Donald Tusk pokazał jak wygrywać z PiS

6 List

Moją pierwszą reakcją było uczucie radości, że koszmar, który wydawał się nieuchronny i nienaruszalny, może się zatrzymać. Wierzę, że przełoży się to na kolejne wybory i jest początkiem przegranej PiS-u. Mam nadzieję, że w imię wolności i poczucia, że agresja wdrukowywana w społeczeństwo jest niebezpieczna, nastąpi polityczna zmiana poprzez demokratyczne procedury – mówi socjolog prof. Jadwiga Staniszkis. – Myślę, że tak musiały wyglądać polityczne procesy członków elity w latach 30. w Rosji. Wtedy kończyło się obozami i wyrokami śmierci, a tutaj chodzi o to, aby zdyskwalifikować Donalda Tuska – mówi o przesłuchaniu szefa Rady Europejskiej.

KAMILA TERPIAŁ: PiS przegrał w II turze wyborów samorządowych prawie we wszystkich miastach. Nawet w swoich matecznikach: Radomiu i Nowym Sączu. To jasny sygnał – Polacy nie chcą tej władzy?

JADWIGA STANISZKIS: PiS ewidentnie przegrał te wybory. To jest bardzo istotne. Po pierwsze, wszyscy oportuniści, którzy wspierali pisiaków dla stanowisk, spostrzegli, że oportunizm nie musi się opłacać, bo ta władza nie musi być wieczna. Po drugie,

to jest też szok dla działaczy PiS-u, którzy zaczną się zastanawiać, czy warto się podporządkowywać i tracić swoją osobowość, żeby potem przegrać. To jest też moment obudzenia się opinii publicznej.

Panią to zdziwiło?
Moją pierwszą reakcją było uczucie radości, że koszmar, który wydawał się nieuchronny i nienaruszalny, może się zatrzymać. Wierzę, że przełoży się to na kolejne wybory i jest początkiem przegranej PiS-u. Mam nadzieję, że w imię wolności i poczucia, że agresja wdrukowywana w społeczeństwo jest niebezpieczna, nastąpi polityczna zmiana poprzez demokratyczne procedury.

Już można powiedzieć, że uda się powstrzymać marsz PiS-u po władzę?
Na prowincji jest i będzie trudniej, tam są mniejsze, biedniejsze i bardziej kontrolowane środowiska, ale mam nadzieję, że taka postawa zejdzie także tam.

Wierzę, że w kolejnych wyborach dostrzeżemy, że ludzie przestają tolerować ten sposób rządzenia, budzenia w ludziach agresji i klimat, który powstaje pod rządami PiS-u. Poza tym ci, którzy głosowali na PiS ze względów oportunistycznych, będą ostrożniejsi, bo dostrzegli, że wygrana nie jest pewna.

Powinni zacząć myśleć w kategoriach długoterminowych, jakości i klimatu życia politycznego, a nie tylko swoich ambicji i korzyści.

Powiedziała pani, że PiS jest w szoku”…
Ja tego nie wiem, ale tak mi się wydaje. Nie mam z nimi już bezpośrednich kontaktów.

Jak będą sobie z tym szokiem radzić?
PiS będzie starał się lepiej przygotować do kolejnych wyborów, przede wszystkim parlamentarnych, bo one decydują o regułach życia publicznego. Będą starali się dobrać bardziej przekonywającychkandydatów, ale też postarają się zniszczyć do końca niezależność mediów. Nie mają jednak wpływu na zły wizerunek Polski powstający za granicą, co odbije się na przyszłym budżecie unijnym.

Mam nadzieję, że przełom, który nastąpił w tych wyborach, i poczucie, że PiS może przegrać, zmieni kierunek polityki.

Ktoś w PiS-ie odpowie za kampanię i przegrane wybory samorządowe?
Widać strach i niepewność na wysokich stanowiskach, ale wewnętrzne rozliczanie niewiele im pomoże. Poza wyborami parlamentarnymi będą także wybory prezydenckie, bo Andrzej Duda, który jako prezydent przyklepuje swoimi poczynaniami destrukcję sądów, jest nie do przyjęcia.

Jeżeli ludzie przestaną się bać, będą chcieli wykorzystać możliwości i wygrywać, to PiS tego nie wytrzyma.

Jaką lekcję dostała zatem opozycja?
Powinna zmusić PiS do mówienia konkretami. Ta partia do tej pory działa na zasadzie emocjonalnej. Ich wizja suwerenności i rozwoju jest anachroniczna, nie bazuje na wiedzy o świecie ani strukturze gospodarczej i politycznej Polski, tylko mówieniu nie i stawianiu oporu UE.

W PiS-ie brakuje ludzi, którzy są przygotowani do wzięcia odpowiedzialności za Polskę i to w kampanii wyborczej trzeba pokazać. A można to zrobić tylko zmuszając do rozmowy o konkretach.

Należy też pamiętać o tym, że miasta są bardziej zamożne, ale Polska jest pęknięta. W mniejszych i biedniejszych ośrodkach jedynym sposobem działania powinno być pokazanie, że rozdawanie pieniędzy przez PiS jest polityką krótkowzroczną. Należy ich zmusić do pokazania strategii rozwoju, inwestycji, a to wymaga poprawy korodującego miejsca Polski na świecie.

Cały świat patrzy na nas jak na przerażający ewenement przechodzenia od demokracji do autorytaryzmu.

Jedno jest pewne, opozycja nie powinna ulegać klimatowi agresji, tylko prezentować konstruktywną wizję rozwoju i starać się odbudować w ludziach poczucie, że zmiana jest możliwa (to dały ostatnie wybory) i oportunizm się nie opłaca. Degrengolada, schodzenie agresji w dół i demoralizacja społeczeństwa jest jednym z największych kosztów rządów PiS-u.

Czyli tylko pozytywna kampania? Taką zresztą prowadził nowy prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, który zmiażdżył kandydata PiS-u Partyka Jakiego.
W wielu dużych miastach wygrali ludzie optymistyczni, mający poczucie własnej wartości, kompetentni, doświadczeni indywidualiści.

Oni powinni stworzyć komitet prezydentów, aby mieć okazję do wypowiadania się także w sprawach politycznych. To nie powinna być instytucja partyjna, tylko oparta na osobowościach, wiedzy, doświadczeniach, współpracy, przełamująca destrukcje, strach i atomizację, którą wprowadza PiS.

Opozycja powinna się jednoczyć?
Opozycja po prostu musi pokazywać pozytywny kierunek działań. Udowadniać, że walka z biedą nie może polegać na rozdawaniu pieniędzy, które bardzo szybko się skończą. Jeżeli opozycja będzie aktywna, będzie pokazywać wizję rozwoju, możliwość współpracy z sąsiadami i przeciwstawiać ją mówieniu nie wszystkiemu wokół, to wygra wybory parlamentarne.

Na takie działanie nałoży się bunt poszczególnych środowisk, na przykład prawników, którzy jak widać potrafią się postawić, chociaż bardzo łatwo w nich uderzyć.

Takie protesty i zachowania pomogą pokonać PiS?
Obserwujemy inny sposób buntu niż ten, do którego się przyzwyczailiśmy – nie wyjście na ulice, ale integracja środowisk, konstruktywistyczne programy i pokazanie emocjonalności, a nie racjonalności PiS-u. Jeżeli opozycja wygra wybory parlamentarne, to będzie można jeszcze odwrócić dewastację, która demoralizuje. Jak spojrzymy na działania władzy, to widać, jaki sposób myślenia o państwie prezentuje, to jest efekt ich kompleksów i frustracji.

Państwo to powinna być kompetencja, wizja, współpraca, instytucje i fundament prawa, a nie ludzie, którzy wspierają prezesa. Tak nie buduje się współczesnego państwa.

Ludzie, którzy zrozumieją, że oportunizm się nie opłaca, kopną pisiaków w tyłek. Coś zaczyna się zmieniać i to jest dla mnie źródłem czystej radości.

Oglądała pani przesłuchanie Donalda Tuska przed komisją śledczą do spraw Amber Gold?
Tak i szczerze powiem, że trudno było wytrzymać tę rosnącą agresję.

Myślę, że tak musiały wyglądać polityczne procesy członków elity w latach 30. w Rosji. Wtedy kończyło się obozami i wyrokami śmierci, a tutaj chodzi o to, aby zdyskwalifikować Donalda Tuska. Nie akceptuję metody rządzenia opartej na strachu i mam nadzieję, że inni też nie zaakceptują.

Donald Tusk powinien wrócić i kandydować na urząd prezydenta?
Nie przepadałam za Donaldem Tuskiem, krytykowałam go… Ale widać, że wiele się nauczył, lepiej rozumie Zachód i to, na czym polega nasza wschodniość, nie chce konfliktem działać na ludzi. Myślę, że przygotowuje się do kampanii prezydenckiej. Wolę jego od Andrzeja Dudy, bo nie jestem w stanie zaakceptować samozadowolenia tego ostatniego, jego strachu przed PiS-em i przyklepywania dewastacji PiS-u. W tej sytuacji, jeżeli Donald Tusk będzie walczył o prezydenturę, to zagłosuję na niego.

Przesłuchanie Donalda Tuska miało się odbyć 2 października. Ale 3 września przewodnicząca komisji Małgorzata Wassermann (PiS) poinformowała, że zostało przesunięte na pierwszy dzień po drugiej turze wyborów samorządowych (czyli na 5 listopada).

Kto nadzorował służby

Przesłuchanie rozpoczęła Wassermann – od złośliwości. Przewodnicząca komisji zasugerowała, że Tusk będzie chciał atakować rząd PiS. Oświadczyła: – Wierzę, że pan potrafi jeszcze wczuć się w los ludzi pokrzywdzonych, których ta afera pozbawiła oszczędności do końca życia.

Pytany o to, czy bezpośrednio nadzorował służby specjalne, były premier odesłał Małgorzatę Wassermann do przepisów. Podobnie odsyłał ją do ustaw, gdy pytała o kuratelę nad Komisją Nadzoru Finansowego. Za niestosowne i nieuzasadnione uznał Tusk pytanie o to, czy będąc premierem, wiedział, nad jakimi instytucjami sprawował nadzór.

Wassermann próbowała ustalić, od kiedy Tusk wie, że ABW miała wiedzę o „szykującym się przestępczym biznesie Marcina P.”. – Do sierpnia 2012 r., czyli do czasu, kiedy informacja była publiczna w pełnym wymiarze, wydaje mi się, jestem prawie pewien, jedyną informacją, dokumentem, który do mnie wpłynął, była notatka ABW, z którą zapoznałem się w czerwcu 2012 r. – wyjaśnił Tusk. Dodał, że ABW nie miała obowiązku i nie powinna informować go o sprawach operacyjnych. Nie jest rolą premiera, przekonywał, zadaniowanie ABW tak, jak starają się to przedstawić członkowie komisji. – Premier nie może i nie powinien ingerować w działalność operacyjną ABW.

Wassermann twierdzi tymczasem, że służby wiedziały o aferze już w lipcu 2011 r. Pytała, jak Tusk się z tym czuje, że minister Jacek Cichocki – ówczesny koordynator służb specjalnych – mówił w Sejmie o działaniach podejmowanych w 2012 r. – Skoro zarzuca pani kłamstwo urzędnikowi, to rozumiem, że państwo podejmiecie kroki. Zarzucanie kłamstwa bez uzasadnienia jest czymś tak nieprzyzwoitym, że nie podejrzewałbym pani o takie intencje – odparł Tusk. Byłemu premierowi zależy, by „zdrowy rozsądek towarzyszył interpretacji pewnych zdarzeń”.

Jarosław Krajewski (PiS) pytał z kolei, dlaczego Tusk jako jeden z adresatów notatki szefa ABW Krzysztofa Bondaryka nie zapoznał się z nią osobiście. Szef Rady Europejskiej wyjaśnił, że zaznajomił się z jej treścią, ale nie będzie rekonstruował sekunda po sekundzie tej operacji, bo nie jest to możliwe po sześciu latach: – W sposób czytelny i jednoznaczny od ministra Cichockiego otrzymałem pełną informację.

Tuska pytano też o to, jak ocenia swój nadzór nad służbami, które mając wiedzę na temat Amber Gold, nic z nią nie zrobiły. – Pani przewodnicząca mija się z prawdą. To bardzo delikatna recenzja tego, co teraz robicie – odpowiedział. – Wasza praca jako komisji udokumentowała jednoznacznie, że działania zostały podjęte. Nie wypada twierdzić, że instytucje nic nie robiły. Dodał: – Rozumiem, że trzeba powtarzać tę tezę wielokrotnie, ale kampania już się skończyła.

A jak PiS ostrzegał inwestorów przed ryzykiem?

Tusk przywołał też analogiczną sprawę oszukanych klientów GetBacku: – Gdyby przyjąć waszą logikę, to panowie Morawieccy powinni zostać skazani i spaleni na stosie. Tusk nie słyszał, żeby rząd ostrzegał inwestorów przed czymkolwiek. – Jeśli dobrze pamiętam, to banki pozostające pod waszym nadzorem były zaangażowane w ten proceder. Chcę uświadomić, jak niebezpieczną ścieżką kroczycie. Na końcu tej ścieżki jest potężny problem dla waszego rządu.

Wyjaśnił zarazem komisji, że ryzyko inwestowania w Amber Gold było powszechnie znane. – Współczując wszystkim, którzy zainwestowali w Amber Gold, chcę powiedzieć, że ostrzeżenie było publicznie dostępne. Zdarza się, że ludzie są skłonni podjąć ryzyko wtedy, kiedy są większe procenty. (…) Ostrzeżenie, jakie powinno być wystosowane, zostało wystosowane – zapewniał.

Wassermann sugerowała, że Tusk jest zdenerwowany, na co ten odparł: – Pani szósty raz sugeruje, że jestem zdenerwowany, ja znam tę technikę, ale naprawdę jestem spokojny. Rozumiem pani zły nastrój, ale nie powinien wpływać na przebieg przesłuchania – stwierdził, nawiązując do wyników wyborów prezydenckich w Krakowie. Małgorzata Wassermann przegrała w niedzielę w drugiej turze.

Dla Tuska to nie było standardowe działanie

Tusk w trzeciej godzinie przesłuchania był pytany przez Bartosza Kownackiego (PiS) o liczbę spotkań z Markiem Belką. Belka martwił się inwestycjami w OLT – relacjonował były premier – bo mimo działań służb nie zaprzestano reklam tego przewoźnika w prasie. – Mówił, że ma zamiar zadzwonić do kilku gazet, do naczelnych, których zna, żeby zaniechali masowych reklam OLT. Tusk dodał, że jako premier nie wywierałby nacisków na media. – Uważałbym to za ryzykowne i niestandardowe działanie – mówił.

Wassermann pytała Tuska też o to, czy Ministerstwo Finansów kontrolowało banki „pod względem prania pieniędzy przez Marcina P.”. – Wydaje się, że dotyka pani spraw, co do których wyjaśnienia należałoby się spodziewać ze strony organów ścigania. Sugestia, że minister Rostowski lub minister Parafianowicz są odpowiedzialni za tolerancję dla prania pieniędzy, jest niewłaściwa. Skoro macie przypuszczenia lub wątpliwości co do działania ministerstwa i sugerujecie, że zrobiłem niewiele lub nic, nie mówicie prawdy na ten temat. Mieliście ponad tysiąc dni, żeby sprawę wyjaśnić. Wassermann zapewniła, że w sprawie toczy się postępowanie karne.

Komisja uderza w Tuska, atakując jego syna

Jak można się było spodziewać, posłowie PiS uderzyli w Tuska, wiążąc aferę z jego synem Michałem. Czy funkcjonariusze gdańskiej delegatury ABW uzgodnili z premierem, że nie będą się zajmować współpracą Michała Tuska z liniami OLT? – Nie, nie miałem takiej wiedzy. Nie wiem, czy to jest prawda – odpowiedział. Zwrócił uwagę, że jego syn był zawsze do dyspozycji organów państwa i wygrywał procesy przeciw tym, którzy sugerowali jego winę.

– Wiem, że jest osobą uczciwą w stu procentach. Jako ojciec przeżywam tę sprawę, kiedy słyszę z sali echo różnych insynuacji i sugestii. Rządzicie państwo ponad tysiąc dni, nie było żadnego problemu, mój syn nigdzie nie wyjechał. Macie tysiąc dni pod pełną kontrolą służb i prokuratury. Dlaczego państwo udajecie, że chcecie znaleźć prawdę? – pytał Tusk. – Nie zrobiliście nic, zero, ani jednego ruchu. Może na to pytanie – nie mnie, ale opinii publicznej – będziecie potrafili odpowiedzieć.

Szczególnie iskrzyło między Tuskiem a posłem Bartoszem Kownackim. Kownacki pouczał Tuska, żeby odpowiadał „do rzeczy”, Tusk ripostował, że ciężko jest odpowiadać na pytania Kownackiego. – Ja wiem, że wy macie problem z Sądem Najwyższym– mówił były premier. Kownacki nie ustępował. Sugerował, że Tusk powinien być „dobrym gospodarzem”, który „widzi, że ma przestępcę w domu”. – Wtedy być może wiele osób nie utraciłoby swoich pieniędzy. Pan przepisami próbuje zagłuszyć prawdę. Dlaczego pan nie podjął działań?– pytał Kownacki.

– Pańskie uwagi o odwadze są nie na miejscu. Pańska odwaga ze względu na byłą funkcję w MON jest przysłowiowa – odpowiedział na to Tusk. – Pan cały czas mówi, a nie daje mi czasu na odpowiedź. Może niech pan wygłosi oświadczenie i przejdziemy do kogoś innego? Czy pan może przestać czytać przekazy dnia? To nie ułatwi przesłuchania.

„Tylko jedna rzecz mnie zaskoczyła”

– W czasie dzisiejszego posiedzenia komisji i mojego przesłuchania, jeśli coś mnie zaskoczyło, to wyłączanie mi mikrofonu. To było coś, czego się nie spodziewałem. To chyba bez precedensu – mówił po zakończeniu przesłuchania Donald Tusk. – Teza o tym, że nie panowałem nad służbami, jest w mojej ocenie tak naprawdę kapitulacją komisji, bo przecież pierwszą tezą było to, że jestem odpowiedzialny za tę sprawę. Taka była teza PiS od samego początku – uważa były premier.

Po posiedzeniu konferencję prasową zorganizowała także jej przewodnicząca Małgorzata Wassermann. Według niej „Donald Tusk nie panował nad tym, co się dzieje w państwie polskim w ogóle. Nie panował w ogóle nad ministerstwami, którymi kierował, nie panował nad tymi instytucjami, które nadzorował bezpośrednio, jak ABW”.

Tusk wie, że komisja jest wymierzona w niego

Donald Tusk w wywiadzie dla POLITYKI w lipcu 2016 r. mówił: „Nie ma wątpliwości, że ta komisja jest wycelowana we mnie, jej inicjatorzy nawet tego nie ukrywają”. Dlaczego komisja zwlekała z jego przesłuchaniem? – pytaliśmy ponad rok temu Marka Suskiego. – Chcemy się dobrze przygotować na jego przesłuchanie, bo on ponosi polityczną odpowiedzialność za aferę – odpowiedział. W czerwcu 2017 r. przesłuchiwany był Michał Tusk.

Dotychczasowe przesłuchania miały służyć gromadzeniu amunicji przeciw byłemu premierowi. – Jeśli Donald Tusk będzie zasłaniał się niepamięcią albo powie, że instytucje działały, to my mu opowiemy, co wynika z zeznań ludzi, którzy mu podlegali. Będziemy twardo rozmawiać o faktach – zapowiadał Suski.

Jeśli chodzi o Tuska, to cel jest jasny: zarzuty z art. 231 kodeksu karnego, czyli niedopełnienie obowiązków (brak nadzoru nad podległymi służbami i instytucjami), z czego wynika działanie na szkodę interesu publicznego. Z tego samego artykułu został skazany były szef CBA Mariusz Kamiński, ułaskawiony przez prezydenta Andrzeja Dudę.

Raport komisji ma być podstawą do przedstawienia Tuskowi tych zarzutów. Jeśli komisja udowodni ponad wszelką wątpliwość, że organy państwa – premier, służby specjalne, urzędnicy, nadzór finansowy – wiedziały o piramidzie finansowej, ale nie ostrzegły obywateli, to na tej podstawie poszkodowani mogliby dochodzić odszkodowań.

Kaczyński wiąże z wątkiem Tuska w Amber Gold duże nadzieje – w jednym z wywiadów przed reelekcją przewodniczącego Rady Europejskiej mówił, że może on mieć kłopoty z wymiarem sprawiedliwości.

Zdaniem Witolda Zembaczyńskiego, który w komisji reprezentuje Nowoczesną, determinacja Wassermann jest mocno związana z urazą, jaką czuje do Tuska. Były premier reprezentuje poprzednią władzę, która jej zdaniem przez swą nieudolność doprowadziła do katastrofy smoleńskiej, a później karkołomnie ją wyjaśniała.

Czym była Amber Gold?

Proces Marcina P., byłego szefa Amber Gold, toczy się od marca 2016 r. przed Sądem Okręgowym w Warszawie. Spółka Amber Gold powstała na początku 2009 r., miała inwestować w złoto i inne kruszce. Klientów kusiła wysokim oprocentowaniem inwestycji. W połowie 2011 r. przejęła większościowe udziały w liniach lotniczych Jet Air, następnie w niemieckich OLT Germany, a pod koniec 2011 r. w liniach Yes Airways. Powstała wtedy marka OLT Express.

Linie OLT Express ogłosiły upadłość pod koniec lipca 2012 r. Z kolei Amber Gold ogłosiła likwidację 13 sierpnia 2012 r., a tysiącom klientów nie wypłaciła pieniędzy ani odsetek. Według ustaleń w latach 2009–12 w ramach tzw. piramidy finansowej firma oszukała prawie 19 tys. klientów, doprowadzając do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości ok. 851 mln zł.

Przesłuchanie zmieniło się w polowanie z nagonką na Tuska – brzydkie i niesportowe. Przewodniczącemu Radu Europejskiej udało się jednak uniknąć zastawionych na niego przez posłów i posłanki PiS wnyków. Nawet osoby dalekie od sympatii do Tuska i bardzo krytycznie oceniające jego zachowanie w trakcie afery Amber Gold, mogły poczuć do byłego premiera sympatię, gdy widziało w jaki sposób traktuje go komisja.

Czy ciągle pan bierze łapówki?

Pytania stawiane Tuskowi były bowiem najzwyczajniej nieuczciwe. Prawie każde pytanie zadawane przez polityków z rządzącego obozu stanowiło wariację pod tytułem „czy przestał pan już brać łapówki?” albo „czy ciągle bije pan żonę”?

Celowała w tym zwłaszcza Małgorzata Wasserman. Często zaczynała „Jak się pan czuje z tym, że…”, po czym przechodziła do głęboko publicystycznej oceny rządów byłego premiera lub dramatycznego opisu krzywd, jakie wycierpieć mieli poszkodowani przez Amber Gold inwestorzy. Takie „pytania” na dobrą sprawę w ogóle żadnymi pytaniami nie były. Nie było w nich ważne to, co ma do powiedzenia przepytywany świadek oraz wiedza i informacje, jakie posiada. Pytania przewodniczącej miały być raczej aktem oskarżenia i wyrokiem jednocześnie.

PiS nie był jednak w stanie zrealizować swojego planu zasypania byłego szefa PO insynuacjami. Tusk zachowywał daleko posunięty spokój. Panował nad przekazem, nie dawał się sprowokować, celnie piętnował manipulacje posłów i posłanek PiS. Błyskotliwością, dowcipem, inteligencją i złośliwością bił polityków prawicy na głowę. Kilkakrotnie komisję zwyczajnie ośmieszył. Posłowie PiS do pojedynku z byłym premierembyli zaś zwyczajnie słabo przygotowani. Ani razu nie udało się im przyszpilić go niczym konkretnym. Nie zadali ani jednego pytania, które realnie zmusiłoby Tuska do tłumaczenia się z własnych zaniechań.

Zasługujemy na więcej niż zapasy w kisielu

Jednym słowem w zapasach w kisielu PO-PiS Donald Tusk wygrał. Może nie przez nokaut, ale punkty wskazują jednoznacznie na niego. Problem w tym, że w wypadku takiej afery jak Amber Gold zasługujemy na coś więcej niż podobne polityczne zapasy.

Państwo nie zadziałało, ludzie stracili pieniądze, powinniśmy się dobrze zastanowić, co robić, by taki scenariusz się nie powtórzył w przyszłości. Główna linia obrony Tuska (wszystkie instytucje zadziałały jak trzeba i na czas, nic więcej nie dało się zrobić, państwo nie może chronić obywateli przed skutkami ich błędnych finansowych decyzji) jest naprawdę średnio przekonująca.

Zakres interwencji państwa na rzecz ochrony słabszych uczestników życia gospodarczego nie jest oczywisty, w każdej demokracji stanowi przedmiot ciągłych negocjacji. Stanowisko, iż państwo bardziej aktywnie powinno działać na rzecz sprawiedliwości społecznej, chroniąc obywateli przed procederem piramid finansowych i innych nieuczciwych graczy, nie jest wcale nieracjonalne. Sprawa Amber Gold mogłaby być punktem wyjścia do ważnej, obywatelskiej rozmowy na temat tego, jak daleko chcemy wspólnie wdrożyć w życie taką zasadę.

Do tej dyskusji nie mało jednak szansy dojść z winy PiS. Przy okazji afery Amber Gold partia z Nowogrodzkiej nie była bowiem zainteresowana jakkolwiek pojmowaną sprawiedliwością, ale obciążeniem – najlepiej twardymi, kryminalnymi zarzutami – Tuska i jego syna. A jeśli nie uda się sprokurować takich zarzutów, to przynajmniej polityczną odpowiedzialnością za aferę.

Niewiarygodne grillowanie

Problem polega na tym, że w bezlitosnym grillowaniu Tuska za Amber Gold PiS nie jest dziś w ogóle wiarygodny. Takie zarzuty wyborcy mogli by wziąć za dobrą monetę w 2015 roku, gdy po ośmiu latach przerwy PiS obejmował rządy. Dziś widać wyraźnie, że partia Kaczyńskiego sama zmaga się z problemami, za jakie odsądzała Platformę od czci i wiary.

Przykłady? PiS samo nie było w stanie zapobiec finansowym katastrofom, co pokazuje choćby sprawa Get Backu czy bankructwa kolejnych SKOKów. Co najważniejsze, PiS nie zrobił nic, by sprawę Amber Gold wyjaśnić do końca. Ciągle nie wiemy, gdzie podziały się wszystkie aktywa firmy. Nikt nie potrafi powiedzieć, czy Marcin P. działał sam, czy też był wyłącznie słupem.

Jakby tego było mało, jego proces nieustannie ciągnie się przed sądem. Jak donoszą media, Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, że wobec P. nadużyto aresztu tymczasowego i zarządził na rzecz niego odszkodowanie od skarbu państwa – co dla rządzących jest głęboko kompromitujące. Z aferą Amber Gold i nieuczciwymi praktykami sektora finansowego państwo w niczym nie radzi sobie lepiej niż w czasach PO.

Klęska komisji

Z wyjaśnieniem tego, co się w sprawie Amber Gold właściwie stało, nie radzi sobie też komisja kierowana przez Małgorzatę Wasserman. Poznawczo okazała się ona niemal zupełnie bezużyteczna.

Nie spełniła także pokładanych w niej przez PiS politycznych nadziei. Nie udało się ani zatopić tuzów PO, ani wypromować jako nowej gwiazdy PiS Małgorzaty Wasserman. Już starcie z Jackiem Rostowskim pokazało, że względnie młoda posłanka nie jest żadną przeciwniczką dla starych wyjadaczy z PO.

Wasserman może być tylko wdzięczna losowi za to, że do przesłuchania Tuska nie doszło wcześniej, czyli przed wyborami prezydenckimi w Krakowie. Wyraźnie przegrane starcie z byłym premierem z pewnością nie pomogłoby jej zdobyć nowego elektoratu. Mogłoby wręcz odstraszyć ten jej wierny, bo nikt nie lubi oglądać takiej nieskuteczności, jaką dziś zaprezentowała posłanka.

Komisja ds. Amber Gold okazała się stratą czasu i energii. Nie można się było spodziewać niczego innego. Sprawa Amber Gold wymaga uważnego badania dysfunkcji państwa i sensownego planu ich naprawy. Zmiany nie da się jednak przeprowadzić poprzez obrzucanie przeciwnika politycznego kryminalnymi insynuacjami. A to jest właśnie to, do czego – nie tylko w sprawie Amber Gold – sprowadza się ostatecznie oferta PiS.

Waldemar Mystkowski pisze o komisji Amber Gold.

Sejmowa Komisja Śledcza ds. Amber Gold została powołana z jednego powodu, acz dzisiaj dzień po II turze wyborów samorządowych ma dwa oblicze. Komisja ta nigdy nie miała na celu wyjaśnienia, dlaczego właścicielowi tej piramidy finansowej Marcinowi P. udało się orżnąć ludzi, którzy zawierzyli mu swoje oszczędności. Gdyby tak było, to w pierwszym rzędzie powstałyby komisji wyjaśniające przekręty w SKOK-ach bądź w GetBacku.

Amber Gold miał jeden smaczek i on zadecydował, że powstała komisja – mianowicie przez jakiś czas w innym interesie Marcina P. pracował syn Donalda Tuska. Można sobie wyobrazić, iż ta cząstkowa wiedza dotarła do Jarosława Kaczyńskiego, który wbił zęby w ścianę i do swoich przybocznych wychrypiał: – Dorwać Tuska!

A więc komisja zwać się powinna: Wina Tuska (WT). Druga tura wyborów samorządowych przerżnięta została przez PiS na cacy, a szefowa Komisji WT Małgorzata Wassermann poniosła najbardziej spektakularną porażkę ze wszystkich startujących w tej fazie wyborów podwładnych Jarosława Kaczyńskiego. Została pokonana przez Jacka Majchrowskiego.

Decydując się na komisję WT, musiała mieć świadomość, że nie ma szans w starciu retorycznym z Tuskiem, ale chodziło o owe drugie oblicze, aby Tuskiem przykryć sromotę wyborczą PiS. Wassermann ma większe kwalifikacje jako gwiazda show niż polityk i prawnik, bowiem w szermierce słownej pada zwykle po pierwszym ciosie, po pierwszym zdaniu riposty, fechtunku erystycznego.

Wassermann nie ukrywała, do kogo się w pierwszym rzędzie odnosi. Używała sformułowań bynajmniej nie prawniczych czy mających na celu wyłuskiwanie prawdy. Tak! Teatrum na miarę PiS, którego adresatem jest nie tyle elektorat, ile prezes, który po tak spektakularnych porażkach wyborczych, może Wassermann odmówić poparcia.

Szefowa komisja ds. WT zatem uznała, że jej porażka z Majchrowskim o prezydenturę miasta królewskiego Krakowa to był mały pikuś. Na starcie z Tuskiem stawiła się jak pod Waterloo, a nawet z tego wynika więcej – Tusk to istny Wellington dla Jarosława Kaczyńskiego, który po tym wszystkim albo ucieknie na Elbę, albo od razu na Wyspę Św. Heleny.

Wiele ripost jest wartych zapamiętania, jak to Tusk przesłuchiwał komisję do sprawy swojej winy. Jedno jego stwierdzenie o Mateuszu Morawieckim może się znaleźć w notesie prezesa, gdy jego premier był doradcą Tuska: „Był dość pasywnym członkiem Rady Gospodarczej, mam wrażenie, że raczej nastawionym na słuchanie niż udzielanie jakichś rad”.

A drugie jeszcze smaczniejsze, gdy padła kwestia, iż Tusk może być przesłuchiwany w komisji śledczej ds. VAT, czyli nazwijmy ją umownie „Wina Tuska II”: – „Odradzam. Będą wybory do Parlamentu Europejskiego, później parlamentarne w Polsce. Po co zakłócać i psuć nastrój przesłuchującym? W tej sprawie mój rząd ma bardzo mocne argumenty”.

I bodaj najważniejsze stwierdzenie – acz nie mające związku z celem komisji ds. Winy Tuska – szef Rady Europejskiej zapytany o to, czy PiS chce doprowadzić do Polexitu: – „Nie jest dla mnie istotne, czy Jarosław Kaczyński planuje wyjście Polski z Unii Europejskiej, czy tylko inicjuje pewne procesy, które się tym zakończą. Polexit jest niestety możliwy nie dlatego, że Jarosław Kaczyński ma taki plan. Problem polega na tym, że Cameron też nie miał planu wyprowadzania Wielkiej Brytanii z UE. Sprawa jest dramatycznie poważna”.

W niedzielę PiS doznał spektakularnej porażki w II turze wyborów samorządowych, a w poniedziałek Donald Tusk, jak Jędrek Kmicic w pojedynkę pokonał PiS, wysadzając ich kolubrynę pod Częstochową. Zdaje się, że zaczął się odwrót armii Kaczyńskiego, którą wespół musimy przegnać od władzy.

Więcej >>>

Mimowolna promocja haseł „polskie obozy zagłady” i „Polexit”, obrażony Izrael i Ukraina, zszokowane USA, posądzenia o antysemityzm i rewizjonizm Holocaustu, oburzona Unia Europejska, surowy Trybunał Sprawiedliwości UE – to bilans dyplomatycznych sukcesów Zbigniewa Ziobry, który w 2018 r. parę razy wchodził MSZ w szkodę. Mało kto tyle zrobił złego dla Polski

Rok 2018 zbliża się ku końcowi, nadchodzi więc czas politycznych podsumowań. Krzepiącego bilansu na pewno nie sporządzi tym razem Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Dla polskiej dyplomacji były to miesiące pełne upokorzeń, a międzynarodowa pozycja Polski poszybowała w dół.

Minister Jacek Czaputowicz nie może winić za ten stan rzeczy swoich współpracowników. Bo za serią dyplomatycznych porażek stoi minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

Resort Ziobry na przestrzeni 2018 roku przysporzył MSZ masy dodatkowej pracy:

  1. Na początku roku parlament przegłosował przygotowaną przez ziobrystów ustawę o IPN, która zaowocowała międzynarodowym skandalem. Polskę krytykowali niemal wszyscy – w tym sojusznicy z USA. Cały świat usłyszał o określeniu „polskie obozy zagłady”, z którym od lat walczy MSZ.
  2. W październiku minister sprawiedliwości zawetował przyjęcie przez Polskękonkluzji Rady UE dotyczących Karty Praw Podstawowych. Polska jako jedyna zgłosiła do nich bzdurne zastrzeżenia jakoby zapomniano o prześladowaniu chrześcijan, czym zirytowała pozostałe 27 państw członkowskich. Dyskusje na temat realizacji Karty należą zwykle do kompetencji MSZ.
  3. Polska jest też na wojennej ścieżce z Unią Europejską w związku z reformami sądownictwa, których autorem jest resort Ziobry. Postępowanie przed Trybunałem Sprawiedliwości UE, a także procedura art. 7 Traktatu o Funkcjonowaniu UE, są wyzwaniem dla polskich dyplomatów w Brukseli, którzy muszą świecić oczami za poczynania Ziobry.
  4. Skarżąc do Trybunału Konstytucyjnego jeden z artykułów Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej, a także nie wykonując postanowień TSUE z 19 października, Ziobro przyczynił się do powtarzania, że Polska szykuje się do wyjścia z UE i do promocji pojęcia Polexit – w Polsce i za granicą.

Minister Ziobro najwyraźniej nie rozumie zasad dyplomacji, a niuanse międzynarodowych negocjacji w imię polskiego soft power są mu obce. Na przekór wszystkiemu prze jednak naprzód. Pokazujemy, jak w ciągu ostatnich 10 miesięcy kreował swój wizerunek politycznego „jastrzębia” na szkodę interesów Polski. I co na to wszystko MSZ oraz bardziej umiarkowani politycy PiS.

Absurd z IPN, czyli czyje były obozy zagłady

Początek roku przyniósł pierwszą odsłonę dyplomatycznej ofensywy ministerstwa sprawiedliwości. 26 stycznia Sejm przyjął nowelizację ustawy o IPN, której projekt w 2016 roku złożył resort Ziobry. Jej autorem był ówczesny czołowy ziobrysta wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki.

Nowelę tę nazwaliśmy „dyplomatycznym seppuku” – doprowadziła do kryzysu w stosunkach Polski z połową świata i była ogromnym problemem dla polskiej dyplomacji.

Ustawa miała ochronić naród polski przed fałszywymi pomówieniami – zwłaszcza w kontekście niefortunnych wypowiedzi na temat „polskich obozów zagłady”.

Ziobro chciał wyeliminować z debaty publicznej to sformułowanie, ale jednocześnie zakneblować usta tym, którzy jakkolwiek krytycznie wypowiadają się na temat roli polskiego społeczeństwa w Zagładzie Żydów – grozić im za to miała kara pozbawienia wolności do lat trzech.

Ustawa miała obowiązywać nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Na celowniku ministra sprawiedliwości znaleźli zagraniczni dziennikarze i politycy, a także badacze historii i nauczyciele.

Tymczasem zwalczaniem hasła „polskie obozy zagłady”, które pojawia się w zagranicznych mediach najczęściej nie ze złej woli, ale jako określenie geograficzne, od lat zajmuje się MSZ. Ambasady RP mają za zadanie wyłapywanie takich błędów w lokalnych mediach i zwracanie się do nich z prośbą o korektę – z reguły nie mają z tym problemu.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz, świadomy możliwych następstw, początkowo próbował zapobiec przyjęciu ustawy przygotowanej przez resort Ziobry (potem jednak solidarnie bronił jej zapisów).

Pracowników MSZ, wieszczących skandal i zaprzepaszczenie lat dyplomatycznego dialogu z Izraelem, nie wysłuchano. „To klęska MSZ”, „dowód na brak autorytetu Czaputowicza w PiS” – mówiono.

Resort Ziobry musiał zdawać sobie sprawę z wizerunkowych konsekwencji przyjęcia ustawy w zaproponowanym kształcie. Mimo to nie zrobił kroku wstecz. Gdy ustawę przegłosował Sejm, a następnie Senat, rozpętał się huragan. Eksperci i publicyści w Polsce i za granicą nie zostawili na polskim rządzie suchej nitki: mówiono o polskim antysemityzmie, powrocie do cenzury prewencyjnej, wybielaniu historii.

Ustawa Ziobry wywołała ostrą reakcję Izraela – w grę wchodziło nawet odwołanie izraelskiej ambasador Anny Azari. Polski rząd krytykowały też otwarcie Stany Zjednoczone (Departament Stanu, a także członkowie Kongresu), nawołując do zmiany ustawy i grożąc, że jej przegłosowanie pogorszy stosunki między Polską a USA.

Było to szczególnie niebezpieczne – od stosunków z USA zależy w dużej mierze polskie bezpieczeństwo. Nic nie powstrzymało jednak reform duetu Ziobro – Jaki. Ostatecznie prezydent Duda podpisał ustawę (i skierował ją TK), ale w czerwcu PiS błyskawicznie wycofało część kontrowersyjnych przepisów z ustawy i błyskawicznie uchwaliło zmienioną jej wersję.

Zbigniew Ziobro w roli prokuratora generalnego zdążył jeszcze skrytykować ustawę przygotowaną przez jego własny resort, czym dopełnił obrazu politycznej schizofrenii, która zapanowała w Polsce za jego sprawą w pierwszych miesiącach 2018 roku.

Efekty dyplomatycznej bomby ministra Ziobry? Kryzys w relacjach z Izraelem, zatrwożeni sojusznicy w USA. Udział Polaków w Zagładzie został wyeksponowany. Cały świat usłyszał o zbrodniach i kolaboracji z hitlerowskim okupantem, a sformułowanie „polskie obozy zagłady” było hitem w Internecie. Zniweczono lata pracy polskiej dyplomacji.

Na gorsze zmieniły się też stosunki z Ukrainą – w ustawie po zmianach z czerwca pozostał zapis nakazujący wszczynanie postępowań karnych zakazujący zaprzeczania zbrodniom ukraińskich nacjonalistów „popełnionych w latach 1925–1950, polegające na stosowaniu przemocy, terroru lub innych form naruszania praw człowieka wobec jednostek lub grup ludności”.

„Pozostawienie w mocy tych zapisów oznacza, że polskie państwo nadal traktuje ukraiński nacjonalizm na równi z komunizmem i – już wprost – z nazizmem, było nie było najbardziej krwawymi totalitaryzmami XX wieku. Jest to nie tylko historycznym kłamstwem (niektóre formacje ukraińskie walczyły przeciw hitlerowcom, o komunistach nie wspominając). Oznacza również uznanie Ukraińców, a więc i wolnej Ukrainy, za jednych z głównych wrogów Polaków i Polski” – pisał Krzysztof Burnetko w tygodniku „Polityka”.

Pozostało też historycznie niedelikatne określenie „Małopolska Wschodnia”, przeciwko któremu protestowała strona ukraińska. Polityka historyczna rządu PiS, której wyrazem była feralna ustawa, zdecydowanie pogarsza stosunki z Ukrainą.

Rada UE, czyli jak w 2 tygodnie zirytować 27 państw

W październiku minister sprawiedliwości postanowił zawojować Brukselę. Rezultatem było dalsze obniżenie pozycji Polski na arenie międzynarodowej i irytacja wśród partnerów z UE. Poszło o dokument o znikomym znaczeniu faktycznym, a dużym znaczeniu wizerunkowym – coroczne konkluzje Rady Unii Europejskiej (złożonej z ministrów ds. europejskich krajów członkowskich) z realizacji postulatów Karty Praw Podstawowych.

11 października podczas szczytu w Luksemburgu Polska jako jedyna zawetowała przyjęcie konkluzji przez Radę. Dlaczego? Nie spodobały się ministrowi Ziobrze.

Polski rząd reprezentował wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak, który zgodnie z zapowiedziami zawetował przyjęcie konkluzji przez Radę – dokument przyjęto więc drogą „na około”, czyli jako konkluzje własne austriackiej prezydencji.

Zanim do tego doszło delegacje z Niemiec, Francji, Danii, Słowacji i Holandii apelowały do strony polskiej o zachowanie rozsądku. O konieczności szukania porozumienia mówiła nawet delegacja z Węgier.

Wszystko to na nic. Ostateczny wynik potyczki 27:1 był więc taki: 27 zirytowanych krajów, jedno państwo, które „wstało z kolan”. Dla polskiego rządu nie był to zresztą pierwszy raz w roli samotnego bojownika w imię celów niezrozumiałych dla reszty UE: zadebiutował podczas wyboru Donalda Tuska na drugą kadencję jako przewodniczącego Rady Europejskiej.

Autorem październikowej rewolty w Radzie był sam minister Ziobro – niedługo po publikacji tekstu OKO.press chwalił się tym w oświadczeniu na stronie ministerstwa sprawiedliwości. Zdaniem ministra zablokowanie konkluzji z realizacji podstawowych praw człowieka w UE było krokiem godnym i właściwym, bo Rada nie chciała się zgodzić, by pod płaszczykiem troski o chrześcijan i Żydów polski rząd przemycił swoją antyislamską i antyuchodźczą retorykę.

Dlaczego Ziobro zainteresował się Kartą Praw Podstawowych, która oficjalnie należy do kompetencji MSZ? Czy naprawdę tak zależało mu na dodaniu wzmianek o chrześcijanach i Żydach?

Zdania w tej sprawie są podzielone, dopuszczamy trzy główne hipotezy:

  1. Dokument Rady rzeczywiście ugodził w idee wyznawane przez Ziobrę, który poczuł, że nie może dopuścić do przyjęcia wzmianek o obronie praw osób LGBTI. Skorzystał z szansy na pokazanie się polskiej opinii publicznej w roli obrońcy konserwatywnych wartości, polityka bezkompromisowego i o „wyraźnych poglądach”. A że zarazem doprowadził do dyplomatycznego blamażu, to trudno.
  2. Chodziło o reformę sądownictwa PiS. W OKO.press argumentowaliśmy, że nagłe zainteresowanie tematem Karty jest najpewniej podyktowane próbą obrony zamachu na polskie sądy. Konkluzje zawierały, poza wzmiankami o osobach LGBTI, szereg odniesień do roli Trybunału Sprawiedliwości UE w pilnowaniu niezależności wymiaru sprawiedliwości w krajach członkowskich oraz zapisy o poszanowaniu demokracji i praworządności.
    Ze względu na toczący się spór pomiędzy polskim rządem a Komisją Europejską przed TSUE, w którym KE oskarża Polskę o naruszanie zasady praworządności, Ziobro po prostu nie mógł tego podpisać.
  3. To puszczanie oka do Jarosława Kaczyńskiego, którego rząd był przeciwny podpisaniu Karty Praw Podstawowych w 2007 roku. Argumentowano wówczas, że jej pełna akceptacja zmusiłaby Polskę do „redefinicji rodziny” i dopuszczenia małżeństw homoseksualnych.
    To dlatego polski rząd, podpisując Traktat z Lizbony, przyłączył się do brytyjskiego protokołu, ograniczającego bezpośrednie stosowanie zapisów Karty. Ziobro pokazał się więc jako kontynuator idei prezesa PiS, a nawet polityk jeszcze bardziej radykalny.

Która z tych teorii jest najbliższa prawdy? Najpewniej każda po trochu. Cokolwiek kierowało działaniami Ziobry efekt jest ten sam – pogorszenie wizerunku Polski na arenie międzynarodowej, alienacja w Unii Europejskiej i kłopotliwa sytuacja dla polskiej dyplomacji.

Traktaty do TK, czyli jak wylansować Polexit

Zbigniew Ziobro jest też autorem kolejnego wątpliwego sukcesu – promocji pojęcia „Polexit”, czyli wyjścia Polski z UE.

Mimo licznych napięć na linii Bruksela – Warszawa, jak dotąd w ogóle nie stawała sprawa wyjścia Polski z UE. W kraju o jednym z najwyższych w UE odsetku obywateli przychylnych Unii nikt nie brał na poważnie ostrzeżeń, że rząd PiS szykuje się do powtórzenia scenariusza Wielkiej Brytanii.

Ale w sierpniu 2018 roku Ziobro w roli prokuratora generalnego postanowił zaskarżyć do Trybunału Konstytucyjnego m.in. artykuł 267 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Artykuł ten pozwala sądom krajowym kierować do Trybunału Sprawiedliwości UE pytania prejudycjalne – z tego prawa skorzystał m.in. Sąd Najwyższy.

Jeżeli TK Julii Przyłębskiej przychyli się do wniosku Ziobry, Polska będzie miała do wyboru trzy rozwiązania:

  • zmianę traktatów (mało prawdopodobną ze względu na słabą dziś pozycję negocjacyjną Polski),
  • zmianę konstytucji
  • lub wyjście z UE.

Na początku października, po kolejnej serii pytań polskich sądów, Ziobro rozszerzył wniosek. Poprosił, by TK stwierdził, czy unijny Trybunał w ogóle może orzekać „w sprawach dotyczących ustroju, kształtu i organizacji władzy sądowniczej oraz postępowania przed organami władzy sądowniczej państwa członkowskiego Unii Europejskiej”.

Efektem działań ministra była medialna burza, w której słowo Polexit odmieniano przez wszystkie przypadki. #Polexit znalazł się nawet wśród najpopularniejszych tagów tego dnia na Twitterze, czemu dziwili się niezorientowani w sytuacji komentujący.

Prorządowe media za ten stan rzeczy obwiniły media niezależne, a rząd pomstował na „celową” strategię „totalnej” opozycji, która miała zniechęcić wyborców przez wyborami samorządowymi. Politycy PiS jeden po drugim odcinali się od Polexitu, ale było już za późno – pojęcie to zakorzeniło się w debacie publicznej.

OKO.press dowodziło, że Ziobro, skarżąc do TK zapisy traktatów i negując kompetencje TSUE, podważył fundamentalne zasady obowiązujące w UE, na które Polska zgodziła się przystępując do Unii w 2004 roku.

Powtórzmy to raz jeszcze: tylko TSUE może decydować o kompetencjach TSUE, Polska przystępując do UE zgodziła się na przyjęcie unijnych traktatów (w tym art. 267 TFUE), polski TK już ocenił ich zgodność z Konstytucją RP i nie stwierdził zastrzeżeń, a procedura pytań prejudycjalnych kwestionowana przez Ziobrę ma podstawowe znaczenie dla jedności prawa stosowanego w krajach członkowskich. Negowanie tych pryncypiów podważa zasadność naszego członkostwa w UE.

Wniosek Ziobry do TK ma związek z toczącym się wobec Polski postępowaniem przed TSUE. Komisja Europejska zaskarżyła do Trybunału w Luksemburgu część przepisów ustawy o SN jako potencjalnie niezgodne z unijnym prawem.

19 października TSUE postanowił, że do czasu ostatecznego wyroku Polska musi zawiesić stosowanie zakwestionowanych przepisów ustawy oraz przywrócić zwolnionych sędziów do orzekania – rząd ma działać natychmiast.

Jak na razie resort Ziobry nie poczynił w tej sprawie żadnych kroków, poza mglistymi zapowiedziami o konieczności stworzenia podstaw prawnych do wykonania decyzji TSUE. Jedynym ruchem po stronie Polski było zawieszenie powoływania do SN nowych sędziów – postanowiła o tym KRS.

Ministerstwo sprawiedliwości zasłania się koniecznością „zbadania decyzji TSUE” oraz nowelizacji ustawy o SN. Może też jednak czekać na wyrok Trybunału Konstytucyjnego. Jeżeli TK na wniosek Ziobry orzeknie, że TSUE nie może zajmować się polskimi sądami, będzie to dla rządu argument, by dalej ignorować postanowienia unijnego Trybunału.

W związku z brakiem konkretnych reakcji i rządową grą na czas, do sprawy odniósł się sam prezes TSUE Koen Lenaerts. Ostrzegał, że, nie stosując się do decyzji Trybunału,

Polska „wpisuje się w proces podobny do brexitowego, w proces wyjścia”.

Dzięki Ziobrze Polexit zagościł więc nie tylko w rozmowach Polek i Polaków, ale także zaczął być na poważnie komentowany przez unijne instytucje. Pamiętajmy, że częścią sukcesu kampanii Brexitu było chwytliwe hasło i jego wszechobecność w debacie publicznej. Oswajanie ludzi z pojęciem Polexitu nie wróży niczego dobrego.

Ciche „stop” Czaputowicza, czyli jak zdenerwować kolegę

Działania Ziobry – „jastrzębia” w rządzie PiS – nie mogą podobać się politycznemu „gołębiowi”, szefowi MSZ Jackowi Czaputowiczowi. Minister sprawiedliwości, panosząc się na arenie międzynarodowej ze swoimi „wyraźnymi poglądami”, podkopuje jego dyplomatyczne wysiłki. To do szefa MSZ należy zapewnianie zachodnich partnerów, że w Polsce wszystko nadal jest normalnie.

Jak pisaliśmy w OKO.press, cała „reforma” sądownictwa PiS stawia polskich dyplomatów w trudnym położeniu, bo muszą tłumaczyć się z naruszania podstaw praworządności w rozmowach z zagranicą. To resort ministra Czaputowicza na co dzień pertraktuje w Brukseli na temat postępowań przed TSUE, a także Komisją Europejską i Radą UE w związku z procedurą z art. 7 Traktatu o UE. Aktywność Ziobry to więcej pracy dla MSZ.

Krytykę działań kolegi Czaputowicz przemycił w stanowisku MSZ dotyczącym wniosku Ziobry do TK. MSZ jest w tej sprawie stroną, może więc odnieść się do postulatów prokuratora generalnego.

W OKO.press pokazywaliśmy, że dokument podpisany przez Czaputowicza podważa większość argumentów przytoczonych we wniosku przez Ziobrę, a sam minister bronił kompetencji TSUE i autonomii sądów niczym wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans.

W mediach rozpoczęły się spekulacje: to początek rozłamu w PiS? Wojna o schedę po Jarosławie Kaczyńskim? Odwet za mieszanie się w sprawy MSZ w Brukseli? A może próba uratowania reputacji?

Jednak niedługo po publikacji OKO.press minister Czaputowicz wydał oświadczenie, w którym ukorzył się przed Ziobrą (być może nie z własnej inicjatywy). Mówił, że jego stanowisko miało charakter ekspercki i że w pełni popiera wniosek prokuratora generalnego do TK.

Oficjalnie więc sporu na linii MSZ – MS nie ma, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że powiało chłodem. Biorąc pod uwagę działania resortu sprawiedliwości w 2018 roku Czaputowicz miał wszelkie powody do zniecierpliwienia.

Polityczne ambicje kontra polityczny realizm

Powszechne są spekulacje, że Zbigniew Ziobro stara się o przejęcie władzy po Jarosławie Kaczyńskim. Być może dlatego nie przepuści żadnej okazji, by pokazać się jako jego jedyny godny spadkobierca – jeszcze bardziej konserwatywny i radykalny.

Spięcia w relacjach z zagranicą są mu niestraszne, bo jego przesłanie skierowane jest do innych uszu. Pretendentów do sukcesji jednak nie brakuje i wcale nie jest oczywiste, że gdy prezes Kaczyński wycofa się z życia politycznego, „ostre PiS” Ziobry będzie dominować.

By działaniami ministra sprawiedliwości zupełnie nie zrazić do siebie umiarkowanych wyborców, PiS co jakiś czas pokazuje im swoją łagodną twarz. Polityczne „gołębie” wypowiadają się wtedy w ugodowo, często na łamach niezależnych mediów, na co dzień portretowanych jako obce, niepolskie.

Zwykle jest to prezydent Andrzej Duda, który zawsze może zaapelować do rodaków o pojednanie, zawetować którąś z proponowanych przez Ziobrę ustaw lub skierować ją do TK.

O konflikcie pomiędzy prezydentem a ministerstwem sprawiedliwości OKO.press pisało szerzej w 2017 roku, po tym jak prezydent nie podpisał ustaw o SN i KRS. Kolejnym polem „konfliktu” była ustawa o IPN – prezydent najpierw skrytykował ją, a po podpisaniu skierował do TK.

PiS ma też w zanadrzu wiceprezesa partii Adama Lipińskiego. Choć od lat odsunięty w partii na boczny tor, pojawia się, gdy PiS chce pokazać łagodniejszą twarz. W szczycie konfliktu z KE i TSUE – tuż przed II turą wyborów samorządowych Lipiński udzielił wywiadu wideo Justynie Dobrosz-Oracz z „Gazety Wyborczej”.

Nawoływał do odwrotu od wojennej retoryki w kontaktach z Unią Europejską i przesunięcia się PiS w stronę politycznego centrum. Była to próba złagodzenia wizerunku ugrupowania, które przed wyborami samorządowymi zdawało się „walić na oślep”, jak w przypadku żenującego antyuchodźczego spotu.

Jest też oczywiście minister Czaputowicz, który jako rasowy dyplomata ma łagodzić polityczne spory. Na początku października wziął udział w debacie organizowanej przez Fundację Batorego. W OKO.press przypominaliśmy, że była to pierwsza od czasu exposé wypowiedź ministra na temat polskiej polityki zagranicznej poza mediami przychylnymi władzy.

Wyliczał sukcesy polskiej dyplomacji za rządów PiS, dzięki którym Polska miałaby być „liderem UE” i podkreślał, że jesteśmy nieodłączną częścią europejskiej wspólnoty.

Trudno powiedzieć, czy wysiłki Dudy, Czaputowicza i Lipińskiego wystarczą, by umiarkowani wyborcy przymknęli oko na wyczyny Ziobry. PiS ma duży problem ze zmobilizowaniem elektoratu spoza swojej żelaznej bazy, a mimo procentowego zwycięstwa w wyborach do sejmików nie widać, by słupki rosły.

Zwłaszcza dla wyborców z dużych miast antyeuropejska polityka PiS okazała się nie do przełknięcia.

Czy Ziobro wie, gdzie jest wsteczny bieg

Samorządowa kampania wyborcza dobiegła końca. Wkrótce politycy rozpoczną przygotowania do wyborów do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się w maju 2019 roku. Temat relacji Polski z zagranicznymi partnerami na pewno będzie wówczas eksponowany, a opozycja rozliczy PiS za napięcia w relacjach z Brukselą.

Jeszcze przed wyborami – prawdopodobnie w kwietniu 2019 – zapadnie wyrok TSUE w sprawie ustawy o Sądzie Najwyższym. Jego treść może wpłynąć na bieg kampanii. Niewykluczone zatem, że będziemy świadkami kolejnych małych gestów pojednania i łagodzenia wizerunku PiS jako partii eurosceptycznej.

Co na to Zbigniew Ziobro? Czy wycofa się z antyunijnej retoryki i zastosuje do postanowień europejskiego Trybunału w imię interesu partii? A może zaskoczy nas czymś jeszcze przed końcem tego roku? Ma na to ponad półtora miesiąca, a okazji nie zabraknie.

16 listopada Polskę czeka m.in. wysłuchanie przed TSUE w Luksemburgu w sprawie zawieszenia ustawy o SN. Poczynania resortu Ziobry bacznie obserwuje Komisja Europejska, która przedłoży TSUE raport z realizacji postanowienia Trybunału o zamrożeniu ustawy. Rząd miał działać natychmiast, a minęły już ponad dwa tygodnie. Wkrótce dowiemy się, czy minister sprawiedliwości-prokurator generalny potrafi zrobić krok wstecz.

Nawet wybory do sejmików, w których PiS-owi udało się zdobyć parę nowych województw (choć nie większość) pokazują, że po trzech latach bezwzględnej propagandy (państwowa telewizja i radio nigdy po roku 1989 nie służyły wychwalaniu władzy i zohydzaniu opozycji z taką intensywnością jak po ich przejęciu przez PiS), po trzech latach bezwzględnego klientelizmu oraz politycznej i prywatnej korupcji (także tutaj pod władzą Kaczyńskiego „ilość przeszła w jakość”), a wreszcie po trzech latach skierowanych przeciwko krytykom władzy działań wszystkich państwowych służb – PiS pozostaje partią mniejszości. Mniejszości, której władzę nad całą Polską, zdolność szantażowania większości, zdolność niszczenia dorobku polskiej transformacji w polityce wewnętrznej i europejskiej – zapewnił wyłącznie geniusz Jarosława Kaczyńskiego do jednoczenia prawicy w oparciu o wspólnotę udziału w łupach (stanowiska i fundusze publiczne) i wspólnotę strachu, że te łupy zostaną prawicy odebrane.

Kiedy jednak Kaczyński, Morawiecki czy Szydło przyjeżdżali do Elbląga czy Brzeszcz, kiedy na wspieraniu Jakiego w Warszawie czy Wassermann w Krakowie skupiały się TVP czy Polskie Radio, wszyscy „niepokorni” dziennikarze prawicy, a nawet Jan Maria Rokita, zawsze gwarantowało to tylko większą mobilizację wyborców opozycji i bardziej wyraźną przegraną kandydatów wspieranych przez władzę.

Od antypisu do innej Polski

Nawet jeśli anty-PiS okazał się w tych wyborach silniejszy od PiS-u, to aby PiS odsunąć od władzy opozycja musi zaproponować realną, pozytywną alternatywę dla rządzącej prawicy. Zatem najpierw program. W szafach PO, Nowoczesnej, Koalicji Obywatelskiej, PSL znajdują się sensowne pomysły na wzmocnienie samorządów, odbudowę pozycji polskich przedsiębiorców zamiast ich łupienia (czyli powrót inwestycji w sektorze prywatnym), program socjalny, edukacyjny i senioralny nie będące kupowaniem głosów dla swojej partii, ale naprawą kluczowych dla życia Polaków instytucji. Jednak te pomysły z szaf muszą trafić na wyborcze plakaty.

Opozycja ma trzy atuty. Po pierwsze jej prezydenci i prezydentki miast. Trzaskowski, Jaśkowiak, Zdanowska, Bruski, Truskolaski, Żuk… muszą wziąć udział także w europejskiej i parlamentarnej kampanii Koalicji Obywatelskiej. Byliby nie tylko dowodem na to, że zwycięstwo nad Kaczyńskim i Morawieckim jest możliwe, ale przez kilka miesięcy do wyborów europejskich i przez rok do wyborów parlamentarnych mogą pokazać jak praktycznie będzie wyglądała Polska po PiS-ie.

Wielu opozycyjnych prezydentów i burmistrzów może się poszczycić skuteczną realizacją socjalnych pomysłów Koalicji Obywatelskiej w praktycznym zarządzaniu swoimi miastami. Program senioralny, program „szkoła równych szans”, inwestycje w lokalną infrastrukturę… wszystko to samorządom wychodzi zdecydowanie lepiej, niż Morawieckiemu przykręcanie złotej tabliczki (szybko skradzionej) w miejscu nieistniejącej stoczni czy Kaczyńskiemu wbijanie biało-czerwonego słupka (natychmiast „zabranego przez morze”) w miejscu nieistniejącego przekopu Mierzei Wiślanej.

Drugi potencjalny atut opozycji to kobiety liberalnej Polski. A więc Barbara Nowacka nie jako PR-owy dodatek, ale jedna z liderek środowiska kobiecego całej demokratycznej opozycji. Większe zaufanie „męskiego kierownictwa” do kobiet PO i Nowoczesnej. Sformowanie z nich i Nowackiej silnego środowiska walczącego o całą grupę tematów kobiecych i społecznych. Nie z pozycji radykalnie proaborcyjnych (Polki nie są jakoś entuzjastkami tych haseł), ale zgodnie z poglądami większości polskich kobiet. Czyli „kompromis aborcyjny plus” (to „plus” zawiera faktyczne egzekwowanie wyjątków w ustawie antyaborcyjnej, gwarancję powszechnych badań prenatalnych, finansowanie in vitro z budżetu państwa, działania wspomagające faktyczną emancypację w domu i miejscu pracy).

Oddanie inicjatywy liberalnym, centrowym kobietom z PO i Nowoczesnej jest również sposobem na zablokowanie przez Koalicję Obywatelską pojawienia się alternatywnych inicjatyw politycznych walczących o ten sam elektorat (Biedroń). Szczególnie wobec tradycyjnie większej mobilizacji wyborców miejskich w wyborach do Parlamentu Europejskiego, opozycja może je wygrać już przy proporcji głosów z wyborów samorządowych. Większym ryzykiem jest tu rozbicie centrowego elektoratu przez Biedronia (jak pokazują badania nie ma on żadnej zdolności „przekonania nieprzekonanych”, a jedynie zdolność przejmowania części wyborców KO i SLD), niż mobilizacja zwolenników PiS.

Razem wygrać z d’Hondtem

Wreszcie – jak pokazały wybory do sejmików – aby wygrać z Kaczyńskim trzeba najpierw wygrać z d’Hondtem (system liczenia głosów mocno premiujący większe partie i wyrzucający na śmietnik miliony głosów oddanych na mniejsze). Zatem konieczny jest dobry pomysł na obecność PSL, SLD i „lokalnych bezpartyjnych” w rodzaju Dutkiewicza na jednej liście z Koalicją Obywatelską. W oparciu o minimum programowe, o wspólny projekt sensownego rządzenia Polską po PiS-ie. A także w oparciu o akceptowalny dla wszystkich mechanizm układania list. Zmobilizowanie na jednej liście całego antypisowskiego elektoratu będzie konieczne i – jak pokazały wybory w miastach – zostanie zaakceptowane przez wyborców całej demokratycznej opozycji.

Jeśli Polacy za rok zagłosują tak jak w wyborach samorządowych, to PiS straci władzę [SYMULACJA MANDATÓW DO SEJMU]

– Sprawa jest dramatycznie poważna, ryzyko jest śmiertelnie poważne – ocenił w rozmowie z dziennikarzami przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

Przewodniczący Rady Europejskiej gościł w poniedziałek w Warszawie, bo został wezwany przez komisję ds. Amber Gold, przed którą zeznawał przez siedem godzin. Już po zakończeniu posiedzenia przewodnicząca komisji Małgorzata Wassermann (PiS) zarzuciła Donaldowi Tuskowi, że „nie panował nad tym, co się dzieje w państwie polskim”, nad ministerstwami i takimi instytucjami jak ABW.

– Teza o tym, że nie panowałem nad służbami, jest w mojej ocenie tak naprawdę kapitulacją komisji, bo przecież pierwszą tezą było to, że jestem odpowiedzialny za tę sprawę. Taka była teza PiS od samego początku – odpowiedział w rozmowie z dziennikarzami Tusk.

Tusk przed komisją Amber Gold: Ta komisja jest potrzebna, by powtarzać insynuacje. To wasz rząd ma kłopot

Donald Tusk: Polexit jest, niestety, możliwy

Ale ci pytali go również o inne sprawy, np. o zapewnienia polityków obozu władzy, że nie myślą o polexicie. Temat powrócił, kiedy Zbigniew Ziobro zapytał Trybunał Konstytucyjny o zgodność jednego z artykułów traktatu o funkcjonowaniu UE z polską ustawą zasadniczą. Już po pierwszej turze wyborów samorządowych prezes PiS Jarosław Kaczyński stwierdził na spotkaniu z mieszkańcami Radomia, że „wielu mieszkańców dużych miast zostało okłamanych, zostało zmanipulowanych”, bo PiS polexitu nie przygotowuje.

Reklamy

Komentarze 3 to “Donald Tusk pokazał jak wygrywać z PiS”

  1. Hairwald 6 listopada 2018 @ 05:08 #

    Reblogged this on Holtei i skomentował(a):

    Leszek Miller do pisowców z komisji Amber Gold: Jako weteran komisji śledczych mam dla członków komisji przesłuchujących dziś Donalda Tuska małą radę: milczenie nie jest złotem, jest ratunkiem.

  2. Earl drzewołaz 6 listopada 2018 @ 09:14 #

    Reblogged this on Earl drzewołaz i skomentował(a):
    W PiS nie wiedzą, czy Małgorzata Wassermann wygrała wybory na prezydenta Krakowa, czy przegrała.

Trackbacks/Pingbacks

  1. Litość dla Wassermann | Hairwald - 6 listopada 2018

    […] Depresja plemnika […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: