Michnik, 20.10.2019

 

Facet w sukience twierdzi, że kobieta w spodniach jest obrzydliwościa….

Grozi nam wielkie rozczarowanie demokracją. To, że wróci język, który znamy: kiedy sanacja mówiła o sejmokracji, komuniści – o kretynizmie parlamentarnym, a faszyści – o zgniłym demoliberalizmie.

Abp Marek Jędraszewski w marcu 2016 r. objawił światu nicość mojego ducha i nikczemność zamiarów. Mówił o mnie ciepło: „ten człowiek” lub „jeden z uczestników zasiadających przy obradach Okrągłego Stołu”. Przytaczał mój esej z lata 1991 r. umieszczony w kwartalniku politycznym „Krytyka”.

Powiadał arcybiskup: „Ten człowiek obawia się fundamentu moralnego, jakim jest 10 przykazań, opowiadając się tym samym za relatywizmem moralnym, za tym, że każdy może mieć swoją prawdę i według niej żyć oraz narzucać ją innym. (…) Bojąc się nacjonalizmu, uderzył ten człowiek w to, co jest najbardziej istotne dla całej naszej wielkiej tradycji – w patriotyzm. Ten człowiek nie chciał, by nasze życie po ’89 r. kształtowało się według tych trzech słów tworzących jeden wielki program dla Polski – Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Później wracały u różnych ludzi w różnych formach wątki arcybiskupa. I tak niedawno przeczytałem, że w swoim artykule porównałem „uczenie Polaków demokracji do sadzania buszmena przed komputerem”.

Dowiedziałem się też, że mój tekst to „jeden z najbardziej szkodliwych wykwitów polskiej myśli politycznej po 1989 r.”, gdyż odbiera „prawomocność wszystkim głównym orientacjom ideowym, z których wychodząc, można było krytykować” mój obóz. „To wtedy – dowiaduję się – zaczęło się błędne koło wykluczania i gettoizacji oponentów”.

Nigdy nie przypuszczałem, że mój niewielki artykuł z elitarnego kwartalnika będzie miał taką niebywałą moc sprawczą…

Nie sądzę, by te demaskatorskie uwagi zasługiwały na polemikę, ale może zasługują na przypomnienie. Oto ono.
Adam Michnik

Trzy fundamentalizmy, 1991

Nasza refleksja polityczna ma przed sobą pilny problem: świadomość historyczną Polaków. Nie trzeba tłumaczyć, jak wielkie znaczenie w kształtowaniu się postaw i zaangażowań politycznych miały polskie wyobrażenia o historii. Wydaje się, że dziś nastał czas, kiedy owe polskie stereotypy na temat przeszłości, w szczególności zaś na temat dziejów II Rzeczypospolitej, winny zostać poddane spokojnej autorefleksji.

Dotychczas cała historia II Rzeczypospolitej padała w znacznej mierze ofiarą mitów i stereotypów – czy to czarnej legendy w oficjalnej komunistycznej propagandzie, czy to białej legendy tych, którzy przed komunistycznym fałszowaniem historycznych zdarzeń próbowali się obronić. Wydaje się, że naszej przeszłości winniśmy postawić pytania nowe.

Przede wszystkim winniśmy się chyba zastanowić, co stało się w 1922 r., kiedy zamordowano Gabriela Narutowicza. Jakiego typu proces został wtedy uruchomiony, w jakiej atmosferze dokonał się zamach, jakie skutki historyczne przyniósł i dlaczego ta data nie stała się granicznym faktem w polskiej świadomości historycznej, dlaczego tak chętnie spychano ten fakt w niepamięć.

Wydaje się również, że musimy na nowo spojrzeć na cały dorobek ówczesnych obozów politycznych, na nowo przyjrzeć się ówczesnej scenie politycznej jako arenie sporu o kształt państwa i o kształt demokracji – i odpowiedzieć sobie na pytanie, jakimi meandrami podążała ewolucja antydemokratyczna obecna w myśli obozu belwederskiego, obozu endeckiego i obozu PPS-u. Na nowo trzeba także przeanalizować historię Kościoła katolickiego w okresie międzywojennym.

Bez takiej refleksji skazani będziemy na idealizację własnej przeszłości, na świadomość historyczną obarczoną mitologią, a nie trzeźwym osądem, i na pewną bezbronność wobec tego, co można nazwać rewanżem pamięci – pamięci przez lata całe zepchniętej w podświadomość.

Gdybym miał określić zjawiska nowe, mniej lub bardziej akcentowane, występujące jawnie lub skrycie, ale obecne w naszej dzisiejszej debacie politycznej, to mówiłbym o powrocie zagrożenia fundamentalizmem. Fundamentalizm to nic innego jak przekonanie, że posiada się pomysł na urządzenie świata dobrego, przy tym zaś świata wolnego od innych konfliktów niż konflikt między dobrem a złem – a więc na przykład konfliktów interesów czy konfliktów punktów widzenia, które są nieusuwalnym składnikiem ładu demokratycznego.

Mówić można – wedle mego przekonania – o trzech zagrożeniach fundamentalistycznych.

Po pierwsze – fundamentalizm narodowy.

Istnieje pokusa przyporządkowania wszystkich sfer życia publicznego temu, co określić można mianem interesu narodowego. Interes ów jest każdorazowo definiowany przez pryzmat dosyć szczególnej politycznej perspektywy.

W myśl owego interesu obowiązkiem dobrego Polaka miałaby być na przykład solidarność z polską mniejszością na Litwie, niezależnie od tego, jak ona postępuje – mądrze czy niemądrze, prosowiecko czy prolitewsko. Należy się z nią solidaryzować dlatego, że jest polska – to wystarczy. Każda próba krytyki postępowania liderów mniejszości polskiej na Litwie bywa wówczas kwalifikowana jako antypolonizm.

Myślenie tego rodzaju przedstawia sobie i bliźnim obraz Polski jako kraju wolnego od innych konfliktów niż konflikt pomiędzy „dobrze, po katolicku” pojmowanym interesem narodowym a tendencjami nihilistyczno-kosmopolityczno-lewicowymi.

W ramach tak zdefiniowanego interesu narodowego za działalność na szkodę narodu polskiego uznaje się stwierdzenie, że w polskich debatach politycznych dają o sobie znać fobie antysemickie, czy też stwierdzenie, że w Polsce nie powinno być miejsca na milczenie o pogromie Cyganów.

Mówię tu o fundamentalizmie charakterystycznym dla pewnej formacji nacjonalistycznych ruchów i doktryn, który – jak się wydaje – odgrywa dziś istotną rolę nie tylko w Polsce i w innych krajach postkomunistycznych. We współczesnym świecie ten typ fundamentalizmu odżywa na przykład w krajach arabskich, pojawia się w Izraelu, a także – na prawicy – w krajach Europy Zachodniej. W dyskusjach toczonych we Francji wokół fenomenu Le Pena czy w niemieckiej debacie historycznej o nazizmie zauważalna jest obawa przed powrotem tego typu fundamentalizmu. Dlatego warto się mu przyjrzeć jako fenomenowi nie tylko polskiemu, ale i międzynarodowemu.

Istnieje – po wtóre – fundamentalizm religijny.

Zjawisko to związane jest z nową sytuacją, w jakiej znalazł się w Polsce Kościół [katolicki], zaś w całym świecie – sacrum. Nie jest niczym odkrywczym stwierdzenie, że jedną z chorób współczesnego świata jest zanik sacrum, a więc zanik takiego obszaru wartości, które są wspólne całej społeczności, do którego cała społeczność może się odwołać. Można go porównać do Kamiennych Tablic, których strzaskanie oznaczać może zanik fundamentu, w jakim zakorzenione są wszystkie nasze wartości pospólne.

Odpowiedź na tę tendencję wciąż nie została w sposób definitywny udzielona przez Kościoły i religie. Można zresztą wątpić, czy w ogóle może ona zostać ostatecznie sformułowana. Próby udzielenia takiej odpowiedzi były jednak czynione: jedną z nich był Sobór Watykański II, otwarcie na świat, zgoda na to, że pewne autentyczne wartości mogą powstawać poza kręgiem mojego Kościoła czy nawet poza kręgiem mojego wyznania lub kręgu kulturowego.

Inną natomiast odpowiedź przynosi właśnie fundamentalizm, czyli – w tym przypadku – próba ponownego zatarcia granicy między sacrum a profanum, między prawem naturalnym a prawem karnym, między zasadą moralną a normą prawnopaństwową. W tych sprawach czeka nas debata najbardziej zasadnicza – nie mniej istotna niż, powiedzmy, debata wokół hasła powrotu do Europy. Rozmaici ludzie, mówiąc o powrocie do Europy, mają bowiem na myśli całkowicie odmienne zjawiska i zdarzenia; wydaje się na przykład, że gdy o powrocie do Europy mówią niektórzy hierarchowie Kościoła katolickiego, to chodzi im o Europę sprzed rewolucji francuskiej, Europę, która już nie istnieje.

Istnieje wreszcie w dzisiejszej Polsce trzecia pułapka fundamentalizmu,

na którą, jak się wydaje, mogą być najbardziej podatni ludzie przedsierpniowej i solidarnościowej demokratycznej opozycji, w tym autor poniższych refleksji. Mam tu na myśli zatarcie różnicy pomiędzy normą moralną a regułą walki politycznej. Z działalności podziemnej wyniesiona została pewna skala, na której ta granica niemal nie istnieje, na której każde zachowanie polityczne było przetłumaczalne na język i wartości moralne. W ładzie demokratycznym jest inaczej i owa fundamentalistyczna mentalność – nazwijmy ją „moralistyczną” – może stać się przyczyną sporego pomieszania.

Nie znaczy to, bym uważał, że w polityce i w normalnym politycznym dyskursie nie ma miejsca na moralność. Nie uważam również, skoro mówimy o fundamentalizmie religijnym, że w polityce nie ma miejsca dla Kościoła. Miejsce takie oczywiście istnieje, ale ma specyficzny charakter. Tak jak Kościół nie może być partią polityczną, tak jak norma religii nie może być normą prawną, tak norma moralna ukształtowana w polityce podziemia antykomunistycznego – która była normą manichejską – nie może być dziś mechanicznie przeniesiona do gry demokratycznej. Może bowiem dla tej gry i dla siebie samej okazać się zabójcza. Wtedy moralność bardzo łatwo stać się może fanatyzmem i może być instrumentalizowana dla celów zgoła nieszlachetnych.

Inne zagrożenie, które powinno być poddane refleksji, to populizm. Populizm nie jest zjawiskiem nowym, wszakże na nowo warto mu się przyjrzeć. Na nowo warto chyba na przykład przestudiować całą lekcję peronizmu: czym był peronizm, jakim językiem się posługiwał, jakiego typu procedury preferował, jakie mechanizmy wyniosły go do władzy, jakie go od niej odsunęły, jakie wreszcie zapewniły mu żywotność.

Populizm był w Polsce językiem buntu robotniczego przeciwko państwu totalitarnemu – to powiedzieć trzeba jasno. Był to oczywiście bunt o wolność i o godność, ale obie te wartości wyrażał w języku populizmu. Słynne sformułowanie „oni” było typowym sformułowaniem z populistycznego dyskursu, a nie z analizy politycznej czy społecznej gry interesów.

I otóż można twierdzić, że u źródeł tego populizmu zbuntowanego leżała świadomość egalitarna, która przez dziesiątki lat legitymizowała komunistyczną władzę. W tym sensie można powiedzieć, że był to bunt przeciwko komunizmowi w imię głoszonych przezeń wartości egalitarnych. Był to zatem bunt w imię zasad niezupełnie konsekwentnych, wszelako pojęcie sprawiedliwości społecznej było jednym z jego pojęć kluczowych.

Otóż rynek, który jest dziś w Polsce budowany, nie jest ładem, w którym jest miejsce dla sprawiedliwości społecznej jako pojęcia kluczowego. Rynek nie jest od pilnowania sprawiedliwości – rynek jest od wymuszania efektywności i kreatywności. Sprawiedliwości może służyć wtórna dystrybucja dóbr, ale nie mechanizm rynku. Niemniej jednak ów egalitaryzm – zakodowany przez komunizm i przez rewoltę antykomunistyczną „Solidarności” – dziś żyje życiem autonomicznym i jest na równi obecny w dyskursie populistycznym każdego ze związków zawodowych: czy to jest OPZZ, czy „Solidarność”. Jest rzeczą pasjonującą porównywanie dzisiaj języka, którym w ciągu ostatniego roku mówiły OPZZ i „Solidarność”. To jest zjawisko nowe i w sposób nowy musimy się doń odnosić.

Należy też sobie wreszcie powiedzieć: bunt przeciwko komunizmowi w Polsce, bunt jakże skuteczny – to był bunt tłumu.

Dopóki komuniści mieli do czynienia z elitami, nie liczyli się z ich głosem. Dopóki chodziło o demokratyczno-prawne procedury, komuniści nie liczyli się z nimi. Komuniści zaczęli się liczyć z opozycją, gdy za nią stanął tłum – i z tłumem komuniści byli zmuszeni rozmawiać. Ta sytuacja wytworzyła poczucie, że w tłumie jesteśmy skuteczni. Czy raczej: skuteczni jesteśmy wtedy, gdy mówimy językiem tłumu.

Otóż język tłumu jest językiem populistycznego dyskursu. I, jak się wydaje, dziś obserwujemy nawrót do owego języka tłumu, czyli do zachowań wyuczonych w okresie antykomunistycznego oporu; do zachowań, które wtedy były racjonalne w ramach nieracjonalnego systemu, bowiem stanowiły jedyny sposób delegitymizacji systemu politycznego.

Dziś te same zachowania delegitymizują ład parlamentarny i otwierają drogę do autorytaryzmu. Weszliśmy bowiem w ład demokratyczny bez kultury politycznej właściwej ładowi demokratycznemu. To jest trochę tak, jakby barbarzyńcę z buszu posadzić przy komputerze. Nie znaczy to, że barbarzyńca jest kimś mniej wartościowym – w buszu radzi sobie tysiąc razy lepiej niż cywilizowany Amerykanin. Otóż komputer z kolei w buszu jest mało przydatny.

***

Istnieje groźba wielkiego rozczarowania demokracją, jak to już niejednokrotnie w historii Europy bywało. Istnieje groźba, że powróci język, który znamy: kiedy się mówiło o sejmokracji – to jest język sanacji; kiedy się mówiło o kretynizmie parlamentarnym – to jest język partii komunistycznej; kiedy się mówiło o zgniłym demoliberalizmie – to jest język ruchów faszystowskich.

Istnieje niebezpieczeństwo skojarzenia procedur demokratycznych z kryzysem, z anarchizacją życia publicznego, z obniżeniem się jakości życia i poziomu poczucia bezpieczeństwa. Istnieje możliwość, iż będziemy coraz częściej słyszeć okrzyki, że czas skończyć z tym bałaganem, z korupcją, że potrzeba silnej ręki gospodarza, która zaprowadzi ład.

Przekonania takie mogą być „sprzedawane” jako idea rządów prezydenckich lub jako idea demokracji stabilnej; mogą temu towarzyszyć historiozoficzne analizy, że Polska upadla w XVIII wieku przez anarchię, warcholstwo i liberum veto, zatem teraz należy ten stan ukrócić.

Innymi słowy, istnieje ryzyko – które też znamy z historii – że w momencie głębokiego kryzysu pojawiają się ludzie, którzy są niejako odpowiedzią na ten kryzys. Kiedy załamują się tradycyjne wzory kulturowe i procedury, kiedy źródła i mechanizmy komunikacji społecznej przestają być wiarygodne, wtedy pojawia się mąż opatrznościowy, który staje się nadzieją na opanowanie bezładu i na zbawienie.

I znów: to nie jest zjawisko ani specyficznie polskie, ani zjawisko nowe. Trzeba mu się wszelako na nowo przyjrzeć; zastanowić się, jakie są mechanizmy tworzenia się tego typu autorytarnych pokus, jakie są ich skutki; zastanowić się, co – by tak rzec – reżimy autorytarne są w stanie rozwiązać, a czego na pewno nie.

Od odpowiedzi na to pytanie zależy nie tylko kondycja duchowa inteligencji polskiej – która wydaje się dziś zagubiona jak za najgorszych czasów, jakby gdzieś zagubiła swój etos, obraz samej siebie i swojego miejsca w społeczeństwie. Od rozszerzenia się procesu refleksji, o którym tu mówimy, może zależeć coś więcej: szansa przeciwstawienia fundamentalizmowi myśli demokratycznej, zgodnie z którą nie ma miejsca na fundamentalizm żaden – ani nacjonalistyczny, ani religijny, ani moralistyczny. Wedle której nie ma ludzi uprzywilejowanych z natury.

W ramach demokratycznego dyskursu jest miejsce dla autorytetów, jeżeli jednak ktoś mówi, że ma być tak a tak, bo to wynika z prawa naturalnego lub z interesu narodowego, a zatem nie może być na przykład przedmiotem referendum – to łamie fundamentalną zasadę owego dyskursu. Ład demokratyczny polega bowiem na tym, że wszystko, co dotyczy wszystkich, może być przedmiotem referendum.

I od tego może zależeć, czy populizmowi, który jest językiem rewolty, przeciwstawiony zostanie język sporu właściwy demokracji parlamentarnej i państwu prawa. Od tego także może zależeć, czy pokusie autorytarnej, czyli kultowi silnej ręki, przeciwstawiony zostanie ład racjonalnej demokracji, czyli kult silnej głowy.

17 lipca 1991

 

wyborcza.pl

%d blogerów lubi to: