogaduje się z policją, licząc, że ok. 35 tysięcy policjantów natychmiast zrezygnuje ze zwolnień lekarskich i zapewni bezpieczeństwo pisowskiego marszu. Mało tego, tak na wszelki wypadek pojawi się na ulicach wojsko i Żandarmeria Wojskowa.

Można powiedzieć, że „kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada”, prawda? Miała być pełna kompromitacja włodarzy Warszawy, a jest totalny bałagan i chaos autorstwa rządzącej partii.

Muszę przyznać, że sama jestem zachwycona swoją fantazją. PiS może mnie spokojnie zatrudnić do tworzenia i głoszenia teorii spiskowych, które mają dać im władzę na wieki wieków. Jednak fantazja fantazją, a co nam się szykuje 11 listopada w Warszawie?

Sąd uchylił decyzję Hanny Gronkiewicz-Waltz. Trzeba się liczyć z tym, że i odwołanie pani prezydent również zostanie odrzucone. To jednak niczego już nie zmienia. Prezydent z premierem nie mają wyjścia i muszą zorganizować swój marsz. Ma on ruszyć o godzinie 15 z ronda Dmowskiego. Obaj panowie ogłosili też, że zgodnie z prawem ich marsz jest priorytetem i nikt inny nie może pomaszerować jego trasą w swoim pochodzie. Tego nie przyjmują do wiadomości narodowcy, którzy po mszy za ojczyznę i różańcu o godzinie 11 przed Sejmem przemieszczą się na rondo Dmowskiego, by o godzinie 14 ruszyć i czcić 100-lecie odzyskania  niepodległości.

Kto pójdzie z PiS-em, a kto z narodowcami? Czy posłanka Pawłowicz wzmocni swoją osobowością Marsz Niepodległości, czy też pokornie stanie w tym dla „Biało – Czerwonej”? A może oba marsze się wymieszają i nagle prezydent będzie szedł pod transparentem z hasłem „Polska dla Polaków” czy też „Biała Europa”, a premier otoczony faszystowskimi gośćmi z Europy będzie machał rączką do tłumów? A może kto pierwszy ten lepszy, więc najpierw ruszą narodowcy, a dopiero za nimi, odgrodzeni wojskiem, celebryci?

Słowo daję, nie wiem, czy śmiać się, czy płakać…

Andrzej Friszke: Podważają jedność walki z Niemcami w czasie II wojny światowej, znaczenie Armii Krajowej, ideały demokratyczne, postulat dialogu z obywatelami innych narodowości. Jak mamy razem świętować 11 Listopada?

NEWSWEEK: Jarosław Kaczyński snobuje się na marszałka Piłsudskiego?

PROF. ANDRZEJ FRISZKE: I chyba tego specjalnie nie ukrywa. Ale istotne jest, który okres życia marszałka imponuje Kaczyńskiemu najbardziej.

Który?

– Wygląda na to, że ten po zamachu stanu w maju 1926 r. Operacja, którą przeprowadza w sądownictwie, narzuca porównanie właśnie z tym okresem.

Marszałek walczył z partiokracją. Mówił: „konstytuta – prostytuta; pierdel, serdel, burdel”. A prezes Kaczyński walczy z układem w sądach.

– Pan się odwołuje do dosadnych i brutalnych określeń marszałka, ale porównanie jest ułomne z prostego powodu: Piłsudski to Piłsudski, zaś Kaczyński to Kaczyński. Piłsudski to twórca niepodległego państwa, przywódca Legionów…

A Jarosław Kaczyński?

– Działacz opozycji demokratycznej w PRL, jeden z wielu.

W lutym 2016 r. prezydent Andrzej Duda zastanawiał się wraz z gośćmi nad strategią polityki historycznej. Co to jest taka strategia?

– Dla mnie historia to nauka, opisywanie przeszłości. Dla nich to coś innego – element ideologii potrzebnej do wychowania narodowego. Rozmawiali więc pewnie o tym, jak wychowywać naród. I jest to – jak widać – wychowywanie w duchu nacjonalizmu i militaryzmu.

Pan prezydent wyraził uznanie dla niemieckiego filmu „Nasze matki, nasi ojcowie”: Niemcy nakręcili obraz pokazujący ich wersję historii – co jest przebiegłe i godne naśladowania. Zgadza się pan?

– Historia to archiwa, roczniki starych gazet, relacje świadków, porównania, analizy. Ja jestem zawodowym historykiem. A film to sztuka, wizja reżysera. „Stawka większa niż życie”, „Czterej pancerni i pies”. Pamięta pan?

To błąd, że w III RP nie kręcono filmów historycznych?

– Ależ kręcono, przypomnę serial o życiu marszałka Piłsudskiego w latach 90., z Zapasiewiczem w roli głównej…

Panie profesorze, teraz będą wysokobudżetowe filmy z Danielem Craigiem i Angeliną Jolie.

– Chodzi nie o historię, tylko o narrację. Taki dobór wątków, postaci, elementów, żeby można było utkać opowieść pożądaną przez władzę, trafiającą do przekonania odbiorców.

Narracja wymusza opowieść w barwach czarno-białych. Gubią się szarości. Uchwałę o upamiętnieniu 75. rocznicy powstania Narodowych Sił Zbrojnych Sejm przyjął przez aklamację, bez żadnej dyskusji.

– Opozycja kompletnie przespała tę sprawę. Nie zorientowała się, że wcale nie chodziło o upamiętnienie NSZ, ale o obalenie mitu Armii Krajowej. To AK była główną siłą walczącą z Niemcami, była armią państwową, skupiającą wszystkich od lewicy do prawicy. Kto nie był w AK? Komuniści i skrajni nacjonaliści. Uchwała rozbija ten obraz.

Przeciwstawia twardych patriotów NSZ żołnierzom z AK, którzy zaprzestali oporu i zaczęli się ujawniać Sowietom?

– Przesuwa akcent z wojny na powojnie i to ma bardzo krótkie nogi. Bo dla milionów polskich rodzin to wojna była najważniejszym, kluczowym doświadczeniem. W czasie wojny Polacy byli zjednoczeni. Rząd Polski był w Londynie, Armia Krajowa w podziemiu. Tymczasem uchwała eksponuje grupę radykalnych nacjonalistów i antysemitów, w 1944 r. zwolenników kolaboracji z Niemcami.

Ostre słowa.

– One opisują NSZ.

Do uchwały sejmowej trafiła Brygada Świętokrzyska. To fakt, że akurat oni mieli za sobą współpracę z Niemcami: oficerowie łącznikowi z SS czy przerzucanie dywersantów z terenu III Rzeszy na tyły armii sowieckiej.

– Na emigracji tym ludziom odmawiano praw kombatanckich. Akowcy nie chcieli mieć z nimi nic wspólnego. Fundamentalna zasada brzmiała: „Nie kolaboruje się z Niemcami”. A oni ją złamali. Dziś się ich wybiela. Zrównywanie NSZ z AK to rozbijanie opowieści o polskim oporze, niezłomnej postawie wobec niemieckiego nazizmu.

W książce „Przeciwko Pax Sovietica” Mariusz Bechta i Wojciech J. Muszyński piszą o kapitanie Romualdzie Rajsie, ps. Bury, usprawiedliwiając spalenie przez jego oddział białoruskiej wsi.

– To, że oddział Rajsa „Burego” dopuścił się zbrodni wojennej w Zaleszanach i nie tylko tam, to sprawa oczywista. Był zresztą werdykt IPN w tej sprawie. Trudno na to patrzeć inaczej.

Można. Wspomniani autorzy piszą, że zginęli tylko ci, którzy się nie podporządkowali rozkazom i zostali w domach. A było to tak, że matka zostawiała niemowlę, „bo zaraz wrócę, co mam z dzieckiem chodzić po mrozie”. Jakaś rodzina nie miała butów, więc została w domu. Potem wszyscy spłonęli żywcem, leżą na wiejskim cmentarzu.

– A więc ofiary same sobie są winne? Obrzydliwe! Działania partyzanckie często łączyły się ze zbrodniami. Bury jest tu klinicznym przypadkiem, ale przecież daleko niejedynym. Mówienie, że ktoś walczył z Niemcami czy z Sowietami i samo to czyni go bohaterem bez skazy, jest nadużyciem, kłamstwem historycznym. Ich nie obchodzi to, że kłamią – to dla mnie jasne. Jednak trudno mi zrozumieć tę logikę. Jaki walor wychowawczy może mieć eksponowanie Rajsa „Burego”?

Patronem 1. Brygady Wojsk Obrony Terytorialnej został płk Władysław Liniarski ps. Mścisław…

– Komendant białostockiego okręgu AK.

Pułkownik Liniarski złożył zeznania obciążające generała Emila Fieldorfa „Nila”, który potem został stracony. Liniarski był potwornie skatowany, na salę sądową nie mógł wejść o własnych siłach, po latach odwołał te zeznania, ale… I jak to oceniać?

– Tu dotykamy czegoś, co jest prawdziwą historią. Opowieść o dylematach, osobistej tragedii oficera i człowieka. Czy my możemy go oceniać? Albo potępiać? Bo nie wytrzymał bestialskich tortur i powiedział za dużo? Historia tamtych czasów powinna skłaniać do namysłu. A Liniarski to dobry przykład dramatu, niejednoznaczności tamtego czasu. Ale można jego historię opowiedzieć inaczej. Zrobić z niej szopkę. Historię kukiełkową. W sumie to proste – wystarczy wyciągnąć jeden fragment życiorysu, napompować i już mamy gotową konstrukcję ideologiczną. Tyle że to nie jest historia, a fałsz.

Jarosław Kaczyński mówił kiedyś, że wobec kompromitacji postaci Wałęsy to jego brat Lech stanie się postacią symboliczną dla ruchu Solidarność.

– No, niech pan da spokój. Musiałby spalić archiwa, gazety z tamtego czasu i jeszcze wypalić wspomnienia z głów ludzi. To Orwell! Jakaś głupota! Wszyscy wiedzą, kto był przywódcą Solidarności!

Poseł PiS Janusz Śniadek, były szef S, mówi, że z Lechem Kaczyńskim jako symbolem związku to jest dobry pomysł.

– Pamiętam takich jak pan Śniadek jeszcze z PRL. Byli gotowi potwierdzić każde kłamstwo, byle się przypodobać władzy.

Lech Wałęsa mocno pracował na erozję swojego mitu: w latach 70. podpisał zobowiązanie do współpracy z SB, a w latach 90. robił wszystko, by zlikwidować obciążające go papiery.

– Prawda. Ale to kolejny dowód na to, że historia nie jest czarno-biała; rzadko trafiają się ludzie ze spiżu. Ale to, co oni robią z postacią Wałęsy, to jakiś absurd. Próbują zniszczyć przywódcę, bez którego nie byłoby Solidarności. Gdyby nie on, mielibyśmy kilka związków dowodzonych przez ambitnych działaczy. Po 13 grudnia SB chciała nakłonić Wałęsę do zdrady; niech stanie na czele fasadowej Solidarności, a ekstremiści zostaną w podziemiu i zakłócą się na śmierć. Ale Wałęsa Solidarności nie zdradził, nie poszedł na kolaborację. Można mieć do niego mnóstwo pretensji, ale – że zaryzykuję karkołomne porównanie – co jest istotniejsze w życiu Pawła z Tarsu? To, że w młodości prześladował chrześcijan, czy to, że był apostołem, męczennikiem, że stał się święty?

Jarosława Kaczyńskiego można chyba zrozumieć. Robi to dla pamięci brata.

– Nie, tego nie można zrozumieć. Lech Kaczyński nie był przywódczą postacią w Solidarności. Był doradcą WZZ i Regionu Gdańskiego, zajmował się prawem pracy. Nawet nie aspirował do roli politycznego doradcy, jakimi byli Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki. Od 1983 r. pracował w biurze Wałęsy i dlatego awansował w hierarchii. Po 1989 r. zawalczył o przywództwo, ale przegrał z Marianem Krzaklewskim. I to koniec tej historii. Nie może być symbolem S. To bzdura.

Czy „tamta strona” nie ma prawa do poczucia krzywdy? W III RP mieliśmy do czynienia z wieloma zapomnianymi bohaterami, o Annie Walentynowicz czy małżeństwie Gwiazdów wspominało się rzadko i z dopiskiem, że trochę odjechali.

– Odbywały się dyskusje, pisano artykuły w gazetach, kręcono filmy dokumentalne. Ale ludzie bardziej interesowali się sprawami bieżącymi: transformacją ustrojową, dramatami robotników z zamykanych zakładów, wzrostem bezrobocia, fascynacją możliwościami nieskrępowanego wyjazdu na Zachód…

I co się teraz stało?

– Zmienił się klimat społeczny. Dziesięć lat temu zwykłych ludzi nie podniecała historia, a teraz stała się tak ważna. Dlaczego? Tego nie jestem w stanie powiedzieć. Dobre pytanie do psychologa społecznego.

Bronisław Wildstein mówi, że w III RP też była polityka historyczna, ale dominowała pedagogika wstydu.

– Ale co ma być tą pedagogiką wstydu? Że wstydzimy się tego, że Polacy mordowali w Jedwabnem? To chyba nie jest powód do chwały. Ale równolegle opowiadano o AK, o powstaniu warszawskim, przypominano Katyń, można mnożyć przykłady.

Profesor Legutko uważa, że jest u nas silna tradycja wyrzekania się polskości.

– Jakaś obsesja. Nie spotkałem nikogo, kto by się jej wyrzekał. Tu chodzi o coś innego – o wykreowanie opowieści o tym, jacy to jesteśmy wspaniali. O tym, że Polacy albo byli bohaterami, albo ofiarami. W taką opowieść Jedwabne czy pogrom kielecki wpisują się słabo. Słyszał pan słowa minister edukacji? Jedwabne: „ta dramatyczna sytuacja jest kontrowersyjna”. Kielce: „różne były zawiłości historyczne”. Według nich Polska jest bezgrzeszna. A tego historycznie udowodnić się nie da.

Wy mówiliście Gombrowiczem, to oni mówią Sienkiewiczem.

– Jaka wymyślna konstrukcja! Tylko że to żaden Sienkiewicz, ale egoizm: „Myśmy cierpieli, a inni mają to uznać”.

A „Polska to brzydka panna bez posagu” – jak powiedział Władysław Bartoszewski? Tak?

– Rozumiem, że tamtą stronę obraża określenie „brzydka panna”. Cóż, nie jesteśmy pępkiem świata.

Bartoszewski nawet po śmierci jest za to atakowany.

– Mowa o tym panu z telewizji publicznej, który dziwił się, że Bartoszewski przeżył Auschwitz? Co ja mam powiedzieć? Ręce opadają! A wracając do tematu, to przecież chyba jasne, że nie jesteśmy bardzo ważni z punktu widzenia Wielkiej Brytanii czy Stanów. Czyli sami musimy zabiegać o to, by rozumiano nasze prawo do bezpiecznej egzystencji, uczestniczenia w życiu międzynarodowym, wymianie kulturalnej. To także nakłada na nas pewne obowiązki – choćby takie, by sobie samemu nie szkodzić.

Czym sobie szkodzimy?

– Pompowanie NSZ skończy się tym, że będziemy musieli tłumaczyć, że w czasie wojny nie kolaborowaliśmy z Hitlerem. Sami na własne życzenie wyprowadzamy się ze świata demokratycznych wartości. Robi się z tego pułapka, bo mówimy Ukraińcom: „Wy nie macie prawa powoływać się na UPA”. A oni odpowiedzą: „A Polacy mogą powoływać się na NSZ?”.

Prezes IPN Jarosław Szarek przyznaje, że w stosunkach z Ukraińcami mamy zimną wojnę. Mówi, że Ukraińcy muszą przejść taką drogę jak Niemcy.

– Ukraińcy mają niezależne państwo i pan Szarek nic nie może im narzucić. To dziecinada. A odpowiedzią na nasz egoizm narodowy będzie ich egoizm narodowy. I drastyczne pogorszenie stosunków z ważnym sąsiadem.

Paradoksalnie to akurat podważa dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego, który potrafił sporo znieść dla poprawy relacji z Ukrainą czy Litwą.

– Lech Kaczyński te sprawy miał głęboko przepracowane. Trudne relacje z Ukrainą, Litwą, Niemcami, Żydami. Potrzeba uśmierzania napięć. Problem stosunku do własnej przeszłości – to wszystko nie dość, że atrakcyjne intelektualnie, to jeszcze pozwalające budować wspólną przyszłość z innymi narodami. Lech Kaczyński wiedział, że jeśli mamy budować przyszłość, to należy być nieco powściągliwym w mówieniu o swoich krzywdach. Aby dialog nie kończył się na licytacji, kto wycierpiał więcej. Obóz dzisiejszej władzy niszczy dorobek Lecha Kaczyńskiego.

Dzieli nas niemal wszystko. Gwizdy przy mogiłach powstańców, Muzeum II Wojny Światowej, Lech Wałęsa, okrągły stół. Czy Polacy są jeszcze w stanie rozmawiać na temat wspólnej historii?

– Rozmowa? Przecież trwa rewolucja! Ma doprowadzić do zmiany elit, do zmiany miejsca Polski w Europie. Ma zniszczyć państwo liberalne i zastąpić go jakimś tworem ludowo-plebejskim. Chcą stworzyć Polskę alternatywną do tej, jaką znamy od 1989 roku.

Prezydent Andrzej Duda mówi, że trzeba odbudowywać wspólnotę.

– Prezydent już podzielił nas na bohaterów i zdrajców. Zarzucił elitom III RP, że uprawialiśmy postkomunizm, że nie dbaliśmy o bohaterów. Te oszczerstwa raczej wykluczają możliwość dialogu.

11 Listopada Polacy będą świętować podzieleni?

– Na nic innego się nie zanosi. Bo niby jak mamy świętować razem? Nie wyrzeknę się wolnej, demokratycznej Polski, którą odbudowaliśmy po 1989 roku. A oni ten ideał opluwają. Nie tylko. Podważają jedność walki z Niemcami w czasie II wojny światowej, znaczenie Armii Krajowej, ideały demokratyczne, postulat dialogu z obywatelami innych narodowości. Jak świętować razem?

Mamy 100-lecie niepodległości. Może prezydent stanąć w szeregu z Lechem Wałęsą, Aleksandrem Kwaśniewskim, Bronisławem Komorowskim?

– To niemożliwe w świetle tego, co się dzieje w Polsce. Oni rozmontowują niezawisłe sądy, a my mamy spuścić na to zasłonę milczenia na jeden dzień i powiedzieć: „Dobra, maszerujmy”?! Nie ma na to zgody.

Na czym polega nasz spór?

– W naszej tradycji są dwa alternatywne sposoby patrzenia na Polskę i polskość. Jedna to tradycja nacjonalistyczna: emocjonalna i egocentryczna. Taki Dmowski, ale w wersji populistycznej – uproszczony, ludowy. A tradycja przeciwna jest obywatelska – przed wojną obóz Piłsudskiego, w okresie tworzenia państwa – chce jak najszerszego konsensusu dla budowania państwa i jest otwarta na modernizację. Te wizje się trudno spotykają, bo mówią zupełnie różnymi językami.

Czyli – jak to mamy w polskiej tradycji – porozmawialiśmy sobie o dwóch trumnach: Piłsudskiego i Dmowskiego?

– Oczywiście. Trzecia RP była obywatelska. A teraz mamy próbę budowania Polski plebejskiej i nacjonalistycznej.

Stulecie odzyskania niepodległości szykuje się nam raczej smutne?

– Niestety, na to wygląda.

Wywiad pochodzi z listopada 2017 r.

(fragment wywiadu)

Donald Tusk: Naprawdę nie musimy dać się nieść trendom. Zawsze byli antysemici i nacjonaliści, socjaliści i liberałowie, ludzie mroku i oświecenia. Ale na końcu są zawsze konkretne decyzje konkretnych polityków. I one przeważają.

Adam Michnik: W 1989 r., już na paszportach dyplomatycznych, pojechaliśmy ze Zbigniewem Janasem, Zbigniewem Bujakiem i Janem Lityńskim do Pragi. Tam reżim jeszcze trzymał się mocno. Jirzi Dienstbier, późniejszy minister spraw zagranicznych Czechosłowacji, mówi: – U nas rządzi taki Milosz Jakesz, najuczciwszy polityk na świecie, bo wygląda jak idiota, mówi jak idiota i jest idiotą.

Donald Tusk: Chcesz powiedzieć, że to znak czasu. Przewrotny początek. Ale rzeczywiście dziś w polityce szczery i autentyczny idiota wzbudza w niektórych więcej zaufania niż mędrzec hipokryta. Ktoś, kto z przekonaniem i zaangażowaniem mówi bzdury, ma dziś większe szanse niż rozsądny nudziarz. Można wygadywać bezkarnie rasistowskie i ksenofobiczne brednie, szczuć na mniejszości, obrażać ludzi i całe narody… I wygrywać. Najgorsze, że dla populistów naszych czasów często nie ma alternatywy. A może zawsze tak było?

STYL TRUMPA I FASCYNACJA PUTINEM

A.M.: Jakie są dziś z punktu widzenia przewodniczącego Rady Europejskiej największe zagrożenia dla demokracji? Fundamentalizm islamski? Terroryzm? Populizm? Rosja? Putin?

– Z demokracją liberalną mamy ten problem, że pojawili się w Europie przywódcy polityczni, tu Viktor Orbán jest najbardziej spektakularnym przykładem…

Jarosław Kurski i Adam Michnik (jednocześnie): Twój przyjaciel Orbán!

– Tak, mój przyjaciel Orbán jest spektakularnym przykładem przywódcy, który potrafił przekonać swoich wyborców, że to liberalna demokracja jest źródłem naszych słabości i porażek, że albo wolność i bałagan, albo silna władza i porządek. I kryzys migracyjny dostarczył mu sporo argumentów. Opłaciło mu się – nie tylko jemu – wrócić do narracji znanej z przeszłości, że wolność i bezpieczeństwo są w opozycji. Za nielegalną imigracją idzie lęk o utratę tożsamości. Lęk obiektywny, nie musi mieć nic wspólnego z rasizmem czy ksenofobią. W Europie postępuje zwątpienie w demokrację – myśl, że jedyną odpowiedzią na terroryzm i nielegalną imigrację jest silne, autorytarne państwo. I jak się uda ludzi przekonać, że „albo-albo”, to większość zawsze wybierze bezpieczeństwo. Ale to fałszywa opozycja.

Nie muszę czytelników „Wyborczej” przekonywać, że wolność słowa, wolne wybory, wolny rynek, równowaga władz, praworządność nie mają nic wspólnego ze skutecznością straży granicznej. To, że tak trudno kontrolować granice na Morzu Śródziemnym – miękkie podbrzusze Europy – nie wynika z ustroju politycznego Grecji i Włoch. Liberalna demokracja jest w stanie skutecznie walczyć z nielegalną migracją i terroryzmem. Autokratyczna demokracja typowa dla Wschodu nie jest żadnym rozwiązaniem.

Na szczęście dzisiaj już wszyscy rozumieją, że kontrola granicy zewnętrznej to nie ideologiczny wybór, tylko fundamentalny obowiązek każdej władzy. Nic nowego. Nowe jest zupełnie inne, bardzo poważne zjawisko. To nowa strategia geopolityczna Waszyngtonu i prezydenta Trumpa. Po raz pierwszy w historii mamy Amerykę nieprzychylną idei zjednoczonej Europy. To manifestacyjnie okazywany fakt – w słowach, gestach i czynach. Trump uznał, że USA będą się miały lepiej, jeśli uporządkują świat na zasadzie: my, Ameryka, a z drugiej strony jednostkowe państwa. Tak jakby chciał rozłożyć świat na czynniki pierwsze, bo wówczas USA mogą zyskać więcej korzyści.

Paradoks jest taki, że nie może tego zrobić wobec najpoważniejszego konkurenta, jakim są Chiny, więc robi to wobec jedynego prawdziwego alianta, jakim jest zjednoczona Europa. To niesie wielorakie ryzyko. Biorąc pod uwagę styl władzy Trumpa i fascynację niektórych polityków europejskich Putinem, obawiam się infekcji wschodniego sposobu myślenia o polityce. Ona dotarła już do wielu miejsc w Europie. W tym sensie Rosja nie jest dziś dla Europy zagrożeniem militarnym, tylko ideowym. To, co Aleksander Dugin mówi Putinowi – jak powinna wyglądać rosyjska geopolityka i rosyjski ustrój – znajduje klientów intelektualnych także w Europie. I to uważam za bardzo poważne zagrożenie.

A.M.: Także w Polsce.

– Kaczyński jest modelowym przykładem polityka niszczącego liberalną demokrację rozumianą jako wolność słowa, wolny rynek, wolne wybory, trójpodział władzy, praworządność, prawa człowieka. Model władzy Putina i Erdogana podoba się i Kaczyńskiemu, i Orbánowi.

ZNOWU TE DWIE TRUMNY

J.K.: Ta władza ma na twoim punkcie obsesję. Jeden tweet wytrąca ją z równowagi, zaraz komentarze i kanonada rządowej propagandy.

– Tak sądzicie?

J.K.: No jednak – przyjeżdżasz do Warszawy na przesłuchanie, na dworcu tłumy. Tłumy w Krakowie, we Wrocławiu…

– Emocje rządzą dziś polityką nie tylko w Polsce. Dożyliśmy czasów, że w polityce są ważniejsze niż racjonalne argumenty. Miłość, nienawiść, rozpacz, nadzieja stały się solą polityki. Nie akademicki wykład. Źle się czuję w atmosferze tego ostrego konfliktu, w dodatku bardzo spersonalizowanego. Bo tak się złożyło, że ten wielowymiarowy i historyczny spór polityczny dziś ma twarze Kaczyńskiego i Tuska. Ale to tylko współczesna forma czegoś, co ma głębokie i zadawnione źródła.

J.K.: Władza się ciebie boi, bo definiuje jako realne dla niej zagrożenie. A nuż on wróci…

– Dla oponentów dzisiejszej władzy pamięć o nieodległych w czasie zwycięstwach Platformy jest znakiem nadziei. Że skoro można było wtedy, to może da się też wygrać jutro. I że jestem człowiekiem, który ma na to patent. Ale to za proste.

Donald Tusk, zawód: polityk

J.K.: Przyjechaliśmy tu, do Brukseli, na rozmowę o stuleciu niepodległości do wydania gazety „Wyborcza na Drugą Setkę”. Nie uciekniesz więc od przyszłości i teraźniejszości.

A.M.: Napisałeś kiedyś w „Znaku” tekst nasycony goryczą: „Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością, i tam, gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy. I tylko w krótkich chwilach przerwy rozważamy nasz narodowy etos odrobinę krytyczniej, czytamy Brzozowskiego i Gombrowicza, stajemy się normalniejsi”.

Europa przed nadchodzącymi wyborami nie ma lidera. Jeśli nie Angela, to kto ma jej przewodzić, czyli bronić Unii Europejskiej przed jej destruktorami? Czy Merkel może zastąpić w tej roli Macron?

Siły destrukcji to populiści i skrajna prawica ze wsparciem Putina. Odgrażają się, że w wyborach europejskich zdobędą większość. Po co im większość? Przecież nie do tego, by przedłużyć żywot Unii, tylko żeby ją wycisnąć finansowo i wykończyć politycznie. Taka jest stawka wyborów do Parlamentu Europejskiego w 2019 r. Partie proeuropejskie powinny wystawić kandydatów świadomych, jak ważne są te wybory. Muszą umieć kontrować i demaskować hasła nacjonal-socjalistów.

Prezydent Francji akurat w tym jest dobry. W związku ze stuleciem zakończenia I wojny światowej – a to wydarzenie ważniejsze niż powstanie na gruzach trzech imperiów nowych państw narodowych, w tym Polski – odwiedzał miejsca bitew, które kosztowały życie setek tysięcy młodych ludzi. Nazywał rzeczy po imieniu. Trąd nacjonalizmu i ingerencje sił zewnętrznych zagrażają pokojowi w Europie.

Po odejściu Angeli Macron zostanie sam jako rzecznik i obrońca Europy. Ma talent, nie ma sojuszników. Nie boi się populistów, ale we Francji idą oni łeb w łeb w sondażach z jego partią. Jeśli nie wzmocni się we własnym kraju, nie będzie silnym liderem Europy.

Złote lata „europejskie marzenie” ma za sobą. Niechętny Unii jest zarówno Trump, jak i Putin. Wielka Brytania poszła za fletem eurosceptycznych szczurołapów. Pokojowo-demokratyczna europejska wspólnota otwartych granic i praw człowieka nie inspiruje prezydenta Chin Xi. Turcja Erdoğana już do Unii drzwi sama dla siebie ostatecznie zamknęła po rozprawie z „puczystami”.

Trzeba się liczyć z rozpadem, w tej czy innej formie, Unii w jej obecnym kształcie. Ekipa Macrona patrzy złym okiem na Kaczyńskiego, Orbána i innych przywódców postkomunistycznej „nowej Unii”, którzy rozbijają UE od wewnątrz. „Stara” ma większe szanse poradzić sobie z populistycznym kryzysem, dawne „demoludy” – mniejsze. Nikt z liczących się przywódców na Zachodzie nie będzie o nas walczył. Jak zwykle musimy poradzić sobie sami. I w Polsce sobie poradzimy.

Waldemar Mystkowski pisze o tragifarsie przygotowań do marszu.

Były minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz w apelu o odzyskanie 11 listopada jasno wyraża się, w jakim miejscu znajduje się państwo polskie. Sienkiewicz zasłynął określeniem „państwo teoretyczne”, które dostało wykładnię w książce o tym samym tytule. Minister rządu PO-PSL apeluje o podpisanie petycji, wg której na mocy spec-ustawy winno się ustanowić święto 11 listopada organizowane tylko przez państwo polskie, abyśmy nie kompromitowali się zgodą na „na ponure marsze ludzi w kominiarkach, nienawistne, rasistowskie, ksenofobiczne transparenty i okrzyki”.

PiS miał 3 lata, aby do postulowanej sytuacji doprowadzić. Ale zarówno prezydent Andrzej Duda, jak i premier Mateusz Morawiecki obudzili się 4 dni przez obchodami 100 rocznicy odzyskania niepodległości, gdy Marsz Niepodległości nacjonalistów i neofaszystów został zakazany przez prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz.

Zakaz został przez sąd anulowany, bo ma podstawy prawne w ustawie o zgromadzeniach cyklicznych, której autorem są orły PiS. Ustawa pisana była pod miesięcznice smoleńskie, które już się nie odbywają. Zarówno rząd, jak i kancelaria Dudy mogły napisać spec-ustawę, o którą apeluje Sienkiewicz, lecz były zajęte innymi sprawami demolującymi państwo polskie.

W tej chwili sytuacja z obchodami przedstawia się absurdalnie, operetkowo. Joachim Brudziński w ostatniej chwili podpisał porozumienie ze służbami mundurowymi. Funkcjonariusze gremialnie zapadli na zdrowiu, którego odzyskanie stało się możliwe tylko w wypadku podwyżki pensji i licznych przywilejów socjalnych. Brudziński dostał prikaz od Kaczyńskiego, aby iść na wszelkie ustępstwa i poszedł. Policji w ochronie marszu ma pomóc wojsko, które ściąga do Warszawy najnowocześniejszy sprzęt i „ochotników”.

Nadal Kancelarie Prezydenta i Premiera negocjują z narodowcami warunki wspólnego marszu. Szantaż nacjonalistów jest skuteczny, nikt nie będzie w stanie kontrolować ekscesów. Podczas marszu najpierw przemawiać będzie prezydent, ale ostatnie słowo ma należeć do przedstawiciela nacjonalistów.

Szef Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski chwali się na Twitterze, że w dniu Święta Niepodległości budynki w wielu krajach będą podświetlone na biało-czerwono. I tak najbardziej spektakularnie uroczystości za granicą organizuje Sławomir Nowak – były minister rządu PO-PSL, a obecnie pracujący dla rządu ukraińskiego. W Kijowie w tamtejszym Teatrze  Narodowym odbędą się uroczyste obchody, na których obecna będzie elita polityczna naszego wschodniego sąsiada.

Uroczystości państwowe z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości to istny dramat dla władzy PiS, której indolencja może doprowadzić do tragedii. Na razie prezentuje się w wymiarze tragifarsy.

>>>

Reklamy

Komentarze 3 to “Kaczyński, Duda, Morawiecki fałszują rzeczywistość i historię”

  1. Hairwald 10 listopada 2018 @ 09:38 #

    Reblogged this on Holtei i skomentował(a):

    Tusk: „Grzechy, głupota obecnie rządzących mogą nas naprawdę wiele kosztować”

  2. Earl drzewołaz 10 listopada 2018 @ 12:40 #

    Reblogged this on Earl drzewołaz i skomentował(a):
    PiS legitymuje marsz pospolitej chuliganerii, kiboli, naziolstwa i ekstremistów i to WY ponosicie za to PEŁNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!! TYLKO WY!!!”

Trackbacks/Pingbacks

  1. PiS to spadkobiercy endeków. W Polsce odżywa haniebny projekt nacjonalistyczny | Hairwald - 10 listopada 2018

    […] Depresja plemnika […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: